10-02-2009, 07:23 PM
Motto (dedykacja własna dla mnie): "Stasiu chodź po górach ze skruchą i cierpliwie, może kiedyś napotkasz Forumowicza albo niedźwiedzia."
I znów nadeszła pora podzielić się wrażeniami z mej smykałki po górach, tym razem moich ulubionych Taterek. Miała to być moja kolejna biba, ale z wiadomych przyczyn zostałem sam, jak ten kołek w płocie.
Najpierw parę danych technicznych:
DOBA : 6.2. - 8.2.2009
PRZESTRZEŃ: Tatry Wysokie, Dolina Pięciu Stawów Polskich
OBJEKT (do spania): Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, potocznie zwanego "Piątką"
ODLEGŁOŚĆ: 7 km, 6 km i 7 km
CZAS (wg mapy): 3 godz. 20 min, 3 godz. 20 min. i 2 godz. i 40 min.
SUBJEKTY:
- tylko jeden - Lonely Wolf - Stasiu.
Dzień pierwszy 6.2.
Dla mnie rozpoczął się o 3 rano. O 4 wyruszam z domu i po jeździe pociągiem do Popradu i dalej autobusem (2,40 Euro), pojawiam się na Łysej Polanie o 10:30. Od tąd już dalej po swych. Klasyka - najpierw Palenica Białczańska. Pogoda mi na razie dopisuje.
[attachment=19389]
Powinna opłata, kawka i powoli opuszczam technokratyczną społeczność. Stanowczo odmawiam propozycję przejechania się saniami. Nie przyjechałem w góry wozić d... (tyłek), ale porządnie go przewietrzyć od kancelaryjnego stołka. Nie jadę saniami i za karę przeżywam Gehennę każdego górołaza - prąd wszelkiej maści turystów płynącego w stronę Morskiego Oka.
[attachment=19390]
Z tej rzeki płynącej do góry wydostałem się przy Wodogrzmotach. Dolina Raztoki - jaka miła zmiana - tutaj jest już spokojnie. Narzucam normalne tempo. Jest dobrze, dno doliny podnosi się powoli.
[attachment=19391]
No, ale jestem w górach i trzeba się też trochę napracować. Jak by ktoś czytał moje myśli. Raptem ścieżka odbija w lewo i ten ktoś podnosi ją pionowo. Lubię takie podejścia - nazywam je "wyciskacze tchu". To najwięcej lubię na górach (jasne, że po piwku w schronisku) - łapać oddech, serce bije na maxa i pot cieknie wszędzie. Jest jednak na końcu światełko w tunelu, a tym jest Piątka.
[attachment=19392]
Jest 14:30 i stoję na progu schroniska. Po 4 godzinach i 700 m przewyższenia mój dzisiejszy cel. Zakwaterowanie i dopełnienie paliwa. Piątka ma swoją atmosferę. Zwłaszcza wieczorem. Jestem sam i dlatego słucham różnych przygód całkiem nieznanych mi ludzi. Dla mnie dzień kończy się o 19-tej.
Dzień drugi 7.2.
Kuchnia schroniska otwiera swoje wnętrze o 8. Dzisiaj ma być szczęśliwy dzień, mam się nareszcie spotkać z grupą Forumowiczów, która operuje w okolicy Murowańca. Jak głęboko się myliłem, miałem poznać później. Na razie mam dobry nastrój. Śniadanko wyśmienite. O 8:30 wyruszam w głąb doliny. Mój pierwszy błąd. Miałem możliwość niedaleko schroniska jeszcze posłać SMS do drugiej grupy szturmowej. Nie posłałem. Chyba winnym był ten halny. Zawsze o nim słyszałem, ale teraz poznałem go na własnej skórze. Bawi sią ze mną jak z igraszką, niekiedy muszę zaciąć czekan, żeby mnie nie zwaliło z nóg. Jeżeli ja miałem problemy, co potem taki Doktor i Mar.an na drugiej stronie Koziego. Ci chyba musieli mieć w plecakach dodatkowe obciążenie w postaci cegieł. No jednak powoli poruszam się naprzód. Ścieżka jest zawiana i dużo sił mnie kosztuje utrzymać prawidłowy kierunek.
[attachment=19393]
Dnem doliny to idzie jeszcze jako tako. Tylko podmuchy halnego niekiedy mnie zatrzymują. Kiedy zbaczam w prawo, teren zaczyna się podnosić. Jasne - muszę kiedyś tych 500 m wysokościowych pokonać. Teraz częściej tracę właściwy trop i zapadam się niekiedy aż po kolana. Szybko tracę siły, ale ja to uwielbiam, kiedy nie mogę popadnąć tchu. Ostatni etap przed Zawratem. Teren dźwiga się prawie pionowo. W lecie bym szedł zygzakiem, ale teraz muszę wybrać optymalny trop. Z lewej widzę nawiasy, z którymi nie radno żartować. W prawo jest znowu skała, gdzie może na mnie czychać zawiana przybrzeżna wyrwa.
[attachment=19394]
Dopiero teraz widzę, że czekan nie jest do utrzymawania równowagi górołaza a raki nie są do podwyższenia jego wzrostu. Razem się solidnie napracowaliśmy. Jednak po 3 godzinach jestem na Zawracie (2158 m).
[attachment=19395]
Z tąd patrzę na Kozią Przełęcz. Tam jest jeszcze gorzej, nawet widać zjechaną lawinę. Zegarek pokazuje 11:30 i mój wzrok wypatruje jakiś ruch na drugiej stronie - w Dolinie Gąsienicowej. Jednak nic nie widać. Robię swój drugi błąd. Nie stwierdziłem, czy jest sygnał w komórce. Może wtedy bym się dowiedział, że druga grupa szturmowa zacięła się z powodu warunków pogodowych gdzieś nad Zmarzłym Stawem. Źle oceniłem sytuację. Myślałem, że grupa szturmowa dojdzie do Piątki później. Dlatego ruszyłem w drogę powrotną. Tak samo dostaję w kość co przy wyjściu. O 14:30 jestem w schronisku i tu na mnie czekają złe wiadomości. Najpierw się dowiaduję, że miałem po moim odejściu telefon od Pabla i później, że grupa szturmowa musiała zawrócić i nie dojdzie do Piątki. Taka wiadomość mnie więcej dobiła niż samotne podejście na Zawrat. Znów kolejny wieczór bez przyjaznych mi ludzi. Na znak smutku likwiduję tego wieczoru parę napojów turystycznych (8 zł/szt) i słucham przygód nieznanych mi ludzi.
Dzień trzeci 8.2.
Rano wstaję wcześnie. Ze schroniska wychodzę o 7-mej. Czeka mnie powrotna droga. Chwila nonstalgii i lecę w stronę cywilizacji. Nigdzie się zbytnio nie zatrzymuję. Autobus mi odjeżdża z Łysej Polany o 10:25.
[attachment=19396]
Droga powrotna to nic ciekawego, tylko smutek i postanowienie, że nie żegnam się z Taterkami na długo.
P.S. Miałem w plecaku trzy podarunki:
1. Czekoladę "Studenská pečeť" zżarłem sam,
2. Ze śliwowicy upiłem trzy łyczki dla zdrowia i
3. Czarne piwo "Kozel" miałem dla Lelko (myślałem, że też jedzie) wypiłem w domu.
Pozdrowienia i życzenia szybkiego spotkania się.
I znów nadeszła pora podzielić się wrażeniami z mej smykałki po górach, tym razem moich ulubionych Taterek. Miała to być moja kolejna biba, ale z wiadomych przyczyn zostałem sam, jak ten kołek w płocie.
Najpierw parę danych technicznych:
DOBA : 6.2. - 8.2.2009
PRZESTRZEŃ: Tatry Wysokie, Dolina Pięciu Stawów Polskich
OBJEKT (do spania): Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, potocznie zwanego "Piątką"
ODLEGŁOŚĆ: 7 km, 6 km i 7 km
CZAS (wg mapy): 3 godz. 20 min, 3 godz. 20 min. i 2 godz. i 40 min.
SUBJEKTY:
- tylko jeden - Lonely Wolf - Stasiu.
Dzień pierwszy 6.2.
Dla mnie rozpoczął się o 3 rano. O 4 wyruszam z domu i po jeździe pociągiem do Popradu i dalej autobusem (2,40 Euro), pojawiam się na Łysej Polanie o 10:30. Od tąd już dalej po swych. Klasyka - najpierw Palenica Białczańska. Pogoda mi na razie dopisuje.
[attachment=19389]
Powinna opłata, kawka i powoli opuszczam technokratyczną społeczność. Stanowczo odmawiam propozycję przejechania się saniami. Nie przyjechałem w góry wozić d... (tyłek), ale porządnie go przewietrzyć od kancelaryjnego stołka. Nie jadę saniami i za karę przeżywam Gehennę każdego górołaza - prąd wszelkiej maści turystów płynącego w stronę Morskiego Oka.
[attachment=19390]
Z tej rzeki płynącej do góry wydostałem się przy Wodogrzmotach. Dolina Raztoki - jaka miła zmiana - tutaj jest już spokojnie. Narzucam normalne tempo. Jest dobrze, dno doliny podnosi się powoli.
[attachment=19391]
No, ale jestem w górach i trzeba się też trochę napracować. Jak by ktoś czytał moje myśli. Raptem ścieżka odbija w lewo i ten ktoś podnosi ją pionowo. Lubię takie podejścia - nazywam je "wyciskacze tchu". To najwięcej lubię na górach (jasne, że po piwku w schronisku) - łapać oddech, serce bije na maxa i pot cieknie wszędzie. Jest jednak na końcu światełko w tunelu, a tym jest Piątka.
[attachment=19392]
Jest 14:30 i stoję na progu schroniska. Po 4 godzinach i 700 m przewyższenia mój dzisiejszy cel. Zakwaterowanie i dopełnienie paliwa. Piątka ma swoją atmosferę. Zwłaszcza wieczorem. Jestem sam i dlatego słucham różnych przygód całkiem nieznanych mi ludzi. Dla mnie dzień kończy się o 19-tej.
Dzień drugi 7.2.
Kuchnia schroniska otwiera swoje wnętrze o 8. Dzisiaj ma być szczęśliwy dzień, mam się nareszcie spotkać z grupą Forumowiczów, która operuje w okolicy Murowańca. Jak głęboko się myliłem, miałem poznać później. Na razie mam dobry nastrój. Śniadanko wyśmienite. O 8:30 wyruszam w głąb doliny. Mój pierwszy błąd. Miałem możliwość niedaleko schroniska jeszcze posłać SMS do drugiej grupy szturmowej. Nie posłałem. Chyba winnym był ten halny. Zawsze o nim słyszałem, ale teraz poznałem go na własnej skórze. Bawi sią ze mną jak z igraszką, niekiedy muszę zaciąć czekan, żeby mnie nie zwaliło z nóg. Jeżeli ja miałem problemy, co potem taki Doktor i Mar.an na drugiej stronie Koziego. Ci chyba musieli mieć w plecakach dodatkowe obciążenie w postaci cegieł. No jednak powoli poruszam się naprzód. Ścieżka jest zawiana i dużo sił mnie kosztuje utrzymać prawidłowy kierunek.
[attachment=19393]
Dnem doliny to idzie jeszcze jako tako. Tylko podmuchy halnego niekiedy mnie zatrzymują. Kiedy zbaczam w prawo, teren zaczyna się podnosić. Jasne - muszę kiedyś tych 500 m wysokościowych pokonać. Teraz częściej tracę właściwy trop i zapadam się niekiedy aż po kolana. Szybko tracę siły, ale ja to uwielbiam, kiedy nie mogę popadnąć tchu. Ostatni etap przed Zawratem. Teren dźwiga się prawie pionowo. W lecie bym szedł zygzakiem, ale teraz muszę wybrać optymalny trop. Z lewej widzę nawiasy, z którymi nie radno żartować. W prawo jest znowu skała, gdzie może na mnie czychać zawiana przybrzeżna wyrwa.
[attachment=19394]
Dopiero teraz widzę, że czekan nie jest do utrzymawania równowagi górołaza a raki nie są do podwyższenia jego wzrostu. Razem się solidnie napracowaliśmy. Jednak po 3 godzinach jestem na Zawracie (2158 m).
[attachment=19395]
Z tąd patrzę na Kozią Przełęcz. Tam jest jeszcze gorzej, nawet widać zjechaną lawinę. Zegarek pokazuje 11:30 i mój wzrok wypatruje jakiś ruch na drugiej stronie - w Dolinie Gąsienicowej. Jednak nic nie widać. Robię swój drugi błąd. Nie stwierdziłem, czy jest sygnał w komórce. Może wtedy bym się dowiedział, że druga grupa szturmowa zacięła się z powodu warunków pogodowych gdzieś nad Zmarzłym Stawem. Źle oceniłem sytuację. Myślałem, że grupa szturmowa dojdzie do Piątki później. Dlatego ruszyłem w drogę powrotną. Tak samo dostaję w kość co przy wyjściu. O 14:30 jestem w schronisku i tu na mnie czekają złe wiadomości. Najpierw się dowiaduję, że miałem po moim odejściu telefon od Pabla i później, że grupa szturmowa musiała zawrócić i nie dojdzie do Piątki. Taka wiadomość mnie więcej dobiła niż samotne podejście na Zawrat. Znów kolejny wieczór bez przyjaznych mi ludzi. Na znak smutku likwiduję tego wieczoru parę napojów turystycznych (8 zł/szt) i słucham przygód nieznanych mi ludzi.
Dzień trzeci 8.2.
Rano wstaję wcześnie. Ze schroniska wychodzę o 7-mej. Czeka mnie powrotna droga. Chwila nonstalgii i lecę w stronę cywilizacji. Nigdzie się zbytnio nie zatrzymuję. Autobus mi odjeżdża z Łysej Polany o 10:25.
[attachment=19396]
Droga powrotna to nic ciekawego, tylko smutek i postanowienie, że nie żegnam się z Taterkami na długo.
P.S. Miałem w plecaku trzy podarunki:
1. Czekoladę "Studenská pečeť" zżarłem sam,
2. Ze śliwowicy upiłem trzy łyczki dla zdrowia i
3. Czarne piwo "Kozel" miałem dla Lelko (myślałem, że też jedzie) wypiłem w domu.
Pozdrowienia i życzenia szybkiego spotkania się.

A ja myślałem, że relacyjka jest optymistyczna.
czuję się niejako winny takiemu obrotowi sprawy... przepraszam, że tak wyszło. To też nie był mądry pomysł żeby wyjść z dwóch stron grani w nieciekawych warunkach.

Tyle, że nie skojarzyłem, że Ty też tam byłeś! 

do dzisiaj nie mogę sobie darować, że nie dałem rady dotrzeć w Tatry
szczególnie po tej lekturze - TAKi browarek mnie ominął 
Mogłeś coś napomknąć wcześniej
to by mnie chyba ani boląca noga, ani sprawy na uczelni ani halny nie powstrzymał od dotarcia przez Zawrat do schroniska (piątki)