Odpowiedz  Napisz temat 
Strony (2): « Pierwsza < Poprzednia 1 [2] Ostatnia »
Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021
Autor Wiadomość
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #16
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

31 lipca, dzień piąty, Baza Namiotowa Głuchaczki - Schronisko na Hali Krupowej

Ja wstaję o 4:30. Dziadek potrzebuje więcej czasu na przygotowanie do porządnej wyrypy niż młodzież. Dzisiaj nas czeka porządna batalia. Jest to kara za to, że olewałem drugi dzień. Teraz mnie czeka worek Mędralowej, Babia i Polica. Tak bym Mędralową miał za sobą z noclegiem na Markowych z normalnym pałaszowaniem śniadanka. A tak muszę najpierw tam dojść, żebym na niego zasłużył. Kończę to mądrowanie i czas odwiedzić Mędralową. Krótko po 5:00 startujemy. Kolejna anomalia szlakowa GSB. Idziemy na Babią, ale my właściwie się od niej oddalamy. Winna jest temu właśnie Mędralowa, która stoi bokiem i obowiązkowo trzeba ją odwiedzić. Mijamy miejsce o nazwie Górne Głuchaczki. Tutaj można sobie zafundować skrót i normalnie wyjść na Jałowieckie Siodło(- 1,5 km). Przeciwległa grań jest oddalona co by plecakiem rzucił. Jednak obowiązek obowiązkiem i Mędralowa nas będzie dzisiaj witać. Na dodatek mi się wydaje, że podejście nie jest takie brutalne, jak na wczorajszą Jaworzynę.
   
Z podejścia na Mędralową widzimy Jaworzynę i w oddali Pilsko. Trochę mnie niepokoją tworzące się chmury na niebie. Prognoza zapowiada na dzisiaj jakieś zmiany. Coś ma poburzyć, coś popadać. O 6:00 meldujemy się na Mędralowej.
       
Na razie nas wita słoneczko i ja się cieszę widokami. Chyba mam bzika na punkcie szałasów, ale ja jestem niewinny. One mi same wchodzą w drogę. Kolejne na Hali Mędralowej i to nie wszystko. Za szałasem w oddali widać łąkę, chyba to jest Przełęcz Klekociny i tam ma znajdować się Schronisko Zygmuntówka. O nim jeszcze nie wiem nic.
   
Żeby wykonać rozkaz po wojskowemu: "W tył zwrot" i znów dreptać ku Babiej, to musimy minąć najwięcej wysunięty na północ punkt Słowacji. Co było tutaj na "końcu świata/Słowacji" w niedawnej (może i w teraźniejszości) przeszłości wynosną czynnością tutejszego ludu, poznać ze zdjęcia.
   
O zbójach nie wspominam, ci grasowali wszędzie. To, co od Głuchaczek oddreptaliśmy na Mędralową, to zdreptaliśmy na Żywieckie Rozstaje. Opuszczamy grań i na dodatek odnotowuję, że pogoda może być też deszczowa. Markowe Szczawiny odwiedzamy na mokro.
   
8:15 i ja nareszcie odbieram śniadanko z okienka. Chyba to był zestaw Głodomora. Głód był silny, ponieważ wspomniałem sobie na udokumentowanie po zżarciu 2/3 zawartości. Załamanie pogody stawia nas przed pytaniem: "Co dalej?". Kontynuować dalej na Babią lub poczekać na przyjaźniejszą pogodę. Pójść na skróty (niebieskim) nie wchodzi w rachubę. Burzowo nie jest, do deszczu jesteśmy przygotowani i dlatego decyzja: "Idziemy do góry".
   
Wejście na Bronę, by miało być kolejnym podrywem. Może jednak z powodu śniadanka Głodomora podejście nie robiło mi żadnych problemów. A miało by. To podejście nie będzie zaliczane do wyciskaczy tchu. Dalszy gramling na wierzchołek jest jeszcze lepiej rozłożony względem odległości.
   
Do przejawu deszczowej pogody dochodzi mleczna widoczność. Jeszcze wciąż jest dobrze, nie odnotowuję żadnych zakłóceń w swoim organizmie. Chyba jednak byliśmy grzeczni, to mleko nas trapiło tylko chwilę.
   
To zdjęcie wysłałem na forum w momencie, kiedy deszcz obniżył temperaturę poniżej 11 stopni. Wtedy Tomtur na drugim końcu Polski sobie bużyrował w cieplutku na słonecznej plaży. Po 1,5 godzinie jesteśmy na wierzchołku. Zwłaszcza forumowiczka Dagna miała z wyjścia niezmierną radość. Widoki na Babiej były dla niej zapowiedziane tak, jak dla Tomtura są zapowiedziane widoki z Chocza. Ona tym razem była wynagrodzona.
       
Moja małość na wierzchołku i widok na Policę. Tam mamy jeszcze dziś dojść? No, najpierw trzeba nam się "doturlać" (często wypowiadane słowo Dagny) na Krowiarki. Mamy sobotę i od Krowiarek tworzy się korowód. Napotkałem nawet panieński orszak. Przyszła panna młoda wyciągnęła swoje koleżanki na Babią. Co sobie pomyśleć? Baby na Babiej? Sabat czarownic? Można tylko pochwalić taką inicjatywę na panieńskim. Schodzę coraz niżej.
   
Co jakiś czas widzę, jako część chodnika kawałek smutnej historii. Ciekawe wykorzystanie kamieni granicznych chyba z okresu IIWW. Może się mylę (może ktoś postawi korektę), ale nie tworzyła przypadkiem Babia trójstyk III Rzeszy/Generalnej Guberni/Państwa Słowackiego? Widoczne są kamienie z "D". Jak wtedy była oznaczona Generalna Gubernia? Sporo pytań. Krowiarki znaczą kolejne zahaczenie o cywilizację. Ordynujemy sobie dłuższy odpoczynek. Jest krótko po południu i na halę jest szansa dobelgać się o normalnym czasie.
   
