Skoro Lelko wrzucił już zdjęcia, to nie pozostaje mi nic innego, jak być dłużnym soczystą relacją z wypadu. Zaczęło to się wszystko od takich moich trochę ambitnych planów przejścia solo grani liptowskiej od Grzesia aż do Czerwonych Wierchów, z namiotem i bez schodzenia w doliny. Rzecz może i do zrobienia, ale przy znacznie lepszych warunkach jak dla mnie? Po drodze zgadałem się z Mar.an, że Lelko też miał zamiar wybrać się w podobnym terminie w Tatry. Zdzwoniliśmy się i umówiliśmy praktycznie od razu, że jedziemy razem.
Z początku mieliśmy spotkać się rano w Zakopcu w sobotę 31 stycznia.
Jednak właśnie w piątek wypadło spotkanie Warszawiaków w Cafe Antykwariat. No to Lelko długo nie myśląc, zrobił nam niespodziankę i przyjechał z Łodzi na spotkać się z nami. Mniej więcej jedno piwko później już się we dwóch zbieraliśmy na nocny do Zakopanego. Do pociągu zdążyliśmy perfekcyjne, tj. na 5 min. przed odjazdem. Wyjątkowo skorzystaliśmy z oferty miłego Pana, który obnośnie w wagonach sprzedawał piwo piwo jasne piwo, toteż spożyliśmy po litrze płynnego chmielu z miasta Warki, co by sen dobry był a i minerałów zapas duży na znój wycieczek górskich. Pociąg był dość pusty, przedział mieliśmy dla siebie, to i spało się w porządku. Obudziliśmy się gdzieś przed Poroninem.
Wysiadłszy, zjedliśmy na dworcu śniadanie, co o wczesnej porze wcale łatwe nie jest. Następnie pojechaliśmy do Chochołowskiej, niestety pierwszy bus jedzie dopiero o 8:30. Po szybkim marszu dolinką i małym posiłku w schronisku poszliśmy dalej na Grzesia z zamiarem dotarcia jak najdalej? im wyżej jednak, tym gorsze widoki. Na Długim Upłazie widzieliśmy już tylko okoliczne drzewka i kosówkę, na Rakoniu za to spotkaliśmy grupę spóźnionych skitourowców, którzy nawet się z nami nie przywitali ? tak im było spieszno w dolinę przed zmrokiem. A nam zaczęło się robić spieszno do noclegu: zimno, mgła, lepiej się rozbić, póki nie ma wiatru. Zrezygnowaliśmy więc z Wołowca i wykopaliśmy sobie platformę pod Rakoniem od strony Zabratu. W trakcie prac Lelko zaczął marznąć coś trochę, a gdy już się zbierał do wejścia do namiotu, to ze zdumieniem stwierdził, że nie da się zdjąć kurtki - przymarzła mu od środka do polaru! Gdy kurtkę udało się już oderwać, przystąpiliśmy do operacji pakowania. Otóż problemem naszego noclegu były śpiwory. Ja mam puchowy, a Lelko, decydując się na spontaniczny wyjazd pod namiot radził sobie ze swoim syntetykiem włożonym w syntetyk pożyczony ode mnie. Do tego folia NRC dookoła, a pod spód materac dmuchany! Niezła izolacja, ale troszkę wolno się nagrzewała od środka, więc zużyliśmy też ogrzewacze chemiczne i w końcu nie było już zimno w stopy? Nie zapomnimy jednak ciężkich bojów o założenie kaptura albo obkręcenie wewnętrznego śpiwora w zewnętrznym, bo jeden z nich okazał się leżeć kapturem na twarzy. A potem: "Jak ja teraz włożę drugi ogrzewacz do skarpety" A żeby jeszcze było zabawniej, to przy zamykaniu przedsionka urwał się suwak! Mieliśmy wesoło trzepoczącą płachtę, która umilała nam noc i zapewniła stosowne ośnieżenie bagaży
W nocy spało się nieźle, choć jak zwykle zerwał się wiatr, nawet taki trochę mocniejszy i zaczął spychać jedną ze ścian namiotu skutecznie do środka. W pewnym momencie obudziłem się na garnku, który wcześniej leżał obok mnie. W zimie jak to w zimie noc długaśna jak rzadko kiedy, bo jak tu spać od 18:00 do 7:00? No a na dworze cały czas dalej dujawica i śniegiem zacina.
