Odpowiedz  Napisz temat 
Idziemy na Wildspitze
Autor Wiadomość
Pedro
Administrator
*******


Postów: 5,335
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status: Online
Post: #1
Idziemy na Wildspitze

No i się zaczęło. Dwa tygodnie urlopu. Żeby nie popaść w marazm dnia codziennego, postanowiliśmy urozmaicić sobie ten czas dreptaniem po górkach.

Iwona i Dawid, Tomek no i także ja, 1 lipca wspaniałego roku 2018, stanęliśmy jak jeden mąż u podnóża niejakiej góry zwanej Wildspitze. Jak głosi Wikipedia jest to druga co do wysokości góra w Austrii. Z racji konieczności wykonania rozgrzewki przed trekkingiem górskim, zgodnie z wszelkimi niepisanymi zaleceniami nowoczesnej medycyny otworzyliśmy piwko. Cały świat wydał się wówczas piękny, no z wyłączeniem co chwila przychodzących sygnałów z mojego telefonu w postaci maili z pracy. No ale tych i tak nie czytałem. Chwilę później wybiegając myślami w przód, podniosłem głowę do góry szukając wzrokiem ratunku w pobliskim wyciągu krzesełkowym. Miałem bowiem uczucie jakby plecaki patrzyły na nas z bagażników wyjątkowo złowrogo.

Zanim jednak ruszyliśmy z naszymi tobołami na plecach, musieliśmy się wpierw zmierzyć z tutejszym parkomatem. Opłata za planowane trzy dni była wyceniona na 15 Euro na samochód. Samochodów mieliśmy sztuk dwie. Nie w samej kwocie jednak był problem. Karteczka na tym jakże wspaniałym urządzeniu informowała nas, że w owym pięknym dniu z powodu awarii terminalu, można uiścić ten haracz wyłącznie bilonem. Po bilon zapraszają do pobliskiego hotelu. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że rozmiana banknotów na bilon była prawdopodobnie głównym zajęciem małżeństwa prowadzącego tamten przybytek. Pani właścicielka zajmowała się kwestiami kasowymi. W międzyczasie prawdopodobnie jej szanowny małżonek, krążył z wiaderkiem na bilon wciąż pomiędzy hotelem a parkomatem. Oczywiście celem było odzyskiwanie pieniędzy, które jego szanowna małżonka parę minut wcześniej rozmieniała nieco zdezorientowanym klientom tego niecodziennego parkingu. Dawno nie widziałem tak dobrze kręcącego się interesu.

Po pokonaniu powyższych parkingowych trudności wkraczamy dziarsko do miejscowości Vent. Idąc przez tę miejscowość o długości kilku domów hotelowych, myślałem sobie o przepaści w drogownictwie pomiędzy krajami alpejskimi, a naszą co by nie było lubianą jednak przeze mnie czasami ojczyzną. Do tych kilku domów znajdujących się na końcu drogi asfaltowej Austriacy wybudowali około kilometrowy tunel. Jeden z setek jak nie tysięcy jakie są u nich. Żeby nie wpaść jednak w zbyteczną nostalgię, przestaję myśleć o polskim drogownictwie górskim.

   

Ścieżka zaczyna się piąć do góry. Puls przyspiesza. No cóż, takie mamy hobby. Nie wspomniałem bowiem, że nie daliśmy się skusić czającemu się na mnie górskiemu szatanowi i ostatecznie poszliśmy pod wyciągiem nie wspierając naszym urlopowym budżetem kasy tutejszej kolejki.

