Weźcie palnik na Magurkę. jak bedzie zimno to sobie zrobicie chociaż grzańca na szlaku, widzę, ze tatra Wam smakuje, napój turysty....
grzańca nie spożywam (bleh), wogóle - piwo tylko zimne
jeden taki z sądeckiej ekipy (mallaidh, chcesz anonimowość zachować?? ) jak będzie grzańca chciał to niech sobie sam palnik taszczy
szkoda, że mnie się dni pomyliły i chciałem się z Wami umawiać w Zawoi dzień później, ale co sie odwlecze...
ano
święte słowa
jeden taki z sądeckiej ekipy (mallaidh, chcesz anonimowość zachować?? ) jak będzie grzańca chciał to niech sobie sam palnik taszczy
Już nie 
szkoda, że mnie się dni pomyliły i chciałem się z Wami umawiać w Zawoi dzień później, ale co sie odwlecze...
No Wy nieźle tam dawaliście czadu! Żeby aż dni pomylić! Tylko na Magurkę się nie spóźnijcie! 
Myśmy dawali czadu ale w sensie chodzenia po górach - spozywanie napojów Turysty było ograniczone, ponieważ Mar.an trzymała rękę (i nogę też) na pulsie.
A na Magurkę się nie spóźnimy. Tam, gdzie sa niegrzeczni turyści pijący napój turysty, musi być - w dniu Mikołaja - Mikołaj - no i oczywiście Czort. Ja z tym Czortem moim Piekielnym przyjadę. Bo przecież nikt nie uwierzy, że Mar.an to siostra marianka.
Bo Mar.an to Jaroszek. A jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, co to jaroszek, to zaraz wytłumaczę. Otóż Jaroszek to taki mały rogaty diabełek, co non stop chichocze i pilnuje. Jedne Jaroszki pilnują skarbów, a mój Jaroszek pilnuje i sprawdza, kto jest na Forum on line i co robi.
I chichocze na cały dom.
PS> Kopyt nie posiada. Rogi ma jedynie po przebudzeniu - z włosów. Ogon nie wystepuje.
Po pierwsze gosia3ek niech Cię tylko dopadnę za tą fotkę na krowie !! grrrrr
a po drugie moja częśc relacji ( drugi dzień) już za chwilkę...
Po pierwsze gosia3ek niech Cię tylko dopadnę za tą fotkę na krowie !! grrrrr
sama radość ... jak ja lubię jak nam się przyjaźń objawia
czekam z niecierpliwością (przecież mówiłam że fotka będzie do relacji
) i tak tę najładniejszą wybrałam, powinieneś się cieszyć
a po drugie moja częśc relacji ( drugi dzień) już za chwilkę...
no... wreszcie
czekam
DZIEŃ DRUGI 10 LISTOPADA 2008 PILSKO ? MOJA GÓRA
Po nocy pełnej wrażeń w schronisku na Hali Lipowskiej nadszedł w końcu ten dzień ? dzień wyjścia na Pilsko ? moją górę. Góra to już od dawna siedziała mi w głowie i nie dawała spokoju. Dlaczego ? nie wiem ? w środku mi coś mówiło, że muszę tam być. Już wiele razy chciałem się wybrać ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dlatego tym bardziej się cieszyłem na to wyjście.
Jak zapewne już przeczytaliście w relacji Mallaidha i Gosia3ka w nocy działy się zjawiska dziwne i niewytłumaczalne. Dlatego wstaliśmy dopiero o 7:30 i zaczynaliśmy powoli się brać do życia. Poranek był ciężki, wszyscy wyglądali na trochę ?zmiętych? ale, że góry a zwłaszcza górskie powietrze jest pełne energii szybko doszliśmy do siebie. Przed 9 byliśmy najedzeni, w miarę obudzeni i gotowi do wyjścia. Pada decyzja ? idziemy ! I poszliśmy ? tyle, że na ławkę przed schronisko. Tutaj jeszcze chwila przygotowań przed wyjściem na szlak, dopięcie plecaków, dopasowanie kijków i nareszcie ruszamy. Pogoda piękna, jest rześko, słoneczko świeci jak na listopad to lepszej nie można sobie wymarzyć. Od schroniska idziemy czerwonym szlakiem w kierunku Trzech Kopców (1216). Początkowo szlak biegnie przez malownicze polany. Razem z Gosia3kiem wspominamy nasz majowy pobyt tutaj, kiedy to było tu jeszcze trochę śniegu i mgły. A o takich widokach to nawet nie wiedzieliśmy, że istnieją. Dalej szlak wiedzie lasem. Jak na razie idzie nam się bardzo dobrze ? wszyscy są pozytywnie zaskoczeni. Na Trzech Kopcach robimy krótki postój na łyk dopalacza z termosu i obadanie mapy. Maciek tutaj robi wielką demolkę poustawianych o słupek graniczny kijków trekkingowych tak, że prawie mój termos też by oberwał... Po chwili ruszamy dalej. Szlak wiedzie przecinką grzbietem. Bardzo ucieszył nas fakt, iż na szlaku spotykamy tylko ?samych swoich? czyli prawdziwych plecakowych i nie tylko turystów. Nie ma ceprów, rozdartych gówniarzy i innego badziewia. Jest po prostu super ! Dochodzimy do góry zwanej Palenica (1338). Jak się okazuje jest to punkt zbiorczy wszelkich górołazów. Wszyscy się tu zatrzymują, odpoczywają robią zdjęcia a ławka która się tam znajduje jest cięgle zajęta i żartujemy, że następnym razem trzeba będzie zrobić rezerwacje na miejsca przy niej. Po krótkiej konsumpcji czekolady wracamy z powrotem na szlak. Nie przeszliśmy nawet km jak się ponownie zatrzymujemy bo weszliśmy na przepiękną polanę z widokiem na Pilsko i Babią Górę. Tego nie wytrzymaliśmy w ruch poszły aparaty. Każdy zrobił co najmniej po kilka zdjęć ale warto było. Ale dość tego dobrego ? Pilsko czeka ? trzeba tą górę zdobyć. Idziemy dalej, tempo mamy dobre, humory dopisują jest fajnie. Teraz odbijamy na niebieski szlak graniczny ? do szczytu pozostało nam jakieś 2 km. Podejście zrobiło się bardzo strome ale tempo mamy bardzo dobre i w zasadzie bez boleśnie wdrapujemy się na Polski szczyt Pilska. Ale mi było mało, chciałem wyjść najwyżej jak się da. Więc wśród kosówki jako pierwszy wybiegam i zbliżam się do szczytu. Wreszcie jest ! Pilsko zdobyte ? to o czym myślałem od miesięcy wreszcie się stało. Maciek i Gośka po paru sekundach również są na szczycie. Na szczycie to standardowo, zdjęcia, podziwianie widoków. Widoczność była taka sobie ale i tak jak dla mnie wystarczy. Na Pilsku miałem sesję fotograficzną a to z tego powodu, że Goska i Maciek mieli cyfrówki ? ja takiego sprzętu jeszcze nie odkryłem ? dalej jestem w erze kamienia łupanego czyli lustrzanki analogowej... Na szczycie długo nie siedzimy, zaczyna się robić zimno a do tego pojawiają się cepry z pobliskiego schroniska na Hali Mizowej. Tam właśnie zmierzamy. Jako drogę dojścia do celu wybieramy żółty szlak. Szlak ten troszkę nas zdenerwował. Nie dość, że czas przejścia się nie zgadzał to do tego był strasznie zabłocony, wąski, kamienisty śliski a że szliśmy z dużymi plecakami to trochę nas zmęczył. Ale Wreszcie docieramy do schroniska. Szukamy miejsca na odpoczynek. Najpierw wchodzimy do schroniska, ale tutaj jak w restauracji i czujemy się trochę obco. No nic, postanawiam poprosić o wrzątek i gdzieś w kącie zjeść ?obiad?. Przy barku wisi karteczka : ?wrzątek dostępny w Sali turystycznej? hm? No trudno, pytamy się obsługi gdzie owa sala jest i po chwili wszystko staje się jasne. Trafiamy do pomoszczenia gdzie jest tak jak powinno ! Znowu spotykamy ?swoich? są tam normalne ławki i stoły 9 każda z innej parafii) a na podłodze jest pełno błota z buciorów górskich. Tutaj czujemy się jak u siebie. Spożywamy pyszny obiadek, Maciek pije grzane piwo, Gośka zwykłe ja chwilowo mam dość. Takie rozwiązanie z salą turystyczną wydaje mi się dobre. Bo górołaz jest wśród swoich, nie musi się mordować w luksusie i z ceprami, wrzątek ma do woli (są tam czajniki). Z drugiej jednak strony pachnie to trochę segregacją ludzi. Ale to już temat na inną rozmowę. My po ponad godzinnym odpoczynku musimy ruszać dalej. Strasznie się nie chce, ale musimy zejść do Korbielowa na nocleg. Jako, że jesteśmy już zmęczeni wybieramy najprostsze zejście żółtym szlakiem. Początkowo idzie się ok. Ale potem szlak zaczyna nam się strasznie dłużyć. Do tego idziemy cięgle monotonnie trawersem w dół doliny do drogi do której nie możemy dojść. To strasznie dobija psychicznie jak się idzie a drogi wcale nie ubywa. Ale w końcu docieramy do wsi. Dochodzimy do głównej drogi i kierujemy się w stronę Chaty Baców gdzie mamy rezerwacje. Z daleka widzimy już moje autko. Na nocleg meldujemy się koło 17 godziny. Dostajemy 2 osobowy pokój bo rezerwacja była na2 osoby bo Maciek do końca był niepewny. Ale, że gospodarz dołożył nam dodatkowy materac więc dajemy radę. Przed nocą wybieramy się na zakupy i coś zjeść. Znajdujemy w końcu sklep i m. in. Kupujemy ostatni chleb to się nazywa fart. Udaje się nam także odnaleźć pizzerię a, że z Gośką bardzo lubię pizze jesteśmy tym bardziej szczęśliwi. Potem już wracamy na nocleg. Wieczór upływa nam na popijaniu piwa i planowaniu dnia następnego. Ale o tym już w kolejnej części relacji...
dzień wyjścia na Pilsko ? moją górę. Góra to już od dawna siedziała mi w głowie i nie dawała spokoju.
a mi przy okazji też... ile ja sie nie nasluchałam...
a siedziała Ci w głowie od lutego, odkąd Pilsko z Babej zobaczyłeś
fajna relacyjka... tylko jakie zjawiska dziwne i niewytłumaczalne?? ja tam nic nie wiem
to jeszcze parę fotek
(Dobra, kończę tą relację ostatnią epopeją)
Pobudka. Przez nieszczelne okna do izby zagląda górski przymrozek. Nie duży, nie groźny jeszcze, lecz wystarczająco silny, by posrebrzyć szyby domów i samochodów, a na trawniku rozłożyć biały dywan. Szybkie śniadanie. Kawa. Za chwilę lądujemy w Ticu.i opuszczamy zaspany Korbelów w kierunku przełęczy Glinne. Przejście graniczne wygląda jakby zostało porzucone w popłochu. Za nim rozciąga się skąpana w słońcu Słowacja. Z głównej drogi odbijamy w lewo, w stronę dzisiejszej Góry. Na zachodzie widać, jak ze snu budzi się Pilsko wystawiając swój łysy łeb do promieni. Babia jeszcze drzemie pod kołdrą mgieł, ale też powoli zbiera się do życia. Parkujemy przy schronisku. Szybko wdziewamy turystyczne mundurki, bo mrozik korzysta z każdej okazji, by wcisnąć się w szczeliny ubrania. Od razu ruszamy na szeroką, błotnistą drogę prowadzącą przez świerkowy las. Teren jest płaski jak tafla jeziora. Wysokie drzewa stoją na baczność salutując nam niczym oddziałom wojsk ruszającym na wojnę. Czy bez powrotu?
Z rozciągającej się szeroko polany widać szczyt Babiej Góry wsparty na ramieniu, po którym przyjdzie się nam wspinać. Wchodzimy na asfalt. Mijamy muzeum poświęcone lokalnym twórcom literackim i odbijamy w lewo, na zalesiony stok. Robi się coraz cieplej, ściągamy kolejne warstwy ubrania dochodząc do pędzącego przez rumowiska potoku. Kilka zdjęć i pniemy się coraz wyżej ku górze. Jest połowa listopada, a idziemy w samych podkoszulkach. Pomyśleć, że przecież nikt nie byłby w szoku, gdyby leżało tu już pół metra śniegu. Z lewej strony wyrastają zdobyte kilka dni wcześniej szczyty Romanki, Rysianki i Pilska. Wchodzimy do rezerwatu przyrody. Tablice napisane są w językach słowackim i polskim. Nie dziwi nas to wcale, zważywszy że 90% turystów w tych przygranicznych terenach stanowią właśnie Polacy. Jakby na potwierdzenie tych słów przy wiacie spotykamy polską parę. Oni właśnie kończą odpoczynek, my decydujemy się na drugie śniadanie. Chleb z pasztetem wydaje mi się już nierozerwalnie związany z górskimi wyprawami. Jest tak pewny jak to, że po każdej nocy nastąpi dzień. Jeszcze tylko łyk tajemniczej mikstury mieciura, który niczym druidzki kapłan skwapliwie dzieli go po kubeczku swoim wojom - i ruszamy dalej. Przez coraz bardziej skarlałe świerki widać zarysy szczytu Diablaka. Szlak wyraźnie odbija w prawo - rozpoczyna się trawers pod szczyt. Z prawej strony wyrasta szeroki grzebień Tatr, ale za mgiełką, która spowiła Podhale i Orawę. Tafla Orawskiego jeziora skrzy się i błyszczy, jak dziecko bawi się światłem puszczając zajączki po horyzoncie. Przyśpieszamy. Mijamy drugą wiatę i dochodzimy do słupa granicznego. Stąd już tylko kilkaset metrów na szczyt, prosto przez zarośla kosówki, po skalnych schodach do nieba. Gosia3ek wyrywa się na przód jak zwolniony z powrozów koń. Jej góra w końcu, niech leci.
Gdy opuszczamy pas kosówki, uderza nas poryw wiatru. Smagani nim po plecach, prawie wbiegamy na kopułę szczytu. Odwracam się za siebie, to błąd. Dostaję w żeby pięścią wiatru i połykam kilogram zimnego powietrza. Byle szybciej, byle schować się za kamienny pas, ubrać kurtki, cokolwiek. Na szczycie tłoczno, ludzie przytuleni do skał jak porosty, szukają schronienia. Babia Góra ściągnęła po posiłki z południa i prowadzi mocny ostrzał na pozycje turystów. Czapki i rękawiczki to teraz wybawienie ? tylko jeszcze trzeba je mieć. Przez chwilę odpoczywamy. W końcu z aparatami w dłoniach, niczym partyzanci wychylamy się z okopów. Strzelamy na oślep. Wiatr prawie przygniata ciała do ziemi. Nie daje oddychać. Trudno utrzymać aparat w rękach by nim nie poruszyć. Po kilkunastu fotkach kostnieją paluchy. Jeszcze chwilę i uciekam przed kulami wiatru za skały. Uznaję wyższość żywiołów.
Ludzie wchodzą i schodzą na zmianę. Niektórzy zaskoczeni takim powitaniem przez Królową, mają ewidentny problem z pokonaniem kilku metrów. Kamienie, które leżą w cieniu pokrywa zdradliwy szron. W końcu zakładamy kaptury, zapinajmy się jak przed wyprawą w kosmos i ruszamy ku przełęczy Brona. Dobrą chwilę zajmuje złapanie odpowiedniego rytmu marszu. Wiatr szaleje od lewej. Prawie można się na nim położyć zbiegając w dół. Mam dość i chcę dotrzeć do kosówki jak najszybciej. Opaskę nasuwam na ryjek, by choć trochę zmniejszyć ilość połykanego powietrza. Dwa razy o mało nie wywijam orła dzięki twórczej współpracy wiatru i szronu. Dobrze, że są kijki. Dopiero w pasie kosodrzewiny można zwolnić. Dochodzimy na przełęcz. Szukamy zacisznego miejsca na krótki odpoczynek. Na próżno. W cieniu zimno, a na słonecznych, lecz wietrznych polanach nie da się usiedzieć. Czujemy się zmęczeni, wydmuchani na dziesiątą stronę. Przez chwilę była opcja zejścia do Markowych Szczawin, by podbić pieczątki na pocztowych kartkach ? ot takie małe zboczenie. Plan jednak jakoś uleciał nam z głów. Teraz tylko ostatnie podejście na Małą Babią przy ciągłej walce z żywiołem powietrza. Pędem osiągamy przytulną granicę lasu, drzewa biorą nas w swoje ramiona, dają schron. Jednak już do samego końca nie rozepniemy kurtek. Promienie słońca są za słabe, by dobrze nas ogrzać.
Przez zwalone drzewa, wykroty i polany zrębowe schodzimy w dół. Po drodze jeszcze jedna przerwa na ulubiony pasztecik. Szybko tracimy wysokość. Błotnistą dróżką schodzimy ku potokom. Nagle ciszę otaczającego lasu przerywa plusk i słowo powszechnie uznawane za obelżywe. Obracam się. Gosia3ek jedną połową ciała zaryła w dorodne leśne błocko. Całym biodrem. Po łokieć. Z kijkiem włącznie. Masakra. Przez moment świta mi w głowie myśl, czy aby nie wyciągnąć aparatu. Nie odważam się jednak, mina Gośki wskazuje dobitnie, że resztę drogi przebyłbym z kijkiem wystającym z pleców. Przynajmniej?Wyciągnięty z kałuży gosia3ek wygląda jak po manewrach w Drawsku Pomorskim. I wcale nie jest szczęśliwy. Nie komentujemy za bardzo tego nieszczęścia. Jednak kilkuminutowa toaleta w następnej kałuży i może nie nadaje się jeszcze na salony, ale na dalszą drogę na pewno. Tylko pranie trzeba będzie zrobić większe.
Po chwili docieramy do drogi. Teraz już po płaskim, lecz wciąż bacząc na czające się wszędzie kałuże, pokonujemy ostatni etap dnia. Robi się szaro, temperatura raczej zimowa. Przy pierwszych zabudowaniach stajemy zdziwieni. Za płotem pasą się?dziki. Całe stado dzików nawet. Robimy zdjęcia, a one podchodzą do siatki cała zgrają. I dają głos. Na cały ryj. A było ich kilkanaście. Po chwili doliną poniósł się skowyt jakby ktoś żywcem zarzynał wszystkie dziki Beskidów. Z ciarkami na plecach oddalamy się stamtąd, by nie prowokować świnek do śpiewu. Ewidentnie słoń nadepnął im na uszy?
Jeszcze chwila i dochodzimy do parkingu. Tak samo jak rankiem, tak i teraz zaczął podszczypywać nas przymrozek. Szczyty dwóch Bab pokryły się brązowym odcieniem zachodzącego słońca. Zmrok zatrzasnął dzień w tym samej chwili, gdy my drzwiczki od samochodu. Przekręcamy kluczyk, pociągamy zawleczki i ruszamy w drogę do domu.
Zostawiamy góry sam na sam z wychodzącą zza rogu zimą.

:
miło się czytało Maćku

dzięki za wzięcie na siebie tej częsci relacji

ehhh no to kiedy następny raz ekipa sądecka rusza na szlak??

Ale mieliście fajnie

. Ja zawsze, kiedy tam jestem, nie miałem takiej pogody.
Mallaidh - jeszcze chwilka i możesz dołączyć do panów fotografów - Mzak i Bios. Podoba mi się Twój opisywania wycieczki. Fajnie i mile się czytało. Tylko mnie zawiodłeś, że nie miałeś odwagi pstryknąć fotoczkę "wycioranej" Gosi. Trzeba było ryzykować i przebiciem kijkiem trekingowym. Taka foteczka by teraz była na wagę złota. Akurat by pasowała do tej czwartej w ostatniej sesji i Mieciura na gipsowej Milce

Tylko mnie zawiodłeś, że nie miałeś odwagi pstryknąć foteczkę "wycioranej" Gosi. Trzeba było ryzykować i przebiciem kijkiem trekingowym. Taka foteczka by teraz była na wagę złota.

hmmmm myślę że Maćkowi życie jeszcze miłe
a Ty Stasiu mi ich nie prowokuj, bo jak następnym razem taka sytuacja (nie daj Boże) by się przydarzyla, zamiast mi podać pomocną dłoń panowie sięgną po aparaty... a tego byśmy nie chcieli (dla ich własnego zdrowia
)
Gosia. Na GFD jesteśmy w pierwszym rzędzie profesjonalistami

. Trzeba zachować kolejność - najpierw dokument i potem pomoc

. Musimy liczyć się ze stratami

Zgoda Stasiu

Mój błąd niewybaczalny! Następnym razem się nie zawaham! (i dzięki za pochwały, ale jeszcze sporo wody w strumieniach upłynie...)
Choć to jakby robić zdjęcie rozjuszonemu bawołowi afrykańskiemu - mała szansa przeżycia
Gosiu, wychodząc w góry trzeba się liczyć z ofiarami w ludziach. Zasada 66% się kłania
(a teraz ćwiczymy jak stanąć przed Tobą i powiedzieć to samo w oczy...

)