06-07-2009, 08:36 PM
W prognozach pogody, ciągle to samo. Do południa parno i duszno, a popołudniu możliwość wystąpienia gwałtownych burz i ulewnych deszczów. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że sprawdza im się to, co do joty. Czemu z dobrą pogodą, nie mogą się tak wstrzelić? Nosiło mnie już od tygodnia, a tu ciągle żadnych perspektyw na górołażenie. Wysprzątałem cały dom z góry na dół, wzdłuż i wszerz i w odwrotnych kierunkach również, choć nie było już co sprzątać. Nic nie pomogło. Dalej snułem się z kąta w kąt, nie wiedząc co ze sobą począć. Przynajmniej żona była zadowolona - z podłóg zrobiłem jej lustra! Kiedy już całkowicie zniechęcony, w piątkowy wieczór zacząłem przeglądać prognozy pogody, malutki promyczek nadziei wdarł się w mój minorowy nastrój. Wszystkie one były nad wyraz optymistyczne i budzące nadzieje na rychły wyjazd. No,nareszcie.....pomyślałem i od razu przedstawiłem swój plan reszcie załogi. Plan został jednogłośnie zaakceptowany. O godzinie czwartej trzydzieści następnego dnia, byłem już na nogach. Pobudka całej ekipy - dość stanowcza, porządne śniadanie, spakowanie worów i bez patrzenia w niebo wyjazd w trasę. Kierunek - Bielsko Biała. W Jasienicy zjazd na "starą" drogę i klucząc ulicami Wapienicy dojazd do celu. Parking przed zalewem wodnym, bo tam postanowiliśmy zostawić samochód, o tej porze, był praktycznie zupełnie pusty, jeżeli nie liczyć kilku samochodów z miejscową rejestracja. Zbiórka w pełnym rynsztunku i wyjście.
[attachment=23510]
Zaczynamy niebieskim szlakiem. Już na samym dojściu pod pierwsze podejście, czeka nas kilka "atrakcji, które urozmaicają nam w pewien sposób monotonie tego całkiem płaskiego etapu. Trzeba tylko pomyszkować trochę w otaczającym nas lesie, cały czas nie spuszczając z oczu wytyczonego szlaku. A to się trafi malutki stawik z gromadzącą się w nim górską, krystalicznie czystą wodą, spływającą z otaczających go wzniesień. A to można niespodziewanie runąć w kilkunastometrową wyrwę, utworzoną prze nurt rzeki Wapienica, jeżeli zbyt późno spostrzeżemy się, że dotarliśmy do urwiska. Jeżeli jednak, będziemy ściśle trzymać się wyznaczonego szlaku, nic nam nie grozi i z zamkniętymi oczami, możemy poruszać się naprzód.
[attachment=23511][attachment=23512]
I tak oto, cali i zdrowi, docieramy do pierwszego podejścia. Pierwszy zakręt i już wiemy, że spalimy trochę kalorii. Mozolne i dość strome, jak na beskidzkie warunki, podejście daje nam się mocno we znaki. Temperatura powietrza zaczyna się podnosić. Brak jego ruchu w zalesionym terenie i duża wilgotność, skutecznie wyciskają z nas siódme poty. Brak tchu, jest dokuczliwy, ale brniemy dalej. Tego tylko brakowało, żebyśmy zdezerterowali na pierwszym lepszym wzniesieniu.
[attachment=23513][attachment=23514][attachment=23515]
Mała dygresja.
Stasiu, jeszcze raz nazwiesz moje kopczyki kretowinami, to Cię tu osobiście zaprowadzę i gwarantuję, że już po pięciu minutach wypocisz cały, tygodniowy przydział piwa he....he...
Uff.....ale ulga. Osiągnęliśmy pierwszy "szczycik".Palenica, bo o nim mowa 688m npm, niczym szczególnym się nie wyróżnia, więc idziemy dalej. Jest tylko praktycznie zwieńczeniem podejścia, za którym już ścieżka wije się wśród łąk dalej w głąb terenu. Na plecach czujemy delikatne podmuchu orzeźwiającego wiatru, który skutecznie chłodzi nasze przegrzane ciała. Typowe dla Beskidów przejście pomiędzy licznymi szczytami, które tylko na mapie są opisane, posuwa nas na przód w kierunku schroniska na "Błatniej" 917m npm.
