Wyjazd nie był pewny w zasadzie do ostatnich dni. Pojawiły się problemy z dojazdem, bo okazało się że dogodne nocne połączenia są zawieszone.
Na szczęście udało się dojechać do Zakopanego z przesiadką.
Dzień I
Lublin - Kraków - Zakopane
Pobudka o godzinie 4 i już o 5 wsiadamy do autobusu do Krakowa. Docieramy do celu z lekkim opóźnieniem i od razu łapiemy busa do Zakopanego. Po 2,5 godziny docieramy do dworca i tu wita nas kiepska pogoda. Kolega, który dotarł tu wcześniej opowiada nam o burzy, która tu niedawno przeszła.
Idziemy się zakwaterować w pensjonacie i zjeść coś na Krupówkach. Ze względu na pogodę rezygnujemy z wejścia na Sarnią Skałę.
Pomyślałem, że będzie to dobra okazja do sprawdzenia, czy do aklimatyzacji potrzebuję wymęczenia się na szlaku czy wystarczy mi oddychanie górskim powietrzem.
Wieczorem dostaję informację od Sokoła, że następnego dnia wybiera się do Moka i na Rysy.
Niestety nie mogę do niego dołączyć nawet na trasie do Moka, bo z powodu drobnego nieporozumienia muszę lecieć rano na dworzec po bilet na powrót.
Dzień II
Kuźnice - Boczań - Skupniów Upłaz - Przełęcz między Kopami - Hala Gąsienicowa - Czarny Staw Gąsienicowy - Murowaniec - Kuźnice
Pobudka. Dzień rozpoczyna się nieźle, słoneczko świeci. Poranny spacer na dworzec PKS budzi mnie już całkiem i dodaje sił na wyprawę.
Po śniadaniu docieramy busem do Kuźnic. Kolejka do kolejki imponująca. Kupujemy bilety i wychodzimy na szlak. Cel: Murowaniec i tam podejmiemy dalszą decyzję co do trasy.
Pierwsze tegoroczne podejście na Boczań nie jest takie złe, moja kondycja trochę mnie zaskakuje pozytywnie. Po krótkiej przerwie na zdjęcia ruszamy dalej, napotykając pierwsze niewielkie płaty śniegu. W połowie Upłazu robimy sobie przerwę po drugiej stronie grzbietu, z pięknym widokiem na Jaworzynkę. Inni turyści idąc za naszym przykładem też odpoczywają w tej okolicy. Gorąca herbatka, zdjęcia i ruszamy dalej. Na Przełęczy między Kopami robimy sobie kolejną, nieco dłuższa przerwę. W dalszej drodze do Murowańca towarzyszy nam wiatr, który skutecznie nakłania to założenia na siebie wszystkiego co się ma w plecaku. W końcu docieramy do schroniska. Ludzi oczywiście od groma, ale udaje nam się znaleźć miejsce żeby usiąść. To pora na posiłek.
Zastanawiamy się nad dalsza trasą, wybierając między Czarnym Stawem a Kasprowym Wierchem. Ja czuję, że tego dnia staw to moje maksimum. Nie jestem w tej opinii odosobniony i po przerwie ruszamy nad staw. Na szlaku co chwilę mijamy mniejsze i większe grupki "turystów", niekoniecznie przygotowanych sprzętowo i psychicznie na ten szlak. Stromizna w okolicy pomnika Karłowicza robi wrażenie, byłoby tu gdzie zjechać ze śniegiem.
Słoneczko praży, jednak nie zdejmuję kurtki żeby mnie nie zawiało. Na domiar złego dopadło mnie chyba jakieś zatrucie, więc ból brzucha towarzyszy mi już do końca dnia, zabierając dodatkowo siły i energię. Końcowe podejście nad staw jest dla mnie strasznie męczące. Docieram na miejsce wykończony i lekko odwodniony. Na szczęście zapas wody i gorąca herbata dodają mi trochę energii.
Wszyscy oczywiście korzystają z okazji i robią zdjęcia, Rok temu w tym miejscu pogoda nam zdecydowanie nie sprzyjała. Dzisiaj pięknie widać Granaty i pozostałe szczyty. Widzimy sporo osób podchodzących na Karb, a także wspinających się na Kościelec.
Po dłuższej przerwie ruszamy w drogę powrotną. Na początku w zasadzie zjeżdżamy na nogach, a ja jestem bliski dupozjazdu w chwili utraty równowagi. Niestety przed nami idą nieprzygotowani turyści więc nasze tempo spada. Udaje nam się ich wyprzedzić dopiero w chwili upadku jeden z tych turystek. Nic jej się nie stało, więc można stwierdzić, że upadła "na szczęście dla nas"

Potem już spokojnie docieramy do Murowańca. Tu ludzi już mniej, idę do środka kupić wodę i trochę się "podsuszyć"w cieple. Postanawiam że kurtka powędruje do plecaka, może nie zmarznę. Na drodze do Przełęczy między Kopami wieje dość mocno, ale znośnie, więc kurtka nie jest potrzebna. Orla Perć i pozostałe szczyty są za to pięknie widoczne w tym świetle, więc zdjęć też powstaje sporo.

Na przełęczy się nie zatrzymujemy, tylko schodzimy dalej. Po minięciu Boczania kolana zdecydowanie domagają się kijków, więc muszę ich usłuchać. Zejście w połączeniu z zatruciem powoduje, że do Kuźnic znowu docieram wymęczony.
W drodze do pensjonatu szybkie zakupy jogurtów, żeby zregenerować siły. Udaje się to i wieczorem mam nawet siłę na ognisko.
Dzień III
Kiry - Polana na Stołach - Schronisko Ornak - Kiry
Już w nocy budzi mnie deszcz. Mam nadzieję, że do rana przestanie padać. Plan na dzisiaj nie wymaga na szczęście wyjścia z samego rana. Więc czekamy na poprawę pogody i decydujemy czy iść do Kościeliska czy do Doliny Kondratowej. Wygrywa jednak Dolina Kościeliska i polecana przez właściciela pensjonatu jako punkt widokowy Hala na Stołach.
Wyruszamy przed godziną 12, na zakupy i potem na busa. W Zakopanem temperatura w okolicy 6, więc nie nastraja nas to optymistycznie.
Ale jedziemy. Wchodzimy do doliny o 12:40. Zdejmuję kurtkę, polar mi wystarczy. Wolę trochę zmarznąć niż się ugotować (doświadczenie z dnia poprzedniego). Dochodzę od niebieskiego szlaku na Stoły i czekam tu chwilę na innych.
Ruszamy w górę. Podejście jest trochę męczące, idę jako ostatni żeby nikt nie został na końcu. Gdzieś w połowie drogi schodzimy ze szlaku i robimy sobie przerwę na skale z pięknym widokiem na okolice Doliny Kościeliska.
Po sesji zdjęciowej ruszamy dalej. Pogoda robi się coraz mniej przyjazna, mgła robi się coraz większa. Jednak nie poddajemy się, idąc dalej, każdy swoim tempem, robiąc co jakiś postoje dla złapania oddechu. W pewnym momencie zauważam, że paruję, co wzbudza lekkie rozbawienie u pozostałych. No ale to oznacza że temperatura jest niewiele wyższa od zera. W końcu udaje nam się dotrzeć na Polanę. Niestety nie jest nam dane obserwowanie widoków. Zauważamy tylko, że kilkanaście metrów od nas odprawiana jest jakaś msza. Siadamy przy jednym z szałasów ubierając się w co tylko się da. Ale niestety nawet gorąca herbata nie rozgrzewa tak jak powinna. Jednak chwilę tam zostajemy, żeby się posilić. O dziwo zauważamy, że pomimo jednej dłuższej przerwy dojście na miejsce zajęło nam mniej niż wskazywały na to znaki. Ale nie mam pewności czy doszliśmy do samego szczytu

Po odpoczynku ruszamy w dół. Chwilami jest ciężko, zabłocone buty ślizgają się na skałach i kamieniach. Ale jakoś sobie radzimy, mimo kilku poślizgów nie dochodzi do upadku. Wracając również robimy sobie przerwę w tym samym miejscu co poprzednio

. Po dojściu do początku szlaku kierujemy się w stronę Hali Ornak, mijając co chwilę "turystów" dumnych z siebie. Musimy wśród nich wyglądać dość dziwnie, za zabłoconymi butami i nogawkami spodni.
Droga nam się nieco dłuży, ale docieramy w końcu do schroniska. Mimo późnej pory ciężko o miejsce na zewnątrz. A w środku wielkie kolejki zarówno do toalet jak i do bufetu. Pora na posiłek i gorącą herbatkę.
Odpuszczamy sobie już podejście nad Smreczyński Staw.
Powrót mija nam bez większych sensacji. Dziwią mnie tylko osoby, które wciąż idą w stronę schroniska, nawet o godzinie 18. I są to często osoby z małymi dziećmi. No cóż, tutaj da się jakość iść bez latarek, ale dla małych dzieci nie będzie to jednak najbezpieczniejsze.
Ja chciałem jeszcze zahaczyć o Wąwóz Kraków, ale pozostali nie mieli już siły. Może to i dobrze, bo nie wiem czy nogi by mi nie odpadły po tym

Docieramy do busa i decydujemy od razu pójść coś zjeść. Potem docieramy do pensjonatu i tu przychodzi pora na odpoczynek i pakowanie rzeczy. Później jeszcze grzane winko i w dobrych nastrojach idziemy spać. Cieszymy się, że nie złapał nas dzisiaj deszcz.
Dzień IV
Zakopane - Lublin
Smutny dzień, bo pora wyjeżdżać. Jak na złość słoneczko pięknie świeci. No cóż, tak to już bywa w górach. Śniadanie, dopakowywanie rzeczy i spacerek na dworzec. O 7:45 wyjeżdżamy z Zakopanego a do Krakowa udaje nam się dojechać już o 9:45, a w Lublinie jesteśmy na 16.
Mieliśmy szczęście, że jechaliśmy jeszcze przed korkami na Zakopiance. I pomimo tego, że jest to kurs bezpośredni do Lublina, z samego Zakopanego jechało niewiele osób.
Pora już myśleć o kolejnym wyjeździe..
Więcej jak wrócę z pracy bo na tym monitorze wolę ich nie obrabiać