23-08-2021, 08:10 PM
Motto (dedykacja własna dla czytelnika): "Tak, jak każdy muzułmanin, który ma ku temu fizyczne możliwości i ma dostatek środków finansowych, by miał raz w życiu pielgrzymować do Mekki z należącym mu tytułem "Hadżi", tak prawdziwy góroman by miał raz w życiu przejść GSB z Ustronia do Wołosatego lub odwrotnie z przyznaniem mu zaszczytnego tytułu "Beskidziok"."
Główny Szlak Beskidzki (dalej już tylko "GSB") sporo lat mi truł moje myśli. Zamiar przejścia często nie dawał mi spać. Na trasie poznałem, że trzeba należeć do jednej z podanych grup, a to być studentem, pedagogiem lub emerytem. Ci mają najwięcej czasu spędzić latem na trasie mniej więcej trzy tygodnie. Rzecz jasna, że znajdą się i wyjątki. Ale przyznajmy (ja też taki byłem), że wyznaczyć dwa-trzy tygodnie urlopu na dreptanie GSB (gdzie rodzina, gdzie inne góry, gdzie inne zajęcia urlopowe), to już turysta musi być nielada twardziel na punkcie Beskidów. Mnie w tym roku udało się przedostać do grupy emerytów i wydawało by się, że nic mi nie stoi na przeszkodzie wreszcie podnieść rzuconą rękawicę. Jednak należę do podgrupy tzw. zapracowanych emerytów i z letniego czasowego harmonogramu wyrwałem na przedrept tylko dwa tygodnie. Z tego względu nie miałem szans przejść całego szlaku na jeden zaciąg. Zadanie postawiłem jasno - przejść odcinek Ustroń - Krynica-Zdrój, co oznacza połowę trasy GSB. W niżej podanym postaram się opisać swoje własne odczucia z przebiegu trasy i tylko urywkowo odkazywać na dane techniczne. Te sobie może czytelnik samostudiem odczytać z Przewodnika po GSB.
27 lipca, dzień pierwszy. Ustroń - Schronisko na W. Stożku
Przyjeżdżam autobusem z Cieszyna i dochodzę na punkt startowy w Ustroniu-Zdrój. Na początku mam trochę problem z ustaleniem bloków startowych, ponieważ dworzec kolejowy jest akurat w przebudowie, tory wyrwane i nie wiem gdzie zacząć odmierzanie. Około 9:00 decyduję się wystartować z krzyżowania przejścia kolejowego i drogi. Po chwili przechodzę po moście na prawy brzeg Wisły.
[attachment=90481]
Od tego momentu drogi powrotnej już dla mnie nie ma. Jeszcze w pełni sił (jeden z warunków pielgrzyma na szlaku) wyruszam w odwiedziny pierwszego kopczyka - Równicy. Zastanawiam się dlaczego budowniczy szlaku włączyli ten kopczyk do programu. Czy może brakowało kilometrów, czy może nie od razu włączyć pionowe podejście (późniejsza Czantoria), a może z Równicy pokazać Czantorię w całej swej okazałości i że nie żadne przelewki ten GSB? Nie wiem. Ja ten odcinek biorę jako rozgrzewkę i przygotowanie gruczołów potnych do otwarcia na oścież. Mijam cały uzdrowiskowy kompleks (nie ostatni) i wkraczam wreszcie do lasu, gdzie czeka mnie trochę ochłody. Dalej dochodzę do znacznego miejsca, gdzie tutejsi ewangelicy w XVII stuleciu zgromadzali się na nabożeństwa.
[attachment=90482]
Można powiedzieć, że regularnie tutaj pielgrzymowali. W takich miejscach zawsze odszukuję w sobie trochę pokory, która często próbuje mnie opuszczać. Szlak powoli się wypłaszcza i daje odczuć, że Schronisko na Równicy jest już całkiem blisko.
[attachment=90483]
Schronisko ma dla mnie swoje znacznie. Jest to pierwszy, taki prawdziwy, przystanek na trasie. I mamy krótko po 10:00, to czas na kawkę. Zatrzymanie obudza mnie z letargu. Ja faktycznie drepczę po GSB! Opuszczam pierwszy przystanek i jeszcze przed zejściem do Ustronia-Polany pokazuje mi się kolejna pani góra.
[attachment=90484]
Czantoria pokazuje mi się spoza takiej mgiełki z niewinnymi chmurkami. Jest parno. Powiadamia mnie, że jak się nie będę jej podobał, to na mnie przygotuje taki sobie niewinny deszczyk z burzą. Schodzę lasem i raczej nie chcę widzieć zmiany na niebie. W Ustroniu znów przechodzę przez Wisłę. Tym razem już na stałe, na lewą stronę. Lokuję się na ławeczce przed budką z napojami oświeżającymi.