[attachment=23516]
Przed samym szczytem, jeszcze jedno ostrzejsze podejście i po dwóch i pół godzinie marszu, osiągamy cel i stajemy na pierwszy w tym dniu popas. Kilka okolicznościowych fotek, delikatny posiłek i wyruszamy w dalszą drogę.
[attachment=23518][attachment=23519]
Obrany azymut ma nas zaprowadzić żółtym szlakiem na szczyt "Klimczoka 1117m npm, którego wierzchołek, z charakterystyczną dla tego miejsca stalowym masztem, ukazuje się nam już w oddali. Wytyczony szlak, licznymi zakosami i pofałdowaniami terenu z dłuższym podejściem tuż przed samym szczytem, po około półtorej godzinnej marszrucie doprowadza nas do wytyczonego celu. Po drodze mijamy jeszcze stadko koników, całkowicie luzem pasących się na granicy lasu i łąki. Źrebaki, nie opuszczając swych rodzicielek, brykają w najlepsze w sobie tylko znane zabawy.
[attachment=23520][attachment=23521][attachment=23522][attachment=23523][attachment=23524]
Wychodząc z leśnej gęstwiny, niespodziewanie wchodzimy na rozległy w tym miejscu, w całości porośnięty trawami szczyt. Och jak cudownie....dla takich chwil warto żyć. Przed nami rozpościera się panorama godna uwiecznienia na fotograficznej kliszy (jestem starej daty, teraz to chyba nazywa się matryca). Z lewej strony, poniżej, ledwo widoczne zabudowania Bielska Białej. Na wprost, najbliżej nas, jak na wyciągnięcie ręki, szczyt "Magura" 1109m npm, na którym znajduje się oblężone przez "niedzielnych" turystów schronisko. Po prawej natomiast, w bardzo mglistej poświacie, rysują się monumentalne szczyty Tatr. Moje dwie latorośle, Karolina i Michał, dokazują co niemiara, zwracając na siebie uwagę współgospodarzy tego terenu. Ja natomiast, korzystając z błogości tego miejsca, pieczołowicie moszczę sobie miejsce pod głowę na swoim plecaku i ucinam kojącą, małą dżemkę. Sielskość tego miejsca i błogostan, w który się wprawiłem sprawiają, że nie ma się najmniejszej ochoty na dalsza wędrówkę. Nie wiem, jak długo spałem, ale kiedy się przebudziłem, moim oczom ukazał się niezwykły widok. Tuż nade mną, na błękicie nieba, pośród leniwie przepływających śnieżno białych obłoków, przypominających kłęby waty cukrowej, w sposób całkowicie bezszelestny i niezwykle majestatyczny krążyły, zataczając coraz to większe koła, szybowce z pobliskiego aeroklubu bielskiego.
[attachment=23525][attachment=23526][attachment=23527][attachment=23528]
No cóż, wszystko dobre musi się kiedyś skończyć, a na nas już czas, jeżeli chcemy zdążyć przed zmrokiem do domu. Bardzo niemrawo, ale jednak ruszamy dalej. Teraz już idzie z górki, dosłownie i w przenośni. Żółty szlak, odbijając od leśnego wyjścia w lewo, prowadzi nas kamienistym zejściem na szczyt "Szyndzielni" 1028m npm, który bez żadnych przygód osiągamy po upływie trzydziestu minut.
