15-06-2009, 11:18 AM
Sucha jasna południowa wystawa, niebieskie niebo, zielono brązowe porosty, biały śnieg i dwa niebieskie kaski - Druga i ja...
Pod ścianą przestało liczyć się i wczoraj i jutro, mars i wenus zatraciły się w nicości wszechświata, a postrzeganie ograniczyło się tylko do "tu i teraz" ...
Na wystających ze śniegu głazach zostawiliśmy wszystko co stało się zbędne, wszystko to co mniej realne i namacalne, wszystko to co mogło by teraz przeszkadzać ... ubrani w uprzęże i zaopatrzeni w niezbędne atrybuty ruszyliśmy po przyklejonym do ściany skośnym i śliskim jęzorze śniegu, po kilkunastu metrach jeszcze skok przez szczelinę brzeżną i można poczuć zapach skały ...
Dobra, czas zadawać, czekałem na tą chwilę, by wrócić właśnie na tą drogę, moją pierwszą przygodę z tą ścianą - czekałem z 3-4 lata od pierwszego i jak dotychczas jedynego przejścia Lewych Wrześniaków, tyle, że uprzednio na drugiego i jako ceper-klient, a teraz jako pierwszy i odpowiedzialny za szczęśliwy powrót zespołu ...
Fakt wcześniejszego bycia na drodze uniemożliwił mi uznanie jej jako przejście OS, choć prawdę powiedziawszy moje pierwotne zapoznanie z charakterystyką drogi było powierzchowne, a nawet żadne, ale mniejsza o OS-y, to mniej istotne w całej tej "zabawie" ...
Pod ścianą przy dźwiękach żelaza dzwoniącego o granit zerkam na Drugą, jest - wpięta w dolne stanowisko jeszcze coś poprawia, po chwili już w gotowości, widzę, że czeka skupiona, spogląda na mnie, przez chwilę nic się nie dzieje ... patrzę i czekam, no kto zacznie ... moje: mogę iść? i Jej: możesz iść! nałożyło się na siebie - na zdrowie myślę zaczynam ...
Pierwszy wyciąg trójkowy - spoko, wchodzę kilka metrów pierwsza wpinka, nieco wyżej następna, są jakieś brązowe haki, czasem zawierzam jednak własnej wpince, czort wie co się działo na tych hakach i na ile są pewne ... prę ku górze, aż do pierwszego stanu, pod okapem są jakieś taśmy zawiązane na hakach, sprawdzam stan tego co ma stanowić o naszym bezpieczeństwie, ulepszam to co zastałem mechanikiem dołożonym po sąsiedzku, przekładam pętle, sprawdzam - jest ok, wytrzyma, "mam auto" krzyczę, odpowiada mi Druga, słyszy tam na dole, właściwie przez cały czas czułem Jej obecność, bo przecież połączyła nas lina, którą dobrze wydawała bo z zapasem, przez co nie blokowała mi ruchów, a jednocześnie przy wyciąganiu przed wpięciem w przelot sztywniała nieco co świadczyło, że luz na niej nie był zbyt duży ...
Gdy ja półwisząc grzeję się w słońcu Druga "robi porządek" na dole, po chwili zadaje i Ona, patrzę sobie z góry jak sprząta wszystkie pozostawione przeze mnie na ścianie "zabawki", idzie do mnie, ruchy ma oszczędne-znaczy patrzy i widzi, teraz ja dbam o jej bezpieczeństwo, wybrałem linę do końca i drugi niebieski kask dołączył do mojego ...