[attachment=90485]
Praktycznie jestem w rejonie dolnej stacji kolejki linowej na Czantorię. Przestaję być na odcinku Ustroń - Czantoria samotnym wędrowcem i niedobrowolnie zostaję włączony do skupiska ludzkiego pragnącego odwiedzić wierzchołek. Tylko mnie i paru jeszcze innym jest przeznaczone gramolić się do góry o własnych siłach. Reszta korzysta z wymogów społecznościowych i wyjeżdża kolejką. Na zdjęciu niezbyt jest widoczne to strome podejście, które mnie czeka. Jest to jedno z podejść, które mieści się w granicach Tomturowego twierdzenia: "Tego się na trzeźwo nie da wejść". Ja muszę. Tutaj słabo duchowego pielgrzyma może uwodzić myśl wyjechania kolejką, ale u mnie to nie wchodzi w rachubę. Jestem związany z zegarkiem marki Garmin i chyba by był widoczny (i ewidowany) ten przekręt w pamięci zegarka. Wyruszam. Gruczoły potne mam przepłukane z Równicy i tym razem stopniowo włączam kolejne organy cielesne - serce i płuca. We swym organiźmie włączam skryty program - Mieciurowy autopilot. Jest to stan, kiedy człowiek nie pyta: "Daleko jeszcze? Wysoko jeszcze?" i tylko słucha tłukotu serca. Ja, wierny czerwonemu GSB, drepczę tak, jak mnie prowadzi. Większość dreptaczy wybiera wariant na krechę po nartostradzie. Nie wiem co jest lepsze. Muszę przyznać, że tym stokiem pierwszy raz gramolę się na Czantorię. Złote podejście z Nydka.
[attachment=90486]
Dochodzę do górnej stacji kolejki linowej, a tam, pełna widownia. Kolejka cyklicznie wywala chętnych gór turystów. Jedni po jeździe kolejką muszą odpocząć na leżakach, inni tworzą ludzki prąd, który i mnie porywa w stronę wierzchołka.
[attachment=90487]
Bez mała dwie godziny podejścia i jestem na wierzchołku Czantorii. Wykorzystuję na długo ostatnią możliwość napić się czeskiego napoju turystycznego. O spokojnym odpoczynku nie mam co marzyć. Wszyscy mają te same zamiary - napić się czegoś chłodzącego i zająć dla siebie jakiekolwiek wolne miejsce. Nic mi nie pozostaje, jak szybko uciekać stąd. Zaspakajam się tylko jednym Radegastem. Na szczęście, że odcinek od górnej stacji po wierzchołek był maksimum dla większości turystów i nie mieli ochoty próbować innego wariantu zejścia. Parę kroków i znów odnajduję się w przyjaznej i zwłaszcza spokojnej atmosferze. Co do naturalnej atmosfery, to gdzieś hen daleko odzywają się złowieszcze pomruki. Pójdzie na mnie, nie pójdzie na mnie? Zejście na Beskidek, dojście na Soszów, Cieślar i Stożek, to dla mnie nic ciekawego, aczkolwiek widoki zawsze mnie cieszą. Zwłaszcza, że odkrywająca się Barania i kopczyki w Żywieckim mają na ten czas dla mnie inny wymiar. Ale to będzie ważne w kolejnych dniach. Teraz drepczę tereny, które mi w dzieciństwie wszczepiały pierwsze zauroczenie górami. Przebłysk i już jako pozytywnie zakręcony górami emeryt próbuję z innej półki - przedreptać to teraz jako nierozłączną część GSB. I jeszcze jedno co tutaj lubię. "Moje" góry oferują bogaty zestaw zajezdni, które nękają do odpoczynku. Wykorzystuję po drodze w 100%. Najpierw Schronisko Soszów, gdzie dopełniam energię napojem turystycznym i później Cieślarówka z kawką i przepysznym kołaczem borówkowym.
[attachment=90488]
Pokazuje się też Stożek w swej całej okazałości. Czeka mnie trzecie, ostatnie podejście. Jednak najmniej uciążliwe. Po takim, energią nabitym, kołaczu i maruda by nie miał problemów. Zegarek jeszcze nie pokazuje siedemnastej godziny, a ja się melduję w Schronisku na Stożku.
[attachment=90489]
Po 8 godzinach (czystych chodzonych 6 godzin) i w nogach 20 km kończę pierwszy dzień dreptania po GSB. Kwaterowanie, oczysta ciała i to, co lubię najbardziej na górskich wycieczkach. Endorfiny szczęścia kołują w mym układzie krążenia, kiedy sumaryzuję swój dzień i przy tym pałaszuję sporo z eferty tutejszej kuchni. Podczas wieczornego obzygania się w jadalni schroniska, pierwszy raz odnotowuję, że zamiar zmierzyć się z GSB na własnych nogach ma więcej adolescentów.