Sporo aut na przełęczy oznacza jeszcze więcej ludzików po kopcach. Obawiam się, że coś też drepcze w stronę Policy i będzie chciało przenocować na Krupowej. Ociężale decydujemy wyruszyć w ostatni odcinek tego dnia. Najpierw Syhlec. Brrr! Nie muszę tego kopczyka. Jakoś mi tutaj nie pasuje. W drodze na Halę Śmietanową moje obawy się sprawdzają. Sporo weekendowych turystów ma te same zamiary co my.
   
Będzie wesoło. Nawet dziatwa wyruszyła pilnować swoich rodziców w górach. Zwalniamy tempo, aczkolwiek mielibyśmy raczej go zwiększyć. Powodem są borówki. Całe plantacje otaczają chodnik, po którym kroczymy. Nie zaczerpnąć tego bogactwa lasów byłoby grzechem. On się ten szlak na Policę ciągnie jak miód. Nie jest to żadna bułka z masłem.
   
Kontrolny widok z Policy na Babią. Faktycznie sporo się oddaliła i to oznacza, że meta jest blisko.
   
Widok na Halę Krupową jest wyzwalający. Koniec dzisiejszego turlania. Sporo czasu i km nas to kosztowało. Jest 16:30 i po 11 godzinach (czystych 9:00) i 28,3 km wkraczamy do Schroniska na Hali Krupowej. Dzisiaj faktycznie mam dreptania powyżej uszu, ale jak już pisałem, to jest kara za obzyganie się w drugim dniu. A to mnie czeka jutro najdłuższa trasa.
   
Tym razem dobranoc nam życzą Tomtur z Michałem, którzy w tym samym pokoju spali na bibie w lutym 2018 roku.

Cdn...



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
03-09-2021 06:28 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
tratina

*****


Postów: 1,169
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2010
Status: Offline
Post: #17
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

Stasiu - Piękna wędrówka! Lubię jak wplatasz w relację stare zdjęcia z dawnych czasów: Boraczej i Krupowej , fajnie wspomnienia.

Ale rozwalił mnie Twój kolejny zwrot, "gramling" Big Grin może jaki słowniczek stworzyć w00tCoolToungue



"Nie ma chyba trudniejszej do zniesienia choroby górskiej, niż brak Gór"
R. Messner
03-09-2021 07:13 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #18
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

Trati, wiesz co? Kiedy słuchałem bżdąkania na gitarze na Głuchaczkach, wtedy pomyślałem, czy Ty przypadkiem też nie szarpałaś drutów w tym miejscu. Smile



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
03-09-2021 07:22 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #19
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

1 sierpnia, dzień szósty, Schronisko na Hali Krupowej - Bacówka na Maciejowej

Długo mi siedziała w głowie myśl, jaką taktykę obrać, żeby najlepiej przejść ten odcinek, gdzie spora część szlaku przechodzi cywilizacją. Przejść na jeden zaciąg i tym minimalizować obijanie się z cywilizacją lub przespać w jakimś pensjonaciku. Wygrała pierwsza opcja. Czekało nas sporo dreptania i dlatego wyruszamy jeszcze przed kuropieniem (5:00).
   
Justyna postanowiła pójść innymi drogami i dlatego na wzajemne wspieranie pozostaliśmy już tylko dwaj. Najpierw nas czeka zejście do cywilizacji. Coś podobnego, jak z Baraniej do Węgierskiej Górki, tak teraz z Krupowej do Jordanowa.
   
Gdzieś pod Okrąglicą i z widokami jest też podobnie. Wtedy nam się odkrywały na B. Żywiecki, teraz się powoli z nim żegnam i odkrywam widoki na te dalsze. Dzisiaj miał bym spać już w Gorcach. Początek to normalna dreptówa i dlatego jestem wdzięczny za każde anomalie na drodze.
   
Już chyba moja obsesja na trasie. Nowy turystyczny szałas między mniej znanymi kopczykami - Urwanicą i Narożem. W razie czego i biwak tutaj by był możliwy. Dalej mijam Przełęcz Malinowe ze swoją historią z okresu IIWW.
   
Potem już szlak ciągnie się ku cywilizacji. Najpierw następuje Bystra Podhalańska. Kopczyki zostają w tyle a te w przodzie są jeszcze sporo przed nami.
   
Babia już w chmurach, ale Polica i akurat przejdzione pasmo jeszcze widoczne. Kolej na przejście wykrętasów koło odnowionej "sztreki" (trasy kolejowej) z Makowa do Rabki. Ale to już przybliżamy się do Jordanowa. Czas na nienormalne śniadanie. Mamy 9:00. Jest niedziela i ludziska idą z lub do kościoła. Na szczęście na rynku mają otwartą kawiarenkę. Ciacho i kawa będą akuratnym zestawem śniadaniowym. Na wychodne lody i możemy drałować dalej. Mam starszy przewodnik GSB i szlak tam prowadzi drogą nr 28 i potem na Skawę. W nowych przewodnikach jest już szlak prowadzony z Jordanowa na Wysoką i potem dopiero na Skawę. Nowy jest mniej eksponowany pod względem ruchu drogowego, jednak z dodatkiem 2 km. Na Wysokiej kolejna lekcja historii. Zatrzymuję się przy pomniku poświęconemu obrońcom walk w Kampanii Wrześniowej. Przeczytałem, że w okolicy Wysokiej w dniach 1 - 2 września 1939 roku rozegrało się jedno z największych starć kampanii polskiej na południu kraju. Następuje zejście do Skawy po drodze między domkami rozsianymi na polach. Podejście. Z mapy wyczytuję, że gdzieś tam wyżej będziemy przekraczać zakopiankę. Ciekawi mnie jak się z tym popasujemy.
       