Powyżej stanowiska niewielka trudność, trzeba przejść przez okapik, drugi wyciąg wyceniono na cztery plus, błąka mi się po głowie obawa, czy Druga da sobie radę, bo trudność spotęgowana wysokością kilkunastu pięter może Ją przyblokować ... napieram dalej, powyżej okapiku jest pionowy odcinek z powietrznym spodem, za to klamy jak na panelu, w kilka minut robię wysokość, dochodzę do miejsca gdzie alternatywnie można wybrać drogę, w międzyczasie kontakt z drugim zespołem robiącym po lewej od Nas drogę Mu-mu-mu, pomarańczowe kaski - są spoko, coś gadamy, jest serdecznie, wymieniamy informacje, Nasza droga definitywnie traci szansę by zaliczyć Ją do zrobionej "od strzału" ... przez chwilę zastanawiam się czy pójść w prawo łatwiejszym wariantem, czy pozostać na trudniejszym biegnącym po przedłużeniu dotychczasowej drogi ... wybieram trudność i napieram, jest powietrznie, trochę mało miejsc na założenie punktów asekuracyjnych, wpinki robię rzadziej, za to "pancernie" zadaję pod kolejny okap, jest pod nim stanowisko, lecz nim do niego dochodzę postanawiam zrobić trawers w prawo, bo założyć własny stan, generalnie trudność tego wyciągu pokonałem, a decyzja o zmianie przebiegu drogi została podjęta z prozaicznego powodu by zejść z drogi lecących co chwilę znad okapu kawałków topniejących sopli i drobnych odłamków skalnych. Po prawej od okapu i prawie na jego wysokości zakładam kolejny stan, jest ok, mam widoczność ku dołowi, będę mógł zobaczyć jak radzi sobie Druga, w miejscu wybranym na stanowisko jest słonecznie, nic nie leci i nie kapie na głowę ... znów drę się do dołu, komendy słyszalne, nie ma wiatru, nic nam nie przeszkadza, można nawet po słyszalnych nawoływaniach zorientować się co się dzieje u sąsiadów z lewej ...
Druga robi porządek na swoim stanie, upewnia się, że Ją trzymam i zadaje, zerkam by zobaczyć jak pokona przeszkodę okapu ... i nie napatrzyłem się za długo, bo Druga po prostu zadała i zrobiła ten okap, naparła po wypionowanym odcinku, doszła do alternatywnego miejsca, upewniła się, którędy ma do mnie dojść, po czym znów zadała ... hmm cholera, pomyślałem, czego ja się obawiałem, przecież dziewczyna daje radę, a te Jej cienkie palce, to jak haki ... wpycha je tam gdzie moje nie wchodzą i ma chwyty w miejscach gdzie ja muszę innymi sposobami rozwiązywać trudność braku chwytów ...
Po dojściu do mnie krótki odpoczynek, rozmowa o wyborze kolejnego wariantu co do przebiegu drogi powyżej Nas, gadamy z pomarańczowymi sąsiadami, zastanawiamy się nad wyborem drogi, bo w rachubę wchodzi lewy piątkowy kominek i czwórkowe zacięcie obchodzące płytę z prawej. Ostatecznie wybieramy oczywiście trudności, lecz by pewniej się asekurować postanawiamy przed dojściem do komina zrobić jeszcze jeden wyciąg do trawersu Zamarłej, by asekuracja była prowadzona bezpośrednio spod pierwszego, chwilę wisimy sobie jeszcze na powietrznym stanowisku, po czym zadaję kilkadziesiąt metrów i zakładam stan z zapiętej na hakach liny dokładnie na trawersie, asekuruję z góry Drugą, która bez problemów pokonuje odległość od poprzedniego stanowiska i szykujemy się do ostatniego wyciągu. Druga z tego co się dowiedziałem później nie do końca miała świadomość trudności tego kominka, po dojściu do mnie zaautowała się przy stanie, pozachwycała błękitno-szarymi i biało zielonymi widokami, pogadała bzdury jakieś o bezlistnych, czy też bez czegoś tam kwiatkach i ptaszkach z robalami w dziobach, ech kobiety, kto Was zrozumie ... szczęście, że w międzyczasie oddała mi pozostawione przeze mnie żelastwo ...
Nie poganiałem, trochę się troskałem, czy Druga da radę w tym kominie, pozwoliłem by czas zregenerował Nam siły, po czym upewniwszy się, że można - zadałem ...
Kominek fajny, najpierw klasycznie równoległy pokonywany metodą zapieraczki, potem otwierający się co wymusiło ustawienie się jak do zacięcia, a w górnej części bardzo powietrzny i zaopatrzony w iluzjoryczne chwyty i krawądki ...
Zrobiłem ten wariant - wlazłem tam po prostu, siadłem okrakiem na grani, pooglądałem co się dzieje w okolicy i zaautowałem się na znajdującym się na lewej od wyjścia z kominka stanowisku, mam auto, jestem na grani - rozdarłem się radośnie, nie asekuruję, możesz wybierać, usłyszałem głos z dołu, cholera pomyślałem, żeby dziewczyna dała radę, może jednak powinienem zdecydować się na obejście czwórkowym wariantem biegnącym z prawej strony płyty ... teraz jednak już za późno - stwierdziłem, teraz to czas na pilnowanie Drugiej ...
Druga po moim komunikacie dotyczącym mojej gotowości jej asekuracji zlikwidowała dotychczasowe stanowisko i naparła na komin, dolny odcinek nie sprawił Jej trudności, ćwiczyła wspin w kominach w Jurze i na karkonoskich granitach, więc miło było patrzeć jak sobie dziewczyna daje radę, w zacięciu rozwartego komina trochę pogłówkowała i ... zadała, zrobiła go bez obciążania liny, w odcinku kluczowym trochę dziewczę zbułowało się, lecz po reście naparła i zrobiła go bez odpadnięcia !
Na grani siedliśmy w słońcu wpięci w stan, zrobiłem porządek ze wszystkim co wnieśliśmy na górę i zagapiliśmy się na leżący poniżej świat ...
Druga szczebiotała szczęśliwa, cieszyła się dziewczyna ze swojej pierwszej prawdziwie skalnej drogi, ja również zadowolony, bo przecież i w swoim świecie, a więc u siebie i z tego, że miałem okazję partnerskiego wspinu z wartościową osobą ...
Posiedzieliśmy w lampie czerwcowego słonecznego dnia na grani, poczekaliśmy na pomarańczowy zespół, który kończył drogę zmierzając do tego samego stanu, pogadaliśmy z Markiem i Janem, którzy kryli się pod pomarańczowymi kaskami / ogromny szacunek dla obu / po czym połączyliśmy siły i na długaśnej połówkowej linie naszych nowych znajomych kolejno zjechaliśmy /3 zjazdy/ do podstawy ściany.
To był dobry dzień - jeszcze jeden dobry dzień z mojego życia, dziękuję Marta.
ps. zdjęć nie mam, a to poniżej to z Mnicha, opisana droga oznaczona jest arabską 4, w końcowej fazie 4A.
Pod ścianą przestało liczyć się i wczoraj i jutro, mars i wenus zatraciły się w nicości wszechświata, a postrzeganie ograniczyło się tylko do "tu i teraz" ...
Na wystających ze śniegu głazach zostawiliśmy wszystko co stało się zbędne, wszystko to co mniej realne i namacalne, wszystko to co mogło by teraz przeszkadzać ... ubrani w uprzęże i zaopatrzeni w niezbędne atrybuty ruszyliśmy po przyklejonym do ściany skośnym i śliskim jęzorze śniegu, po kilkunastu metrach jeszcze skok przez szczelinę brzeżną i można poczuć zapach skały ...
Dobra, czas zadawać, czekałem na tą chwilę, by wrócić właśnie na tą drogę, moją pierwszą przygodę z tą ścianą - czekałem z 3-4 lata od pierwszego i jak dotychczas jedynego przejścia Lewych Wrześniaków, tyle, że uprzednio na drugiego i jako ceper-klient, a teraz jako pierwszy i odpowiedzialny za szczęśliwy powrót zespołu ...
Fakt wcześniejszego bycia na drodze uniemożliwił mi uznanie jej jako przejście OS, choć prawdę powiedziawszy moje pierwotne zapoznanie z charakterystyką drogi było powierzchowne, a nawet żadne, ale mniejsza o OS-y, to mniej istotne w całej tej "zabawie" ...
Pod ścianą przy dźwiękach żelaza dzwoniącego o granit zerkam na Drugą, jest - wpięta w dolne stanowisko jeszcze coś poprawia, po chwili już w gotowości, widzę, że czeka skupiona, spogląda na mnie, przez chwilę nic się nie dzieje ... patrzę i czekam, no kto zacznie ... moje: mogę iść? i Jej: możesz iść! nałożyło się na siebie - na zdrowie myślę zaczynam ...