[attachment=23530]
Ten krótki odcinek szlaku, z racji tego, że na "Szyndzielnię" można wyjechać kolejką linowa, przedreptują tłumy nieprzygotowanych do tego turystów. Mamy niezły ubaw, oceniając skalę bezmyślności i ignoranctwa niektórych pajaców, ubranych w najwymyślniejsze, trendowe, zgodne z najnowszym dizajnem, a jakże, uniformy. Co rusz parskamy śmiechem, wijąc się przy tym w mało dyskretnych konwulsjach. Niezłe mieli miny oglądając nasze popisy, nie wiedząc o co chodzi. W znakomitych humorach mijamy dystyngowany budynek schroniska na "Szyndzielni", kierując się dalej czerwonym szlakiem w dół, który potem ponownie przechodzi w żółty. Trzeba na to miejsce zwrócić szczególną uwagę, ponieważ zmiana szlaku następuje niepostrzeżenie, odbijając ze ścieżki, którą schodzimy, gwałtownie w las, po jego prawej stronie. Wystarczy przy prawo skręcie zwrócić na to miejsce baczniejszą uwagę i nie będzie żadnego problemu. W tym miejscu, nogi mamy już bardzo głęboko osadzone w lędźwiach i zaczynamy powoli odczuwać trudy wycieczki. Nic zresztą dziwnego. Zaczął się ostatni etap, dość stromym zejściem w dół, a to podświadomie podziałało na wyobraźnię, rozluźniając nieco dyscyplinę i skupienie uwagi. Ledwo o tym pomyślałem i nagle......trach, poczułem bardzo dobrze mi znany ból w prawym kolanie, z którego identyfikacją nie miałem żadnego problemu. To efekt ciężkiego urazu, jakiego doznałem podczas groźnego wypadku jadąc na rowerze. Kolano było tak mocno pokiereszowane, że lekarze specjaliści nie dawali mi żadnych szans na to, że będę je miał na tyle sprawne, aby chodzić po górach. Szkoda, że się z nimi nie założyłem, bo by przegrali. Od czasu do czasu jednak, potworne kłucie powraca, kiedy nieuważnie postawię nogę w dużym skręcie stopy i to pod sporym obciążeniem. Trzeba będzie odrzucić w końcu tradycyjny sposób poruszania się i zaopatrzyć w kije trekingowe (cały temat dotyczący ich zastosowania został już przeczytany). Góral jednak twardy jest na zabicie, więc zacisnąłem mocno szczęki i dalej w drogę. Poszło jak z płatka. Kulejąc co prawda, ale po niespełna dwóch godzinach marszu osiągnęliśmy zaplanowaną metę. Tutaj czekała na nas miła niespodzianka. Tuż przed końcem zejścia, po lewej stronie, można przycupnąć na drewnianych ławeczkach podziwiając skrzącą się wszystkimi możliwymi kolorami toń wodnego zalewu Wapienica, którego ujścia strzeże betonowa fortyfikacja, zwana potocznie tamą. Widoki fenomenalnie koją ból w mięśniach, jaki nagle zaczyna nam doskwierać. Niestety, radość jest niepełna. Burzy ją zakaz wejścia na koronę tamy, ze względu na to, że jest to ujęcie wody pitnej, co przyjmujemy ze zrozumieniem.
[attachment=23531]
Ten sam zalew mijamy na samym początku pierwszego podejścia, ale z jego lewej strony, dość gęsto zalesionego, co utrudnia jego podziwianie. Jak nie trudno się domyślić, zatoczyliśmy nieregularne w swoich zarysach koło, o dość sporym okręgu. I tak oto dobiegła końca nasza przygoda. Potem już tylko szybkie dojście leśnym duktem do parkingu, przebranie się w "cywilki", pożegnanie matki natury i do żoneczki, oczekującej już niecierpliwie na nasz powrót.
Amen.
[attachment=23510]
Zaczynamy niebieskim szlakiem. Już na samym dojściu pod pierwsze podejście, czeka nas kilka "atrakcji, które urozmaicają nam w pewien sposób monotonie tego całkiem płaskiego etapu. Trzeba tylko pomyszkować trochę w otaczającym nas lesie, cały czas nie spuszczając z oczu wytyczonego szlaku. A to się trafi malutki stawik z gromadzącą się w nim górską, krystalicznie czystą wodą, spływającą z otaczających go wzniesień. A to można niespodziewanie runąć w kilkunastometrową wyrwę, utworzoną prze nurt rzeki Wapienica, jeżeli zbyt późno spostrzeżemy się, że dotarliśmy do urwiska. Jeżeli jednak, będziemy ściśle trzymać się wyznaczonego szlaku, nic nam nie grozi i z zamkniętymi oczami, możemy poruszać się naprzód.
