24-05-2010, 10:04 PM
Niedziela 16 maja 2010. Siedzę wygodnie przed komputerem , obserwując na ekranie mapę wschodniej części Beskidu Wyspowego. Za każdym razem gdy pod biurkiem próbuję rozprostować nogi grymas bólu pojawia się na mojej twarzy. Czasami zastępuje go uśmiech - gdy biała linia, symbolizująca trasę zarejestrowaną przez GPS przechodzi przez duże obszary leśne. Wtedy jednak, w nocy, we mgle, nie było mi do śmiechu.
Wróćmy jednak do początku całej historii. Jest piątkowy wieczór. Od wielu dni pada, momentami dość intensywnie . Część beskidzkich szlaków przypomina strumienie, inne zamieniają się w błotniste grzęzawisko. Należę do ludzi, którzy w taką pogodę lubią w dobrym towarzystwie "walnąć setkę".
Punktualnie o osiemnastej strzela pistolet startowy i zaczyna się zabawa. Przekraczamy bramę Ekstremalnego Maratonu Pieszego Kierat 2010. Przed nami 100 kilometrów górskich szlaków i 3500 metrów podejść.
Zgodnie z tym co zapowiadałem miałem być na Harpaganie, jednak zbieg okoliczności sprawił że stało się inaczej. Termin harpagana został ostatecznie zmieniony z uwagi na pogrzeb Prezydenta. Poza tym Kierat jest dużo bliżej i na dodatek przebiega przez bardzo przeze mnie lubiany Beskid Wyspowy oraz Gorce. Malownicza górska trasa w porównaniu z płaskim terenem na którym odbywa się Harpagan ma jednak pewną wadę - wymaga rewelacyjnej kondycji.
Przez ruchliwe ulice Limanowej eskortuje nas Policja. Spoglądam na spowitą w nisko zalegających chmurach Łysą Górę, gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny. Na marginesie dodam że wszystkich punktów jest 13, a kolejność ich zaliczania - obowiązkowa. Wybór drogi pomiędzy punktami jest dowolny, i zależy od preferencji uczestników. Jedni "walą na krechę" inni stosują bardziej wyrafinowane metody. Prawidłowy wybór drogi jest niezmiernie ważny, o czym przyszło mi się w niedalekiej przyszłości przekonać.
Tegoroczny Kierat zgromadził ponad 500 uczestników. Maszerując przyglądam się towarzyszącym mi osobom i dzielę ich na kilka grup:
Pierwszą stanowią "faceci w rajtuzach" - czyli biegacze. Oni sami wolą jak nazywa się ich napieraczami . Na plecach mają ultralekkie plecaczki o pojemności kilku litrów, w kieszeniach parę betonów energetycznych. Ten zapas pożywienia zwykle wystarcza na "opędzenie" całej trasy w czasie około 15 godzin, ale oni są z innej planety.
Druga grupa to "komandziory" ?czyli miłośnicy stylu militarnego. Ubrani w moro i ciężkie buty nie liczą każdego grama, jak omawiani wcześniej biegacze. Mają oni zazwyczaj silną motywację, traktując rajd jak "zadanie do wykonania".
I w końcu trzecia, najliczniej reprezentowana kategoria, nazwijmy ich "turyści długodystansowcy".
Z wyglądu niepozorni, ale większość z nich to starzy górscy wyjadacze, którzy z niejednego szlaku kurz wdychali.
Jeśli chodzi o mnie to reprezentuję styl mieszany gdzieś między grupą drugą i trzecią.
Niebawem wychodzimy z miasta i kierujemy się na stromą leśną drogę. Peleton zaczyna się rozciągać, wszyscy napieprzają aż się kurzy. Spoglądam na pulsometr, który ma za zadanie hamować moją ułańską fantazję. Tętno "zdumiewające". Rozkładam kije na widok jeszcze większego nachylenia i chwilę później mam już tętno "absurdalne". W końcu docieram do szczytu i obiecuję sobie, że od tej pory będę słuchał alarmów pulsometru. Chwilę później melduję się na punkcie kontrolnym umieszczonym w górnej stacji wyciągu narciarskiego. Tu po raz pierwszy zostaje przedziurawiona moja karta startowa.
