07-07-2010, 06:36 PM
Motto (przeznaczone dla Tomtura): "Trzeba przejechać 1000 km i pozbyć się 100 EUR, żeby poznać jaki jest człowiek malutki i bezradny przed naturą gór."
Jest początek lipca 2010 i ja wraz Tomturem wyruszamy na długo oczekiwaną wycieczkę do Schladmingu i okolic z planem wyjścia na Hoher Dachstein i zwiedzenia części Niskich Taurów - Schladminger Tauern. Dla mnie to jest już znana okolica, ale dla Tomtura to jest wielka niewiadoma i tym dodatkowe stresujące uczucie, bo trzeba wszystko dobrze zaplanować.
Dzień pierwszy 3.7.2010
Tomtur startuje o 3:00, zabiera mnie i po 8 godzinach i 680 km jazdy znajdujemy się w ważnym ośrodku narciarskim - Schladming. Już po drodze robię na zamówienie Tomtura zdjęcia.
[attachment=32198]
Z długich dolin, tuneli i okolicznych gór jest prawdziwie zafascynowany. Nawet miejscami mam obawy, że napakuje nasz pojazd w naprzeciw jadące autka. Jednak bez uszczerbku na zdrowiu dojeżdżamy do celu. Budowanie obozu i obiadek jest przeprowadzone w przyśpieszonym tempie. Pogoda nam dopisuje - jest słonecznie i gorąco - i dlatego nie jedno piwko padło na zrobienie opisanych czynności. Po południu nie czeka nas żadna siesta, ale lżejsze zaznajomienie się z okolicą. W planie nie są miejscowe gospody (jak by większość Forumowiczów o nas myślała), ale podziwianie widoków z okolicznych kopczyków. Najbliższe jest Planai (1906 m) i do pokonania przewyższenia około 1150 m ma nam dopomóc kolejka linowa. Łatwo powiedziane. Ale i taki kraj, jak Austria, czas od czasu musi zarządzić modernizację technologii wywozowej. Tam, gdzie przed rokiem była jeszcze dolna stacja kolejki linowej, był wielki plac budowy. Chyba wielkie przygotowania na MŚ w roku 2013? I co dalej? Z naszymi znajomościami miejscowego języka maksymalnie możemy sobie kupić piwo, ale zapytać jak wywieziemy nasze tyłki, to był nie lada orzech do zgryzienia. Jednak ktoś pomyślał też o takich ślamazarach jak my i na płocie powiesił dokładny plan zapasowego wariantu wywiezienia nas na Planai. Po kilku minutach chodzenia tam i z powrotem (robotnicy na budowie musieli mieć z nas ubaw) znaleźliśmy prawidłową trasę na dojście do stacji innej kolejki.
[attachment=32199]
Po niespełna godzinie błądzenia po mieście, nareszcie dotarliśmy w długo oczekiwane góry. Błądzenie ma jednak wynik taki, że nie wyjdziemy na zaplanowany Krahbergzinken (2134 m), oddalony godzinę od górnej stacji. Mamy czas tylko na przejście ścieżki "Panoramaweg" dla seniorów
i gawędzeniu przy napoju turystycznym.
[attachment=32200]
[attachment=32201] - Krahbergzinken w środku
Na Planai nie możemy się nasycić widokami na przeciwległy Dachstein. Tam gdzieś dalszy dzień mamy chodzić po kopczykach.
[attachment=32202] - Hoher Dachstein - z tylnych trzech wierzchołków ten pierwszy z prawej.
Nim zjedziemy z powrotem, mamy jeszcze jeden pomysł. Telefonujemy do swoich bliskich i chcemy im przez http://www.planai.at/winter/cs/8599.html# pomachać na powitanie. Jednak i ten pomysł nam się nie udaje. Czekanie na górski autobus, który nas odwiezie w dół krócimy zabawą i pstrykaniem głupot.
[attachment=32203][attachment=32204]
W campingu dalsze pytanie - co z napoczętym wieczorem? Jedynie zwiedzić miasto ze swoimi urokami. O tej porze roku jest tu jednak pustawo, sezon główny zimowy dawno skończony a uboczny letni się jeszcze nie odstartował.
[attachment=32205]
Długo na zwiedzaniu miasta się nie ogrzejemy. Z myślą o zahaczeniu się o jakiś lokal wogóle nie kokietujemy. Cenowe relacje nie dla naszych kieszeni. Tomtur ma jednak obawy, że z naszymi zapasami napoju turystycznego nie wytrzymiemy. W miejscowym browarze Schladminger ma znajomości i po cenie promocyjnej załatwia dostateczny zapas na następne dni.
[attachment=32206]
Wieczór chyli się ku końcowi i my jeszcze przed snem robimy plany na następny dzień. Żeby tylko pogoda wytrzymała. Jak się później okaże, nasza prośba nie była wcale wysłuchana.
[attachment=32207]
Dobranoc.
Cdn...
Jest początek lipca 2010 i ja wraz Tomturem wyruszamy na długo oczekiwaną wycieczkę do Schladmingu i okolic z planem wyjścia na Hoher Dachstein i zwiedzenia części Niskich Taurów - Schladminger Tauern. Dla mnie to jest już znana okolica, ale dla Tomtura to jest wielka niewiadoma i tym dodatkowe stresujące uczucie, bo trzeba wszystko dobrze zaplanować.
Dzień pierwszy 3.7.2010
Tomtur startuje o 3:00, zabiera mnie i po 8 godzinach i 680 km jazdy znajdujemy się w ważnym ośrodku narciarskim - Schladming. Już po drodze robię na zamówienie Tomtura zdjęcia.
[attachment=32198]
Z długich dolin, tuneli i okolicznych gór jest prawdziwie zafascynowany. Nawet miejscami mam obawy, że napakuje nasz pojazd w naprzeciw jadące autka. Jednak bez uszczerbku na zdrowiu dojeżdżamy do celu. Budowanie obozu i obiadek jest przeprowadzone w przyśpieszonym tempie. Pogoda nam dopisuje - jest słonecznie i gorąco - i dlatego nie jedno piwko padło na zrobienie opisanych czynności. Po południu nie czeka nas żadna siesta, ale lżejsze zaznajomienie się z okolicą. W planie nie są miejscowe gospody (jak by większość Forumowiczów o nas myślała), ale podziwianie widoków z okolicznych kopczyków. Najbliższe jest Planai (1906 m) i do pokonania przewyższenia około 1150 m ma nam dopomóc kolejka linowa. Łatwo powiedziane. Ale i taki kraj, jak Austria, czas od czasu musi zarządzić modernizację technologii wywozowej. Tam, gdzie przed rokiem była jeszcze dolna stacja kolejki linowej, był wielki plac budowy. Chyba wielkie przygotowania na MŚ w roku 2013? I co dalej? Z naszymi znajomościami miejscowego języka maksymalnie możemy sobie kupić piwo, ale zapytać jak wywieziemy nasze tyłki, to był nie lada orzech do zgryzienia. Jednak ktoś pomyślał też o takich ślamazarach jak my i na płocie powiesił dokładny plan zapasowego wariantu wywiezienia nas na Planai. Po kilku minutach chodzenia tam i z powrotem (robotnicy na budowie musieli mieć z nas ubaw) znaleźliśmy prawidłową trasę na dojście do stacji innej kolejki.
[attachment=32199]
Po niespełna godzinie błądzenia po mieście, nareszcie dotarliśmy w długo oczekiwane góry. Błądzenie ma jednak wynik taki, że nie wyjdziemy na zaplanowany Krahbergzinken (2134 m), oddalony godzinę od górnej stacji. Mamy czas tylko na przejście ścieżki "Panoramaweg" dla seniorów
i gawędzeniu przy napoju turystycznym.
[attachment=32200]
[attachment=32201] - Krahbergzinken w środku
Na Planai nie możemy się nasycić widokami na przeciwległy Dachstein. Tam gdzieś dalszy dzień mamy chodzić po kopczykach.
[attachment=32202] - Hoher Dachstein - z tylnych trzech wierzchołków ten pierwszy z prawej.
Nim zjedziemy z powrotem, mamy jeszcze jeden pomysł. Telefonujemy do swoich bliskich i chcemy im przez http://www.planai.at/winter/cs/8599.html# pomachać na powitanie. Jednak i ten pomysł nam się nie udaje. Czekanie na górski autobus, który nas odwiezie w dół krócimy zabawą i pstrykaniem głupot.
[attachment=32203][attachment=32204]
W campingu dalsze pytanie - co z napoczętym wieczorem? Jedynie zwiedzić miasto ze swoimi urokami. O tej porze roku jest tu jednak pustawo, sezon główny zimowy dawno skończony a uboczny letni się jeszcze nie odstartował.
[attachment=32205]
Długo na zwiedzaniu miasta się nie ogrzejemy. Z myślą o zahaczeniu się o jakiś lokal wogóle nie kokietujemy. Cenowe relacje nie dla naszych kieszeni. Tomtur ma jednak obawy, że z naszymi zapasami napoju turystycznego nie wytrzymiemy. W miejscowym browarze Schladminger ma znajomości i po cenie promocyjnej załatwia dostateczny zapas na następne dni.
[attachment=32206]
Wieczór chyli się ku końcowi i my jeszcze przed snem robimy plany na następny dzień. Żeby tylko pogoda wytrzymała. Jak się później okaże, nasza prośba nie była wcale wysłuchana.
[attachment=32207]
Dobranoc.
Cdn...
... no chyba że, Stasiu z Tomturem zostaliście przy tym zapasie co na zdjęciu, i nawet nie pamiętacie co dalej się działo 


. W schronisku łamiemy nasze przedsięwzięcie i stawiamy sobie miejscowy napój turystyczny. Po minie Tomtura poznać jak głęboko musieliśmy siągnąć do kieszeni.
. Deformowany filmami sensacyjnymi przedstawiałem sobie, jak mostek się urywa, kiedy akurat jestem w środku. Po pokonaniu tej przeszkody jest nam serwirowany zestaw schodów i drabinek okorzenionych mniejszymi mostkami. Niekiedy do góry, niekiedy w dół. I tak ponad pół godziny.
Pierwszy rodzaj to jest nieustanny bój z fizjologią układu moczowego. Człowiekowi się strasznie chce, ale nie chce mu się wygramolić z ciepłego śpiworka. Chwilkę człowiek walczy z tym chceniem, ale i tak później rad czy nierad musi wstać i sobie ulżyć. Drugi rodzaj to całkiem co innego. Kiedy zacznie śpiącemu kapać woda na głowę, to wystartuje ze śpiwora jak do alarmu bojowego. Tutaj nie ma czasu na powolne rozmyślanie wstać czy nie wstać. Wtedy nieszczęśnik działa automatycznie - penetracja pomieszczenia jak wysoko sięga woda, szukanie suchego miejsca i ratowanie mienia osobistego. I prawie ten drugi rodzaj obudził mnie dnia trzeciego o 4:30. Po całonocnej ulewie namiot zaczął przeciekać. Jeżeli wczoraj Dachstein był marudny na wieść, że chcemy go odwiedzić, to dzisiaj dał nam stanowczo do zrozumienia, że sobie nie życzy naszych odwiedzin.

