Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Dawno temu w Tatrach...
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Jak obiecałam- oto druga część opowiadania, a w zasadzie relacji z zawodów tragarzy na Słowacji. Ci, którzy przeczytali część pierwszą (zamieszczoną wyżej), wiedzą jak poznałam Petrasa i jak na zawody trafiłam.

Była połowa października, przyjechałam z tatą do Łomnicy dzień przed zawodami. Na miejscu zastała nas piękna zima, od razu zdałam sobie sprawę, że następnego dnia będzie ciężko. Nie traciłam jednak zapału, bo Petras tak nakręcił mnie swoimi opowieściami, że nie trzeba było mnie dwa razy namawiać Smile. Zawody- Sherpa Rally odbywają się co roku, zawsze w połowie października i mają one swoją wieloletnią tradycję. Pierwsze zawody zorganizowano w 1985 roku i wzięło w nich udział ośmiu tragarzy. Dziś to już impreza na dużo większą skalę, w której startują także kobiety, najczęściej są to dziewczyny pracujące w górskich schroniskach- Terience, Zbojnickiej... Z roku na rok uczestników przybywa, a Słowacy niezwykle cieszą się także z gości z zagranicy, do których ja wówczas należałam. Poinformowano nas, że o 7.30 będzie zbiórka na Hrybienioku, tak też o 7.00 kręciłam się już przy punkcie załadunkowym. Smile Robiło się coraz tłoczniej, prócz uczestników pojawiło się mnóstwo gości i przypadkowych gapiów, którzy do końca nie wiedzieli co się dzieje Smile. Pamiętam, że było spore zamieszanie, bieganina, wpisy do pamiątkowej książki i takie tam... Petras wypatrzył nas w tłumie, przyszedł się przywitać, wyjaśnił co i jak i oczywiście zaprosił nas po zakończeniu imprezy do Rainerowej na specjalną herbatkę Wink.
Przez lata tragarze startowali na Terienkę lub do chaty pod Rysami. Tamtego roku, ze względu na zniszczenia Zbójnickiej Chaty , wywołane huraganem i pożarem- zawody zorganizowano właśnie tam. Taki wyścig jest dobrym interesem dla schroniska, które dostaje prawie ćwierć tony zaopatrzenia w jeden dzień i to za darmo!
Po wpisie do książki i otrzymaniu koszulki z numerkiem startowym, uczestnicy ustawiali się w kolejce przed przyczepą wypełnioną koksem i węglem oraz innymi dociążającymi "materiałami". Każdy miał dokładnie odmierzony ładunek- dla kobiet 20 kg, a dla mężczyzn trzy razy tyle (60 kg). Przy czym kobiety mogły nieść ten "dobytek" w swoich plecakach, a mężczyźni, z racji objętości ładunku- układali go na wysokich drewnianych stelażach. Ja swoje 20 kg koksu spokojnie zmieśćiłam, do 65 litrowego plecaka. Stałam teraz przebierając nogami i odliczając czas do startu. Grała słowacka "skoczna muza" Big Grin(coś w rodzaju naszego disco polo) he, he..., jakiś dziadek przygrywał na akordeonie, wszyscy sobie żartowali, dziewczyny z chat podrygiwały w zabawnych falbaniastych i nałożonych na kombinezony spódnicach... śmiechu co niemiara !!! Ale najbardziej utkwił mi w głowie kierownik chaty pod Rysami, który rownież wystąpił w krótkiej spodnicy (typu lambada), do tego w grochy Big Grin i widać było, że to dusza towarzystwa, gdyż doprowadzał wszystkich do łez swoimi zabawnymi dowcipami. Jacyś słowaccy dziennikarze filmowali mnie na okrągło i z niedowierzaniem wypytywali, co taka młoda dziewczyna robi na zawodach... byłam trochę skrępowana, ale atmosfery tamtych chwil nigdy nie zapomnę! Część uczestników, bardzo przejęta swoją rolą, koncentrowała się na uboczu, chcąc zachować maksimum energii na później. Inni- jak ja, obserwowali co się dzieje i odświeżali stare znajomości. Czułam się tam wyjątkowo dobrze, bo przyjęto mnie bardzo serdecznie, poza tym wielu z tych ludzi znałam mniej lub bardziej z widzenia. W trakcie moich częstych w tamtym czasie pobytów w Tatrach, widywałam się z nimi to tu..., to tam... teraz nadeszła okazja żeby zamienić więcej słów niż tylko "achoj" ! Przed 9.00 wszyscy stali już na starcie gotowi do boju! Zawody oficjalnie rozpoczęto! Trudno opisać co się działo w tych pierwszych minutach, wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak są one ważne! Dziewczyny z lekkim ładunkiem wybiegły do przodu i ostro walczyly o pozycję na ścieżce, za nimi mężczyźni jeszcze pełni sił i zapału, ja byłam gdzieś