Chwila oddechu, łyk wody, rzut oka na mapę i naprzód, w stronę oddalonego o 10 km drugiego punktu kontrolnego. Orientację utrudnia mgła, dlatego najbezpieczniej poruszać się znakowanym szlakiem. Na tym odcinku nawiązuję pierwsze znajomości, nie zwalniając jednak tempa marszu. Wymieniamy się doświadczeniami na temat sprzętu i wyżywienia podczas rajdów. W tej drugiej kwestii mam niewiele do powiedzenia. Eksperymentalna, wysokokaloryczna dieta, w połączeniu ze stresem i wysiłkiem sprawiła, że na trasie niemal od początku miałem przesrane, niestety nie tylko w przenośni.
Zapada zmrok. Silny strumień światła z malutkiej czołówki przeszywa ciemność. Odwracam się i widzę coś niezwykłego. Las roi się od małych punktów świetlnych. Wygląda to jak wysyp robaczków świętojańskich.
Docieram do punktu PK2 umieszczonego przy węźle szlaków. Po drodze zaliczyłem Sałasz (909 m) i Jaworz (921 m), lecz nie zdążyłem się im bliżej przyjrzeć.
W czasie krótkiego odpoczynku myślę o oddalonym o 9 km trzecim PK. Aby się do niego dostać muszę zejść szlakiem do doliny pokonać plątaninę wiejskich dróżek i znów zaszyć się w lesie. Ruszamy sporą grupą. Nawigacja spada na barki prowadzących a ja cieszę się chwilą. Jest fantastycznie. Kilkunastoosobowa grupka ludzi z latarkami na czołach przedziera się wąską ścieżką przez las. Co chwilę słychać głosy "uwaga przeszkoda". Wszyscy starają się sobie wzajemnie pomagać i podążają niestrudzenie naprzód, a przecież tam, na mecie nie ma żadnej nagrody. Całe szczęście, bo gdyby tam stał samochód terenowy zupełnie inni ludzie by tu przyjechali.
Wychodzimy z lasu i dzielimy się na mniejsze grupki. Każda ma inny pomysł jak przebić się przez sieć wiejskich dróżek. Razem ze mną idą dziewczyna i chłopak z Krakowa. Wspólnie pokonamy kolejnych 35 kilometrów. Dołącza się także "Zabłąkana Ekipa". Przydomek ten przylgnie do niej trochę później. Popis nawigacji tej ostatniej doprowadza nas do kogoś na podwórko. Rozglądamy się bezradnie, gdy nagle drzwi domu otwierają się i młoda kobieta zamiast poszczuć psem zwraca się do nas: "Na lewo, za ogrodem jest droga. Powodzenia!".
Zbliżamy się do "lasu w którym żadna droga z mapą się nie zgadza" to niestety udało się ustalić nieco później. Zabłąkana Ekipa ma własny pomysł na przejście przez ten las. W rezultacie rozdzielamy się i w trójkę przekraczamy linię drzew.
Koszmar. Ostatecznie idziemy na azymut, po drodze widząc w gęstwinie światełka czołówek, podążające we wszystkich możliwych kierunkach. Tracimy sporo czasu, ale dochodzimy do asfaltu i dalej bez przeszkód do PK3. Jest on zlokalizowany na skraju lasu i dzięki płonącemu ognisku widoczny z daleka.
Wokół ognia skupia się grupa zmęczonych ludzi. Wyglądają jak oddział partyzancki po walce z przeważającymi siłami wroga. Podbijamy karty startowe i po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Skład naszej ekipy powiększa się o jedną osobę. Dołącza do nas doktor matematyki, niezły nawigator.
Do kolejnego punktu, zlokalizowanego na 30-tym kilometrze trasy można dostać się na dwa sposoby. Przez lasy i łąki korzystając z bardzo ubogiej sieci dróg, lub bezpiecznie asfaltem, dokładając zarazem kilka kilometrów. Mnie bardziej podoba się wariant pierwszy, ale zostaję przegłosowany. Na wstępie musimy się troszkę wrócić. Po drodze zauważamy kilka latarek. Z mroku wyłania się zdyszana i spocona "Zabłąkana Ekipa". Chłopaki zmierzają do PK3. Zamiast pozdrowienia słyszymy : " Q... ale w tym lesie dowaliliśmy kilometrów" . Kilkadziesiąt minut później udaje im się nas dogonić i razem stajemy na skrzyżowaniu. Zastanawiając się co dalej proponujemy żeby wybrali jakiś wariant, a potem pójdziemy w przeciwną stronę
Ciąg dalszy nastąpi...
Wróćmy jednak do początku całej historii. Jest piątkowy wieczór. Od wielu dni pada, momentami dość intensywnie . Część beskidzkich szlaków przypomina strumienie, inne zamieniają się w błotniste grzęzawisko. Należę do ludzi, którzy w taką pogodę lubią w dobrym towarzystwie "walnąć setkę".
Punktualnie o osiemnastej strzela pistolet startowy i zaczyna się zabawa. Przekraczamy bramę Ekstremalnego Maratonu Pieszego Kierat 2010. Przed nami 100 kilometrów górskich szlaków i 3500 metrów podejść.
Zgodnie z tym co zapowiadałem miałem być na Harpaganie, jednak zbieg okoliczności sprawił że stało się inaczej. Termin harpagana został ostatecznie zmieniony z uwagi na pogrzeb Prezydenta. Poza tym Kierat jest dużo bliżej i na dodatek przebiega przez bardzo przeze mnie lubiany Beskid Wyspowy oraz Gorce. Malownicza górska trasa w porównaniu z płaskim terenem na którym odbywa się Harpagan ma jednak pewną wadę - wymaga rewelacyjnej kondycji.
Przez ruchliwe ulice Limanowej eskortuje nas Policja. Spoglądam na spowitą w nisko zalegających chmurach Łysą Górę, gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny. Na marginesie dodam że wszystkich punktów jest 13, a kolejność ich zaliczania - obowiązkowa. Wybór drogi pomiędzy punktami jest dowolny, i zależy od preferencji uczestników. Jedni "walą na krechę" inni stosują bardziej wyrafinowane metody. Prawidłowy wybór drogi jest niezmiernie ważny, o czym przyszło mi się w niedalekiej przyszłości przekonać.
Tegoroczny Kierat zgromadził ponad 500 uczestników. Maszerując przyglądam się towarzyszącym mi osobom i dzielę ich na kilka grup:
Pierwszą stanowią "faceci w rajtuzach" - czyli biegacze. Oni sami wolą jak nazywa się ich napieraczami . Na plecach mają ultralekkie plecaczki o pojemności kilku litrów, w kieszeniach parę betonów energetycznych. Ten zapas pożywienia zwykle wystarcza na "opędzenie" całej trasy w czasie około 15 godzin, ale oni są z innej planety.
Druga grupa to "komandziory" ?czyli miłośnicy stylu militarnego. Ubrani w moro i ciężkie buty nie liczą każdego grama, jak omawiani wcześniej biegacze. Mają oni zazwyczaj silną motywację, traktując rajd jak "zadanie do wykonania".
I w końcu trzecia, najliczniej reprezentowana kategoria, nazwijmy ich "turyści długodystansowcy".
Z wyglądu niepozorni, ale większość z nich to starzy górscy wyjadacze, którzy z niejednego szlaku kurz wdychali.
Jeśli chodzi o mnie to reprezentuję styl mieszany gdzieś między grupą drugą i trzecią.
Niebawem wychodzimy z miasta i kierujemy się na stromą leśną drogę. Peleton zaczyna się rozciągać, wszyscy napieprzają aż się kurzy. Spoglądam na pulsometr, który ma za zadanie hamować moją ułańską fantazję. Tętno "zdumiewające". Rozkładam kije na widok jeszcze większego nachylenia i chwilę później mam już tętno "absurdalne". W końcu docieram do szczytu i obiecuję sobie, że od tej pory będę słuchał alarmów pulsometru. Chwilę później melduję się na punkcie kontrolnym umieszczonym w górnej stacji wyciągu narciarskiego. Tu po raz pierwszy zostaje przedziurawiona moja karta startowa.
Chwila oddechu, łyk wody, rzut oka na mapę i naprzód, w stronę oddalonego o 10 km drugiego punktu kontrolnego. Orientację utrudnia mgła, dlatego najbezpieczniej poruszać się znakowanym szlakiem. Na tym odcinku nawiązuję pierwsze znajomości, nie zwalniając jednak tempa marszu. Wymieniamy się doświadczeniami na temat sprzętu i wyżywienia podczas rajdów. W tej drugiej kwestii mam niewiele do powiedzenia. Eksperymentalna, wysokokaloryczna dieta, w połączeniu ze stresem i wysiłkiem sprawiła, że na trasie niemal od początku miałem przesrane, niestety nie tylko w przenośni.
