26-05-2010, 07:57 AM
Widzę że niektórzy z Was odtrąbili już mój sukces w Kieracie, a tymczasem na trasie, właśnie zaczyna do mnie docierać że mogę tego rajdu nie ukończyć. To nie zmęczenie jest problemem, bo czuję się dobrze. Organizatorzy przewidzieli bowiem limity czasowe na poszczególnych punktach kontrolnych. Straciłem bardzo dużo czasu na odcinku między punktami 5 i 7 i teraz zaczyna się nerwowe spoglądanie na zegarek.
Mój kompan, Michał, dysponuje świetną kondycją. Aby nie stawiać go w sytuacji w jakiej ja się znalazłem mówię od razu -"Nie oglądaj się za siebie, gdybym zaczął Cię spowalniać."
Przed nami Gorc z punktem kontrolnym umieszczonym na podszczytowej polanie. Z Kamienicy to będzie równiutkie 700 metrów podejść.
Ruszamy szybkim tempem. Gdyby nie błoto to pewnie by się za nami kurzyło. Pod drodze robimy jeden postój schodząc ze szlaku rozpędzonemu motocykliście.
Miałem obawy związane z tym podejściem a okazało się że nie było tak źle. To chyba zasługa chałwy. Więcej energii ma już tylko wzbogacony uran. Podbijamy karty startowe na 10 minut przed zamknięciem punktu i ruszamy w dół do PK10. Wybieramy dłuższe, ale bezpieczne nawigacyjnie zejście znakowanym szlakiem. Dużą część trasy pokonujemy biegiem. Nie sądziłem że mogę jeszcze biegać po 70 kilometrach. Docieramy do punktu, gdy jego obsługa już się pakuje. Podbijam kartę i oddaję ją w ręce organizatorów. To bardzo trudna decyzja, ale nie ma szans aby zdążyć przed zamknięciem kolejnego punktu. Odcinek jest trudny nawigacyjnie.
Mam jeszcze tyle sił, do zamknięcia całego rajdu pozostało 6 godzin, ale limity czasowe punktów są ustalone celowo. Chodzi o to, aby nikomu nie było przykro, gdy zabraknie mu czasu na ostatnich kilometrach przed metą.
Do Limanowej zabiera mnie samochodem obsługa punktu. Jestem w bardzo dobrej formie. Na miejscu łykam kilka kawowych cukierków i po krótkim odpoczynku odpalam samochód. Godzinę później jestem już w domu w Krakowie.
No cóż nie udało się tym razem, choć cel był osiągalny. Pokonałem 70 kilometrów zaplanowanej trasy, lecz wliczając błędy nawigacyjne było ich 81. Jak na debiut w jednej z najtrudniejszych tego typu imprez w Polsce to i tak nieźle. Gdybym skończył to rozsiadłbym się teraz w fotelu i popadł w samozachwyt. Teraz przynajmniej będzie powód żeby poćwiczyć zasady nawigacji i wyboru optymalnej drogi.
Podsumowując, miałem okazję wziąć udział we wspaniałej, doskonale zorganizowanej imprezie. Poznałem fantastycznych ludzi i wiele się od nich nauczyłem. Dowiedziałem się też sporo o sobie.
Na koniec winny jeszcze jestem wyjaśnienie co znaczy ten dziwny tytuł. Wielu uczestników rajdów startuje w grupach z których każda ma jakąś nazwę. Moja, jak na razie jednoosobowa grupa tak się właśnie zwie. Cokolwiek powiesz po łacinie brzmi mądrze, a "Semper in altum" znaczy "Zawsze wzwyż" Mam nadzieję że grupa się rozrośnie, dołączą jacyś "rajdowcy" i "rajdówki" i za rok przyjedziemy na Kierat. Ten co zwyciężył niech się w międzyczasie weźmie ostro do roboty, bo wtedy może być różnie
Mój kompan, Michał, dysponuje świetną kondycją. Aby nie stawiać go w sytuacji w jakiej ja się znalazłem mówię od razu -"Nie oglądaj się za siebie, gdybym zaczął Cię spowalniać."
Przed nami Gorc z punktem kontrolnym umieszczonym na podszczytowej polanie. Z Kamienicy to będzie równiutkie 700 metrów podejść.
Ruszamy szybkim tempem. Gdyby nie błoto to pewnie by się za nami kurzyło. Pod drodze robimy jeden postój schodząc ze szlaku rozpędzonemu motocykliście.
Miałem obawy związane z tym podejściem a okazało się że nie było tak źle. To chyba zasługa chałwy. Więcej energii ma już tylko wzbogacony uran. Podbijamy karty startowe na 10 minut przed zamknięciem punktu i ruszamy w dół do PK10. Wybieramy dłuższe, ale bezpieczne nawigacyjnie zejście znakowanym szlakiem. Dużą część trasy pokonujemy biegiem. Nie sądziłem że mogę jeszcze biegać po 70 kilometrach. Docieramy do punktu, gdy jego obsługa już się pakuje. Podbijam kartę i oddaję ją w ręce organizatorów. To bardzo trudna decyzja, ale nie ma szans aby zdążyć przed zamknięciem kolejnego punktu. Odcinek jest trudny nawigacyjnie.
Mam jeszcze tyle sił, do zamknięcia całego rajdu pozostało 6 godzin, ale limity czasowe punktów są ustalone celowo. Chodzi o to, aby nikomu nie było przykro, gdy zabraknie mu czasu na ostatnich kilometrach przed metą.
Do Limanowej zabiera mnie samochodem obsługa punktu. Jestem w bardzo dobrej formie. Na miejscu łykam kilka kawowych cukierków i po krótkim odpoczynku odpalam samochód. Godzinę później jestem już w domu w Krakowie.
No cóż nie udało się tym razem, choć cel był osiągalny. Pokonałem 70 kilometrów zaplanowanej trasy, lecz wliczając błędy nawigacyjne było ich 81. Jak na debiut w jednej z najtrudniejszych tego typu imprez w Polsce to i tak nieźle. Gdybym skończył to rozsiadłbym się teraz w fotelu i popadł w samozachwyt. Teraz przynajmniej będzie powód żeby poćwiczyć zasady nawigacji i wyboru optymalnej drogi.
Podsumowując, miałem okazję wziąć udział we wspaniałej, doskonale zorganizowanej imprezie. Poznałem fantastycznych ludzi i wiele się od nich nauczyłem. Dowiedziałem się też sporo o sobie.
Na koniec winny jeszcze jestem wyjaśnienie co znaczy ten dziwny tytuł. Wielu uczestników rajdów startuje w grupach z których każda ma jakąś nazwę. Moja, jak na razie jednoosobowa grupa tak się właśnie zwie. Cokolwiek powiesz po łacinie brzmi mądrze, a "Semper in altum" znaczy "Zawsze wzwyż" Mam nadzieję że grupa się rozrośnie, dołączą jacyś "rajdowcy" i "rajdówki" i za rok przyjedziemy na Kierat. Ten co zwyciężył niech się w międzyczasie weźmie ostro do roboty, bo wtedy może być różnie

Mocno trzymam kciuki za powodzenie w następnych tego typu imprezach.


napiernicza co mnie bardziej męczy i ogólnie czuję się bardziej wykończony. 