pośrodku. Wszystko było super póki ścieżka wiodła lasem i droga w śniegu wydeptana była przez turystów, od miejsca gdzie szlak odbija na Staroleśną Dolinę- nie było już tak fajowo... Droga się zwężyła, pojawiła się kosówka, zaspy śniegu- tu było bardzo trudno kogokolwiek wyprzedzić, szczególnie rosłych tragarzy z ogromnym ładunkiem na plecach. Gdzieś na wysokości 1600 metrów śniegu było już bardzo dużo, każdy krok odbierał mnóstwo energii i okupiony był nadludzkim wysiłkiem, zapadaliśmy się w świeżym puchu, nogi plątały się w korzeniach przysypanej kosówki. Naprawdę rozpoczęła się ostra walka, głównie z samym sobą. Ja też przechodziłam mały kryzys i gdyby nie dopingujący mnie tatuś i moja góralska zawziętość, to pewnie bym odpuściła... Ukradkiem przyglądałam się zmaganiom tragarzy i tu trzeba powiedzieć, że to ludzie "ze stali". Przyjęli różne taktyki- jedni walczyli zaciekle od pierwszych chwil, prawie półbiegiem pokonując poczatkowy dystans, ale potem szybko tracili siły i byli zmuszeni do dłuższego wypoczynku już w 1/3 drogi. Inni zawalczyli o dobrą pozycję zaraz po starcie, ale potem oszczędzali siły idąc jednostajnym tepem i pilnując swojej pozycji. Jeszcze inni szli jednostajnie od początku do końca. Muszę przyznać, że w tamtych, październikowych, lecz całkowicie zimowych warunkach, najlepsze wyniki mieli ci panowie, którzy przyjęli drugą strategię. O kobietach nie wspominam, bo ich ładunek można uznać tu za symboliczny, a rywalizację raczej za dobrą zabawę. Mężczyznom o wiele bardziej przyświecał duch sportowej rywalizacji i walczyli zaciekle! Jeden z tragarzy przewrócił się z ładunkiem w końcowym podejściu i gdy tata próbował mu pomóc, pomoc tą odrzucił (i potraktował jak hańbę dla siebie) denerwując się przy tym okropnie! Niestety stracił wówczas dużo czasu, ale z opresji wyszedł sam... Podejście pod Warzęchowy Staw było chyba najgorsze, dla mnie ponad siły, dosłownie zapadałam się po pas, gramoliłam się w zaspach puchu prawie na czworakach, kijki tu na niewiele się zdały! Od stawu do schroniska świeży puch był wywiany i szło się dobrze,tu było twardo i na tym koncowym odcinku można było jeszcze co nieco przyspieszyć i wyprzedzić bardziej zmęczonych uczestników. Dotarłam jako dziewiąta kobieta na 19 startujących. W klasyfikacji ogólnej byłam chyba 28, już w tej chwili nie pamiętam, ale jako najmłodsza 14/15 letnia uczestniczka w historii zawodów, zebrałam najwięcej oklasków! Powiem, że to miła chwila. Big Grin Gdy wszyscy uczestnicy dotarli do Zbójnickiej odbył się uroczysty poczęstunek. Zjadłam wtedy najlepszy i najpikantniejszy gulasz w moim życiu Smile ! Potem jeszcze uroczyste rozdanie nagród, medali z ciasta, wywołanie na środek, najpierw panie, potem panowie, uściski, buziaczki, toast, pogaduszki, życzonka... ooo....dużo by mówić !!! Pamiętam też, że dziewczęta otrzymały po czerwonym goździku, któty gdy zniosłam go na dół nie był już pierwszej urody..., ale mało który goździk przemierza drogę z kwiaciarni na wysokość 1960 m.n.p.m. Big Grin i to w zimie! Po wszystkim trwała jeszcze w chacie impreza, a my udaliśmy się na zaproszenie Petrasa do Rainerowej Chaty i tam wracałam do sił przy kubku pysznej herbatki Wink Smile. Nie ma słów, które pozwoliłyby opisać ten dzień i emocje związane z uczestnictwem w zawodach, to po prostu trzeba przeżyć!
Jeżeli ktoś z Was chciałby wziąć udział w takiej imprezie- zachęcam, bo atmosfera jest niepowtarzalna, ludzie specyficzni i bardzo sympatyczni, a ponadto gulasz bombowy !!!
A poważnie- z cennych wskazówek: pierwsze chwile są decydujące jeśli idzie o zdobycie pozycji na trasie, potem trzeba walczyć tylko o jej utrzymanie i w miarę możliwości o najlepszy czas. Gdy jest tyle śniegu ile było wtedy- trzeba rozsądnie rozłożyć siły, żeby za szybko ich nie stracić! Poza tym lepiej przyjechać kilka dni przed zawodami, pochodzić po górach góra-dół, góra- dół, zaaklimatyzować się i dopiero startować. Gdy przyjeżdża się z nizin dzień przed, to nawet najlepsza kondycja nie wygra z brakiem aklimatyzacji!
Na koniec fotki, niestety tylko trzy, większość mam gdzieś w pudłach na strychu i nie mogłam się do nich dostać.

1) Przy punkcie załadunkowym i nawet teraz zauważyłam, że kamerzystę tata sfocił.. Smile
2) Uczestnicy na starcie
3) Moje ostatnie kroki i Zbójnicka Smile Toungue Hip,hip, hura!!! Smile


1)[attachment=9406] 2)[attachment=9407] 3)[attachment=9408]
Wiem...może zabrzmi to niewiarygodnie ale dosłownie dzisiaj zastanawiałam się nad tym kiedy umieścisz dalszą część swojej "tragarzowej" przygodySmile
A tu milusia niespodzianka przed snemSmile Przeczytałam z przyjemnoącią. Cóż dodać. Jest to naprawdę Twój sukces. GRATULUJĘ PaulinaSmile

paulina napisał(a):
Jacyś słowaccy dziennikarze filmowali mnie na okrągło i z niedowierzaniem wypytywali, co taka młoda dziewczyna robi na zawodach... byłam trochę skrępowana, ale atmosfery tamtych chwil nigdy nie zapomnę!

Naprawdę rozpoczęła się ostra walka, głównie z samym sobą. Ja też przechodziłam mały kryzys i gdyby nie dopingujący mnie tatuś i moja góralska zawziętość, to pewnie bym odpuściła...

... jako najmłodsza 14/15 letnia uczestniczka w historii zawodów, zebrałam najwięcej oklasków!


....to wszystko mówi samo za siebieSmile

Dziękuję Karolino, nie wiem czy dziś byłabym zdolna to powtórzyć... Wtedy była to dla mnie prawdziwa frajda, dziś kondycja i zdrowie już nie to... więc chociaż mam co wspominać z dzieciństwa i cieszę się, że te moje literki były tak wyczekiwane Smile
terefere...potrafisz /każdy z nas ma gdzieś tam ukryte ogromne pokłady siły i nawet tego nie wie do czego jest i byłby jeszcze zdolnySmile Wystarczy tylko czegoś mocno chcieć, dążyć do tego i wierzyć, że to się ziściSmile Tak jak Ty wtedy jako młoda dziewczyna.Zobacz jak świetnie sobie poradziłaśSmile I nie liczą się miejsca ani podium. Liczy sie to, że wygrałaś sama ze sobą i wiesz, że potrafiszSmile

A co do zawziętości to górale i kaszubi wiodą w tym prymSmile Wiem coś na ten temat i to w Was/góralach, kaszubach/ lubięSmile CoolBig Grin
Wspomnienia godne pozazdroszczenia. Smile Gratuluję determinacji.
A do tego bardzo ciekawie napisane.
Paulina -to dzielna dziewczyna Rolleyes
Świetna relacja napisana z polotem i żywiołowo .A same zawody ,uczestnictwo w nich to musiała być wielka frajda .Ehhh dziewczyno ,masz kondycję.Gratuluję .
A Tata? brał udział w zawodach?

paulina napisał(a):
Dotarłam jako dziewiąta kobieta na 19 startujących. W klasyfikacji ogólnej byłam chyba 28, już w tej chwili nie pamiętam, ale jako najmłodsza 14/15 letnia uczestniczka w historii zawodów, zebrałam najwięcej oklasków! Powiem, że to miła chwila. Big Grin


No nieźle!Smile
Fajna zabawa. Gratuluję kondycji.Smile

spoko napisał(a):
A Tata? brał udział w zawodach?


Tata uczestnikiem nie był, ale towarzyszył mi do końca i skutecznie dopingował Smile. 60 kg, nawet dla mężczyzny z dobrymi warunkami fizycznymi i odpowiednim przygotowaniem, to dużo! Łatwo sobie zrobić krzywdę. Szczerze mówiąc, w trudnych zimowych warunkach chyba tylko tragarze mają szansę ukończyć wyścig, dzięki swojemu doświadzczeniu i zawodostwu. Reszta odpada gdzieś tam po drodze, kobiety zwykle docierają na metę wszystkie, ale też ładunek, który niosą jest nieporównywalnie mniejszy!

Dziękuje za te pozytywne komentarze Smile, hmm, hmm... dowartościować na forum to się można... Toungue Big Grin

No wczoraj nie mogłem przeczytać, ale za to w przerwie w pracy jak znalazł Smile przeniosłem sie stęskniony w tatrzańskie doliny, i ta rywalizacja, gratuluję Ci Paulina kondychy i samozaparcia.
pozdr
Wspaniała opowieść, wspaniałe spotkanie, wspaniały człowiek ! Sam chciałbym coś takiego przeżyć. To jest doskonały przykład tego jak nasze góry się zmieniają. Odchodzą te stare dobre czasy jak i ludzie którzy je tworzyli. Coraz rzadziej można spotkać ludzi którzy całe życie spędzili w górach, świat się zmienia, styl życia się zmienia to i ludzie się zmieniają. Jedno co pozostało w górach i za to m.in kocham góry to to że jeszcze dość często można spotkać tam wspaniałych ludzi. Ludzi których widzi się pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu a po kilku minutach rozmowy na szlaku czy w schronisku ma się wrażenie jakby się znało od lat. I to jest piękne ! Każdy górołaz kochający góry napewno wie o czym mówie...
Tak Mieciur, masz całkowitą rację! Smile Niezwykle trafna refleksja...

mieciur napisał(a):
Wspaniała opowieść, wspaniałe spotkanie, wspaniały człowiek ! Sam chciałbym coś takiego przeżyć. To jest doskonały przykład tego jak nasze góry się zmieniają. Odchodzą te stare dobre czasy jak i ludzie którzy je tworzyli. Coraz rzadziej można spotkać ludzi którzy całe życie spędzili w górach, świat się zmienia, styl życia się zmienia to i ludzie się zmieniają. Jedno co pozostało w górach i za to m.in kocham góry to to że jeszcze dość często można spotkać tam wspaniałych ludzi. Ludzi których widzi się pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu a po kilku minutach rozmowy na szlaku czy w schronisku ma się wrażenie jakby się znało od lat. I to jest piękne ! Każdy górołaz kochający góry napewno wie o czym mówie...

Dobrze powiedziane Krzysiek.

Brawo Paulina! I 20 kg w takich warunkach jest trudne do wyniesienia. Meciur jaki romantyk. O mało mi puściła łezka.
Jako uzupełnienie do moich relacji z postów 1 i 16 (dotyczących spotkania z Petrasem i odwiedzin w Rainerowej Chacie oraz zawodów tragarzy), przywiozłam z domu jeszcze kilka odszukanych fotek, które tu umieszczę.
Pierwsze cztery z zawodów tragarzy, dwie ostatnie- z Rainerowej. Zwróćcie uwagę na ten niesamowity stary sprzęt. Marzy mi się taka dziaba Rolleyes.



1)[attachment=11315] 2)[attachment=11318] 3)[attachment=11317] 4)[attachment=11320] 5)[attachment=11316] 6)[attachment=11319]
Stron: 1 2 3
Przekierowanie