[attachment=23511][attachment=23512]
I tak oto, cali i zdrowi, docieramy do pierwszego podejścia. Pierwszy zakręt i już wiemy, że spalimy trochę kalorii. Mozolne i dość strome, jak na beskidzkie warunki, podejście daje nam się mocno we znaki. Temperatura powietrza zaczyna się podnosić. Brak jego ruchu w zalesionym terenie i duża wilgotność, skutecznie wyciskają z nas siódme poty. Brak tchu, jest dokuczliwy, ale brniemy dalej. Tego tylko brakowało, żebyśmy zdezerterowali na pierwszym lepszym wzniesieniu.
[attachment=23513][attachment=23514][attachment=23515]
Mała dygresja.
Stasiu, jeszcze raz nazwiesz moje kopczyki kretowinami, to Cię tu osobiście zaprowadzę i gwarantuję, że już po pięciu minutach wypocisz cały, tygodniowy przydział piwa he....he...
Uff.....ale ulga. Osiągnęliśmy pierwszy "szczycik".Palenica, bo o nim mowa 688m npm, niczym szczególnym się nie wyróżnia, więc idziemy dalej. Jest tylko praktycznie zwieńczeniem podejścia, za którym już ścieżka wije się wśród łąk dalej w głąb terenu. Na plecach czujemy delikatne podmuchu orzeźwiającego wiatru, który skutecznie chłodzi nasze przegrzane ciała. Typowe dla Beskidów przejście pomiędzy licznymi szczytami, które tylko na mapie są opisane, posuwa nas na przód w kierunku schroniska na "Błatniej" 917m npm.
[attachment=23516]
Przed samym szczytem, jeszcze jedno ostrzejsze podejście i po dwóch i pół godzinie marszu, osiągamy cel i stajemy na pierwszy w tym dniu popas. Kilka okolicznościowych fotek, delikatny posiłek i wyruszamy w dalszą drogę.
[attachment=23518][attachment=23519]
Obrany azymut ma nas zaprowadzić żółtym szlakiem na szczyt "Klimczoka 1117m npm, którego wierzchołek, z charakterystyczną dla tego miejsca stalowym masztem, ukazuje się nam już w oddali. Wytyczony szlak, licznymi zakosami i pofałdowaniami terenu z dłuższym podejściem tuż przed samym szczytem, po około półtorej godzinnej marszrucie doprowadza nas do wytyczonego celu. Po drodze mijamy jeszcze stadko koników, całkowicie luzem pasących się na granicy lasu i łąki. Źrebaki, nie opuszczając swych rodzicielek, brykają w najlepsze w sobie tylko znane zabawy.
[attachment=23520][attachment=23521][attachment=23522][attachment=23523][attachment=23524]
Wychodząc z leśnej gęstwiny, niespodziewanie wchodzimy na rozległy w tym miejscu, w całości porośnięty trawami szczyt. Och jak cudownie....dla takich chwil warto żyć. Przed nami rozpościera się panorama godna uwiecznienia na fotograficznej kliszy (jestem starej daty, teraz to chyba nazywa się matryca). Z lewej strony, poniżej, ledwo widoczne zabudowania Bielska Białej. Na wprost, najbliżej nas, jak na wyciągnięcie ręki, szczyt "Magura" 1109m npm, na którym znajduje się oblężone przez "niedzielnych" turystów schronisko. Po prawej natomiast, w bardzo mglistej poświacie, rysują się monumentalne szczyty Tatr. Moje dwie latorośle, Karolina i Michał, dokazują co niemiara, zwracając na siebie uwagę współgospodarzy tego terenu. Ja natomiast, korzystając z błogości tego miejsca, pieczołowicie moszczę sobie miejsce pod głowę na swoim plecaku i ucinam kojącą, małą dżemkę. Sielskość tego miejsca i błogostan, w który się wprawiłem sprawiają, że nie ma się najmniejszej ochoty na dalsza wędrówkę. Nie wiem, jak długo spałem, ale kiedy się przebudziłem, moim oczom ukazał się niezwykły widok. Tuż nade mną, na błękicie nieba, pośród leniwie przepływających śnieżno białych obłoków, przypominających kłęby waty cukrowej, w sposób całkowicie bezszelestny i niezwykle majestatyczny krążyły, zataczając coraz to większe koła, szybowce z pobliskiego aeroklubu bielskiego.