[attachment=90490]
Życzę dobrej nocy widokiem na Baranią (tą odwiedziłem dopiero na trzeci dzień).
Cdn.
Główny Szlak Beskidzki (dalej już tylko "GSB") sporo lat mi truł moje myśli. Zamiar przejścia często nie dawał mi spać. Na trasie poznałem, że trzeba należeć do jednej z podanych grup, a to być studentem, pedagogiem lub emerytem. Ci mają najwięcej czasu spędzić latem na trasie mniej więcej trzy tygodnie. Rzecz jasna, że znajdą się i wyjątki. Ale przyznajmy (ja też taki byłem), że wyznaczyć dwa-trzy tygodnie urlopu na dreptanie GSB (gdzie rodzina, gdzie inne góry, gdzie inne zajęcia urlopowe), to już turysta musi być nielada twardziel na punkcie Beskidów. Mnie w tym roku udało się przedostać do grupy emerytów i wydawało by się, że nic mi nie stoi na przeszkodzie wreszcie podnieść rzuconą rękawicę. Jednak należę do podgrupy tzw. zapracowanych emerytów i z letniego czasowego harmonogramu wyrwałem na przedrept tylko dwa tygodnie. Z tego względu nie miałem szans przejść całego szlaku na jeden zaciąg. Zadanie postawiłem jasno - przejść odcinek Ustroń - Krynica-Zdrój, co oznacza połowę trasy GSB. W niżej podanym postaram się opisać swoje własne odczucia z przebiegu trasy i tylko urywkowo odkazywać na dane techniczne. Te sobie może czytelnik samostudiem odczytać z Przewodnika po GSB.
27 lipca, dzień pierwszy. Ustroń - Schronisko na W. Stożku
Przyjeżdżam autobusem z Cieszyna i dochodzę na punkt startowy w Ustroniu-Zdrój. Na początku mam trochę problem z ustaleniem bloków startowych, ponieważ dworzec kolejowy jest akurat w przebudowie, tory wyrwane i nie wiem gdzie zacząć odmierzanie. Około 9:00 decyduję się wystartować z krzyżowania przejścia kolejowego i drogi. Po chwili przechodzę po moście na prawy brzeg Wisły.
[attachment=90481]
Od tego momentu drogi powrotnej już dla mnie nie ma. Jeszcze w pełni sił (jeden z warunków pielgrzyma na szlaku) wyruszam w odwiedziny pierwszego kopczyka - Równicy. Zastanawiam się dlaczego budowniczy szlaku włączyli ten kopczyk do programu. Czy może brakowało kilometrów, czy może nie od razu włączyć pionowe podejście (późniejsza Czantoria), a może z Równicy pokazać Czantorię w całej swej okazałości i że nie żadne przelewki ten GSB? Nie wiem. Ja ten odcinek biorę jako rozgrzewkę i przygotowanie gruczołów potnych do otwarcia na oścież. Mijam cały uzdrowiskowy kompleks (nie ostatni) i wkraczam wreszcie do lasu, gdzie czeka mnie trochę ochłody. Dalej dochodzę do znacznego miejsca, gdzie tutejsi ewangelicy w XVII stuleciu zgromadzali się na nabożeństwa.
[attachment=90482]
Można powiedzieć, że regularnie tutaj pielgrzymowali. W takich miejscach zawsze odszukuję w sobie trochę pokory, która często próbuje mnie opuszczać. Szlak powoli się wypłaszcza i daje odczuć, że Schronisko na Równicy jest już całkiem blisko.
[attachment=90483]
Schronisko ma dla mnie swoje znacznie. Jest to pierwszy, taki prawdziwy, przystanek na trasie. I mamy krótko po 10:00, to czas na kawkę. Zatrzymanie obudza mnie z letargu. Ja faktycznie drepczę po GSB! Opuszczam pierwszy przystanek i jeszcze przed zejściem do Ustronia-Polany pokazuje mi się kolejna pani góra.
[attachment=90484]
Czantoria pokazuje mi się spoza takiej mgiełki z niewinnymi chmurkami. Jest parno. Powiadamia mnie, że jak się nie będę jej podobał, to na mnie przygotuje taki sobie niewinny deszczyk z burzą. Schodzę lasem i raczej nie chcę widzieć zmiany na niebie. W Ustroniu znów przechodzę przez Wisłę. Tym razem już na stałe, na lewą stronę. Lokuję się na ławeczce przed budką z napojami oświeżającymi.
[attachment=90485]
Praktycznie jestem w rejonie dolnej stacji kolejki linowej na Czantorię. Przestaję być na odcinku Ustroń - Czantoria samotnym wędrowcem i niedobrowolnie zostaję włączony do skupiska ludzkiego pragnącego odwiedzić wierzchołek. Tylko mnie i paru jeszcze innym jest przeznaczone gramolić się do góry o własnych siłach. Reszta korzysta z wymogów społecznościowych i wyjeżdża kolejką. Na zdjęciu niezbyt jest widoczne to strome podejście, które mnie czeka. Jest to jedno z podejść, które mieści się w granicach Tomturowego twierdzenia: "Tego się na trzeźwo nie da wejść". Ja muszę. Tutaj słabo duchowego pielgrzyma może uwodzić myśl wyjechania kolejką, ale u mnie to nie wchodzi w rachubę. Jestem związany z zegarkiem marki Garmin i chyba by był widoczny (i ewidowany) ten przekręt w pamięci zegarka. Wyruszam. Gruczoły potne mam przepłukane z Równicy i tym razem stopniowo włączam kolejne organy cielesne - serce i płuca. We swym organiźmie włączam skryty program - Mieciurowy autopilot. Jest to stan, kiedy człowiek nie pyta: "Daleko jeszcze? Wysoko jeszcze?" i tylko słucha tłukotu serca. Ja, wierny czerwonemu GSB, drepczę tak, jak mnie prowadzi. Większość dreptaczy wybiera wariant na krechę po nartostradzie. Nie wiem co jest lepsze. Muszę przyznać, że tym stokiem pierwszy raz gramolę się na Czantorię. Złote podejście z Nydka.
[attachment=90486]
Dochodzę do górnej stacji kolejki linowej, a tam, pełna widownia. Kolejka cyklicznie wywala chętnych gór turystów. Jedni po jeździe kolejką muszą odpocząć na leżakach, inni tworzą ludzki prąd, który i mnie porywa w stronę wierzchołka.
[attachment=90487]
Bez mała dwie godziny podejścia i jestem na wierzchołku Czantorii. Wykorzystuję na długo ostatnią możliwość napić się czeskiego napoju turystycznego. O spokojnym odpoczynku nie mam co marzyć. Wszyscy mają te same zamiary - napić się czegoś chłodzącego i zająć dla siebie jakiekolwiek wolne miejsce. Nic mi nie pozostaje, jak szybko uciekać stąd. Zaspakajam się tylko jednym Radegastem. Na szczęście, że odcinek od górnej stacji po wierzchołek był maksimum dla większości turystów i nie mieli ochoty próbować innego wariantu zejścia. Parę kroków i znów odnajduję się w przyjaznej i zwłaszcza spokojnej atmosferze. Co do naturalnej atmosfery, to gdzieś hen daleko odzywają się złowieszcze pomruki. Pójdzie na mnie, nie pójdzie na mnie? Zejście na Beskidek, dojście na Soszów, Cieślar i Stożek, to dla mnie nic ciekawego, aczkolwiek widoki zawsze mnie cieszą. Zwłaszcza, że odkrywająca się Barania i kopczyki w Żywieckim mają na ten czas dla mnie inny wymiar. Ale to będzie ważne w kolejnych dniach. Teraz drepczę tereny, które mi w dzieciństwie wszczepiały pierwsze zauroczenie górami. Przebłysk i już jako pozytywnie zakręcony górami emeryt próbuję z innej półki - przedreptać to teraz jako nierozłączną część GSB. I jeszcze jedno co tutaj lubię. "Moje" góry oferują bogaty zestaw zajezdni, które nękają do odpoczynku. Wykorzystuję po drodze w 100%. Najpierw Schronisko Soszów, gdzie dopełniam energię napojem turystycznym i później Cieślarówka z kawką i przepysznym kołaczem borówkowym.
[attachment=90488]
Pokazuje się też Stożek w swej całej okazałości. Czeka mnie trzecie, ostatnie podejście. Jednak najmniej uciążliwe. Po takim, energią nabitym, kołaczu i maruda by nie miał problemów. Zegarek jeszcze nie pokazuje siedemnastej godziny, a ja się melduję w Schronisku na Stożku.
[attachment=90489]
Po 8 godzinach (czystych chodzonych 6 godzin) i w nogach 20 km kończę pierwszy dzień dreptania po GSB. Kwaterowanie, oczysta ciała i to, co lubię najbardziej na górskich wycieczkach. Endorfiny szczęścia kołują w mym układzie krążenia, kiedy sumaryzuję swój dzień i przy tym pałaszuję sporo z eferty tutejszej kuchni. Podczas wieczornego obzygania się w jadalni schroniska, pierwszy raz odnotowuję, że zamiar zmierzyć się z GSB na własnych nogach ma więcej adolescentów.
[attachment=90490]
Życzę dobrej nocy widokiem na Baranią (tą odwiedziłem dopiero na trzeci dzień).
Cdn.




