Zbliża się koniec tygodnia, weekend zapowiada się wolny, po ostatnich dniach wytężonej pracy należy się zasłużony odpoczynek.
Spotykamy się z Pedrem w Krakowie, gdzie zapada szybka i nie podważona niczym decyzja o wyjeździe w Tatry. Ustalamy szczegóły, robimy szybkie zakupy i do domu, trzeba się spakować, jutro wczesna pobudka więc rano nie będzie na to czasu.
Sobota, godzina 4:10, dzwoni budzik. Wyglądam przez okno i widzę, że prognoza się nie sprawdziła, miało padać cały czas, a obecnie jest tylko zachmurzone niebo. Rodzi się więc nadzieja że prognoza kłamała i będzie pogodny dzień. Szybkie śniadanie, ostatnie dopakowanie sprzętu do plecaka i czas wyjść z domu, autobus do Zakopanego nie będzie czekał :D.
Czas mija szybko w takich chwilach...
Spotykamy się z Pedrem na dworcu autobusowym, pakujemy do bagażnika plecaki, wsiadamy i w drogę. Podczas całej podróży obserwujemy niebo. Teraz dokładniej widać, jest ono zasnute niskimi chmurami, które powodują dość ponurą atmosferę ale my się jej nie dajemy, jedziemy w końcu w Tatry!
Wraz ze zbliżaniem się do Zakopanego i jednoczesnym zdobywaniem wysokości wznosimy się ponad pułap tych najniższych chmur, które obecnie są dla nas już tylko mgłą. Po chwili widzimy, że nie były one jedynymi, niebo dalej jest szare.
Wjeżdżamy do Zakopanego, pada. Widać tylko dolną część Tatr.
Zaopatrujemy się w czekany w wypożyczalni przy Rondzie Kuźnickim. W tym miejscu chciałem bardzo podziękować Panu z tej właśnie wypożyczalni. Był dla nas bardzo miły, służył radą odnośnie warunków u góry i ułatwił oddanie czekanów niezależnie od godziny powrotu umawiając się z nami na telefon. Jeszcze raz dziękujemy.
Jesteśmy więc gotowi, wsiadamy do busa jadącego do Chochołowskiej i po chwili już jesteśmy na właściwym początku naszej wyprawy.
Czeka nas teraz kilka kilometrów asfaltowej i dość monotonnej drogi, do tego w deszczu, jednak rozmowa sprawia, że dość szybko dochodzimy do końca asfaltu. Cały czas w wędrówce towarzyszy nam Chochołowski Potok wzbogacany teraz topniejącymi śniegami, a także śpiew ptaków. To wszystko sprawia, że zapominamy o padającym deszczu. Droga mija szybko. Zza drzew zaczynają się wyłaniać Kominiarski, Ornak i Trzydniowiański. Na szlaku pojawiają się płaty topniejącego lodu, na jednym z takich o mało nie tracę równowagi :D. Nagle między drzewami, przed nami, pojawia się prześwit, czyżby już....tak to Polana Chochołowska na, której kwitną niezliczone ilości krokusów; piękny fioletowy dywan. Teraz nawet deszcz jakby ciut słabiej padał. Do schroniska już nie daleko. Wchodzimy do jadalni, a tam tłumy turystów, większość z nich kończy tutaj swoją "wyprawę", jednak my do takich nie należymy. Posilamy się czymś ciepłym aby nabrać sił i jak najszybciej wychodzimy z tego tłocznego miejsca. Nasz dzisiejszy cel to Wołowiec przez Grzesia i Rakonia.
Wchodzimy do lasu, zaraz powyżej schroniska zaczyna się już śnieg, mokry i dość twardy. Zaczyna znów mocniej padać i do tego wiatr coraz mocniej gnie wierzchołki drzew, my idziemy dalej. Widoki są dość ograniczone. Zdobywamy wysokość, drzewa robią się coraz niższe, podejmujemy decyzje o założeniu raków zanim wyjdziemy na odsłonięty teren, przyczepność jest coraz gorsza, a poza tym dużo więcej wysiłku potrzeba na to aby iść po śliskiej nawierzchni. Jesteśmy już w kosówce, za nami pięknie prezentuje się Bobrowiec. Wiatr staje się coraz silniejszy, deszcz pada raz mocniej ,to znów pojawia się słońce i właśnie wtedy ,tuż przed szczytem Grzesia ukazuje nam się bardzo piękna tęcza, która jest......poniżej nas, a zarazem jest bardzo wyraźna. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, bardzo piękne zjawisko.
Właśnie dla takich chwil, warto być tam, u góry, ponad wszystkimi problemami i całym szarym, pędzącym światem.
Wchodzimy na szczyt Grzesia. Zimowe Tatry witają nas mocnym podmuchem wiatru, który wypełnia nasze płuca i widokami, które jak na dzisiejsze warunki są bardzo dobre. Podziwiamy Osobitą. Po chwili przerwy idziemy dalej, naszego dzisiejszego celu nie widać. Jak do tej pory na szlaku minęliśmy 3 osoby, jest więc bardzo spokojnie, o to nam chodziło.
Wiatr na grani jest silny, zaczyna padać, widoczność się pogarsza. Pedro jednak zna doskonale ten rejon, grań jest szeroka, więc decydujemy się iść dalej. W miarę zdobywania wysokości deszcz zamarza, wiatr się wzmaga. Jest to mieszanka, która gwarantuje nie do końca komfortowy "masaż" policzków. Widoczność sięga 50m, niekiedy tylko poprawia się, co pozwala nam ocenić dokładnie odległość jaką już przeszliśmy. Idąc w takiej mgle i przy leżącym świeżym jeszcze śniegu, który spadł kilka dni wcześniej, po pewnym czasie męczą się oczy wypatrujące ciągle jakiegoś charakterystycznego punktu. W pewnej chwili , gdy chmury zostały rozwiane, ukazuje nam się niewyraźny szczyt Rakonia, do którego mamy jeszcze z 10 minut, licząc w lecie, teraz jednak wciąż nasilający się wiatr i zamarznięty deszcz powodują, że co chwilę trzeba się zatrzymać i przeczekać mocniejsze jego uderzenia.
Po pewnym czasie stajemy na szczycie. Wiatr wtedy osiąga chyba swoją kulminacje, trzeba "mocno stać na ziemi" aby nie zostać zepchniętym. O rozmowie nie ma mowy, słychać tylko wiatr. Szybkie zdjęcia i podejmujemy decyzje o rezygnacji z dalszej drogi, gdyż warunki nie są sprzyjające do jej kontynuowania. Zawracamy. Podczas zejścia kierujemy się po pozostawionych wcześniej śladach. Wiatr przegania chmury, przez moment pojawia się nawet niewyraźne słońce. Schodzimy dalej, w pewnej chwili nastaje błoga cisza, nie ma wiatru, obracamy się za siebie, tam jednak dalej jest tak jak było wcześniej. Teraz z daleka wygląda tylko na to, że jest tam spokojnie.
Chmury jednak się podnoszą i widzimy już z daleka Grzesia. Po pewnym czasie stajemy na nim, a wraz z nami grupa idąca od schroniska. Okazuje się, że większa część ludzi ją stanowiących jest wyposażona w buty typu halówki, nie piszę już o wierzchnim nakryciu....! Na szczycie konsumujemy czekoladkę. W międzyczasie część obecnych rusza naszymi śladami w kierunku Rakonia. Mają przewodnika, wiedzą co robią...
My schodzimy do schroniska. Przez całą drogę towarzyszy nam deszcz, raz słabszy, raz mocniejszy.
Po odpoczynku w schronisku schodzimy w dół, dość monotonną drogą. Śpiew ptaków i szum płynącego potoku znowu sprawiają mi przyjemność, napełniają pewnego rodzaju energią, po która tutaj właśnie przyjechałem.
Nadjeżdża bus do Zakopanego, kończy się ta bardzo ciekawa przygoda.
Pozostaje tylko czekać, aż znów się tutaj pojawie...
Tekst: Łukasz Ochoński (Dziencioł)














