10-10-2008, 01:31 PM
Dzień 3 na Hali Gąsienicowej- 09.09
Późno, bo dopiero od 7.30 wydają w Murowańcu wrzątek, więc po napełnieniu termosów herbatką, o 7.45 wyruszamy z very nice współlokatorką (jeżeli kiedykolwiek tu zajrzysz, serdeczne pozdrowienia - Iwi) najpierw nad CSG. Zainspirowany artystycznym podejściem towarzyszki, próbuję i ja coś ciekawego ująć: Kościelec, Kozi Wierch, wyspa.


Po tej niewielkiej przerwie na fotosesję, obieramy za cel Zawrat. W tym kierunku idę premierowo. Powoli nabieramy wysokości. W tyle zostawiamy:
Docieramy do "biżuterii", żelastwa na tym odcinku postanowiłem nie tknąć, faktycznie, no problem. Iwona "robi" za królika doświadczalnego (i o tym wie), ponieważ za kilka dni mam tą trasą poprowadzić małżonkę, która na Zawrat ma okrutny apetyt, a jak żona napalona - nie ma zmiłuj. Po jednym niewielkim problemie na przedostatnim łańcuszku, z "niewielką pomocą przyjaciół" osiągamy przełęcz. Ładnie tu:

Po obu stronach obiektywów: Iwona i jej "świta"


Rozstajemy się, koleżanka powędruje dołem:
ja zaś górą, pierwszy raz tędy, ku Małemu Koziemu:
Na MKW z widokiem na Kozi Wierch:

Tutaj następuje dość duża przerwa w fotorelacji, gdyż ręce zajęte były ważniejszymi czynnościami niż obsługa aparatu. Ten etap trasy (chyba najtrudniejszy technicznie) sprawia mi dużą frajdę, szczęście, że pogoda dopisuje. Na mokro bym się nie chyba poważył. Inni przy pracy (tam byłem z pół godzinki wcześniej):

Pogoda dopisuje, te ciemniejsze chmurzyska odpłyną na Słowację. Na Kozim:


Dalej już tylko łatwiej. Na Zadnim Granacie, co za mną:
i co przede mną:
Na Pośrednim:
I Skrajnym:
Tutaj następuje dłuższy popas połączony z konsumpcją II śniadania. Wszystko w celu oceny i zaplanowania dalszej trasy. Jako, że godzina raczej młoda, bo 14.30 - kierunek Krzyżne. W porównaniu z dotychczasową częścią szlaku odcinek buczynowy wydaje się być mocno zniszczony lub długo nieregenerowany. Ciągle coś tam usypuje się spod nóg, trudno trzeba brnąć dalej. Zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Nareszcie Krzyżne i taki widoczek:

Zstępuję w kierunku D.Pańszczycy, rzut oka za siebie na przełęcz:
i jeszcze raz na Buczynowe Turnie:
Ostatni fragment szlaku bardzo przyjemny, tak dla nóg, jak i dla oczu, zwłaszcza, że "doganiam" Iwonę focącą zapamiętale kwiatki, motylki i inne szczegóły tatrzańskie, niezauważalne dla wielu turystów. Do Murowańca wędrujemy już razem z niewielkim postojem, by wyczerpane zapasy napojów uzupełnić w nie do końca legalny sposób, brudząc sobie jednocześnie łapki. Po drodze jakże pięknie "zapracowało" słońce:

Wieczorem, o dziwo, bardziej dzisiejszą wędrówkę czuję w rękach niż nogach. Tak czy inaczej, był to do tej pory mój najpiękniejszy dzień w Tatrach.
W relacji pozwoliłem sobie wykorzystać dwie fotografie autorstwa Iwony.
Późno, bo dopiero od 7.30 wydają w Murowańcu wrzątek, więc po napełnieniu termosów herbatką, o 7.45 wyruszamy z very nice współlokatorką (jeżeli kiedykolwiek tu zajrzysz, serdeczne pozdrowienia - Iwi) najpierw nad CSG. Zainspirowany artystycznym podejściem towarzyszki, próbuję i ja coś ciekawego ująć: Kościelec, Kozi Wierch, wyspa.


Po tej niewielkiej przerwie na fotosesję, obieramy za cel Zawrat. W tym kierunku idę premierowo. Powoli nabieramy wysokości. W tyle zostawiamy:
Docieramy do "biżuterii", żelastwa na tym odcinku postanowiłem nie tknąć, faktycznie, no problem. Iwona "robi" za królika doświadczalnego (i o tym wie), ponieważ za kilka dni mam tą trasą poprowadzić małżonkę, która na Zawrat ma okrutny apetyt, a jak żona napalona - nie ma zmiłuj. Po jednym niewielkim problemie na przedostatnim łańcuszku, z "niewielką pomocą przyjaciół" osiągamy przełęcz. Ładnie tu:

Po obu stronach obiektywów: Iwona i jej "świta"


Rozstajemy się, koleżanka powędruje dołem:
ja zaś górą, pierwszy raz tędy, ku Małemu Koziemu:

Na MKW z widokiem na Kozi Wierch:

Tutaj następuje dość duża przerwa w fotorelacji, gdyż ręce zajęte były ważniejszymi czynnościami niż obsługa aparatu. Ten etap trasy (chyba najtrudniejszy technicznie) sprawia mi dużą frajdę, szczęście, że pogoda dopisuje. Na mokro bym się nie chyba poważył. Inni przy pracy (tam byłem z pół godzinki wcześniej):

Pogoda dopisuje, te ciemniejsze chmurzyska odpłyną na Słowację. Na Kozim:


Dalej już tylko łatwiej. Na Zadnim Granacie, co za mną:

i co przede mną:

Na Pośrednim:

I Skrajnym:

Tutaj następuje dłuższy popas połączony z konsumpcją II śniadania. Wszystko w celu oceny i zaplanowania dalszej trasy. Jako, że godzina raczej młoda, bo 14.30 - kierunek Krzyżne. W porównaniu z dotychczasową częścią szlaku odcinek buczynowy wydaje się być mocno zniszczony lub długo nieregenerowany. Ciągle coś tam usypuje się spod nóg, trudno trzeba brnąć dalej. Zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Nareszcie Krzyżne i taki widoczek:

Zstępuję w kierunku D.Pańszczycy, rzut oka za siebie na przełęcz:

i jeszcze raz na Buczynowe Turnie:
Ostatni fragment szlaku bardzo przyjemny, tak dla nóg, jak i dla oczu, zwłaszcza, że "doganiam" Iwonę focącą zapamiętale kwiatki, motylki i inne szczegóły tatrzańskie, niezauważalne dla wielu turystów. Do Murowańca wędrujemy już razem z niewielkim postojem, by wyczerpane zapasy napojów uzupełnić w nie do końca legalny sposób, brudząc sobie jednocześnie łapki. Po drodze jakże pięknie "zapracowało" słońce:

Wieczorem, o dziwo, bardziej dzisiejszą wędrówkę czuję w rękach niż nogach. Tak czy inaczej, był to do tej pory mój najpiękniejszy dzień w Tatrach.
W relacji pozwoliłem sobie wykorzystać dwie fotografie autorstwa Iwony.
)

. Chciałbym jeszcze do końca roku zwiedzić ten zakątek. W listopadzie może już nie będzie tłoczno. Krzysgd dzięki za relacyjkę
.