           

Jak się tak solidnie zastanowić, to właściwie cel na tamten dzień jakiś wybitny nie był. Tysiąc metrów w górę do schroniska Breslauer Hütte. Pogoda była piękna, okolica również niczego sobie. Fajna alpejska zieleń, tu czy tam szumiący potok, kaskady i ta przestrzeń, która po raz kolejny na każdym kroku przypomina, że Taterki nasze piękne zmieściłyby się całe w jednej z niezliczonych alpejskich dolin. I nie jest to tylko slogan. Od zjazdu w bok z doliny głównej w której leży sobie spokojnie Innsbruck, podjeżdża się w górę do Vent doliną około 60 km. A pomimo to dalsze boczne doliny ciągną się tutaj niemal po horyzont, podnosząc się stokami, skałami i ścieżkami. A także stojącymi tu i ówdzie alpejskimi krowami. Jak parę razy również naocznie zauważyliśmy z bykami na czele.

   

Po drodze mijamy liczne instalacje w postaci ekranów zabezpieczających zimą Vent przed lawinami. Wysokości przybywa nam z każdą chwilą. Osiągamy pułap górnej stacji kolejki. No czyli pierwsze 500 metrów za nami. Na razie nic niezwykłego się nie dzieje. Widząc jednak leżaki przy górnej stacji wyciągu skąpane w alpejskim słońcu wnioskujemy, że po to je tu ktoś postawił aby ktoś inny mógł się na nich położyć. Na przykład my. Leżąc możemy wsłuchiwać się w folklorystyczno regionalną muzykę dochodzącą z niedalekich głośników. Takie austriackie country góralskie.

W tych okolicznościach przyrody następuje również niecodzienne dla nas wydarzenie. A właściwie dla naszego kolegi. Dawid, zdeklarowany od zawsze wegetarianin wsuwa w pięć minut dwie paczki kabanosów. Jako powód podaje przyczyny aklimatyzacyjno-regeneracyjne Scary

Nie samym leżeniem idzie jednak człowiek. Czas wstać. Mijamy kolejną furtkę na szlaku wyznaczającą rewir popasu tutejszego bydła. Jedna sztuka czworonożna próbuje przez chwilę uprawiać trekking wspólnie z nami.

   

Od chwili widzimy już znajdujące się ponad nami schronisko. Docieramy do szerokiego koryta lodowcowego potoku. Ponieważ akurat napataczają się nam tutaj inni turyści prosimy ich o zdjęcie naszej ekipy. Pewnie nigdy tego tutaj nie przeczytacie ale dziękujemy.

   

Wkraczamy w rejon krajobrazu typowo polodowcowego, dość surowego. Dominują tutaj odcienie szaro-brunatno. Zieleni jest coraz mniej. Po raz kolejny zastanawiam się czy jest to mój ulubiony zestaw barw. Raczej nie. Wolę chyba albo niższe zielone partie albo już wyżej z lodowcami i bielą. A najlepiej połączenie jednego i drugiego uhm

       

Za potokiem teren się podnosi. Najbliższe 300 metrów w górę jest znów nieco bardziej strome. Droga zamienia się w ścieżkę. Schronisko nasze przybliża się z każdą chwilą. Widoki okoliczne cały czas nam towarzyszą. Jest pięknie. Siadamy na werandzie schroniska. Oczywiście stosując się ponownie do niepisanych zasad nowoczesnej medycyny.

       

Wieczór upływa nam na zdobywaniu tutejszej aklimatyzacji. Wszak to 2844 i 0,5 m npm ;-)

   

cdn



Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
15-07-2018 10:59 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Pedro
Administrator
*******


Postów: 5,335
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status: Online
Post: #2
RE: Idziemy na Wildspitze

5.30 - czas na schroniskowe śniadanie. Śniadanie bez rewelacji ale tak czy inaczej warto coś zakąsić. Kawka i herbata jest poza tym zawsze dobrą rzeczą na początek dnia. Pogoda szykuje się niezła. Temperatura powyżej zera ale nieznacznie. Wychodzimy. Na zewnątrz witają nas beczące owce.