Na szczęście w końcu nadszedł poranek - bardzo leniwy, niezmiernie mroźny i wietrzny (jak się dowiedzieliśmy w schronisku, było -12 stopni i wiatr ok. 60km/h). Góry pokazały swe śnieżnosiwe lica, ujrzeliśmy świat mineralny pod lodową powłoką. Tatry budziły się fioletowym wschodem słońca, lecz Wołowiec, wciąż we mgle, górował gdzieś nad nami skryty i niedostępny.
Wyskoczyłem oczywiście na zdjęcia, lecz co to? Aparat zamarzł? Tak, dopiero po piątej klatce migawka zaczęła działać zgodnie ze wskazaniami światłomierza. Tymczasem mimo rękawiczek (choć cienkich) odmroziłem sobie dwa palce od zimnego korpusu aparatu. Grzałem je potem nad kocherem? a o gotowaniu poza namiotem można było zapomnieć. Zdmuchiwało nam palnik mimo osłony przed wiatrem.
Dlatego, patrząc na pogodę, i stan namiotu postanowiliśmy zawrócić do schroniska. Szybkie śniadanko - Lelko miał nosa, żeby dwie godziny wcześniej wsadzić zmarznięty na kość chleb do śpiwora i go rozmrozić. Podczas składania namiotu doszło do jeszcze dwóch strat: kijek Lelka zamarzł w gruncie - mimo odkuwania czekanem zgiął się podczas wyciągania, a pętla mocująca podłogę namiotu do masztu się urwała - toż to jeden z ważniejszych elementów - bez tego nie da się napiąć tropika (co za badziew!) Marabut dostanie reklamacje, w końcu sprzęt niby w Himalajach testowany, a w naszych Tatrach przy byle wietrze się zaczął sypać.
Spakowani, ubrani i gotowi, wyruszyliśmy z powrotem do schroniska. Po drodze zaczęło się wypogadzać. Wyszło śliczne słońce, a dziś odbierane filmy pokażą, czy zdjęcia się udały. Niestety Lelka aparat zamarzł już w namiocie i woleliśmy nie włączać go aż nie odtaje w schronisku.
Po drodze Lelko spotkał znajomych, którzy bezbłędnie rozpoznali go mimo kaptura, czapki i kominiarki. Nocowali oni na Grzesiu, wyszli jeszcze później od nas a rano zmierzali na Wołowiec i z powrotem. Góry są jednak "małe" szczególnie zimą
W schronisku byliśmy wcześnie, zjedliśmy smaczny obiadek? ale dzień przecież młody. A może by tak na Bobrowiec?
Nie ma co się długo zastanawiać, zostawiliśmy graty w pokoju i na lekko wyszliśmy na przełęcz Bobrowiecką. Stamtąd ostentacyjnie minęliśmy znak informujący o rezerwacie i zakazie wejścia, a następnie zaczęliśmy podchodzić stromym stokiem. Lelko, jako bardziej doświadczony w śniegu torował drogę. Mi jednak coś od początku nie za bardzo się podobał ten stok. Śnieg niezwiązany, pod spodem oblodzone trawki, a nachylenie ok. 45 stopni. No i zacząłem trochę powątpiewać i zachęcać do odwrotu. W końcu rozległe na całą szerokość stoku poduchy śnieżne przesądziły sprawę. Po co się pchać, wrócimy w lepszych warunkach na pewniaka. Ale po nas został ślad - droga do połowy stoku przetarta, po nas będą następni, może zdążą stok ubić i wydeptać
W drodze powrotnej jednak zaczął nam już świtać plan następnego dnia...
cdn...