08-06-2010, 05:41 PM
Tomtur dał mi do wyboru - jedziemy na Pradziada albo na Babią. Ja wolę prezentować się przed babami niż przed dziadami i dlatego wybrałem Babią
. Na dodatek miały być dwie - "Wielką" już odwiedziłem, ale jej mniejsza siostra jeszcze mnie nie zaprosiła i trzeba było to naprawić.
Wyjeżdżamy dnia 6.6. o 6-tej rano. Trzy szóstki to
liczba a my na dodatek mamy odwiedzić najwyższy szczyt Babiej - Diablaka. Na szczęście nie jestem przesądny i śmiało możemy wyruszyć w odwiedziny. Może będą dla nas siostry łaskawe? Pogoda daje nam w to wierzyć. Za niespełna dwie godzinki pojawiamy się już o 150 km dalej - chata Slaná voda.
[attachment=31564]
Aha! Jeszcze nie zdradziłem, że postanowiliśmy siostry podejść nieco od tyłu, od strony Słowacji. W w/w przystanku ładujemy za pomocą napoju turystycznego baterie na maksa. Trzeba się należycie przygotować. Czeka nas 6:45 godziny piechotą (wg mapy) i 1000 m podejścia. I wiadomo, że kobiety nie dają nic za darmo
. Po odpoczynku wyruszamy na trasę. Zaraz na starcie robimy zdjęcie naszych sióstr.
[attachment=31565]
Babie z tej strony są niczym bajne syreny. Wiadomo, najpierw wabią i potem zatracają. Plan jest prosty - najpierw odwiedzimy tą małą i potem tą wielką. W odwrotnym kierunku nie musi nam starczyć sił na małą po odwiedzinach tej wielkiej. Początek drogi wiedzie obok potoka Vonžovec. Fajnie położony asfalt jest raczej dobry na wycieczkę rowerową. Nasze nogi by raczej inny podkład. Nie podoba sią nam, no to asfaltowa droga po 45 minutach odbija w lewo a my już pod górkę leśną drogą. Raczej po czymś co po niej zostało. Ostanie opady deszczu musiały jej porządnie dać we znaki. Tylko staram się nie myśleć, jak byśmy się przedzierali tym aquaduktem. Pierwsze podejście budzi z letargu nasze serca i płuca. Teraz one muszą się starać, żeby nas przenieść do góry. Pokonujemy pierwsze wzniesienie - Borsučie i bez zatrzymania dajemy następne. Dalej leśna droga staje się o jeden stopień trudniejsza. Do wymletej przez wodę dochodzi jeszcze zniszczenie przez ciężkie pojazdy leśne. O stromym podejsćiu nie wspominam, bo to jest oczywiste
. Jednak za włożony trud jest nam przyznana nagroda. Pokazują się nam pierwsze widoki
.
[attachment=31566] - Tomtur zadowolony z widoku na Pilsko
[attachment=31567] - powoli wyłaniający się wierzchołek "Wielkiej"
Do naszych ciał wstępuje nowa siła. Szósty zmysł górołaza nam mówi, że ramiona "Małej" są już blisko. Jeszcze chwila i las ustępuje. Jedna z bab jest na wyciągnięcie ręki.
[attachment=31568]
O 10:50 jesteśmy w odwiedzinach u pierwszej mniejszej kobiety. Mnie samotnego cieszy ten wyczyn. Znowu mam na koncie ?nowy? wierzchołek. Dalsza chwila to już klasyka - focenie, podziwianie widoków i nawet zdrzemka. Najlepsze spojrzenie jest na ?Wielką? z ostateczną trasą wyjściową od strony Brony.