Zapada zmrok. Silny strumień światła z malutkiej czołówki przeszywa ciemność. Odwracam się i widzę coś niezwykłego. Las roi się od małych punktów świetlnych. Wygląda to jak wysyp robaczków świętojańskich.
Docieram do punktu PK2 umieszczonego przy węźle szlaków. Po drodze zaliczyłem Sałasz (909 m) i Jaworz (921 m), lecz nie zdążyłem się im bliżej przyjrzeć.
W czasie krótkiego odpoczynku myślę o oddalonym o 9 km trzecim PK. Aby się do niego dostać muszę zejść szlakiem do doliny pokonać plątaninę wiejskich dróżek i znów zaszyć się w lesie. Ruszamy sporą grupą. Nawigacja spada na barki prowadzących a ja cieszę się chwilą. Jest fantastycznie. Kilkunastoosobowa grupka ludzi z latarkami na czołach przedziera się wąską ścieżką przez las. Co chwilę słychać głosy "uwaga przeszkoda". Wszyscy starają się sobie wzajemnie pomagać i podążają niestrudzenie naprzód, a przecież tam, na mecie nie ma żadnej nagrody. Całe szczęście, bo gdyby tam stał samochód terenowy zupełnie inni ludzie by tu przyjechali.
Wychodzimy z lasu i dzielimy się na mniejsze grupki. Każda ma inny pomysł jak przebić się przez sieć wiejskich dróżek. Razem ze mną idą dziewczyna i chłopak z Krakowa. Wspólnie pokonamy kolejnych 35 kilometrów. Dołącza się także "Zabłąkana Ekipa". Przydomek ten przylgnie do niej trochę później. Popis nawigacji tej ostatniej doprowadza nas do kogoś na podwórko. Rozglądamy się bezradnie, gdy nagle drzwi domu otwierają się i młoda kobieta zamiast poszczuć psem zwraca się do nas: "Na lewo, za ogrodem jest droga. Powodzenia!".
Zbliżamy się do "lasu w którym żadna droga z mapą się nie zgadza" to niestety udało się ustalić nieco później. Zabłąkana Ekipa ma własny pomysł na przejście przez ten las. W rezultacie rozdzielamy się i w trójkę przekraczamy linię drzew.
Koszmar. Ostatecznie idziemy na azymut, po drodze widząc w gęstwinie światełka czołówek, podążające we wszystkich możliwych kierunkach. Tracimy sporo czasu, ale dochodzimy do asfaltu i dalej bez przeszkód do PK3. Jest on zlokalizowany na skraju lasu i dzięki płonącemu ognisku widoczny z daleka.
Wokół ognia skupia się grupa zmęczonych ludzi. Wyglądają jak oddział partyzancki po walce z przeważającymi siłami wroga. Podbijamy karty startowe i po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Skład naszej ekipy powiększa się o jedną osobę. Dołącza do nas doktor matematyki, niezły nawigator.
Do kolejnego punktu, zlokalizowanego na 30-tym kilometrze trasy można dostać się na dwa sposoby. Przez lasy i łąki korzystając z bardzo ubogiej sieci dróg, lub bezpiecznie asfaltem, dokładając zarazem kilka kilometrów. Mnie bardziej podoba się wariant pierwszy, ale zostaję przegłosowany. Na wstępie musimy się troszkę wrócić. Po drodze zauważamy kilka latarek. Z mroku wyłania się zdyszana i spocona "Zabłąkana Ekipa". Chłopaki zmierzają do PK3. Zamiast pozdrowienia słyszymy : " Q... ale w tym lesie dowaliliśmy kilometrów" . Kilkadziesiąt minut później udaje im się nas dogonić i razem stajemy na skrzyżowaniu. Zastanawiając się co dalej proponujemy żeby wybrali jakiś wariant, a potem pójdziemy w przeciwną stronę

Ciąg dalszy nastąpi...



mnie powstrzymały. Zobaczymy, może kiedyś się jednak skuszę 