Podejście z początku prowadzi widokowymi łąkami. W tyle (tam, skąd rano wyruszyliśmy) są widoczne burzowe chmurki, które nas próbują dogonić. Końcówka to już inna kategoria. Prowadzi lasem. Ale jakim? Droga przypomina poligon wojskowy. Po takich nas w wojsku włóczyli/smykali w pełnym rynsztunku bojowym. Teraz po cywilnemu dla odmiany w pełnym rynsztunku turystycznym.
   
Miejscami droga się zwęża i okraje są osadzone pokrzywami. Te mi z wdziękiem śmigają po gołych nogach. Ponoć dobre na reumatyzm.
   
Przekraczam ostatnią przeszkodę przed Rabką. Tam już nam będzie hej. To już faktyczne miejsce startowe do Gorców. Te się powoli zbliżają jeszcze wędrując po łąkach nad miastem.
   
To by miała być Maciejowa. Nasze zbawienne miejsce na końcu dzisiejszej wędrówki. Rabka ma swój urok. Wiadomo, miejscowość uzdrowiskowa. Ma to jednak i swoje negatywa. Atrakcyjność miejsca przyciąga ludzików jak światło ćmy. Czas na dobry obiadek późno popołudniowy. Zrobiłem błąd i nie przeprowadziłem, żadnego rozeznania logistycznego w celu odnalezienia zajezdni z jadłem regionalnym. Musiałem głód zaspokoić słonym kołaczem.
   
Postanowiłem zrobić trochę reklamy na lody, ponieważ mi bardzo smakowały. To było tak akurat na start do końcówki dzisiejszego programu.
   
Jeszcze nim wyszedliśmy z miasta, zauważyłem taki panel informacyjny. Dla tych od Ustronia czeka jeszcze sporo pracy nim osiągną cel. Dla mnie tych 150 km, to spory kawał. Jednak w danej chwili wystarczy, że dzisiaj mamy spory kawał za sobą i Maciejowa jest tuż tuż.
   
Samotne usytuowanie Bacówki na Maciejowej jest dobrze zaplanowane. Relatywnie blisko od Rabki i bez żadnych wygłupów w postaci stromych wyciskaczy tchu. Można po pracy w piątek planować weekendową wyrypę na Gorce między ścianami bacówki. Nie wszędzie jest taka możliwość.
   
Atrakcyjność bacówki potwierdzają rzesze turystów. Na szczęście mamy niedzielę późnym popołudniem i weekendowcy odpływają w powrotny rejs do nizin. W bacówce pozostają w większej mierze adoratorzy GSB. Jest 16:45 i stoję przy Bacówce na Maciejowej. Mamy za sobą 11:30 (9:30 czystego czasu) godzin 38 km w nogach. Wielka ulga. Najdłuższa trasa jest za mną. Dalsze dreptanie już w normalnych warunkach. Bacówka ma jeszcze jedno duże plus. Na zewnątrz jest umieszczony barek, który jest otwarty do 21:00. Nigdzie, przed i po, takiej obsługi na trasie nie było. Przed nocną ciszą poznaję więcej kolejnych pielgrzymów. Andrzej, który nam się często mija na trasie, ale ma inną amplitudę chodzenia i dopiero teraz mogę posłuchać jego wypowiedzi z trasy i Kubę, który pielgrzymuje od Wołosatego i udziela nam cennych informacji o miejscach, które na nas z niecierpliwością czekają.
   
Dobranoc życzę z werandki bacówki i z piwkiem od baru. Tej radości mi nie było zbytnio dane. Za chwilę przyszła burza z taką ulewą, że mnie zagnała do wnętrza bacówki.

Cdn...



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
08-09-2021 06:53 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
grizzly

*****


Postów: 1,065
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Jun 2013
Status: Offline
Post: #20
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

Stasiu tez zabraklo ci slonca na trasie..uhm Zamiast slonca to piwo rozgrzewa.ok


10-09-2021 12:41 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #21
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

2 sierpnia, dzień siódmy, Bacówka na Maciejowej - Studzionki pensjonat

Będę się powtarzał, ale z wszystkich schronisk, które odwiedziłem na wyprawie, największe wrażenie na mnie zrobiło prawie Schronisko na Maciejowej.
   
Chciało by się posiedzieć, ale czeka nas dreptanie. Właściwie dzisiaj przejdziemy połowę grzbietu Gorców. Wyruszamy. Po burzy jest powietrze wyczyszczone, trasa pozioma i maszeruje się jak na defiladzie. Gdzieś tam niedaleko czeka Schronisko na Starych Wierchach.
   
Nie można łamać tradycji i trzeba odwiedzić zajezdnię. Żołądek jeszcze pełny śniadania i dlatego zostaje miejsce tylko na kawkę. Z tego mała, co tam kosztowałem, nie mogę porównać, które z obu wspominanych ma lepszą atmosferę. Tego musi dokonać jaki miejscowy forumowicz. Nie wiem jak opisać dalsze dreptanie. Szlak prowadzi granią i przechodzi przez parę wzniesień, które do teraz nie znam. W ogóle nie można tego porównać z granią Glinne - Głuchaczki. Na dodatek widoków nie było i nie było się czym rozkoszować. Wiem tylko, że gdzieś tam przed nami jest Turbacz.
   
Moja małość na Turbaczu. Nie ma co obzygać na wierzchołku i tniemy do schroniska. Mamy 11:30 i już praktycznie po wszystkim. Dla mnie ta dopołudniowa przeprawa była prawdziwą oczystą ciała i ducha po wygibasach B. Żywieckiego i wczorajszej dreptówie. Wiem, że czekają mnie kolejne wyzwania i dzisiaj trzeba jeszcze na Studzionki, ale to inna klasa. Troche jestem zdziwiony, że taka fajnuśna trasa (Rabka-Turbacz) nie była jeszcze w planach bibowych GŚ. No nic. Czego sobie człowiek sam nie naordynuje, tego jak by nie miał. Pozwolę sobie taki mały skok do przeszłości dla wspomnienia.
       
Ekipa bibowiczów przed schroniskiem na bibie w styczniu 2010 i dla porównania, ja w teraźniejszości przed tym samym schroniskiem. Wpadamy do schroniska, ponieważ głód jest niezmierny. Oferta jest bogata i dlatego wybór jest trudny. Ja jednak wybieram długo wypróbowaną tradycję - schabowy. Sporo nam uczta nie zabiera czasu, nie jesteśmy przywykli na tyle osób w jadalni. Raczej dajemy nogę w napoczętym kierunku. I pogoda też nie wróży nic dobrego.
   
Na hali poniżej schroniska odkrywam znajomą postać, która kroczy mi na przeciw. Taaak! Znam ją. To Oliwka. Nareszcie widzę żywego forumowicza i nie tylko same wirtuały. Przywitanie i od razu nostalgiczne dreptanie zamienia się w emocjonalne. Kopę lat Oliwkę nie widziałem. Mamy tego sporo do przedyskutowania.
   
Oliwka nawet ma dużą zasługę na tym, że moja współtowarzyszka zapisała się później na forum jako - Dagna. Cieszy mnie, że ona będzie znów normalnym nowym żywym człowiekiem na forum. Z tych robotów już głowa puchnie. Zbliżamy się do Przełęczy Knurowskiej i tu nas dopada ta wspominana pogoda. Leje.
       
Zimowo było w roku 2010, a w teraźniejszości deszcz pokiełbasił plany Oliwki podreptać jeszcze chwilę z nami. Opuszcza nas. Oliwko dzięki. Krótko, ale za to intensywnie wypełniłaś nam czas. Ostatni odcinek z przełęczy do noclegowni na Studzionkach wydaje się krótki. Tak, na mapie. Do Lubania jeszcze stosunkowo daleko (będziemy go odwiedzać dopiero jutro), ale na drodze nam stawia swoich współ bratanków, którzy tworzą kolejną huśtawkę górską. Studzionki. Godzina 16:00 i po 7,5 godzinach (czystych 6 godzin) i przejdzeniu 22,5 km jesteśmy na miejscu. Pierwszy raz wykorzystujemy na nocleg prywatny pensjonat. Studzionki mają swoją klasę. Gaździny w w poszczególnych zajezdniach wiedzą, jak się postarać o zgłodniałych turystów. Później się dowiaduję, że Andrzej, chodzący na innej frekwencji, doszedł aż do Bazy pod Lubaniem (z Maciejowej).
   
Z powodu tego, że wieczorne Studzionki nie dokumentowałem, pozwalam sobie na dobranoc włożyć moją małość chciałem Tomtura, ale nie chcę go wciąż profanować przed innymi idlatego ja innocent) z biby 2010. Tam wtedy spaliśmy, teraz o chałupę wyżej.

Cdn...



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
12-09-2021 04:42 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Oliwka

*****


Postów: 1,735
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2013
Status: Offline
Post: #22
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

Super tak spotkać się na szlaku, powędrować wspólnie chociaż godzinkę czy dwie. Dagna, to fajna dziewczyna, mam nadzieję, że pojawi się na jakimś forumowym spotkaniu.


15-09-2021 07:32 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
tomtur

*****


Postów: 7,566
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Oct 2006
Status: Offline
Post: #23
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

A oliwka nic się nie zmienia ,ok



"Bo właśnie tam wiem po co żyję."
15-09-2021 04:59 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #24
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

3 sierpnia, dzień ósmy, Studzionki pensjonat - Schronisko na Przehybie

Jedna z wygód nocowania w pensjonacie, że gaździna nam przygotowuje pyszne (na Studzionce zawsze) śniadanie na czas umowny. Nie chcemy jednak przeginać i umawiamy się na 7:00. Znów nas dzisiaj czeka spore wyzwanie. Najpierw do południa zmagać się z pasmem Lubania i potem gramling na Przehybę już w Sądeckim.
   
Chmury sobie gdzieś w nocy poszły (może Tomturowi nad morze) i nam ukazały się pełne widoki jeszcze od Studzionki. Na dodatek były okraślone mgłą w dolinach.
   
Jeszcze powrotny widok na pensjonaty na Studzionce (my spaliśmy w tym z zieloną elewacją, polecam) i wdreptujemy się do szlaku. Pasmo Lubania od początku, nawet prędzej, od Przełęczy Knurowskiej, wzywa na zmaganie się z poszczególnymi kopczykami, nim osiągniemy najwyższy punkt - Lubań. Nie są to targane podejścia, maksymalnie 100 m przewyższenia, ale denerwuje to częstotliwością podejść i zejść. Taka huśtająca graniówka. Walczyłem dzielnie z myślą, że raz pasmu Lubania skończą się te podejścia.
   
Kiedy zobaczyłem kolejny kopczyk i na nim wieżę widokową, to wiedziałem, że samotny król pasma nam się postawił na drodze. Włączyłem autopilota i ostatnie podejście (największe) nie było tym razem żadną przeszkodą. Mamy za sobą 10 km i 2,5 godziny zmagania, kiedy stoimy na wierzchołku Lubania.
       
Kolejny raz pozwolę sobie na porównanie zdjęć z biby 2010 roku z teraźniejszością. Wtedy nie było jeszcze wieży widokowej. Wykorzystuję tego rodzaju ułatwień widokowych i o parę dziesiątek metrów przewyższam wierzchołek. Pstrykam całych 360 stopni i tworzę filmik.
   
Ze wszystkich tam robionych zdjęć mi się podoba to z widokiem na bazę namiotową i dobrze widocznym na horyzoncie B. Sądeckim z Radziejową. Ta w planach dopiero jutro, ale i tak gdzieś tam blisko dzisiaj nocuję.
   
Baza pod Lubaniem. Później na Przehybie będę na nią wspominał w czasie rozbijania namiotu. Według informacji pod Lubaniem nocował nasz towarzysz w boju - Andrzej. Wczoraj miał dłużej, ale o to mniej ma dzisiaj. Zejście do Krościenka. Wydaje się, że nic nie staje na przeszkodzie. Faktycznie, bez niespodzianek. Ale znów takie ciemiężne długoczasowe schodzenie. To już takie trzecie (po zejściu z Baraniej i z Hali Krupowej). Czym niżej schodzę, tym więcej mi się wyzywająco pokazują kopczyki po drugiej stronie Doliny Dunajca.
   
Ten niezliczony poczet kopczyków na mnie czeka w popołudniowym gramlingu. Na zdjęciu w środku, między drzewami, jest słabo widoczna wieża przekaźnikowa na Przehybie. Tam mi trzeba dziś dojść. W prawej połowie zdjęcia, na horyzoncie, się na mnie jeszcze szyderczo uśmiecha Radziejowa. No, ten dzisiejszy odcinek nie jest żadne "hala bala". 10 km zmagania się z pasmem, potem łaskawie kolejnych 10 km każą zejść, popatrzeć na spokojnie płynący Dunajec i od razu dawaj pod górę. Na GSB na bambelanie nie ma czasu. Tu się panie chodzi po górach. Wylegiwać to można w domu na tapczanie. Jest 13:30 i Krościenko nas wita.
   
Przymusowy postój. Czekające podejście nie da się przejść bez dopełnienia energii potrawnej i pitnej. W czasie postoju Dagna mi oznajmia, że tutaj wysiada z pociągu GSB i dalej już będzie turlać się innymi szlakami. Dla mnie to oznacza, że z B. Sądeckim muszę się popasować bez wsparcia. Pożegnanie. Dzięki Dagna. Wyruszam w jeszcze mniej niż Gorce nieznany kraj. Wiem, że mnie kiedyś w roku 2009 posmykano po Sądeckim, ale w głowie sobie zapamiętałem że było fajnie, deszczowo i przeszliśmy Wiśniową Grań. Za nic ją teraz nie mogę w mapie odnaleźć. Karygodne, że miejscowi jeszcze mnie nie zaznajomili dokładniej z tymi i bliskimi kopczykami. Trasa jest odbita, jak przez fotokopiarkę. To, co zeszłem z Lubania, to muszę teraz wyjść na Przehybę. Nie wiem co jest lepsze. Uciążliwie i nudząco schodzić lub mozolnie i nudząco podchodzić. Taka jest jednak dola góromana. Chodzę sobie tu i tam i w nogach tego pełno mam.
   
Z podejścia zbytnio tego nie zapamiętałem. Parę zdjęć. To akurat pokazuje, jak daleko już jestem od Lubania, a tam w tyle to chyba Turbacz. Trochę mnie niepokoją te chmurki na niebie. Mają ze mną chęć pograć w berka na otwartej przestrzeni, a ja jestem dopiero w połowie trasy, gdzieś na łąkach za Przysłopem. Stąd też mi się pokazuje przekaźnik na Przehybie. Jest niczym latarnia morska, ale chociaż się staram dreptać z wszystkich sił, jakoś się zbytnio nie zbliża.
   
Na koniec szlak mnie jeszcze (chyba, żeby mnie jeszcze potrapić) zaprowadzi z wydreptanej drogi na marny i zarośnięty kopczyk Skałka, gdzie można w końcówce tak maksymalnie wywalić się na śliskich kamieniach i skończyć z buzią pokrzywach. Wreszcie.
   
Jest 17:15 i po niespełna 10 godzinach (czystych 8 godzin) i przejściu 31,5 km jestem u celu kolejnej podróży. Od razu bez niespodzianek. Schronisko beznadziejnie zapełnione. Wiadomo, można tutaj dojechać samochodem. Teraz już wiem, dlaczego rezerwację można załatwić tylko telefonicznie i moje wołanie nie odbierano. Było pełno. No, pozostało mi spanie pod własnym przybytkiem w okolicy schroniska. Złe przeżycia chodzą parami. Nie zauważyłem, że jadalnia i recepcja są otwarte tylko do godziny 18:00. Ja, przyzwyczajony, że w schroniskach jedzenie podaje się do 19:00 i barek jest otwarty do 20:00, spokojnie poszłem postawić namiot i przeprowadzić higienę oczystną. Po tych procedurach wesoło kroczę na kolejną procedurę w postaci zamówienia i spałaszowania smacznej kolacji. Szczęka mi opadła, kiedy marnie dobijałem się do zamkniętego okienka. Na domiar przeczytałem, że otwierają dopiero rano o 9:00. Nie wiem jaka jest oferta i jak tutaj smakują te potrawy, jednak z powodu tak marnych godzin otwarcia, to Przehyba zadziałała na mnie niezbyt przychylnie.
   
W końcu wykorzystałem sytuację, że dwaj spóźnialscy turyści mieli zarezerwowany pokój i uchyliło się okienko recepcji. Na kolację kupiłem sobie dwa piwka i na śniadanie snickersa. Dobranoc. Aha, ten goniący deszczyk mnie nie dopadł. Pokropiło mi akurat w nocy namiot.

Cdn...



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
19-09-2021 03:35 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #25
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

4 sierpnia, dzień dziewiąty, Schronisko na Przehybie - Schronisko na Hali Łabowskiej

W nocy polało, jednak rano nie czekam na wyschnięcie namiociku (to bym mógł i poczekać na śniadanie o 9:00) i zwijam go mokry. Też nie mam co wyczekiwać, czeka mnie kolejna anabaza w Sądeckim.
   
Wychodzę przed 7:00 i jeszcze spoglądam na akurat opuszczone miejsce. Schronisko z bazą i przekaźnik, który był wczoraj dla mnie ważnym punktem orientacyjnym. Zostawiam to wszystko za sobą. Teraz trzeba mi się skupić nad pierwszym dzisiejszym celem. Nic malutkiego. Tylko sama pani największa w Sądeckim - Radziejowa.
   
Wygląda na to, że odwiedziny tej pani obędą się bez niespodzianek. Trzeba tam normalnie dodreptać. Było tak, jak przypuszczałem. Jeden w wyluzowanych odcinków. Później będzie już inaczej. Godzinka i jestem na szczycie.
   
Nie omijam wyjście na wieżę. Kolejna sesja zdjęciowa. Lubię patrzeć, jak to wygląda. Co przeszedłem i co mnie czeka. Z tego powodu Tatry zostają na uboczu. I tak są sporo przereklamowane.
   
Wieża przekaźnikowa mi znów wskazuje, gdzie jest Schronisko na Przehybie i grzbiecik, który z rana dreptałem. Dobrze jest też widoczny Lubań i zarysy wczorajszych grzbietów. W końcu na horyzoncie są widoczne kopczyki - Pilsko, Babia, Turbacz zasłaniający Policę - te już oznaczają daleką przeszłość. Chciałem też pokazać zdjęcie z dalszej trasy, ale zagubiłem się w tym napływie dalszych gór. Sprawdzałem to przez aplikację PeakFinder i przy dobrej widoczności i ponoć widać kopczyki na Ukrainie.
   
To, jak chwaliłem podejście na Radziejową od strony Przehyby, to znów popsuło moje mniemanie podczas zejścia. Ten kamieniami wysłany żłób/rygor dobrze potrapił nie tylko kolana, ale na dodatek powyginał moje kostki. To darcie nóg na szczęście nie trwało długo i kończyło się w trafnie nazwanenej przełęczy - Żłobki. Mijam kolejne kopczyki (Wielki Rogacz, Międzyradziejówki). Chwila odpoczynku na łąkach pod Trześniowym Gróniem i Niemcowej. Zaznajomienie się ze szkolną historią tego miejsca.
           
Przeczytałem, że tutaj na Niemcowej funkcjonowała Szkoła nad obłokami, opisana przez Marię Kownacką. Przypomniało mi to podobne funkcjonowanie szkół w naszej góraliji. Na przykład, najwięcej znane przez forumowiczów GŚ, szkoły na Kolibiskach. U nas budynki się zachowały, na Niemcowej już tylko kamienne podmurówki. Jednak inne gospodarstwa zachowują swój urok. Od teraz kolejne schodzenie do doliny. Widać, że kiedyś ten obniżający się grzbiecik, był osadzony gospodarstwami. Z tego powodu nie jest zejście tak nudnawe, jak w innych opisywanych zejściach. Gdzieś od Kordowca wyłania się widok na Dolinę Popradu i drugą (Jaworzynową) część B. Sądeckiego.
   
Trzeba wiedzieć, że znów mnie czeka mordęga w postaci dopołudniowego zejścia i poobiedniego gramolenia się pod górkę.
   
Na zdjęciu pozuje góra Makowica ze swoją osadą na stoku. Trochę w prawo na grzbiecie jest usytuowane Schronisko Cyrla. Tam był mój zastępczy cel noclegowy. Ponoć wyśmienita kuchnia. Zobaczymy. Wymienić trzeba jeszcze polankę na w prawo umieszconym podszczycie Makowicy - to są Kretówki (powód, że stoją za wzmiankę opiszę podczas podejścia). Dobrze jest widoczny i zamek w Rytrze. Blisko od niego będę rozpoczynał dreptanie na Kretówki. O tym jednak później. Wpierw muszę zejść do Rytra.
   
Energia ze śniadaniowego snickersa się wyczerpała i czas pooglądać się za jaką zajezdnią na doładowanie kolejnej energii. Przyznam, że pierwej myślałem, że wiocha Rytro, osadzona na dnie doliny między Pasmem Radziejowej i Pasmem Jaworzyny, jest miejscem, gdzie lisy dają dobranoc i trudno będzie znaleźć coś do zgryzienia. Maciek mnie jednak uspokoił. Nie jest tak źle. O 12:00 wkraczam do Zajazdu pod Zamkiem. Człowiek by myślał, że to jakaś retro gospoda, ale była to szklanna nowoczesność. Jednak głodomór nie rozpatruje architekturę, ale patrzy co mu podają na talerzu. Miałem tradycyjny gulaszek zalany napojem turystycznym. Smakowało.
   
Przekraczam Poprad i wgryzam się do stoku. Kolejny brutal, ale tym razem ne entą. Nie wiem co się ze mną stało, ale podejście było dla mnie udręką. Ze wszystkich podejść na trasie, to było najwięcej trapiące. Do tego dołączył jeszcze deszcz "żartowniś". Do deszczu jako takiego byłem należycie przygotowany - kurtka i spodnie przeciwdeszczowe. Deszcz jednak nie padał, jak miał padać. To by nie miał szans dostać mi się za pazuchę. Wymyślił inną strategię. Chwilę tylko kropił, żeby mnie zmoczyć, potem spuścił więcej i zmusza mnie do ubrania kurtki i spodni. Po chwili przestaje padać i na odwrót słońce praży niemiłosiernie. Zrzucam deszczowe menele. Takie denerwujące ćwiczenie w podejściu na Kretówki przeprowadzam z pięć razy.
   
Po godzinie mordęgi i denerwowania się z deszczu żartownisia, stoję na polanie Kretówki. Tutaj kończy się główne podejście. Stąd na Cyrhlę już drepczę po ludzku.
   
Przychodzi ulga. Deszcz, który przed chwilą ustał i w czasie mojego odpoczynku mnie nie kusił, zagnał wszystkich klientów do wnętrza. Jednak na gościach mi coś nie pasowało. Ich ubrania i buciki wyglądały jak z salonu mody. Żadne deszczowe plamy na ubraniach, żadne przemoczone i zabazgrane błotem buty. Podejrzewam, że właściciel wywozi klientów na obiad terenówką. To mi przypomniało, że w Rytrze na parkingu pod zamkiem było sporo samochodzików i zaparkowana też duża terenówka z reklamą Cyrhli. To same autko zauważyłem później na parkingu przed schroniskiem. No, deszcz się na czas obiadu nade mną ulitował i mogłem odpocząć na dworze/polu bez jego asysty. Oferta jadłospisu była skutecznie ciekawa, ale pełen obiadu z Rytra, zamówiłem sobie tylko zupę.
   
Szkoda, że nie zapamiętałem jej nazwy. Smakowało. Czas nagli. Zostawiam schronisko ze swoimi klientami (do turystów wielu miało daleko) i daję dalej. Czeka mnie jeszcze sporo dreptania, sporo nieważnych kopczyków i kolejnego deszczu nim dojdę na Halę Łabowską. Plusem tej trasy było to, że obyło się już bez brutalnych podejść. Tych ostatnich 8 km ciągnęło się jak guma do żucia. Czas od czasu robiłem zdjęcia na udokumentowanie piękności trasy
           
Minimum ludzików i spokój na trasie. Tak płyną minuty i z minut wytworzyły się więcej jak dwie godziny. Nogi idą same i dlatego w takim nic nie robieniu wspominam na pamiętną bibę w Sądeckim w październiku roku pańskiego 2009. Wiśniowej grani się nie doszukałe, ale jedno wiem na pewno. Zahaczaliśmy też o Schronisko na Hali Łabowskiej.
       
Wtedy nam lało, ja teraz miałem ciut lepszą pogodę.
   
Dla uzupełnienia wkładam zdjęcie kompletnej ekipy z Bacówki nad Wierchomlą. Jak widać ze zdjęcia, większość uczestników już nie zna Forum GŚ. Powracam do teraźniejszości. Jest godzina 17:20 i po 10,5 godzinie (czystych 8,5 godziny) i 29,5 km w nogach stoję przed Schroniskiem na Hali Łabowskiej. Przyznam, że całkiem inna atmosfera niż na Przehybie. Jest podobnie, jak na Maciejowej w Gorcach. Tutaj nawet otrzymuję pokój, gdzie jestem sam (drugi raz po Stożku) i mogę się wywalić ze wszystkimi krambetlami. Nawet namiot mi uschnął. Wieczorna idylka i skok do wyrka był wisienką na całodziennym turystycznym torcie. Dobranoc.

Cdn...



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
24-09-2021 07:03 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #26
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

5 sierpnia, dzień dziesiąty, Schronisko na Hali Łabowskiej - Schronisko na Jaworzynie Krynickiej

Gdybym drałował dalej GSB, to bym doszedł aż do Krynicy, ale z powodu zbliżającego się zakończenia mej wędrówki, rozdzieliłem ten odcinek na dwa krótsze. Faktycznie było to czyście z przyczyn logistycznych. Jednak nie ominęło mnie, że dzisiaj się będę karygodnie obzygał na trasie. Z tego powodu wychodzę na trasę stosunkowo późno - krótko przed dziesiątą.
   
Co można napisać o trasie Hala Łabowska - Runek. Dla mnie pogoda deszczowa, podobna do tej, która nam dokuczała i wtedy na bibie 2009 roku. Idzie się, czy drepcze około 2 godzin i nic nam nie staje na przeszkodzie. Na morzu by się powiedziało - spokojna fala i pomyślny wiatr.
   
Runek - wiara forumowa tu gdzieś skręcała do Bacówki nad Wierchomlą. Tam też trzeba szukać bajną i zaginioną Grań Wiśniówki. Ja ruszam dalej w stronę Jaworzyny.
   
Chodnik się poszerza. Odnotowuję też większe zagęszczenie turystyczne. Nie znam to miejsce, ale według mapy wygląda na to, że czekają mnie odwiedziny dużego ośrodka narciarskiego, o tej porze roku w stanie spoczynku. Według mapy odnotowuję, że do schroniska można zejść jeszcze przed Jaworzyną. No tak, ale to bym nie miał zaliczony kawałek odcinka GSB. Postanawiam przejść przez kompleks na Jaworzynie.
       
Jest tutaj wszystko co wymaga nowoczesny turysta/narciarz. Praktycznie cały ten cyrk komercyjny, który zalał doliny, przeprowadził się też do kopców. Rzecz jasna z wygodnym wyjazdem kolejką. Moje przypuszczenie, że na Jaworzynę gro turystów wyjeżdża kolejką potwierdza kolejne zdjęcie.
   
Było to zejście kawałek po opuszczeniu kompleksu. Zarośnięty chodnik łopuchami i pokrzywami. Do tego stromy, śliski chodnik. Idealnie do wyrypy z lądowaniem w pokrzywach. Tędy chodzą chyba tylko absolwenci GSB. Ja też musiałem zejść tym traktem po Diabelski Kamień i zawrócić do schroniska.
   
Jest 13:50 i po 4 godzinach (3,5 czystych godzin) i przejściu tylko 12,5 km kroczę po schodach do Schroniska na Jaworzynie K. Tyle wolnego czasu i nie wiem co z tym zrobić. Zajmuję pokój i przeprowadzam dokładną oczystę higieniczną. Muszę na jutro dobrze wyglądać. Będę schodził do technokratycznej społeczności i nawet mam zaproszenie do sądeckich. W jadalni spędzam do wieczora resztki wolnego czasu. Sporo myśli mi błądzi po głowie. Dopada mnie smutek. Moje wędrowanie po GSB jutro się kończy, a ja mam tyle chęci wkroczyć do drugiej połowy. Muszę jednak rozmyślać pragmatycznie. Pocieszam się swym postanowieniem, że w przypadku dogodnej konstelacji w następnym roku, ponownie startuję na trasie GSB i to w całości. Z takim wyzwaniem idę spokojnie spać. Dobranoc.