[attachment=23525][attachment=23526][attachment=23527][attachment=23528]
No cóż, wszystko dobre musi się kiedyś skończyć, a na nas już czas, jeżeli chcemy zdążyć przed zmrokiem do domu. Bardzo niemrawo, ale jednak ruszamy dalej. Teraz już idzie z górki, dosłownie i w przenośni. Żółty szlak, odbijając od leśnego wyjścia w lewo, prowadzi nas kamienistym zejściem na szczyt "Szyndzielni" 1028m npm, który bez żadnych przygód osiągamy po upływie trzydziestu minut.
[attachment=23530]
Ten krótki odcinek szlaku, z racji tego, że na "Szyndzielnię" można wyjechać kolejką linowa, przedreptują tłumy nieprzygotowanych do tego turystów. Mamy niezły ubaw, oceniając skalę bezmyślności i ignoranctwa niektórych pajaców, ubranych w najwymyślniejsze, trendowe, zgodne z najnowszym dizajnem, a jakże, uniformy. Co rusz parskamy śmiechem, wijąc się przy tym w mało dyskretnych konwulsjach. Niezłe mieli miny oglądając nasze popisy, nie wiedząc o co chodzi. W znakomitych humorach mijamy dystyngowany budynek schroniska na "Szyndzielni", kierując się dalej czerwonym szlakiem w dół, który potem ponownie przechodzi w żółty. Trzeba na to miejsce zwrócić szczególną uwagę, ponieważ zmiana szlaku następuje niepostrzeżenie, odbijając ze ścieżki, którą schodzimy, gwałtownie w las, po jego prawej stronie. Wystarczy przy prawo skręcie zwrócić na to miejsce baczniejszą uwagę i nie będzie żadnego problemu. W tym miejscu, nogi mamy już bardzo głęboko osadzone w lędźwiach i zaczynamy powoli odczuwać trudy wycieczki. Nic zresztą dziwnego. Zaczął się ostatni etap, dość stromym zejściem w dół, a to podświadomie podziałało na wyobraźnię, rozluźniając nieco dyscyplinę i skupienie uwagi. Ledwo o tym pomyślałem i nagle......trach, poczułem bardzo dobrze mi znany ból w prawym kolanie, z którego identyfikacją nie miałem żadnego problemu. To efekt ciężkiego urazu, jakiego doznałem podczas groźnego wypadku jadąc na rowerze. Kolano było tak mocno pokiereszowane, że lekarze specjaliści nie dawali mi żadnych szans na to, że będę je miał na tyle sprawne, aby chodzić po górach. Szkoda, że się z nimi nie założyłem, bo by przegrali. Od czasu do czasu jednak, potworne kłucie powraca, kiedy nieuważnie postawię nogę w dużym skręcie stopy i to pod sporym obciążeniem. Trzeba będzie odrzucić w końcu tradycyjny sposób poruszania się i zaopatrzyć w kije trekingowe (cały temat dotyczący ich zastosowania został już przeczytany). Góral jednak twardy jest na zabicie, więc zacisnąłem mocno szczęki i dalej w drogę. Poszło jak z płatka. Kulejąc co prawda, ale po niespełna dwóch godzinach marszu osiągnęliśmy zaplanowaną metę. Tutaj czekała na nas miła niespodzianka. Tuż przed końcem zejścia, po lewej stronie, można przycupnąć na drewnianych ławeczkach podziwiając skrzącą się wszystkimi możliwymi kolorami toń wodnego zalewu Wapienica, którego ujścia strzeże betonowa fortyfikacja, zwana potocznie tamą. Widoki fenomenalnie koją ból w mięśniach, jaki nagle zaczyna nam doskwierać. Niestety, radość jest niepełna. Burzy ją zakaz wejścia na koronę tamy, ze względu na to, że jest to ujęcie wody pitnej, co przyjmujemy ze zrozumieniem.
[attachment=23531]
Ten sam zalew mijamy na samym początku pierwszego podejścia, ale z jego lewej strony, dość gęsto zalesionego, co utrudnia jego podziwianie. Jak nie trudno się domyślić, zatoczyliśmy nieregularne w swoich zarysach koło, o dość sporym okręgu. I tak oto dobiegła końca nasza przygoda. Potem już tylko szybkie dojście leśnym duktem do parkingu, przebranie się w "cywilki", pożegnanie matki natury i do żoneczki, oczekującej już niecierpliwie na nasz powrót.
Amen.