[attachment=31569]
Mamy czas, bo Tomtur leciał pod górkę na złamanie karku
. Teraz już wiemy, że i ta druga nas przyjmie. Od tąd zaczyna być jednak tłoczniej. Większość turystów dochodzi z polskiej strony. Po ukojeniu początkowej euforii z osiągnięcia pierwszego celu, czas myśleć na odwiedziny drugiego. Tutaj nie ma co opisywać danej trasy, bo wszyscy na Forum x-razy tędy chodzili. Po "Małej" czeka nas Brona i potem 300 m podejścia na większą z sióstr. Dla nas to bułka z masłem. Bronę przelatujemy i wpadamy w pierwsze podejście. Mamy jednak dobrą kondycję i nie robi nam to zbytnio problemów. Nawet jest czas robić zdjęcia podczas marszu.
[attachment=31570][attachment=31571]
Jeszcze pokonać kamienne kretowisko
[attachment=31572]
i po 50 minutach od "Małej" jesteśmy w odwiedzinach przy "Wielkiej". Na intymności z Babami nie ma jednak dzisiaj co liczyć. Pomysł na odwiedziny tego zakątka miało więcej turystów.
[attachment=31573]
No, jednak jakiś kamyczek, zamiast fotela, na posiedzenie się jeszcze znalazł. Nie mam Babiej za złe, że w taką pogodę pozwała tylu turystów. Nie jestem egoistą. Widoki, jak na ten stan pogody i porę roku, wspaniałe. Taterki się nam trochę chowały za oparem.
[attachment=31574]
Po dłuższym relaksie, czas pomyśleć na powrotną drogę. Teraz sobie uświadamiamy, że tych 1000 m będzie trzeba jakoś zejść. Człowiek nie jest już taki młody i resory w kolanach są też poważnie wytłuczone. Nic nam nie pozostaje, jak zmagać się z tą przeciwnością. Żegnamy się z Babami i schodzimy w dół słowackim żołtym szlakiem.
[attachment=31575]
Teraz nam na sam koniec dają trochę kopa. Jak ja nie lubię schodzić! Jedynie co mnie cieszy to jest to, że my wiemy gdzie idziemy. Mam podejrzenie, że niektórzy polscy turyści pomylą żółte szlaki i potem muszą wracać z powrotem. Nie zazdroszczę im tego powrotnego wspinania. Kopczyki mają też swój koniec i po 1,5 godzinie teren się wypłaszcza i na szlaku napotykamy Hviezdoslavovou horáreň.
[attachment=31576]
W tym malowniczym miejscu, zwłaszcza ładne widoki na Kotlinę Górnoorawską z Tatrami w tle, znany poeta P.O.Hviezdoslav czerpał temat do swojego dzieła "Hájnikova žena". Na marginesie można dodać, że to była u nas między innymi literatura obowiązkowa w szkole średniej
. Na koniec zostaje nam przejść jeszcze Hviezdoslavovou alejou. Wg przewodnika ma to być aleja świerkowych soliterów rosnących na fliszu Rowu Podbeskidzkiego. Mnie do pamięci, zamiast świerków, zapisał się raczej zły stan leśnej drogi. To już szedłem na mieciurowym autopilocie. 15:35 i jesteśmy u celu naszej podróży. Po dopełnieniu wydanej energii w miejscowej chacie, wsiadamy w autko i wracamy do domu. Po drodze, na przełęczy między Orawą a Kysucami, robimy jeszcze zdjęcie naszego dalszego celu (
), który mamy w planie odwiedzić 20.6.
[attachment=31577]
Zapraszam
P.S. Dla mnie bardzo udana wycieczka. Słoneczko nas przypiekało na całego
. Pogoda nas rozpieszczała. Polecam wszystkim, którym się już przejadło wchodzenie na Babią od strony Krowiarek albo Markowych Szczawin. Bardzo dobre też dla tych co lubią samotnie chodzić po kopczykach, nie liczę jednak górne partie na wspólnej granicy. Jedyne, co odebrałem trochę negatywnie to jest, że miałem lepszą opinię o chacie Slaná voda. Usługi trochę kuleją za dzisiejszymi porządaniami. Jednak turyście nie dają zginąć - napoją, nakarmią i nawet legowisko przygotują. O tym, że po wycieczce Tomtur wyglądał jak marchewka a ja jak pomidor, nie będę się rozpisywał
.
. Na dodatek miały być dwie - "Wielką" już odwiedziłem, ale jej mniejsza siostra jeszcze mnie nie zaprosiła i trzeba było to naprawić.Wyjeżdżamy dnia 6.6. o 6-tej rano. Trzy szóstki to
liczba a my na dodatek mamy odwiedzić najwyższy szczyt Babiej - Diablaka. Na szczęście nie jestem przesądny i śmiało możemy wyruszyć w odwiedziny. Może będą dla nas siostry łaskawe? Pogoda daje nam w to wierzyć. Za niespełna dwie godzinki pojawiamy się już o 150 km dalej - chata Slaná voda. [attachment=31564]
Aha! Jeszcze nie zdradziłem, że postanowiliśmy siostry podejść nieco od tyłu, od strony Słowacji. W w/w przystanku ładujemy za pomocą napoju turystycznego baterie na maksa. Trzeba się należycie przygotować. Czeka nas 6:45 godziny piechotą (wg mapy) i 1000 m podejścia. I wiadomo, że kobiety nie dają nic za darmo
. Po odpoczynku wyruszamy na trasę. Zaraz na starcie robimy zdjęcie naszych sióstr.[attachment=31565]
Babie z tej strony są niczym bajne syreny. Wiadomo, najpierw wabią i potem zatracają. Plan jest prosty - najpierw odwiedzimy tą małą i potem tą wielką. W odwrotnym kierunku nie musi nam starczyć sił na małą po odwiedzinach tej wielkiej. Początek drogi wiedzie obok potoka Vonžovec. Fajnie położony asfalt jest raczej dobry na wycieczkę rowerową. Nasze nogi by raczej inny podkład. Nie podoba sią nam, no to asfaltowa droga po 45 minutach odbija w lewo a my już pod górkę leśną drogą. Raczej po czymś co po niej zostało. Ostanie opady deszczu musiały jej porządnie dać we znaki. Tylko staram się nie myśleć, jak byśmy się przedzierali tym aquaduktem. Pierwsze podejście budzi z letargu nasze serca i płuca. Teraz one muszą się starać, żeby nas przenieść do góry. Pokonujemy pierwsze wzniesienie - Borsučie i bez zatrzymania dajemy następne. Dalej leśna droga staje się o jeden stopień trudniejsza. Do wymletej przez wodę dochodzi jeszcze zniszczenie przez ciężkie pojazdy leśne. O stromym podejsćiu nie wspominam, bo to jest oczywiste
. Jednak za włożony trud jest nam przyznana nagroda. Pokazują się nam pierwsze widoki
.[attachment=31566] - Tomtur zadowolony z widoku na Pilsko
[attachment=31567] - powoli wyłaniający się wierzchołek "Wielkiej"
Do naszych ciał wstępuje nowa siła. Szósty zmysł górołaza nam mówi, że ramiona "Małej" są już blisko. Jeszcze chwila i las ustępuje. Jedna z bab jest na wyciągnięcie ręki.
[attachment=31568]
O 10:50 jesteśmy w odwiedzinach u pierwszej mniejszej kobiety. Mnie samotnego cieszy ten wyczyn. Znowu mam na koncie ?nowy? wierzchołek. Dalsza chwila to już klasyka - focenie, podziwianie widoków i nawet zdrzemka. Najlepsze spojrzenie jest na ?Wielką? z ostateczną trasą wyjściową od strony Brony.
[attachment=31569]
Mamy czas, bo Tomtur leciał pod górkę na złamanie karku
. Teraz już wiemy, że i ta druga nas przyjmie. Od tąd zaczyna być jednak tłoczniej. Większość turystów dochodzi z polskiej strony. Po ukojeniu początkowej euforii z osiągnięcia pierwszego celu, czas myśleć na odwiedziny drugiego. Tutaj nie ma co opisywać danej trasy, bo wszyscy na Forum x-razy tędy chodzili. Po "Małej" czeka nas Brona i potem 300 m podejścia na większą z sióstr. Dla nas to bułka z masłem. Bronę przelatujemy i wpadamy w pierwsze podejście. Mamy jednak dobrą kondycję i nie robi nam to zbytnio problemów. Nawet jest czas robić zdjęcia podczas marszu.[attachment=31570][attachment=31571]
Jeszcze pokonać kamienne kretowisko
[attachment=31572]
i po 50 minutach od "Małej" jesteśmy w odwiedzinach przy "Wielkiej". Na intymności z Babami nie ma jednak dzisiaj co liczyć. Pomysł na odwiedziny tego zakątka miało więcej turystów.
[attachment=31573]
No, jednak jakiś kamyczek, zamiast fotela, na posiedzenie się jeszcze znalazł. Nie mam Babiej za złe, że w taką pogodę pozwała tylu turystów. Nie jestem egoistą. Widoki, jak na ten stan pogody i porę roku, wspaniałe. Taterki się nam trochę chowały za oparem.
[attachment=31574]
Po dłuższym relaksie, czas pomyśleć na powrotną drogę. Teraz sobie uświadamiamy, że tych 1000 m będzie trzeba jakoś zejść. Człowiek nie jest już taki młody i resory w kolanach są też poważnie wytłuczone. Nic nam nie pozostaje, jak zmagać się z tą przeciwnością. Żegnamy się z Babami i schodzimy w dół słowackim żołtym szlakiem.
[attachment=31575]
Teraz nam na sam koniec dają trochę kopa. Jak ja nie lubię schodzić! Jedynie co mnie cieszy to jest to, że my wiemy gdzie idziemy. Mam podejrzenie, że niektórzy polscy turyści pomylą żółte szlaki i potem muszą wracać z powrotem. Nie zazdroszczę im tego powrotnego wspinania. Kopczyki mają też swój koniec i po 1,5 godzinie teren się wypłaszcza i na szlaku napotykamy Hviezdoslavovou horáreň.
[attachment=31576]
W tym malowniczym miejscu, zwłaszcza ładne widoki na Kotlinę Górnoorawską z Tatrami w tle, znany poeta P.O.Hviezdoslav czerpał temat do swojego dzieła "Hájnikova žena". Na marginesie można dodać, że to była u nas między innymi literatura obowiązkowa w szkole średniej
. Na koniec zostaje nam przejść jeszcze Hviezdoslavovou alejou. Wg przewodnika ma to być aleja świerkowych soliterów rosnących na fliszu Rowu Podbeskidzkiego. Mnie do pamięci, zamiast świerków, zapisał się raczej zły stan leśnej drogi. To już szedłem na mieciurowym autopilocie. 15:35 i jesteśmy u celu naszej podróży. Po dopełnieniu wydanej energii w miejscowej chacie, wsiadamy w autko i wracamy do domu. Po drodze, na przełęczy między Orawą a Kysucami, robimy jeszcze zdjęcie naszego dalszego celu (
), który mamy w planie odwiedzić 20.6.[attachment=31577]
Zapraszam

P.S. Dla mnie bardzo udana wycieczka. Słoneczko nas przypiekało na całego
. Pogoda nas rozpieszczała. Polecam wszystkim, którym się już przejadło wchodzenie na Babią od strony Krowiarek albo Markowych Szczawin. Bardzo dobre też dla tych co lubią samotnie chodzić po kopczykach, nie liczę jednak górne partie na wspólnej granicy. Jedyne, co odebrałem trochę negatywnie to jest, że miałem lepszą opinię o chacie Slaná voda. Usługi trochę kuleją za dzisiejszymi porządaniami. Jednak turyście nie dają zginąć - napoją, nakarmią i nawet legowisko przygotują. O tym, że po wycieczce Tomtur wyglądał jak marchewka a ja jak pomidor, nie będę się rozpisywał
.