Pierwszy wyciąg trójkowy - spoko, wchodzę kilka metrów pierwsza wpinka, nieco wyżej następna, są jakieś brązowe haki, czasem zawierzam jednak własnej wpince, czort wie co się działo na tych hakach i na ile są pewne ... prę ku górze, aż do pierwszego stanu, pod okapem są jakieś taśmy zawiązane na hakach, sprawdzam stan tego co ma stanowić o naszym bezpieczeństwie, ulepszam to co zastałem mechanikiem dołożonym po sąsiedzku, przekładam pętle, sprawdzam - jest ok, wytrzyma, "mam auto" krzyczę, odpowiada mi Druga, słyszy tam na dole, właściwie przez cały czas czułem Jej obecność, bo przecież połączyła nas lina, którą dobrze wydawała bo z zapasem, przez co nie blokowała mi ruchów, a jednocześnie przy wyciąganiu przed wpięciem w przelot sztywniała nieco co świadczyło, że luz na niej nie był zbyt duży ...
Gdy ja półwisząc grzeję się w słońcu Druga "robi porządek" na dole, po chwili zadaje i Ona, patrzę sobie z góry jak sprząta wszystkie pozostawione przeze mnie na ścianie "zabawki", idzie do mnie, ruchy ma oszczędne-znaczy patrzy i widzi, teraz ja dbam o jej bezpieczeństwo, wybrałem linę do końca i drugi niebieski kask dołączył do mojego ...
Powyżej stanowiska niewielka trudność, trzeba przejść przez okapik, drugi wyciąg wyceniono na cztery plus, błąka mi się po głowie obawa, czy Druga da sobie radę, bo trudność spotęgowana wysokością kilkunastu pięter może Ją przyblokować ... napieram dalej, powyżej okapiku jest pionowy odcinek z powietrznym spodem, za to klamy jak na panelu, w kilka minut robię wysokość, dochodzę do miejsca gdzie alternatywnie można wybrać drogę, w międzyczasie kontakt z drugim zespołem robiącym po lewej od Nas drogę Mu-mu-mu, pomarańczowe kaski - są spoko, coś gadamy, jest serdecznie, wymieniamy informacje, Nasza droga definitywnie traci szansę by zaliczyć Ją do zrobionej "od strzału" ... przez chwilę zastanawiam się czy pójść w prawo łatwiejszym wariantem, czy pozostać na trudniejszym biegnącym po przedłużeniu dotychczasowej drogi ... wybieram trudność i napieram, jest powietrznie, trochę mało miejsc na założenie punktów asekuracyjnych, wpinki robię rzadziej, za to "pancernie" zadaję pod kolejny okap, jest pod nim stanowisko, lecz nim do niego dochodzę postanawiam zrobić trawers w prawo, bo założyć własny stan, generalnie trudność tego wyciągu pokonałem, a decyzja o zmianie przebiegu drogi została podjęta z prozaicznego powodu by zejść z drogi lecących co chwilę znad okapu kawałków topniejących sopli i drobnych odłamków skalnych. Po prawej od okapu i prawie na jego wysokości zakładam kolejny stan, jest ok, mam widoczność ku dołowi, będę mógł zobaczyć jak radzi sobie Druga, w miejscu wybranym na stanowisko jest słonecznie, nic nie leci i nie kapie na głowę ... znów drę się do dołu, komendy słyszalne, nie ma wiatru, nic nam nie przeszkadza, można nawet po słyszalnych nawoływaniach zorientować się co się dzieje u sąsiadów z lewej ...
Druga robi porządek na swoim stanie, upewnia się, że Ją trzymam i zadaje, zerkam by zobaczyć jak pokona przeszkodę okapu ... i nie napatrzyłem się za długo, bo Druga po prostu zadała i zrobiła ten okap, naparła po wypionowanym odcinku, doszła do alternatywnego miejsca, upewniła się, którędy ma do mnie dojść, po czym znów zadała ... hmm cholera, pomyślałem, czego ja się obawiałem, przecież dziewczyna daje radę, a te Jej cienkie palce, to jak haki ... wpycha je tam gdzie moje nie wchodzą i ma chwyty w miejscach gdzie ja muszę innymi sposobami rozwiązywać trudność braku chwytów ...
Po dojściu do mnie krótki odpoczynek, rozmowa o wyborze kolejnego wariantu co do przebiegu drogi powyżej Nas, gadamy z pomarańczowymi sąsiadami, zastanawiamy się nad wyborem drogi, bo w rachubę wchodzi lewy piątkowy kominek i czwórkowe zacięcie obchodzące płytę z prawej. Ostatecznie wybieramy oczywiście trudności, lecz by pewniej się asekurować postanawiamy przed dojściem do komina zrobić jeszcze jeden wyciąg do trawersu Zamarłej, by asekuracja była prowadzona bezpośrednio spod pierwszego, chwilę wisimy sobie jeszcze na powietrznym stanowisku, po czym zadaję kilkadziesiąt metrów i zakładam stan z zapiętej na hakach liny dokładnie na trawersie, asekuruję z góry Drugą, która bez problemów pokonuje odległość od poprzedniego stanowiska i szykujemy się do ostatniego wyciągu. Druga z tego co się dowiedziałem później nie do końca miała świadomość trudności tego kominka, po dojściu do mnie zaautowała się przy stanie, pozachwycała błękitno-szarymi i biało zielonymi widokami, pogadała bzdury jakieś o bezlistnych, czy też bez czegoś tam kwiatkach i ptaszkach z robalami w dziobach, ech kobiety, kto Was zrozumie ... szczęście, że w międzyczasie oddała mi pozostawione przeze mnie żelastwo ...
Nie poganiałem, trochę się troskałem, czy Druga da radę w tym kominie, pozwoliłem by czas zregenerował Nam siły, po czym upewniwszy się, że można - zadałem ...
Kominek fajny, najpierw klasycznie równoległy pokonywany metodą zapieraczki, potem otwierający się co wymusiło ustawienie się jak do zacięcia, a w górnej części bardzo powietrzny i zaopatrzony w iluzjoryczne chwyty i krawądki ...
Zrobiłem ten wariant - wlazłem tam po prostu, siadłem okrakiem na grani, pooglądałem co się dzieje w okolicy i zaautowałem się na znajdującym się na lewej od wyjścia z kominka stanowisku, mam auto, jestem na grani - rozdarłem się radośnie, nie asekuruję, możesz wybierać, usłyszałem głos z dołu, cholera pomyślałem, żeby dziewczyna dała radę, może jednak powinienem zdecydować się na obejście czwórkowym wariantem biegnącym z prawej strony płyty ... teraz jednak już za późno - stwierdziłem, teraz to czas na pilnowanie Drugiej ...
Druga po moim komunikacie dotyczącym mojej gotowości jej asekuracji zlikwidowała dotychczasowe stanowisko i naparła na komin, dolny odcinek nie sprawił Jej trudności, ćwiczyła wspin w kominach w Jurze i na karkonoskich granitach, więc miło było patrzeć jak sobie dziewczyna daje radę, w zacięciu rozwartego komina trochę pogłówkowała i ... zadała, zrobiła go bez obciążania liny, w odcinku kluczowym trochę dziewczę zbułowało się, lecz po reście naparła i zrobiła go bez odpadnięcia !
Na grani siedliśmy w słońcu wpięci w stan, zrobiłem porządek ze wszystkim co wnieśliśmy na górę i zagapiliśmy się na leżący poniżej świat ...
Druga szczebiotała szczęśliwa, cieszyła się dziewczyna ze swojej pierwszej prawdziwie skalnej drogi, ja również zadowolony, bo przecież i w swoim świecie, a więc u siebie i z tego, że miałem okazję partnerskiego wspinu z wartościową osobą ...
Posiedzieliśmy w lampie czerwcowego słonecznego dnia na grani, poczekaliśmy na pomarańczowy zespół, który kończył drogę zmierzając do tego samego stanu, pogadaliśmy z Markiem i Janem, którzy kryli się pod pomarańczowymi kaskami / ogromny szacunek dla obu / po czym połączyliśmy siły i na długaśnej połówkowej linie naszych nowych znajomych kolejno zjechaliśmy /3 zjazdy/ do podstawy ściany.
To był dobry dzień - jeszcze jeden dobry dzień z mojego życia, dziękuję Marta.
ps. zdjęć nie mam, a to poniżej to z Mnicha, opisana droga oznaczona jest arabską 4, w końcowej fazie 4A.


ja się bałam czytając a co dopiero
wspin to jednak nie dla mnie...


Gratulacje dla prowadzącego i Drugiej
.
Jeszcze by musiał asekurować na podwójnej linie
Powodzenia Smoku na dalszych wyprawach. Jednak jedno już teraz wiem, jako Drugi będę z Tobą tylko przy