Była to pierwsza moja wycieczka górska w roku kalendarzowym 2007. Inauguracja górskich przygód w tym roku rozpoczęła się od regionu, którego praktycznie w ogóle nie znałem - w Beskidzie Wyspowym. Dlaczego właśnie tam? Mieszkając w Krakowie mam bardzo niedaleko w te tak mało znane góry. Wystarczy godzina do półtorej, aby przenieść się w okolice Mszany Dolnej i Kasiny Wielkiej. Tak też się stało...
O godzinie 7.00 zaparkowaliśmy z Marcinem samochód przed sklepem w centrum niewielkiej wioski - Jurkowa. Jazda upłynęła spokojnie i szybko, myśli moje krążyły jednak wokół pogody i widoczności. Warunki miały być dziś bardzo dobre, tymczasem o ile nad Krakowem było bezchmurnie, to wraz ze zbliżaniem się do celu naszej podróży zaczęło się to wszystko trochę zmieniać. Co wyższe wierzchołki były opatulone w białych i białoszarych chmurach sprawiając, że część z nich musiała pozostać dla nas tajemnicza. No cóż... może się poprawi mówimy.
Bierzemy plecaki, zapinamy kurtki i w drogę. Na wstępie mamy do pokonania około 3 km drogą asfaltową. Wieś wydaje się niemal wymarła. Niemal, gdyż wiele psów w okolicy zaczyna na nasz widok głośno ujadać. Nigdzie nie zatrzymując się przekraczamy wreszcie mostek na niewielkiej rzeczce i wchodzimy na szlak. Zakładam stuptuty, wchodzimy w pierwszy śnieg. Zanim osiągamy granicę lasu, widzimy jeszcze lśniące w bieli śniegu lasy na zboczach wzniesień Beskidu Wyspowego.
Pierwsze odcinki szlaku to droga leśna przykryta warstwą śniegu i lodu, miejscami przeplatająca się z niewielkimi strugami wody z topniejącego śniegu płynącej szlakiem. Teren coraz bardziej podnosi się do góry, pokrywa śnieżna jest coraz większa. Milkną za nami odgłosy wioski. Teraz musimy więcej wysiłku włożyć w poruszanie się po śniegu. Miejscami zapadamy się już po łydki. To co zwraca naszą uwagę to fakt, że nikt już od dawna tędy nie szedł. Świadczy o tym brak śladów na śniegu - no oczywiście poza tymi pozostawionymi przez dzikich mieszkańców lasu. Mimo braku śladów nie mamy wielkich problemów z utrzymaniem się na szlaku. Chociaż jest sporo śniegu, to można intuicyjnie wyczuć którędy biegnie szlak latem. Znaki zielone co chwila utwierdzają nas w mniemaniu że idziemy właściwą drogą.
Zbliżamy się coraz to bardziej do naszego pierwszego celu, jakim jest Polana Wały. Jak do tej pory szlak nie jest widokowy, ale też na to się nie nastawialiśmy. Liczymy że wspomniana polana ukoi nas zimową panoramą, jakiej nie widzieliśmy od dawna. Osiągamy grzbiet i przechodzimy na jego drugą stronę. Biel śniegu błyszczy w świetle dnia, wchodzimy na polanę. Jest pięknie, ale wciąż nie ma widoków na inne góry i wzniesienia w okolicy. Patrzymy w górę. Tuż nad nami szybko przesuwają się mgły, przed nami jest to samo. Idziemy na drugi koniec polany gdzie ma się znajdować punkt widokowy na Tatry. Na razie jednak nie widać nawet niedalekich Gorców. Trochę jesteśmy rozczarowani. Z drugiej jednak strony, cisza tego miejsca, brak śladów bytności jakiegokolwiek człowieka oraz równiutka kołdra śniegu ciągnąca się aż po las sprawia że czuć atmosferę gór. Tak! Właśnie tego nam ostatnio brakowało. Patrzymy jeszcze raz w stronę zasłoniętych Tatr... Kiedy już niemal mamy odchodzić mgły trochę się przerzedzają, odsłaniają się okolice Łomnicy (2634 m) oraz Lodowego Szczytu (2627 m). Chwila ta jednak jest tak krótka, że pstrykam zdjęcie i podnosząc głowę do góry znowu widzę tylko szarą ścianę. Mamy jednak nadzieję na poprawę widoczności. Tymczasem udajemy się do pobliskiego prowizorycznego schronienia dla turystów. Ważne że jest dach i ławeczki. W ciszy pijemy gorącą herbatę i jemy śniadanie, mając tuż przed sobą piękną beskidzką zimę...
Idziemy dalej w stronę Polany Skalne i wierzchołka Kutrzyca (1051 m). Na tym odcinku, przemierzamy szlak kierując się za śladami pozostawionymi tutaj już jakiś czas temu. Idzie się trochę łatwiej niż wcześniej, bo śnieg jest tu bardziej zmarznięty. Raczej nie zapadamy się więcej jak do kostek. Jest tylko sporo zimniej... idziemy w pobliżu grzbietu, więc od pewnego czasu wiatr stał się naszym wiernym towarzyszem. Istotne jednak jest to, że na dobre zagościło słońce, mgły odpuściły na dziś, mamy więc nadzieję na ładne zdjęcia ze szczytu. Jednak jeszcze nie tak szybko. Ślady które początkowo prowadziły wzdłuż szlaku, okazuje się że prowadzą gdzieś indziej i zaczynają opuszczać grzbiet. Rozpoczynamy więc ostre podejście znów na grzbiet... na szczęście to niedaleko. Wiatr znowu przypomina nam się ze zdwojoną siłą. Drzewa powoli rzedną, widzimy już w górze wierzchołek i skraj polany. Przyspieszamy. Wiemy że powinno być stamtąd widać szeroką panoramę. Ostatnie kroki, ostatnie metry... i w ciągu paru sekund odsłania nam się widok o jakim nawet nie marzyliśmy. Obszerna polana tonąca w słońcu, za nią Gorce, obok nich Beskid Sądecki, widoczne są także inne wierzchołki Beskidu Wyspowego. Co poniektóre są skąpane w słońcu i śniegu, a niektórym tylko wierzchołki wystają sponad olbrzymich jezior mgieł. Na zachodzie widoczna jest Królowa Beskidów - Babia Góra (1725 m). Największe wrażenie robią jednak Tatry. Niezwykle wyraźne wierzchołki Tatr Wysokich na długo przykuwają naszą uwagę. Co chwila słychać charakterystyczny dźwięk robionych zdjęć. Na chwilę aż zapomnieliśmy o wietrze, ale tylko na chwilę. Wiejący z dużą prędkością, pchając na nas ogromne ilości mroźnego powietrza wyraźnie mówi, że powinniśmy już iść. Zbieramy się... ale jeszcze chwilka. Patrzymy teraz na odległą Mogielicę (1171 m) - nasz następny cel, a zarazem najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego.
Rozpoczynamy powrót w stronę Polany Wały. Teraz już szybko idziemy po swoich śladach, miejscami przeciskamy się między ośnieżonymi krzewami. Szmer spadającego śniegu dookoła nas co chwila sprawia, że rozglądam się czy nie pojawił się jakiś leśny mieszkaniec koło nas. Mijamy okolice Polany Wały i zmierzamy dalej w stronę Mogielicy. Najbliższy odcinek szlaku jest niemal płaski. Ponownie brak jest śladów innego człowieka. W końcu dochodzimy do stromego zejścia tonąc co chwila w śniegu po kolana. W dalszym ciągu ani jednej żywej duszy.
Osiągamy przełęcz i rozpoczynamy ostatnie dziś podejście pod Mogielicę. Ostatnie, ale strome. Torowanie drogi w takim śniegu jest bardzo męczące, toteż tam gdzie się da korzystamy z czyichś śladów. Gdy już niemal zapominamy o naszym towarzyszu wędrówki - wietrze, zaczyna on nam huczeć nad głowami. Uświadamia nas, że zgubiliśmy go tylko na chwilkę. Stajemy na progu bardzo rozległej Polany Mogielica. Ponownie odsłania nam się przecudna panorama. Wyciągamy więc i tym razem aparaty i chcemy uwiecznić tak piękne chwile które tutaj przeżywamy. Kilka kroków i wchodzimy w strefę wiatru. Teraz jeszcze bardziej staje się on dokuczliwym niż wcześniej. Nie możemy już też korzystać ze śladów naszego poprzednika, zostały one bowiem całkowicie zawiane. Widać że wiatr czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Momentami czuję jak przenika mi przez wszystkie warstwy ubrania. Czuję go nawet pod czapką zimową, niemal tak jakbym jej wcale nie miał. Daje nam jeszcze mocniejszy sygnał niż na poprzednim szczycie, że nie powinniśmy tutaj przebywać. Nie poddajemy się jednak tak szybko. Rozległa panorama w świetle słońca sprawia, że stawiamy opór panującej tu wichurze. Zatrzymujemy się. Wzrokiem kieruję się ku Rysom (2503 m). Z tego co wiemy, w tej chwili czwórka Forumowiczów serwisu Górski Świat wspina się na najwyższy wierzchołek Polski. Staramy się być z nimi myślami. Przy ich wyprawie nasza wycieczka to spacerek. Tak zamyśleni kontynuujemy drogę. Stajemy na górnym krańcu polany. Jeszcze kawałek i najwyższy wierzchołek tego Beskidu będzie przez nas zdobyty. Mija 10 minut mozolnego podchodzenia w głębokim, choć miejscami zmrożonym śniegu. Wreszcie osiągamy szczyt. Stoi tutaj krzyż, który mówi nam że jesteśmy we właściwym miejscu. Dzięki porastającym drzewom możemy się tu zatrzymać na chwilę nie narażeni na działanie naszego wietrznego, świszczącego kompana. Robi się nawet dość ciepło dzięki operującemu słońcu. Pstrykamy pamiątkowe zdjęcia przy krzyżu i zaczynamy schodzić do cywilizacji...
Bardzo stromy szlak sprawia że szybko tracimy wysokość. Ponownie grzęźniemy w głębokim śniegu. Jest jednak pięknie, wreszcie widzimy prawdziwą zimę, której praktycznie nie było na dole w obecnym roku. Biel, puch, słońce, ośnieżone drzewa i przepiękne miejscami panoramy to to, co udaje nam się wywieźć z Beskidu Wyspowego. Było warto tu dziś przyjechać. Po półtoragodzinnym zejściu znowu wchodzimy pomiędzy domy i samochody. Wracamy do codzienności, ale bogatsi o jedno wspaniałe doświadczenie górskie więcej... i to nie spotykając ani jednego człowieka na szlaku.





