   

Droga na Wildspitze powyżej schroniska biegnie najpierw trawersem trzytysięcznika Urkundkolm, aby po chwili wkroczyć do surowej krajobrazowo dolinki zwieńczonej na końcu przełęczą Mitterkarjoch. Zapewne jeśli by się cofnąć kilkadziesiąt, a tym bardziej kilkaset lat wstecz, to krajobraz był tutaj zupełnie inny. Jak się domyślam stricte lodowcowy. Obecnie próżno tutaj szukać w dolinie lodowca z prawdziwego zdarzenia. W kilku miejscach przekraczamy mniejsze czy większe płaty śniegu. Poza tym ścieżka biegnie morenami i wałami powstałymi z nanosu skał i kamieni przytransportowanych tutaj kiedyś poprzez lodowiec. Wiązanie się liną na tym odcinku trasy jest niepotrzebne.

           

Jeśli pójdzie ktoś kiedyś w nasze ślady proszę jednak nie myśleć, że Mitterkarjoch to ta widoczna zaraz po wejściu do doliny przełęcz na jej końcu. Ja tak myślałem. No i zastanawiałem się przez pół doliny dlaczego nie wspominano w opisie trasy o konieczności zabrania ze sobą dwóch dziab lodowych oraz amuletu przynoszącego szczęście przed spadnięciem w dół na stoku o 80 stopniach nachylenia mając jeden czekan w ręce i raki turystyczne. Nie chcąc być jednak zbyt miękkim górołazem, nie wyjawiłem swoich wątpliwości moim towarzyszom. Wierzyłem, że widoczna przełęcz może jeszcze się jakoś spłaszczy, a żleb poniżej bardziej położy. Nic z powyższego się jednak nie wydarzyło. Natomiast dolina po prostu w pewnym momencie sprytnie zakręciła odsłaniając właściwą Mitterkarjoch. Z perspektywy czasu, alternatywnym rozwiązaniem dla przejścia połowy doliny w celu odkrycia o co chodzi z tą przełęczą, było wyciągnięcie mapy z plecaka i przestudiowanie trasy przez mniej więcej 15 sekund.

   

Słonko grzeje i choć sama temperatura jest raczej niska, to softshell i kurtka spokojnie wystarczają. W takim terenie dochodzimy do wysokości około 3200 metrów. Odnajdują się tutaj również inni turyści. Byli przed nami. Tutaj pasuje już też założyć raki. Od teraz teren wyraźnie się podnosi i przy obecnych temperaturach i zmrożonym, dość stromym śniegu czekan jest zdecydowanie wskazany. Tak podchodzi się ze 100 metrów w górę aż do dolnego wylotu ferraty, która z kolei wyprowadza na grań. Ferrata wyceniana jest na B/C i myślę, że to słuszna wycena. Skała jest stabilna, nie ma zbyt wiele kruszyzny. Ogólnie przyjemnie się nią idzie, choć trzeba uważać bo w dół dość stromo. W jednym momencie liny stalowe nikną na parę metrów pod śniegiem. Stopnie są jednak dość dobrze wydeptane więc pokonujemy to miejsce bez większych problemów. Wędrówka ferratą to pewnie około 15-20 minut.

           

Z ferratki od razu wychodzi się na przełęcz i na lodowiec. Czas więc się związać. Trochę niepokoją nas różne chmury ale ostatecznie dochodzimy do wniosku, że wszystko jest w najlepszym porządku. No może poza przejrzystością powietrza. No i brakiem kabanosów za którymi tęskni nasz Wegetarianin.

   

Połączeni liną, wyruszamy w dalszy etap drogi. W zasięgu wzroku mamy kilka zespołów oraz pojedyncze niezwiązane z nikim osoby. W pewnym momencie dochodzimy do prześwitującej spod śniegu szczeliny. Raczej dość głębokiej choć wąskiej. Z racji, że z góry właśnie schodzi pewna pani uprzejmie ją informujemy, że dokonaliśmy odkrycia szczeliny i wskazujemy miejsce. Pani z uśmiechem kiwa głową, dziękuje, po czym robi krok dokładnie w miejsce gdzie prześwituje spod śniegu szczelina. Sądząc po okrzyku wspomnianej pani, jej wpadnięcie do szczeliny było dla niej niezwykle zaskakującym wydarzeniem uhm

Na szczęście wpadnięcie kończy się mniej więcej na wysokości pasa. Nie bardzo wiemy jak to możliwe przy tej głębokości szczeliny ale tak było. Widząc taki happy end idziemy ochoczo dalej do góry. Po drodze mijamy jeszcze jedną widoczną szczelinę. Ogólnie jednak lodowiec przynajmniej w tym miejscu nie jest chyba mocno uszczelinowiony.

           

Na wysokości około 3670 metrów, rozwiązujemy się. Dalsza droga biegnie skalną granią usłaną głazami z miejscami zalegającym śniegiem. Na szczycie stajemy o godzinie 11.00. Tak więc cały Tyrol mamy poniżej nas. W zasadzie jest całkiem ładnie choć przejrzystość powietrza naprawdę jest kiepska. Trochę ekwilibrystyki teraz przed nami, bo każdy chce zdjęcie z krzyżem, czy też z drugim, trzecim albo i czwartym towarzyszem wędrówki. No a miejsca na szczycie jak na lekarstwo. Tym bardziej że dochodzą kolejni Wildspitzowcy.

                   

Czeka nas droga powrotna. Trasa identyczna z tą do góry. Teren już nam znany, a że teraz mamy z górki więc idzie nawet szybko. Skalna grań, lodowiec, ferrata, strome śniegi i już można się opalać i raki zdejmować.

       

Względy aklimatyzacyjne z tytułu planowanego Mont Blanc sprawiają, że wolimy spędzić nockę u góry a nie na dole. Tak więc wracamy do naszego Breslauer Hütte. Tam oczywiście jedzonko, kolacja, piwko i do spania. Na wieczór przychodzi w pobliże całkiem ciemna burza.

   

Przed pójściem spać proponuję wstanie na wschód słońca na pobliski Urkundkolm. Oczywiście jeśli nie będzie na niebie chmur. Jakoś nie słyszę jednak wielkiego entuzjazmu dla mojej propozycji. Jedynie Iwona mówi, że może tak, że by poszła. Nastawiam więc zegarek jakoś na po 4.00 i zasypiam.

cdn



Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
15-07-2018 11:08 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Pedro
Administrator
*******


Postów: 5,335
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status: Online
Post: #3
RE: Idziemy na Wildspitze

Ledwo budzik nastawiłem a ten już zadzwonił. Prowadzę wewnętrzną walkę wstać czy nie wstać. Wszak to urlop wypoczynkowy a mnie gdzieś ciągnie wcześniej niż normalnie do pracy. Myślę sobie jednak, a wstanę. Pewnie są chmury to się znów położę a będę czuł usprawiedliwienie, że chciałem i byłem ambitny. Wstałem, wyszedłem przed schronisko, patrzę w niebo a tam gwiazdy. Cholera, no jak już wstałem to pójdę.

Wychodząc ze schroniska było niemal całkowicie ciemno jeszcze. Aha, Iwona została. Już zapomniałem czemu, bo wiem że wstawała ale nie poszła. Ta zawodna pamięć...

Idę więc o czołówce przyświecając pomiędzy głazami by wyszukać właściwą ścieżkę. Idę i patrzę a tam dwoje oczu. Świeci centralnie prosto na mnie i w dodatku fuka. Jeszcze raz odwracam głowę, myślę, może świetliki. Ale gdzie tam. Poza tym świetliki nie fukają. Wydaje mi się po cieniach, że to jakiś kozioł rogaty. No i cholera leży tak ze dwa metry od mojej wąskiej ścieżki. No nie zawrócę przecież teraz przez tego diabła do łóżka. Iść obok to myślę sobie trochę ryzykowne. Zdecydowanie za blisko. No cóż, czołówką wyszukuję trawki poniżej ścieżki i obchodzę dziada. Wracając z powrotem na ścieżkę widzę, że dalej łotr patrzy na mnie ale teraz to mnie to już nie obchodzi. Idę dalej i wyżej.

Oczywiście wyszedłem nieco za wcześnie. Jak osiągnąłem szczyt to zostało mi prawie pół godziny do wschodu. Postanowiłem jednak, że zaczekam ;-)

Wschód ostatecznie był nieco wybrakowany. Dokładnie na wschodzie ulokowała się jakaś chmurka, która w sposób niemal idealny zasłoniła mi wschodzące słońce. Ogólnie jednak cieszę się, że tam poszedłem. Na szczycie spędziłem około godziny. Mogłem się naoglądać okolicę, a w sumie tam całkiem ładnie było. Ostatecznie nikt inny nie pojawił się na szczycie.

                   

Schodzę. Kozła już nie ma tam gdzie fukał na mnie. Dochodzę do schroniska pogrążonego wciąż w głębokim śnie. Wchodzę do pokoju, wszyscy jeszcze śpią. No to też się położyłem...

   

Budzę się po raz drugi. Czas na schroniskowe śniadanie. Dziś krótka piłka. Schodzimy na dół i gdzieś przejeżdżamy. Jeszcze nie wiemy gdzie dokładnie, postanowimy na dole.

   

Zejście jak to zejście. Idzie szybko sprawnie. Żegnamy masyw Wildspitze i Breslauer Hütte. Autka nasze witają nas z otwartymi ramionami.

                   



Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
15-07-2018 11:13 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
PJack
Jacek
*****


Postów: 995
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jan 2013
Status: Offline
Post: #4
RE: Idziemy na Wildspitze

Gratulacje - fajna wyprawa Smile
Urlop urlopem ale wschód słońca ma swoje prawa ok



https://picasaweb.google.com/100350902509667215668
16-07-2018 06:47 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
grabarz
Adrian
*****


Postów: 1,390
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Dec 2014
Status: Offline
Post: #5
RE: Idziemy na Wildspitze

No fajnie fajnieok. Ja czekam na danie główne Smile



''(...) nigdy nie umiałem pogodzić się z tym, żeby wracać z niczym. Zawsze próbowałem jeszcze raz. Czasem nawet wbrew logice, ale zgodnie z jakimś wewnętrznym przekonaniem.'' (J.Kukuczka)
16-07-2018 09:19 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Fazik
Kierowca TYRa
*****


Postów: 5,422
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jul 2006
Status: Offline
Post: #6
RE: Idziemy na Wildspitze

Ja nie wiem co napisać, jestem z Was dumny ok



Wyrwać się z miejskiego betonu, choć na dzień, choć na chwilkę, Żeby nie zwariować...
16-07-2018 01:13 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Reinhold

****


Postów: 246
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2015
Status: Offline
Post: #7
RE: Idziemy na Wildspitze

grabarz napisał(a):
Ja czekam na danie główne Smile

Może wyjaśni się przy okazji czemu po wejściu Pedra na szczyt, Francuzi zamknęli górę dla większości turystów Big Grin


16-07-2018 02:18 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 14,696
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #8
RE: Idziemy na Wildspitze

Pedro napisał(a):
Z racji konieczności wykonania rozgrzewki przed trekkingiem górskim, zgodnie z wszelkimi niepisanymi zaleceniami nowoczesnej medycyny otworzyliśmy piwko.

Ze skromnością pochwalę się, że to moja szkoła. innocent

Pedro napisał(a):
Chwilę później wybiegając myślami w przód, podniosłem głowę do góry szukając wzrokiem ratunku w pobliskim wyciągu krzesełkowym. Miałem bowiem uczucie jakby plecaki patrzyły na nas z bagażników wyjątkowo złowrogo.
(...)
Ścieżka zaczyna się piąć do góry. Puls przyspiesza. No cóż, takie mamy hobby. Nie wspomniałem bowiem, że nie daliśmy się skusić czającemu się na mnie górskiemu szatanowi i ostatecznie poszliśmy pod wyciągiem nie wspierając naszym urlopowym budżetem kasy tutejszej kolejki.

Widać, że jesteście jeszcze młodzi. Tacy idą cały stok na żywca. Z biegiem czasu poznacie co to "najlepszy przyjaciel turysty" (autor Dr. Etker).

Pedro napisał(a):
W tych okolicznościach przyrody następuje również niecodzienne dla nas wydarzenie. A właściwie dla naszego kolegi. Dawid, zdeklarowany od zawsze wegetarianin wsuwa w pięć minut dwie paczki kabanosów. Jako powód podaje przyczyny aklimatyzacyjno-regeneracyjne Scary

Zawsze mówiłem, że chodzenie po górach leczy różne choroby i nawraca zaginionych ludzi na prawdziwe drogi. giggle

Pedro napisał(a):
Jest pięknie. Siadamy na werandzie schroniska. Oczywiście stosując się ponownie do niepisanych zasad nowoczesnej medycyny.

Ale to są zawsze najpiękniejsze zdjęcia z całodniowej wycieczki. Co jest ładnego na turyście, który z ciężkim plecorem, spocony i z wyplęzionym jęzorem pnie się pod górę. Taka werandka chaty, ławeczki z napojem turystycznym, turyści zmęczeni, ale uśmiechnięci po dobrze wykonanej pracy z górami w tle. Czy to nie jest fantazja?. ok



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.

Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-07-2018 08:14 PM przez Stasiu.

16-07-2018 08:13 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 14,696
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #9
RE: Idziemy na Wildspitze

Zawsze zastanawiałem się, że alpejskie śniadanka takie lekkie. Biały chleb, masełko, miodzik i dżemik. Do tego kawa lub herbata. Chyba są dalej od nas. Na kopce trzeba dreptać z niezaciężonym żołądkiem. My jesteśmy nauczeni jajecznica lub kiełbacha. I potem bracie ruszaj na szlak. Jeszcze, że nasze kopczyki nie są takie wysokie, ponieważ wysokość też robi swoje. Smile
Bartek, a do tego wschodu słońca trzeba było zabrać Tomtura. To jest spec od wschodów. Poderwie na nogi i martwego. Toungue
Mogę dołączyć do gratulacji z udanej wyprawy.



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.

Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-07-2018 08:29 PM przez Stasiu.

16-07-2018 08:28 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Pedro
Administrator
*******


Postów: 5,335
Grupa: Administratorzy
Dołączył: Jul 2006
Status: Online
Post: #10
RE: Idziemy na Wildspitze

Stasiu napisał(a):

Pedro napisał(a):
Z racji konieczności wykonania rozgrzewki przed trekkingiem górskim, zgodnie z wszelkimi niepisanymi zaleceniami nowoczesnej medycyny otworzyliśmy piwko.

Ze skromnością pochwalę się, że to moja szkoła. innocent

Stasiu nie musisz ze skromnością, jesteś tutaj moim mentorem Wink

Cytat:
Zawsze zastanawiałem się, że alpejskie śniadanka takie lekkie. Biały chleb, masełko, miodzik i dżemik. Do tego kawa lub herbata. Chyba są dalej od nas. Na kopce trzeba dreptać z niezaciężonym żołądkiem. My jesteśmy nauczeni jajecznica lub kiełbacha. I potem bracie ruszaj na szlak.

Jak mi brakowało jajecznicy na boczku i kiełbasie!!!!



Górskie Forum Internetowe - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl)
16-07-2018 09:07 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: