Odpowiedz  Napisz temat 
Strony (2): « Pierwsza < Poprzednia 1 [2] Ostatnia »
Trochę historii nikogo nie zabije
Autor Wiadomość
Stasiu

*****


Postów: 14,000
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #16
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Cd...Zadrutowanej Szumawy

Służba

I jak przebiegała samotna służba? Różnie. Zmieniała się według oceny pojedynczych przypadków naruszenia. Więc spójrzmy na jeden konkretny typowy letni i zimowy przykład.

Wariant letni

Złożony system ochrony granicy państwa rozpoczyna się już względnie głęboko w głębi kraju (uprzednio pisałem, o paśmie przygranicznym, gdzie ludność mieszkała bez ograniczeń, ale PS już tutaj prowadziła swoje działania operacyjne). Na dworcu kolejowym w Volarach siedzi mężczyzna w ubraniu cywilnym, jednak w typowych wojskowych tenisówkach na nogach. Jego zadaniem jest wybierać potencjonalne ryzykowne osoby i krótkofalówką, ukrytą w chlebaku, podawać informacje nadrzędnemu organu, który ostatecznie zabezpieczał wylegitymowanie danej osoby.

Bliżej w stronę granicy, na drogach prowadzących do przygranicznych wiosek, znajdują się zadaszone wieże obserwacyjne zajęte członkami PS, którzy kontrolują przejeżdżające samochody (przez Volary prowadzi droga państwowa nr. 39, która wiedzie 10 - 15 km niemal równolegle od granicy, skręceniem do pobliskich wiosek jak Nová Pec, Stožec, České Žleby musieli pasażerowie samochodu liczyć się z kontrolą PS). Jeszcze bliżej granicy znajduje się dekretem ogłoszone pasmo graniczne (też już o tym prędzej wspominałem, praktycznie chodziło o pas, który rozpoczynał się na końcu wioski i kończył się na drutach SIS), tutaj jest wstęp zezwolony tylko na specjalną przepustkę i człowiek, który tutaj zabłądzi jest szybko ujawniony i od razu eskortowany na posterunek kompanii w celu podania zeznań i sprawdzenia tożsamości. Nierzadko jest wymierzony mandat.

Dalej już jest ściana sygnalizacyjna i zakazane pasmo. Ściana jest według płatnego rozporządzenia kontrolowana rano i wieczorem ? tak zwane KDZ, kontrola drátěných zátarasů (kontrola drucianej bariery), lub też kontrola KP, kontrolního pásu (pasu kontrolnego, to jest pasmo oraniska przed lub między ścianami). W czasie kontroli członkowie patrolu sprawdzają czy nie jest naruszona ściana sygnalizacyjna, lub czy nie są w pobliżu podejrzane ślady. W tym samym czasie po cały dzień i noc jest przygotowany "jednominutowy patrol alarmowy (gotowościowy?)", składający się z psovoda (prowadzący psa? - nie umiem przetłumaczyć jednym wyrazem na polski jak nazywa się człowiek, który prowadzi psa? Psowód?), łącznika i kierowcy. Jeżeli jest ścianą sygnalizowany alarm, na przykład ?zwarcie na dwójce lewy odcinek?, do jednej minuty (muszą) wyrusza samochód GAZ (UAZ) z patrolem w kierunku punktu naruszenia. Na miejscu jest przeprowadzona kontrola i jest wypuszczony pies. Jednym z środków komunikacyjnych (krótkofalówka lub telefon - ten można podłączyć do poszczególnych słupów, którymi jest wiedziony drut sygnału ze ściany) jest wysłany meldunek do kompanii i w przypadku fałszywego alarmu (zwierzyna, pogoda) patrol powraca. W odwrotnym przypadku jest ogłoszony ostry alarm, patrol rusza po tropie naruszyciela i wszyscy, którzy na posterunku kompanii są zbędni wyruszają "překrýt úsek" (przekryć/zasłonić odcinek?). Zadaniem jest, żeby naruszyciel trafił między druty i rozstawionych ławą żołnierzy. Jeżeli jest noc, naruszyciel się ukrył i pies go nie może znaleźć, czeka się do rana, wtedy pierścień się zacieśnia i prędzej czy później naruszyciel jest wykryty.

Moja notatka - Trzeba mieć na uwagę, że jesteśmy w zakazanym paśmie i tutaj wszystko odgrywa się już na poważne. Słyszałem od jednego kolegi, że właściwa kompania swoimi pogranicznikami starała się zasłonić graniczny odcinek, w danym przypadku od góry Plechý po Smrčine, a boczne granice poszczególnych kompanii przekrywały sąsiednie kompanie, ponieważ i tam był wygłoszony ostry alarm. Praktycznie można powiedzieć, że wytworzono obławę w kształcie prostokąta, gdzie na granicy była 13. kompania, na wschodzie 14 kompania i na zachodzie 12. kompania. Czwarty odcinek tworzyła ściana sygnalizacyjna.

Jeżeli patrol alarmowy ściga naruszyciela w stronę granicy, są już za drutami, jest wypuszczony pies (samowolnie lub na długiej uwięzi) i po nawiązaniu ocznego kontaktu, członek patrolu wydaje rozkaz "Stój!", kiedy nie poskutkuje następuje strzał w powietrze i w końcu ma patrol zezwolenie użyć broni do zatrzymania naruszyciela.

Moja notatka - patrol miał surowo zabronione używać broń tak, żeby pociski dopadały na obszar cudzego państwa. Jednak toto nie było zawsze dotrzymywane i potem dochodziło do takich przypadków jaki miał miejsce w roku 1984 na terenie pogórza Czeski Las (obok Szumawy). Wtedy został zastrzelony na niemieckiej stronie granicy zachodnioniemiecki emeryt niedaleko byłego przejścia Maehring, który był zamieniony za naruszyciela. Z dwu właściwych naruszycieli, byli to obywatele Polski uciekający na zachód, jeden był zatrzymany, drugiemu udało się przedostać do Niemiec. Później mogę opisać to tragiczne wydarzenie.

I tak wyglądała akcja "naruszenia granicznego"

   
Moja notatka - to zdjęcie zrobiłem w masywie Smreczyny. Jest to droga w byłym zakazanym paśmie, którą pogranicznicy starali się prędzej niż naruszyciel przedostać się miedzy niego i granicę i tym uniemożliwić mu przedostać się przez granicę, która biegła po grzbiecie. Zmusiło mnie też do refleksji wczuć się do sytuacji naruszyciela i jego szansy i z drugiej strony do sytuacji pograniczników i ich możliwości. Potencjonalny naruszyciel faktycznie miał znikomą szansę pomyślnej ucieczki. Kiedy popatrzymy na mapę operacyjną 13. kompanii, tak podobną mapę mógł mieć i naruszyciel, jednak bez danych technicznych. Trzeba zaznaczyć, że wtedy istniały mapy turystyczne o podziałce 1:100 000, co służyło tylko do głębszej orientacji w terenie. O detalach nie ma mowy. Na myśl mi przyszły dwie sytuacje:

1. Pierwsza możliwość ucieczki by się wydawało obrać najkrótszy wariant, to jest obrać zamkniętą drogę od drutów na Rykowisku (Říjiště) po siodło Austriacka Droga (Rakouská cesta). Odległość 2 km i przewyższenie 132 m. Pogranicznicy mają na więcej 3 km od posterunku kompanii. Jeżeli pojadą przeciętną prędkością 50 km/godz., to 5 km przejadą za 6 minut, dodamy minutę na wyjazd i minutę na otwarcie wrót na ścianie sygnalizacyjnej = 8 minut. Naruszyciel ma 8 minut na przebiegnięcie 2 km pod górkę. Jeżeli naruszyciel będzie w osobie Szewczyka, który biega 10 km za 40 minut, to te 2 km przebiegnie za 8 minut. To by szanse były wyrównane. Trochę poluzujemy pograniczników i przy 30 km/godz trasa im będzie trwać 12 minut (10+2). Wtedy by się wydawało, że Szewczyk by miał szansę, kiedy pokona wszystkie pułapki od dworca kolejowego w Volarach po SIS na Rykowisku. Jednak pogranicznicy nie powiedzieli ostatniego słowa. Jak już uprzednio pisałem, ściana sygnalizacyjna była tylko pasywną pomocą strzeżenia granicy, podstawą ochrony granic były patrole. W terenie blisko ściany sygnalizacyjnej operowały nieustannie 24 godzin na dobę patrole zwiadowcze. Te na odcinku 500 - 1000 m pełniły funkcję patrolu pieszego, zakrytego lub obserwacyjnego. Czytelnik patrząc na mapę operacyjną zauważy, że w pobliżu naruszenia ściany sygnalizacyjnej pomyślnego Szewczyka (w okolicy Říjoviště) na starej drodze znajduje się wieża obserwacyjna. Prawdopodobnie próba przejścia ściany w tym miejscu będzie szybko ujawniona. Jest jasne, że jeden patrol pełni wszystkie funkcje, ale Szewczyk nie wie czy strażnik siedzi akurat na wieży obserwacyjnej, leży gdzieś za krzakiem lub akurat z psem przechadza się koło ściany i nie natknie się na nich. Wygodą pograniczników jest i dobra znajomość terenu. Sami z doświadczenia znamy, jak jest wygodne poruszać się w terenie, który znamy i nie tylko z mapy.. W końcu wtedy nie były jeszcze żadne GPS lub aplikacje w telefonie typu mapy.cz. No i na koniec musimy sobie przyznać z ręką na sercu, ilu nas jest postuły i kondycji Szewczyka.
2. Druga możliwość narzuca się wybrać miejsce w głębi lasu. Tutaj szanse są jeszcze mniejsze. W linii prostej od ściany do granicy to mamy około 3 km, w terenie to będzie więcej, i przewyższenie od 200 m do 500 m. Na zdjęciu widzimy jaki kopiec by czekał na potencjonalnego naruszyciela i jaką wygodną drogę mieli do ścigania pogranicznicy. Trzeba mieć na uwadze, że do biegu jest też zgłoszony pies rasy owczarka niemieckiego i na kogo by człowiek postawił w tej gonitwie? Na człowieka czy na psa, i to nawet kiedy człowiek wyruszył prędzej? Nie można zapominać też na prowadzącego psa. Kolega żartem mówił, że dobrym prowadzącym był ten, który podczas tresowania ugnał swojego psa i nauczył go nie reagować lub wymijać trzy przynęty zastawiane na nich przez naruszycieli. Były to pieprz, kot lub używane damskie wkładki. Dam głowę na to, że i Szewczyk tutaj nie ma szans. Kolejny mój znajomy mi powiedział, że zwykli szeregowcy z zasadniczej służby wojskowej byli ćwiczeni przez swych profesjonalnych dowódców-oficerów w fałszywych alarmach naruszenia. Taki oficer w najmniej oczekiwanym czasie spowodował zwarcie na ścianie i znający doskonale teren szybko przemieścił się na granicę. Siedząc na kamieniu granicznym ze stoperem w ręku czekał "aż go dopadnie patrol". Kiedy nie był zaspokojony wynikiem, następowała kara w postaci dodatkowych ćwiczeń w wolnym czasie. Każdy, kto był w wojsku wie o czym mówię..

Dalszym zadaniem członków PS była raz w miesiącu kontrola tak zwanej "linii demarkacyjnej", co oznaczało przejście dwuosobowego patrolu oficer-żołnierz po samotnej granicy, w celu sprawdzenia, czy nie były uszkodzone (lub nie daj Boże posunięte) kamienie/słupki graniczne.

Między każdodziennym zadaniem w okresie letnim i niekiedy też zimowym było przeprowadzanie kontroli osób, które przechodziły za ścianę sygnalizacyjną pracować do zakazanego pasma. Tam mogły przechodzić tylko sprawdzone osoby w celach wykonywania prawa myśliwskiego, rybackiego czy leśnego. W każdym przypadku człowiek taki musiał mieć przepustkę, którą wydawał miejscowy organ administracji państwowej i była zatwierdzona miejscowym dowódcą PS. Żądanie na wejście za ścianę sygnalizacyjną musiało być podane dzień wcześniej. To znaczy, że właściciel przepustki zadzwonił do kompanii, zgłosił swoje żądanie i jeżeli nie było wygłoszone wydarzenie nadzwyczajne, przekazano mu gdzie i kiedy będzie wpuszczony za ścianę sygnalizacyjną. Tam już zazwyczaj nikt mu nie towarzyszył, lecz nie było to wykluczone (na przykład u większych grup ludzi-leśników). W trakcie pobytu blisko granicy był stryktny zakaz - jak było napisane na przepustce - jakiejkolwiek komunikacji z cudzoziemcami poruszającymi się po drugiej stronie granicy lub wziąć na przykład oferowany papieros. Toto się w większości dotrzymywało, ponieważ nikt nie był pewien, że jego kolega o tym nie wspomni przed odpowiednim organem. Jednak i to się działo.

Cdn ... Wariant zimowy innocent



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
12-01-2018 06:14 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 14,000
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #17
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Wariant zimowy

Ten wznikł z faktu, że śnieg dobrze odkrywa stopy ewentualnych naruszycieli. W praktyce były ustanowione trasy - tak zwane "lyžnice" (stopy narciarskie, trasy - nie udało mi się znaleźć odpowiedni polski wyraz jednosłowny) w różnych odległościach od granicy. Pierwsza trasa wiodła po granicy państwa i była jednakowo obsługiwana jak w letnim wariancie w celu kontroly linii demarkacyjnej z kamieniami/słupkami granicznymi.

Druga trasa wiodła równolegle ze ścianą sygnalizacyjną, służyła do kontroli funkcyjności i stanu zatarasu, kontrola przebiegała rano i wieczorem.

Trzecia trasa była wytworzona dalej w głąb kraju i służyła do zbadania rzeczywistości czy przypadkowo nie wiedzie w stronę granicy podejrzana stopa. Robotnicy leśni i inne wybrane osoby musiały uprzednio zgłaszać, jeżeli będą tą trasę krzyżować, żeby nie dochodziło do fałszywych alarmów.

Moja notatka - ktoś by powiedział, że fajnie sobie strażnicy pojeździli na nartach. Nawet sam na własne oczy widziałem w czasie pobytu w 1980 roku w Żelaznej Rudzie jak strażnicy w zacnych wolnych chwilach popisywali się na nartostradzie. Czy to było ze względów ćwiczenia, czy ze względów popisania się przed miejscowymi dziewczynami, tego nie wiem. Jednak tego typu poruszania się na nartach, kiedy było trzeba o każdej porze i pogodzie kontrolować trasę, nikt im nie zazdrościł.

Oprócz nart PS miała do dyspozycji w Stożcu (12. kompania) ratrak Lawina i skuter śnieżny Buran, ponieważ kto zna zimę na Szumawie lub w innych podobnych warunkach, może sobie wyobrazić (nie było to żadne "miodzio" jak by powiedział Yoter) jak trudno utrzymać parę dziesiątek kilometrów komunikacji w stanie zjeżdżalności, kiedy jest do dyspozycji jeden pług na czołgu i freza śnieżna na odcinku od Żelaznej Rudy po Pleszne Jezioro.

Zjeżdżalność komunikacji często pomagali utrzymywać pracownicy administracji leśnej, którzy ze względu utrzymania dobrych stosunków między kompanią i miejscową administracją leśną, wypomagali ciężką techniką.

Jednak i taka technika nie była często nic płatna. Podczas burz śnieżnych się zdarzało, że patrol na wysuniętym stanowisku (piket - mały domek strażniczy wysunięty głęboko w terenie, w miejscach, gdzie się nie opłacało po każdym patrolu wracać do kompanii, służył członkom patrolu jako baza), który zajmowano na 12 i 24 godzin, został odcięty od cywilizacji bez możliwości zmiany. Łączność w takim przypadku zabezpieczała radiostacja, ponieważ linia telefoniczna (przewody nadziemne) wraz ze ścianą sygnalizacyjną były pierwsze co "wysiadły" pod naporem śniegu i spadłych konarów drzew. Podczas takich surowych zim w razie ogłoszonego zwiększenia niebezpieczeństwa trzeba było uszkodzone odcinki ściany sygnalizacyjnej nieustannie strzec Na przełomie zimy i wiosny, w mokrym śniegu i podczas deszczu to na pewno było "miodzio".

Dlatego też w kompaniach na Szumawie większością w napięciu oczekiwali rozkaz zmieniający sposób ochrony ze zimowego na letni.

I to tyle tłumaczenie

Cdn... Pociągiem za druty



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.

Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-01-2018 07:14 PM przez Stasiu.

12-01-2018 07:13 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
hemlighet
Hemli
*****


Postów: 2,130
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jan 2011
Status: Offline
Post: #18
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Dziękuję za kolejną opowieść Stasiu Smile Dużo ciekawych szczegółów, wydawać się może, że uciekający faktycznie byli w sytuacji beznadziejnej, a cały system ochrony był naprawdę dobrze pomyślany. Zaskoczyły mnie sprawdziany czasu reakcji strażników, albo chociażby to, ile pieniędzy musiało iść na utrzymanie tego poprzedniego typu zabezpieczeń, EZOH. Tyle starań, żeby zatrzymać w kraju jednostkę. Niesamowite.

Nie wpadłabym też nigdy, żeby zabrać przynęty na psa Wink Ciekawy pomysł. Jedni potrafią szybko biegać, inni muszą kombinować inaczej Toungue

I czekam oczywiście na cd.



http://hemli-w-gorach.blogspot.com/
14-01-2018 06:54 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
tomtur

*****


Postów: 5,722
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status: Offline
Post: #19
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Czy aby jak gryzzli nie planowałeś ucieczki z CzechiiBig Grin



"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
14-01-2018 07:20 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 14,000
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #20
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Tomaszu, ja się trzymałem zasady, że "wszędzie jest chleba o dwu skórkach". No i brakowało by mi Beskidów. Przypominam, że tutaj przejść przez granicę próbowali też w niemałej częstotliwości Polacy.

Hemli, jeszcze będę opisywał różne próby ucieczki te nieudane, które skończyły się "tylko" więzieniem, ale i tragedią. Będą i te udane.

Jeszcze na dodatek powiem, że do opisania tego tematu mnie zmusiło to, że bardzo odczuwam sytuację, kiedy historia przeplata się z teraźniejszością, tą górską. I tak jest w Dolomitach z jej historią IWW i prawie Szumawa ze swoją historią komunistyczną. Dreptać po takich miejscach jest dla mnie ekscytujące, człowiek jak by odczuwał ten czas przeszły i wszystkie te ludzkie losy, które się tam odgrywały.



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.

Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-01-2018 07:52 PM przez Stasiu.

14-01-2018 07:51 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 14,000
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #21
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Cd... Zadrutowanej Szumawy

Pociągiem za druty

Dzisiaj to miejsce wygląda jak balsam na duszę. Byłem tu już dwa razy i planuję jeszcze kolejny. Nové údolí (Nowa Dolina - ND). Pociągiem przyjedziemy aż nad samotną granicę. Kiedyś ta kolej prowadziła do Bawarii. Jednak na niemieckiej stronie z powodu zamknięcia przejścia granicznego Haidmühle ? ND w okresie socjalistycznej republiki tory wyrwano na odcinku 18 km i teraz trzeba jeździć dalej w Niemcy autobusem.
    - dzisiejszy widok - widzimy muzeum w wagonach na granicy, dalej już jest przejście do Bawarii
    - mapa operacyjna
    - teraźniejsze przedstawienie mapy, wyznaczone miejsce, gdzie była strażnica 12. kompanii PS i kolejny czerwony punkcik - mostek n rzeczce Światła - tam był przejazd przez ścianę sygnalizacyjną

Ja jednak chcę opisać historię z lat 80-tych, kiedy tędy zwożono drewno. Socjalizm socjalizmem, ale twarda waluta się w każdym okresie przyda. Autor, który to opisuje na stronach Internetowych posłużył się swoim własnym doświadczeniem, książką Romana Kozaka i stron internetowych http://www.lahvista.cz/opona/ Trochę to skleiłem do kupy inaczej, niż to było podane.

Bitwa o pomyślne spełnienie pięciolatki jedzie na pełne obroty i swoje zobowiązania pełnią też Koleje Państwowe, tętnica gospodarstwa narodowego. ČSD (České státní dráhy - odpowiednik polskiego PKP) przewożą z Volar do ND drewno dla firm handlu zagranicznego Ligna i Drevounia, pośrednikowi na drodze drewna do odbiorcy, w tej době firmie Kusser. Drewno z całej republiki zjeżdża się do Volar i stąd do o 14 km odległej ND - zanikłej osady nad granicą - są odsyłane pociągi manipulacyjne. Całe 70 i 80 lata dostawa jest prawidłowa i stała. Niekiedy do ND jeździ się i dwa razy na dobę, w dzień i w nocy. I jak to wyglądało (osobiste wspomnienia jednego naocznego uczestnika jest pisane skośnym pismem)?

Zawiadowca stacji kolejowej w Volarach jest powinien najpóźniej dzień przed wyjazdem pociągu zgłosić na dowództwo batalionu (12. kompania PS - Stożec należała do 2. batalionu PS - Volary) imiona tych, co będą następny dzień tworzyć załogę. Są to tylko te osoby, które są zweryfikowane i mają przepustkę do pasma granicznego. Jeżeli kontrwywiad nie ma zastrzeżeń co do osób załogi, następny dzień pociąg może wyruszyć.

Pociąg przyjeżdża do stacji Černý kříž (Czarny Krzyż) (dzisiaj to jest akurat skrzyżowanie na ND z trasy kolejowej Čičenice-Prachatice-Volary na Horní Planá-Český Krumlov-České Budějovice, jest rarytasem wśród dworców kolejowych w RC - jest najmniejszym dworcem kolejowym, który ma bezpośrednie połączenie z Pragą). Główny zarządca pociągu (nie mogę przetłumaczyć - vlakvedoucí) poprzez telefon żąda w Volarach na zezwolenie dalszej jazdy w stronę ND. Po zatwierdzeniu, pociąg powoli wyrusza w stronę Stożca. Tutaj zatrzymują się dopiero za dworcem kolejowym przed przerzutką kolejową (vykolejka)
   
na 66,710 km odcinku (kolejowa odległość od stacji Čičenice), oznaczonym "Stacja Wełtawa", na wprost pod strażnicą PS (patrz na mapę z wyznaczonym "PS").
Klucze od przerzutki ma tylko dyżurujący oficer PS. Jeżeli jest wszystko w porządku, przychodzą pogranicznicy i po kontroli pociągu za pomocą psa wyjeżdżają wszyscy razem w stronę o 2 km położonej żelaznej kurtynie.

Bywało często, że po długi czas nikt nie przychodził i tak musiał główny zarządca pociągu za pomocą radiostacji (w paśmie 150 Mhz) wołać do Volar, gdzie zarządca stacji informował dowodzącego oficera w Stożcu o czekającym pociągu.

Niekiedy to pomogło, innym razem - wystarczyła zaklinające zdanie "mamy naruszenie granicy", to oznaczało wygłoszenie alarmu bojowego i pociąg nie mógł dalej wyruszyć do granicy. Wtedy zarządca stacji w Volarach porozumiał się z dyżurującym oficerem w Stożcu na kolejnych krokach, co często oznaczało cofanie pociągu na dworzec w Stożcu, gdzie wagony pozostały i lokomotywa odjechała do Volar.

Teraz przerwę relację wspomnieniami byłego członka PS, który służył na tym odcinku..
Naszym obowiązkiem służbowym było między innymi i regularna ?obsługa? pociągu ze Stożca do ND po zamkniętej kolei dla pociągów pasażerskich. Na patrol byli wybierani strzelec, wodzący psa i sprawdzający pies (moja informacja - trzeba tutaj zaznaczyć, że w patrolu zawsze musiał być jeden starszy pogranicznik, to jest służył już więcej jak rok). Do południa tak około 11 godziny pociąg, pełny drewna, zatrzymywał się przed przerzutką. Dyżurujący oficer otrzymał już wcześniej ze stacji w Volarach informację o pociągu. Przyjazd pociągu zgłaszał wartownik na stójce przy kompanii sygnalistowi, który wysłał krótką instrukcję "pociągi". Patrol był poinstruowany dyżurującym oficerem, otrzymał klucz od przerzutki, zbiegł od kompanii do torów, gdzie przeprowadził kontrolę pociągu. Pies kontrolował ładunek i przebiegł też pod wagonami (pamiętam, jak podczas ćwiczeń pies znalazł i wyszczekał kawałek szmaty, która tam nie należała - włożona między kłodami). Dowódca patrolu między tym skontrolował załogę, sprawdził lokomotywę i pojechało się... W czasie drogi patrol miał za zadanie obserwować okolicę i sprawdzać, czy ktoś przypadkowo nie naskoczył do pociągu. Dlatego też dowódca patrolu został (miał) na lokomotywie lub na jej platformie, wiodący psa w ostatnim wagonie. Jak już tak bywało, do lokomotywy wleźli wszyscy (zwłaszcza w zimie). Pamiętam, jak to monstrum kierowałem jako "zobák" (dziób) (moja notatka - wojskowy slang dla najmłodszego żołnierza, który był w wojsku mniej niż pół roku; dlaczego dziób - wychodziło to od starszych żołnierzy, którzy tym młodym dawali do zrozumienia, że im będą dziobać z ręki; w Polsce chyba ci żołnierze są nazywani kotami; do wojska się rekrutowali chłopcy raz na pół roku i dlatego w dwuletniej zasadniczej służbie wojskowej wznikały 4 kasty żołnierzy). Mój "mazák" (mazak) (moja notatka - slangowa nazwa żołnierza, który już przekroczył 1 rok służby, ale jeszcze to nie było 1,5 roku; mazak - od czynności mazać na chleb, to jest mógł sobie młodych tak zwanie namazać na chleb) i maszynista mieli z tego ubaw a ja "święta". Wciąż przyciskałem na przycisk, żeby pociąg nie stanął i niekiedy zatrąbił. Inu i w 20 jest człowiek podczas ochrony granic wciąż dzieckiem.


Cdn....



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
Wczoraj 06:37 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 14,000
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #22
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Cd....

Kontynuowanie relacji... Jeżeli pociąg ruszał dalej w stronę ND (już z członkami PS) - ładna kraina z mokradłami, gdzie przepływa Zimna Wełtawa - dojechał do mostku przez rzeczkę Světlá (Światła), gdzie na 68,900 km odcinku tory przecinała ściana sygnalizacyjna (patrz mapy). Tutaj znów pociąg się zatrzymał, pogranicznicy otworzyli wrota ściany sygnalizacyjnej i wpuścili pociąg do ND (zakazane pasmo) już niepilnowany. W ND obsługa transportu odczepiła naładowane wagony i zabrała rozładowane, dowiezione z przeszłego dnia. Z pustymi wagonami odjechali z powrotem do wrót, gdzie czekali pogranicznicy. Ci zamknęli wrota i pociągiem zabrali się na kompanię.

Między tym w ND pracownicy niemieckiej firmy Kusser przeładowali drewno na niemieckie samochody, które w tym celu zajeżdżały na teren Czechosłowacji. Kierowcy i pracownicy musieli mieć płatne paszporty.

Zarządcy firmy Kusser musieli do przodu zgłosić imiona pracowników, którzy będą pracowali na terenie Czechosłowacji. Ci byli sprawdzani kontrwywiadem, czy nie chodzi o ludzi nieprzyjacielsko nastawionych do CSRS. Samotne rozłączanie pociągu przebiegało bez nadzoru pograniczników, którzy pozostali u wrót na Światłej. Jednak u samotnego rozładunku drewna byli jak zastępcy niemieckiej i czeskiej firmy, tak i członek PS (oficer).

I znów posłuchajmy wypowiedź jednego byłego członka PS... Relację opuściliśmy w miejscu, kiedy mógł kierować lokomotywą. Po przyjeździe do ściany sygnalizacyjnej, dowódca patrolu zgłosił sygnalistowi na kompanii otwieranie wrót. Dalej już pociąg jechał bez nadzoru. Patrol po przejechaniu pociągu i po zamknięciu wrót przechodził na stanowisko P-5 (Piket) wymienić załogę. Zmieniony patrol powracał tą samą drogą do wrót. Kiedy pociąg z pustymi wagonami powrócił, otworzyli wrota, przeprowadzili/nie przeprowadzili kontrolę (kto by do Czechosłowacji uciekał a szmuglować towar można było innym sposobem). Przyjechali do kompanii, tam zgłosili sygnalistowi przyjazd, za zezwoleniem dozorcy kompanii otworzyli przerzutkę i pociąg odjechał w kierunku Stożca. Patrol zgłosił zakończenie służby, oddał klucze od przerzutki, jedzenie, stary (służbowo starszy z patrolu) poszedł spać, młody miał wolne...

Zakończenie relacji... Z powodu tego, że pracownicy kolei poruszali się za żelazną kurtyną i bezpośrednio obok granicy (50 m) nie byli pilnowani, jest ciekawe, że za całą dobę funkcjonowania przeładunku drewna nikt nie wykorzystał tej możliwości i nie uciekł za granicę.

Dodajmy jeszcze, że do początku lat 80-tych, do doby, kiedy przesunięto ścianę nad rzeczkę Światła i osadzeniem przerzutki na stacji ?Wełtawa?, była odprawa pociągów towarowych w ND prostsza. Kompania była usytuowana w ND (patrz mapy). Druty i przerzutka były tutaj umieszczone. Kontrola przebiegała na przystanku przed przerzutką (jeszcze dzisiaj są widoczne słupy lamp, które oświetlały kontrolowany pociąg.
    - czerwonymi kreskami jest wyznaczone, gdzie zatrzymywał się pierwotnie pociąg, widać nawet słupy oświetlenia (na http://www.mapy.cz można to sobie więcej przybliżyć)
Przeładunek odgrywał się już za drutami i bez nadzoru

Jeszcze na zakończenie parę osobistych momentów byłego członka PS na Stożcu...
Jak już to bywało zwyczajem, służba nie obyła się bez kłopotów... Stracony klucz od przerzutki, który szukała niemal cała kompania w zawiei.., śpiący wartownik na stójce przed kompanią, któremu przejechał pociąg. Stary (tym razem oznaczenie dowódcy kompanii) sprawdzał,dlaczego pociąg nie nadjeżdża, aczkolwiek jest zgłoszony, pytał się stójki i ta się zaprzysięgała, że nic nie przejechało. Stary położył telefon i kręcił głową, kiedy odezwał się huk lokomotywy stojącej pod kompanią. Załoga nie chciała po godzinie już dłużej czekać...W roku 1984, współwojownik zgłosił kontrolę pociągu, odemknął przerzutkę (jednak błędnie), pociąg na nią najechał i był w lesie.. W następstwie musiał przyjechać specjalistyczny dźwig do ponownego wyprostowania lokomotywy. Dowódca straszył współwojownika, że ten dźwig wraz z manipulacją wykolejonego pociągu będzie musiał zapłacić. On już był zrozumiany, że raczej ?podpisze wojnę? (wstąpi do wojska zawodowego jako podoficer), niż by musiał płacić do końca życia. Później to ponoć uregulował jeleń z naszego rewiru dla naczelnego kolei (u tego jednak nie byłem)...

Doszło też do tragicznej sytuacji, która wydarzyła się też w roku 1984 i u tego byłem i do końca życia to mam przed swoimi oczami.

Moi "supři" (supracy) (moja notatka - kolejny slangowy wyraz dla żołnierza, który służył już ostatni półrok, suprák - już wszystko zna, na wszystko kicha i czeka z niecierpliwością na odejście do cywilu) poszli na jedną z ostatnich patroli, dowódca patrolu, wiodący psa i pies Garry. Dowódca patrolu dał sygnał do odjazdu, ale Garry był jeszcze pod pociągiem. Przejechało mu to łapkę.

Biedaczysko pies leżał na torach i jego narzekanie niosło się aż do wybiegu pozostałych psów. Psy musiały zostać uwiązane daleko w lesie, żeby się uspokoiły. Sytuacja wyjątkowa. Stary chciał cierpiącego psa od razu zastrzelić, ale było mu rzeczone, że to jest pies służbowy i musi się poczekać na przyjazd papałów od batalionu z Volar. Potem jakaś ?guma? (moja notatka ? wulgarne słowo oznaczające oficera zawodowego, który bez asertywnego zachowania się, używania własnego rozumu i logiki twardo żądał wypełnienia dyscypliny i porządku wojskowego; kiedyś często słowo wymawiane na niepopularnych oficerów) zadecydowała, że uśpić psa, ale na brygadzie w Suszycach. Jechałem jako "zobák" s psem i oficerem kompanii. Pies otrzymał jakieś leki odurzające i był opatrzony. Po przyjeździe odniosłem go na stół weterynarii brygady, gdzie kolejna "guma" go zbadała i powiedziała uśpić. Podczas obcinania łapki dla podania zastrzyku pies się ocknął i do śmierci nie zapomnę te jego smutne oczy, on to odczuwał, że to koniec dla niego. Po zastrzyku mu głowa klęsła i ja go miałem odnieść. Po mym zapytaniu gdzie, "guma" pokazała brodą na zewnątrz i powiedział kontejner. Tam go położyłem (nie rzuciłem) i ostatni raz pogłaskałem. W drodze powrotnej milczałem i rozmyślałem nad głupotą naszych nadrzędnych. Nasz dowódca to chciał od razu rozwiązać, ale przepisy są przepisami.

Cdn.... w jakimś kolejnym temacie o zadrutowanej Szumawie



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.

Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj 06:50 PM przez Stasiu.

Wczoraj 06:49 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
PJack
Jacek
*****


Postów: 732
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jan 2013
Status: Offline
Post: #23
RE: Trochę historii nikogo nie zabije

Ale lektura! uff .. dzięki Stasiu



https://picasaweb.google.com/100350902509667215668
Dzisiaj 06:48 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: