Relacji ciąg dalszy:
Ponieważ Lelko musiał już następnego dnia wracać do domu, to zamierzaliśmy wyruszyć wcześnie i wrócić jeszcze młodym popołudniem. Plan był, żeby wejść na Ornak i przejść przez Starorobociański Wierch do Trzydniowiańskiego i stamtąd przez Kulawiec w dół. Ustaliliśmy pobudkę na 3:30

Piękna pora, ciekawi byliśmy reakcji naszego współlokatora... ale ten dał się zachęcić i do nas dołączył. Okazało się mianowicie, że chciał wyruszyć w tę samą trasę 2 godzinki później. Jacek, jak się później okazało, przyjechał na kilka dni w Tatry, celem "zaszycia się" najpierw w Chochołowskiej, a potem w Pięciu Stawach. Ustaliliśmy plan gry i poszliśmy wcześnie spać, co by w ogóle usłyszeć te budziki.
Następnego dnia... ehm nocy... wstaliśmy rześko i radośnie, ubraliśmy się i stąpając cichutko na paluszkach zeszliśmy w naszym bojowym obuwiu do kuchni turystycznej. Podczas śniadania pogadaliśmy też z TOPRowcami, którzy już od wieczora szukali owego zaginionego faceta z Tych. Teraz właśnie druga grupa wychodziła w rejon Wołowca. My wyszliśmy dość leniwie jednak, bo gadka i posiłek nam się przedłużyły. O 5:00 szliśmy już w świetle czołówki i gwiazd w stronę Iwaniackiej Przełęczy. Piękny jest ten śnieg iskrzący się w nocy tysiącami odblasków. Na przełęczy już było jasno, a na podejściu pod Ornak załapaliśmy się na wschód słońca nad Czerwonymi Wierchami i Tomanową Przełęczą. Cała gra świateł, i niebo płonące niczym nad Mordorem zostało niestety szybko zasłonięte mgłą, którą przywiał wiatr ze Słowacji. W ostatnich minutach dobrej pogody zobaczyliśmy helikopter lecący w rejon Wyżniej Chochołowskiej - widać znaleźli nieszczęśnika (byłby tam noc wcześniej, to byśmy go pewnie do namiotu wzieli, nakarmili i by nie odmarzł tak...)
Zaczęło mocno wiać, sypać, a później padać jakąś marznącą mżawką i lodośniegiem na zmianę. Szliśmy więc pod wiatr grzbietem Ornaku, Lelko nie mógł wtedy znaleźć kominiarki i pewnie wówczas lekko odmroził se polika.
Po przerwie na Siwej Przełęczy poszliśmy dalej, praktycznie już bez postojów w kierunku Starobociańskiego Wierchu. Wiało okrutnie, wystające trawki były skute grubym lodem, a śnieg pokrywała warstwa łamiącej się glazury. Momentami chmury się rozchodziły i ukazywały fragmenty doliny oraz potężne nawisy nad Starorobociańską Doliną.
Na szczyt dotarliśmy już nieźle zmęczeni, prawie niczym himalaiści odliczający kroki między przerwą na oddech.
Szczytowy słupek graniczny był bryłą lodu wielkości fotela, i domyśliłem się go tylko pamiętając go z wycieczki w czerwcu. Przykuwszy plecak czekanem do ziemi, co by go nie zwiało, zrobiłem na czuja parę fotek i wnet zarządziliśmy szybką ewakuację, bo ustać tam nie sposób. Ogólny kierunek zejścia znaliśmy, ale szybko zgubiliśmy się na potężnym zachodnim stoku Starorobociańskiego Wierchu. Idąc więc zygzakiem, a czasem tyralierą szukaliśmy owych moren na Raczkowej Przełęczy, może jakiegoś słupka, czy czegoś? Czasem zdawało się nam, że coś jest nawisem, a to tylko poducha nad moreną, czasem wydawało się, że schodzimy właśnie na Słowację? już mieliśmy kompas wyciągać, lecz natrafiliśmy na znak informujący o zamknięciu szlaku schodzącego do Doliny Raczkowej. Niedługo za nim znaleźliśmy coś w rodzaju wielkiego domku oblepionego lodem. Jakaś budka? TOI TOI, czy co? Nie, to okazał się być zaszroniony szlakowskaz. Sople szreni miały ponad pół metra, oczywiście w poprzek w kierunku, z którego wiał wiatr. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy na Raczkowej Przełęczy, czyli że 50 m dalej jest wierzchołek Kończystego Wierchu. Tu już bez większych kłopotów dotarliśmy do celu i szybko znaleźliśmy grań schodzącą do Polski. Jacek cały czas prowadził, a ja niewiele widziałem, zmuszony będąc do zdjęcia beznadziejnie zaszronionych okularów. Przeczyściłem je dopiero za przełamaniem grani, gdzie już mniej wiało. Tam też zaczęliśmy cokolwiek widzieć poza sobą nawzajem. Śnieg na grani do Czubika był głęboki: po kolana i wyżej czasem. Byle wiatr zawiewał go w oczy i tak za którymś razem, gdy znów zrobiła się zadymka, zrobiłem krok i poczułem, że prawa noga osuwa mi się w dół, a śnieg spod niej ucieka. Odruchowo rzuciłem się na czekan i wyczołgałem dwa metry dalej. Pozostała wyrwa w nawisie, na który nieopatrznie wszedłem. Lelko ze zdumieniem widział całą sytuację, wiedząc, że nic nie zdąży zrobić, a chwilę wcześniej zastanawialiśmy się, jakim cudem Jacek zostawił podobną wyrwę, idąc 30 metrów przed nami - czyżby naiwnie wszedł na nawis? A tu patrz: zawieje i nagle sam wchodzisz na nawis

Dalsza droga minęła nam już w coraz lepszej pogodzie. Na Czubiku mieliśmy już widoki - nie tylko na Ornak, ale też na grań od Kończystego do Jarząbczego. A na Trzydniowiańskim pokazał się nawet wielki klin Starobociańskiego Wierchu. Schodząc dalej w dolinę zorientowaliśmy się, że mamy cały czas widoki, a ze śniegu wystaje ledwo co kosówka... ale zaraz, w tym miejscu ma ona przecież 2,5 m wysokości!!! I faktycznie, chwilę później Lelko wpadł po brzuch w śnieg. Aż do lasu wpadaliśmy tak od czasu do czasu, mimo, że od Trzydniowiańskiego Wierchu szlak był przetarty. Widać reszta turystów wycofała się tu, na grań liptowską już nie wchodząc.
W lesie zarządziłem ostatni popas na jedzenie i zdjęcie kominiarek, kurtek itp... Do szosy szło się nam już bardzo luźno, a ostatnim dupozjazdem wzdłuż Kulawca skróciliśmy sobie jeszcze drogę o 5 min. W dolinie tylko Lelkowi chciało się zdjąć raki od razu, tak więc częściowo jeszcze uzbrojeni dotarliśmy do schroniska krokiem dostojnym i lekko już chwiejnym po trudach 10-godzinnej wycieczki.
W schronisku obiad, obowiązkowy napój izotoniczny chmielowy i już spieszyliśmy się z pakowaniem, żeby zdążyć na ostatni bus do Zakopca, o którego godzinie odjazdu nomen omen nie wiedzieliśmy. Udało się na 5 min. przed odjazdem

Podobnie z ostatnim Szwagropolem do Krakowa. W grodzie Kraka spotkaliśmy się jeszcze z Ania, Śnieżką, Gosiaczkiem i Pedrem na piwo, bo Lelko miał swój pociąg do Łodzi dopiero o 1:43. Ja zaś przespałem się u Ani, a wczoraj po południu dotarłem do Wrocławia.
Taki oto nasz wyjazd między spotkaniami forumowymi, z pogodą rwaną w strzępach, ale fajny, rześki i dosadny. Zdjęcia wkrótce, po odebraniu, zeskanowaniu, selekcji i obróbce w temacie zamieszczę.