03-07-2011, 04:15 PM
Witam. Jako nowy użytkownik forum, postanowiłem chociaż w kilkunastu ( a może kilkudziesięciu nawet?) zdaniach. Górami zafascynowany byłem już od dłuższego czasu, jednak tak na prawdę nigdy nie doznałem smaku prawdziwej wyprawy w góry, a więc rok temu postanowiłem to zmienić. Na szczęście nie jechałem sam, tylko z kolegą, który dwa lata temu będąc po raz pierwszy w górach wybrał się na Orlą Perć - fakt, przygotowany był bardzo dobrze, zarówno od strony mentalnej, jak i fizycznej. 19. sierpnia wyruszyliśmy z Jasła o godzinie 13 do Zakopanego, z zamiarem dotarcia do "Piątki" i przejścia najniebezpieczniejszego szlaku w naszych Tatrach. Ale po kolei. Około godziny 18 (godzinę później niż zaplanowaliśmy, jednak wszystko zawdzięczaliśmy zakorkowanej drodze do stolicy Tatr) dotarliśmy do Zakopanego, zrobiliśmy zapasy żywnościowe w najbliższym sklepie, kupiliśmy niezbędną mapę i udaliśmy się w kierunku przystanku busów dyskutując na temat rzeczy, które będą nam potrzebne, a zapomnieliśmy ich. Wyglądało na to, że jednak nasz ekwipunek prezentował się okazale, jednak rzeczywistość okazała się bardziej drastyczna. W połowie drogi do Palenicy przypomnieliśmy sobie, że nie mamy latarki, a dojście do "Piątki" zapewne będzie odbywało się w ciemności, zważywszy na nieplanowane opóźnienie. Gdzieś około 19:20 dotarliśmy do Palenicy. Ciepły polar na siebie i długa. Droga upływała w dosyć szybkim tempie, nawet "kijkowcy" nie dorównywali nam tempem, jednak przy Wodogrzmotach Mickiewicza nadrobiony czas wykorzystaliśmy na zrobienie krótkiego filmiku i parę zdjęć. Kiedy szlak przed Morskim Okiem skręcił na prawo, wiedzieliśmy w stu procentach, że naszym jedynym ratunkiem w ciemnościach będzie wyłącznie telefon. W miarę wzrastania wysokości, moje nogi dawały po trochu znać o sobie, ale mimo to nie odstawałem zbytnio od kolegi. Jakieś 20 minut drogi od "5" wyznacznikiem trasy były wyłącznie kamienie, które oświetlaliśmy telefonem, by upewnić, się, że gdzieś przypadkowo nie skręcimy i o 22:30 zameldowaliśmy się w schronisku. I tam kolejne zaskoczenie. Zapomniałem, że lasy tatrzańskie nie są przecież tymi samymi, które porastają moje tereny i w tutejszych występują takie zwierzęta jak misie, niekoniecznie najedzone i przyjacielsko nastawione, o czym przypomniała tablica informacyjna. W schronisku było niczym w ulu - najlepsze miejscówki na podłodze były już pozajmowane, jednak co prawda udało nam się znaleźć swój kąt - a właściwie schody, bo na nich przespaliśmy (bardziej Seba, mój sen był dosyć specyficzny i trwał pewnymi odcinkami czasowymi) całą noc. 4 rano, pobudka. Szybkie śniadanko, parę fotek i w drogę - cel: Zawrat. Pogoda była taka jaką sobie wymarzyliśmy - niebo bezchmurne i jak się później okazało, przed tydzień aura była po prostu idealna. Droga ubywała dosyć normalnie, bez niespodzianek i po niespełna półtorej godzinie dotarliśmy na przełęcz Zawrat. Widoki były niesamowite, zapierały dech w piersiach. I właśnie od tego momentu wiedziałem, co czeka mnie w późniejszym etapie wycieczki. Lęku wysokości nie mam (miałem jako nastolatek, jednak jakoś go zwyciężyłem) i ekspozycji się nie bałem, chociaż adrenalina skakała w niektórych momentach. Najciekawszy byłem zejścia drabinką na Kozią Przełęcz, jednak było o wiele lepiej, niż zakładałem. Pewien Słowak jeszcze mnie przestrzegał, że skoro jestem w górach po raz pierwszy, to pewnie na tej drabince zawrócę, bo według niego wielu ludzi tam właśnie kończy przygodę z OP. Mylił się jednak. Poszło gładko, bez zbędnych ceregieli, ostrożnie zszedłem na Kozią Przełęcz, gdzie jak się okazało zgubiłem na chwilę szlak. Łańcuch miałem jakieś 4 metry nad głową i muszę przyznać, serce mocniej zabiło, lecz udało mi się bez ześlizgnięcia złapać za łańcuch, co uspokoiło bicie mojego serca. Dalsza część OP nie przysporzyła mi wielu problemów, jednak samo podejście i kominek przed Kozim Wierchem było miejscem, gdzie było najtrudniej. Mimo to dałem radę i po kilkuminutowym podejściu na szczyt, udało mi się stanąć na najwyższym wierzchołku leżącym wyłącznie po stronie polskiej. Tam poznaliśmy dwóch sympatycznych Polaków i Słowaka, który zapomniał aparatu, jednak udało nam się go dogonić i zwrócić co jego, za co dziękował nam po powrocie do schroniska. Dalsza część Orlej (w szczególności trawers Buczynowych Turnii, Granaty, czy też szczelina) również dostarczyła wielu emocji, jednak ostatecznie o godzinie 15 dotarliśmy na przełęcz Krzyżne - mój kumpel i jeden z nowych czekali tam na mnie i Michała - trzeba przyznać, że ich kondycja stała na nieco wyższym poziomie 
Po powrocie do schroniska spotkaliśmy wcześniej poznanego Słowaka, który poczęstował nas - uwaga -cukierkami w nagrodę za oddanie aparatu
Chwalił się jeszcze wyprawą na Mt. Blanc, porównując poziomem trudności zdobycie najwyższego szczytu Europy do Orlej Perci. Z naszymi nowymi kolegami w schronisku wypiliśmy bodajże po dwa (albo 3) piwa, w międzyczasie będąc świadkami akcji śmigłowca TOPR-u nad brzegiem Przedniego Stawu, po czym zaczęliśmy szukać sobie miejsca do noclegu. Tym razem już nie w środku, lecz obok schroniska. Seba przy samej ścianie schroniska, ja zaś na ławce, która komfortem przypominała 5-cio gwiazdkowy hotel :hihi [attachment=38860] Trzeba przyznać, że zmarzłem ostro, jednak wspaniałe widoki wokół mnie dostarczały nieco ciepła. Tuż przed 6 obudziłem Sebę, aby jak najprędzej wyruszyć przez Świstówkę do Moka, skąd mieliśmy wyruszyć na Rysy. W połowie drogi, stało się to, czego nie chciałem chyba najbardziej - w aparacie padły baterie i najlepsze widoki łapałem wyłącznie aparatem z telefonu - cóż, lepsze to niż nic. Około 8 byliśmy na miejscu - uzupełniliśmy płyny, baterie (także te z aparatu) i ruszyliśmy w drogę. Już na pierwszych metrach odstawałem od Seby, jednak nie bez przyczyny - coś tak jakby zatrzeszczało w kolanie i podczas podejścia do Czarnego Stawu moje tempo było porównywalne do żółwiego, toteż powiedziałem Sebie, żeby szedł spokojnie nad staw i zaczekał na mnie. Po 15 minutach opóźnienia udało mi się wejść na pierwszy etap wędrówki na Rysy, jednak właśnie tam zaczęło się najgorsze. Obeszliśmy staw razem, lecz później "rozeszliśmy" się - Seba szedł swoim tempem, ja zaś znacznie odstawałem. Widziałem się z nim jeszcze na Buli pod Rysami i na tym jednak koniec. Szczytem moich możliwości okazał się Kocioł pod Rysami - wiedziałem, że dotarcie na szczyt trwałoby co najmniej dwa razy tyle spod Kotła, niż w normalnej dyspozycji, więc nie chciałem, aby Seba czekał na mnie w nieskończoność - suma sumarum, schodząc w dół kolega zdążył mnie jeszcze wyprzedzić
i zasmucony, powoli dotarłem do Moka, gdzie mój kompan czekał już na mnie.
Podsumowując moją wyprawę, najbardziej żałuję tych kilkudziesięciu minut, których zabrakło do zdobycia Rysów. Przejście Orlej Perci było dla mnie nowicjusza, czymś wspaniałym, nie traktuję jednak tego jako wspaniałego osiągnięcia, dla mnie była to lekcja od gór, którą odrobiłem chyba pozytywnie. Rysy mnie pokonały, jednak nie zamierzam się poddać i w tym roku, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, kolejny raz stawię czoła temu szczytowi, mam nadzieję, że się uda. Kolejnym celem sierpniowej wyprawy Kościelec i Czerwone Wierchy - trzymajcie kciuki i do zobaczenia na szlaku !!
Kilka fotek z mojej wyprawy...
[attachment=38846] [attachment=38847] [attachment=38848][attachment=38849] [attachment=38850] [attachment=38851][attachment=38852] [attachment=38853] [attachment=38854][attachment=38855] [attachment=38856] [attachment=38858][attachment=38859]

Po powrocie do schroniska spotkaliśmy wcześniej poznanego Słowaka, który poczęstował nas - uwaga -cukierkami w nagrodę za oddanie aparatu
Chwalił się jeszcze wyprawą na Mt. Blanc, porównując poziomem trudności zdobycie najwyższego szczytu Europy do Orlej Perci. Z naszymi nowymi kolegami w schronisku wypiliśmy bodajże po dwa (albo 3) piwa, w międzyczasie będąc świadkami akcji śmigłowca TOPR-u nad brzegiem Przedniego Stawu, po czym zaczęliśmy szukać sobie miejsca do noclegu. Tym razem już nie w środku, lecz obok schroniska. Seba przy samej ścianie schroniska, ja zaś na ławce, która komfortem przypominała 5-cio gwiazdkowy hotel :hihi [attachment=38860] Trzeba przyznać, że zmarzłem ostro, jednak wspaniałe widoki wokół mnie dostarczały nieco ciepła. Tuż przed 6 obudziłem Sebę, aby jak najprędzej wyruszyć przez Świstówkę do Moka, skąd mieliśmy wyruszyć na Rysy. W połowie drogi, stało się to, czego nie chciałem chyba najbardziej - w aparacie padły baterie i najlepsze widoki łapałem wyłącznie aparatem z telefonu - cóż, lepsze to niż nic. Około 8 byliśmy na miejscu - uzupełniliśmy płyny, baterie (także te z aparatu) i ruszyliśmy w drogę. Już na pierwszych metrach odstawałem od Seby, jednak nie bez przyczyny - coś tak jakby zatrzeszczało w kolanie i podczas podejścia do Czarnego Stawu moje tempo było porównywalne do żółwiego, toteż powiedziałem Sebie, żeby szedł spokojnie nad staw i zaczekał na mnie. Po 15 minutach opóźnienia udało mi się wejść na pierwszy etap wędrówki na Rysy, jednak właśnie tam zaczęło się najgorsze. Obeszliśmy staw razem, lecz później "rozeszliśmy" się - Seba szedł swoim tempem, ja zaś znacznie odstawałem. Widziałem się z nim jeszcze na Buli pod Rysami i na tym jednak koniec. Szczytem moich możliwości okazał się Kocioł pod Rysami - wiedziałem, że dotarcie na szczyt trwałoby co najmniej dwa razy tyle spod Kotła, niż w normalnej dyspozycji, więc nie chciałem, aby Seba czekał na mnie w nieskończoność - suma sumarum, schodząc w dół kolega zdążył mnie jeszcze wyprzedzić
i zasmucony, powoli dotarłem do Moka, gdzie mój kompan czekał już na mnie. Podsumowując moją wyprawę, najbardziej żałuję tych kilkudziesięciu minut, których zabrakło do zdobycia Rysów. Przejście Orlej Perci było dla mnie nowicjusza, czymś wspaniałym, nie traktuję jednak tego jako wspaniałego osiągnięcia, dla mnie była to lekcja od gór, którą odrobiłem chyba pozytywnie. Rysy mnie pokonały, jednak nie zamierzam się poddać i w tym roku, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, kolejny raz stawię czoła temu szczytowi, mam nadzieję, że się uda. Kolejnym celem sierpniowej wyprawy Kościelec i Czerwone Wierchy - trzymajcie kciuki i do zobaczenia na szlaku !!

Kilka fotek z mojej wyprawy...
[attachment=38846] [attachment=38847] [attachment=38848][attachment=38849] [attachment=38850] [attachment=38851][attachment=38852] [attachment=38853] [attachment=38854][attachment=38855] [attachment=38856] [attachment=38858][attachment=38859]
Jedynie co może być tragiczne, kiedy zapomnimy głowę w domu. 



