18-11-2008, 08:24 PM
Listopadowe dni, choć krótkie, wciąż miały być zaskakująco ciepłe i słoneczne. Jak więc inaczej wykorzystać ostatni długi weekend tego roku, jeśli nie na pożegnanie schodzącej z gór jesieni. Miejsce wydarzeń - Beskid Żywiecki z Pilskiem i Babią Górą na czele oraz doborowe towarzystwo dziarskich forumowiczów
zapowiadały ciekawą wyprawę. Zaczynamy oddzielnie - oni z Korbielowa, ja z Milówki. Miejscem spotkania i noclegu - schronisko na Hali Lipowskiej.
Na zielony szlak prowadzący ku Hali Boraczej wchodzę dość późno, bo po jedenastej
. Krótki spacer dnem doliny poprzedza kilkudziesięciominutową wspinaczkę na grzbiet. Im bliżej schroniska tym więcej ludzi. Po hali, niczym pies spuszczony z łańcucha, goni porywisty, momentami zimny wiatr. Na drewnianych ławach jeszcze sporo miejsca, bo większość turystów grzeje się z kuchennej izbie. Za tłoczno tam jednak i kawę wypijam na zewnątrz, oglądając przy okazji okoliczne widoki. Na zachodzie rozpoznaję Baranią Górę, potem Klimczok i wzniesienia nad Jeziorem Żywieckim. Na wprost mnie do słońca usadowiła się Romanka, a nieco bliżej - w chmurnej czapie - garby Rysianki i Lipowskiej. Mija południe, kolejne grupy turystów dochodzą do schroniska, inni zbierają się w dalszą drogę. Wyruszam i ja, by do celu dotrzeć jeszcze przed szarówką. Nie znam tych gór, wolę więc mieć jakiś zapas czasu na wszelki wypadek. Szeroka droga wprowadza mnie wyżej, na rozwidlenie szlaków w kolorach zielonym, niebieskim i czarnym. Na krótkim odcinku przewija się kilkanaście osób. Sporo ludzi wybrało ten sam sposób spędzenia weekendu. To coś nowego dla mnie, przyzwyczajonego do względnych pustek w rodzimym Beskidzie Sądeckim. 
Na rozstaju stwierdzam brak oznaczenia czarnych znaków. Powinny one prowadzić na stojącą na przeciw górkę, lecz po tabliczce nie ma śladu. Do tego pocięty wąskimi dróżkami i usłany korzeniami ściętych drzew stok wygląda jak bo wybuchu bomby atomowej.
Z kilku opcji wybieram jednak najszerszą, błotnistą drogę i brnę nią do góry. Dopiero na szczycie, przy granicy lasu, dostrzegam samotny, czarny znak. Teraz już prawidłowym szlakiem ruszam na Redykalny Wierch. Po drodze spotykam kilka osób i rowerzystę, przed którym muszę odskoczyć w bok by uniknąć zderzenia. 
Na Redykalnym odpoczywa kilkunastu turystów, w tym jeden z napędem na cztery łapy. To już piaty lub szósty psiak spotkany dziś na szlaku, z czego większość stanowią husky. Chyba rodzi się nam jakaś nowa świecka tradycja. W myślach coraz bardziej napalam się na zdobycie takiego samego towarzysza wypraw. Może kiedyś się uda?
Ruszam na żółty szlak, który zaniesie mnie na Lipowską. Jest dwadzieścia po pierwszej, według mapy zostało jeszcze około godziny drogi więc spokojnie dotrę tam za dnia. Na tym odcinku ruch jeszcze większy, z przeciwnego kierunku ciągną korowody powracających z wycieczek piechurów. Kolejne hale, z których momentami widać gniazdo Wielkiej Raczy i kawałek Słowacji, pozostają w tyle. W końcu tuż po drugiej docieram do schroniska, gdzie mam nadzieję spotkać towarzyszy wyprawy. Nie widzę ich jednak ani przy budynku, ani w jadalni, gdzie tłum ludzi nie pozwala wcisnąć przysłowiowej igły. Postanawiam więc wyjść im na przeciw i zanurzam się w las prowadzący na Rysiankę. Kilkanaście minut później docieram na halę, zwieńczoną na szczycie drewnianym budynkiem schroniska. Już z daleka dostrzegam oboje wędrowców i cichaczem siadam na ławce, by sprawić im niespodziankę.
W końcu powitanie, krótka sesja fotograficzna masywu Pilska i już w trójkę wracamy na Lipowską. Powietrze zaczyna robić się coraz bardziej rześkie, a przecież w plecaku nie na darmo niesiona rozgrzewająca ciecz z wyciągu wiśni.
zapowiadały ciekawą wyprawę. Zaczynamy oddzielnie - oni z Korbielowa, ja z Milówki. Miejscem spotkania i noclegu - schronisko na Hali Lipowskiej.Na zielony szlak prowadzący ku Hali Boraczej wchodzę dość późno, bo po jedenastej
. Krótki spacer dnem doliny poprzedza kilkudziesięciominutową wspinaczkę na grzbiet. Im bliżej schroniska tym więcej ludzi. Po hali, niczym pies spuszczony z łańcucha, goni porywisty, momentami zimny wiatr. Na drewnianych ławach jeszcze sporo miejsca, bo większość turystów grzeje się z kuchennej izbie. Za tłoczno tam jednak i kawę wypijam na zewnątrz, oglądając przy okazji okoliczne widoki. Na zachodzie rozpoznaję Baranią Górę, potem Klimczok i wzniesienia nad Jeziorem Żywieckim. Na wprost mnie do słońca usadowiła się Romanka, a nieco bliżej - w chmurnej czapie - garby Rysianki i Lipowskiej. Mija południe, kolejne grupy turystów dochodzą do schroniska, inni zbierają się w dalszą drogę. Wyruszam i ja, by do celu dotrzeć jeszcze przed szarówką. Nie znam tych gór, wolę więc mieć jakiś zapas czasu na wszelki wypadek. Szeroka droga wprowadza mnie wyżej, na rozwidlenie szlaków w kolorach zielonym, niebieskim i czarnym. Na krótkim odcinku przewija się kilkanaście osób. Sporo ludzi wybrało ten sam sposób spędzenia weekendu. To coś nowego dla mnie, przyzwyczajonego do względnych pustek w rodzimym Beskidzie Sądeckim. 
Na rozstaju stwierdzam brak oznaczenia czarnych znaków. Powinny one prowadzić na stojącą na przeciw górkę, lecz po tabliczce nie ma śladu. Do tego pocięty wąskimi dróżkami i usłany korzeniami ściętych drzew stok wygląda jak bo wybuchu bomby atomowej.
Z kilku opcji wybieram jednak najszerszą, błotnistą drogę i brnę nią do góry. Dopiero na szczycie, przy granicy lasu, dostrzegam samotny, czarny znak. Teraz już prawidłowym szlakiem ruszam na Redykalny Wierch. Po drodze spotykam kilka osób i rowerzystę, przed którym muszę odskoczyć w bok by uniknąć zderzenia. 
Na Redykalnym odpoczywa kilkunastu turystów, w tym jeden z napędem na cztery łapy. To już piaty lub szósty psiak spotkany dziś na szlaku, z czego większość stanowią husky. Chyba rodzi się nam jakaś nowa świecka tradycja. W myślach coraz bardziej napalam się na zdobycie takiego samego towarzysza wypraw. Może kiedyś się uda?
Ruszam na żółty szlak, który zaniesie mnie na Lipowską. Jest dwadzieścia po pierwszej, według mapy zostało jeszcze około godziny drogi więc spokojnie dotrę tam za dnia. Na tym odcinku ruch jeszcze większy, z przeciwnego kierunku ciągną korowody powracających z wycieczek piechurów. Kolejne hale, z których momentami widać gniazdo Wielkiej Raczy i kawałek Słowacji, pozostają w tyle. W końcu tuż po drugiej docieram do schroniska, gdzie mam nadzieję spotkać towarzyszy wyprawy. Nie widzę ich jednak ani przy budynku, ani w jadalni, gdzie tłum ludzi nie pozwala wcisnąć przysłowiowej igły. Postanawiam więc wyjść im na przeciw i zanurzam się w las prowadzący na Rysiankę. Kilkanaście minut później docieram na halę, zwieńczoną na szczycie drewnianym budynkiem schroniska. Już z daleka dostrzegam oboje wędrowców i cichaczem siadam na ławce, by sprawić im niespodziankę.

W końcu powitanie, krótka sesja fotograficzna masywu Pilska i już w trójkę wracamy na Lipowską. Powietrze zaczyna robić się coraz bardziej rześkie, a przecież w plecaku nie na darmo niesiona rozgrzewająca ciecz z wyciągu wiśni.





" , spożywamy śniadanko i obfotografowujemy wodospad. Szlak zmieniamy znowy - tym razem na czarny. Prowadzi on nas "na kreskę, najpierw przez polany nad wsią, potem przez zrywki drewna, by następnie wejść w las. Z mapy odcinek ten ma wynosić 5 km, ale wydaje nam się dłuższy. Jest on dość nużący, ale w końcu docieramy do niebieskiego szlaku na Romankę. Praktycznie przez cały czarny szlismy w samych podkoszulkach... to się nazywa listopad