Cdn...



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
01-10-2021 07:51 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Stasiu

*****


Postów: 17,632
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #27
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

6 sierpnia, dzień jedenasty, Schronisko na Jaworzynie Krynickiej - Krynica-Zdrój

Wszystko raz się zaczyna i kończy. Dzisiaj zejdę ostatecznie do cywilizacji i zakończę swoją anabazę po GSB. Śniadanie godne głodomora.
   
O 9:00 wyruszam na trasę. Nie ma co oglądać się za siebie.
   
Cel czeka w Krynicy. Od Diabelskiej Skały dołączam na mój szlak. Pierwsza połowa dzisiejszej trasy jest pod znakiem penetrowania tutejszej nartostrady, na razie w stanie zielonym.
   
Jest to trochę dla mnie za daleko, żeby penetrować na skiturach nartostradę w stanie białym. W szczególności, że nie jest mi nawet wiadome, czy są tutaj dogodne warunki do tego typu skijowania. Żeby zagadek nie było dosyć, to na drodze napotkałem przybitą na drzewie kartkę z taką oto zagadką.
   
Od razu mi się w głowie spuścił mechanizm zegarowy, który nieustannie mnie zmuszał do liczenia dni i odgadnięcia tego zadania. Nie naruszając swojego tempa pochodu, po chwili odgaduję, że wynikiem jest piątek. Może ktoś z czytelników się pogłówkuje i zapoda swój wynik? Jak do tego piątku doszedłem? Zapodam w dyskusji przy najbliższej okazji. Schodzę do dolinki zwanej Czarnym Potokiem, która jest już częścią Krynicy. Nim wejdę w las i będę odmierzał mniej znaczący, ale za to ostatni kopczyk (Holicę), przechodzę około gigantycznego i nowoczesnego ośrodka.
       
Nie wiem jak go zwią, ale odgaduję, że Czarny Potok. To chyba tutaj są zakwaterowane ludziki, które napajają wszystkie te kolejki i wyciągi i ździerają śnieg na akurat przejdzionej nartostradzie. W sezonie to musi być ładny chumel. Wygląda też na to, że wszystkie możliwe i nie możliwe wymogi nowoczesnego turysty/narciarza są oferowane na miejscu i człowieczyna, w razie czego, nie musi wyszczubić nawet nosa na pole/dwór.
   
To już Krynica. Za nią widnieją kopczyki, które są na razie dla mnie zapowiedziane. W samo południe, to tytuł znanego westernu. Ja w ten czas robię ostatnie zdjęcie z wędrowania po GSB.
   
Jest to na drodze, która skręca do dworca kolejowego w Krynicy. Ostatnie dane. Po 3 godzinach (czystych 2:10) i przejściu 7,5 km jestem u celu dzisiejszej wędrówki i zarówno całej wyprawy. Do odjazdu pociągu mam trochę czasu, który poświęcam na zwiedzanie uzdrowiska. Jest całkiem podobne do innego, który przeszedłem, do Rabki. W planie mam jeszcze odwiedziny nowosądeckich. Zostałem zaproszony w gościnę i przejście innych kopczyków, niezaliczonych do GSB. Ale to już inna historia. Dziękuję za uwagę i kończę zdjęciem z dreptaku w Krynicy.
   

Zakończenie: GSB - dla mnie fascynująca przygoda, która mnie zaskoczyła swoją popularnością niewidoczną na zewnątrz szlaku. Jest to dobre przygotowanie do innych podobnych wypraw. Jedno przedsięwzięcie lub zobowiązanie na koniec. W następnym roku przejdę GSB w całości i zyskać tytuł Beskidzioka. Będę jednak dreptał w odwrotnym kierunku od Wołosatego. Może kto zaplanuje wolne i dołączy?

K O N I E C



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
06-10-2021 09:20 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
watażka

*****


Postów: 574
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Aug 2014
Status: Offline
Post: #28
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

Stasiu napisał(a):
6 sierpnia, dzień jedenasty, Schronisko na Jaworzynie Krynickiej - Krynica-Zdrój

Wszystko raz się zaczyna i kończy.
Zakończenie: GSB - dla mnie fascynująca przygoda, która mnie zaskoczyła swoją popularnością niewidoczną na zewnątrz szlaku. Jest to dobre przygotowanie do innych podobnych wypraw. Jedno przedsięwzięcie lub zobowiązanie na koniec. W następnym roku przejdę GSB w całości i zyskać tytuł Beskidzioka. Będę jednak dreptał w odwrotnym kierunku od Wołosatego. Może kto zaplanuje wolne i dołączy?

K O N I E C

No cóż, super mieć cele do których stale się zmierza, a nie za każdym razem zastanawiać się co dalej.
Niestety ktoś (coś) ma inne plany (ma być inaczej).
Bardzo chciałem razem ze Stachem podjąć się tego wyzwania, a teraz gdy go już niema, jeżeli ruszę na ten szlak to stale będzie on mi przewodnikiem.
Ot takie przemyślenia w dniu gdy......Cry


23-04-2022 12:30 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
yoter

*****


Postów: 1,090
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: May 2009
Status: Offline
Post: #29
RE: Jak dreptałem GSB od Ustronia po Krynicę, lato 2021

watażka napisał(a):
Bardzo chciałem razem ze Stachem podjąć się tego wyzwania, a teraz gdy go już niema, jeżeli ruszę na ten szlak to stale będzie on mi przewodnikiem.

Też miałem jakieś plany do zrealizowania wraz ze Stasiem.
Myślę, że na wielu szlakach Stach nam będzie przewodnikiem...



góry to początek nieba
24-04-2022 09:10 AM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: