Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat
Trochę historii nikogo nie zabije - Wersja do druku

+- Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl/forum)
+-- Forum: Górskie tematy (/forumdisplay.php?fid=1)
+--- Forum: Dyskusje na górskie tematy (/forumdisplay.php?fid=10)
+---- Forum: Ogólne (/forumdisplay.php?fid=42)
+---- Temat: Trochę historii nikogo nie zabije (/showthread.php?tid=6392)


Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 23-01-2015 09:52 PM

Longarone i Vajont
Sporo już się najeździłem w Dolomity i do uszu mi doszło coś o zaporze Vajont i miejscowości Langarone. Jednak dopiero za namową kolegi i jego żony postanowiliśmy odwiedzić to miejsce w roku 2014, kiedy byłem na urlopie. Faktycznie Langarone jest już na obrzeżach Dolomitów i Południowych Alp Karnickich, ale to nie było na przeszkodązie. To, co odwiedziliśmy przeczyło nasze oczekiwania.

Zapora Vajont - swego czasu (1961 r) miała najwyższą tamę na świecie - 261,6 m i pojemność 150 mil m sześciennych. Dla porównania jezioro Czorsztyńskie ma tamę wysoką 56 m i pojemność 230 mil m sześciennych. Zapora była dokończona w roku 1961. Dnia 9.10.1963 wieczorem doszło do gigantycznego usunięcia zbocza Monte Toc. 270 mil m sześciennych skał i gruzu (niemal 2x tyle co było wody w zaporze) o szerokości 2 km i wysokości 250 m zjechało do jeziora. Pierwsza fala o wysokości 200 m zmyła parę miejscowości na przeciwległym zboczu, druga fala zmyła parę parę wiosek przeciwko toku rzeczki Vajont. Jednak co było najtragiczniejsze. Potężna fala 30 - 50 mil m sześciennych wody przelała się o 70 m przez tamę i runęła do doliny. Woda całkowicie zniszczyła miasteczko Longarone i dalsze mniejsze miejscowości. Zginęło 1910 ludzi. Paradoksem jest to, że tama wytrzymała i do dnia dzisijszego jest smutnym monumentem doliny Vajont. Za nią piętrzy się usypisko o wysokości 400 m.

O katastrofie jest też dokładnie opisane (nawet są filmy) na stronach Internetowych i polecam tam zaglądnąć. Ja bym chciał przybliżyć paru zdjęciami teraźniejszość tego miejsca. Odwiedziliśmy odnowione miasteczko Longarone, skąd dobrze widać tamę byłej zapory i potem odwiedziliśmy miejsce wypadku. Praktycznie objechaliśmy całą zaporę.

[attachment=67489][attachment=67490] - Longarone kiedyś i dzisiaj
[attachment=67491] - nowy kościół w Longarone, w nim spora ekspozycja o Longarone przed i po katastrofie, na mój gust kościół zbyt betonowy, jakby wybudowali bunkier
[attachment=67492] - bez komentarza
[attachment=67493] - widok od Longarone na wąwóz z tamą Vajont, tam stąd waliła się woda
[attachment=67494] - wyśmiany autor relacji po zakupieniu wyśmienitych serów na targowisku w Longarone
[attachment=67495][attachment=67496] - model zapory przed i po katastrofie
[attachment=67497] - tylna część zapory, która jest z części zasypana
[attachment=67498] - przednia część zapory, zaraz za nią ten zielony kopczyk to usypisko porastające drzewami, w prawo u góry widać kawałek urwiska Mt. Toc
[attachment=67499] - stoję na wierzchołku usypiska, w dole pod parkingiem jest tama (mało widoczna), na prawo u góry wioska Casso, gdzie pierwotnie byli zakwaterowani robotnicy budujący tamę, tam też w czasie katastrofy dotarła pierwsza fala, kiedy zjechał przeciwległy stok [attachment=67500] o szerokości 2 km
[attachment=67501] - widok z usypiska na tylną część zapory, widać co z niej pozostało, powierzchnia była około 80 m wyżej, uważny czytelnik zauważy po lewej stronie, gdzie woda sięgała
[attachment=67502] - jesteśmy po drugiej stronie (całkiem na końcu zapory), w środku widać usypisko, gdzie stałem na przedeszłym zdjęciu, na lewo Mt. Toc i na prawo widać wioskę Erto, którą fala minęła
[attachment=67503] - przepiękny kanion rzeczki Vajont, która napajała zaporę
[attachment=67504] - usypisko i wygląd urwiska od wioski Erto
[attachment=67505] - usypisko przyjęło różne kształty

Co na koniec? Tym, którzy będą tam kiedyć przejeżdżać, polecam odwiedzić to miejsce. Ja byłem pod dużym wrażeniem. Jaki się człowiek cuje mały i słaby, kiedy patrzy na ten monument przyrodniczej katastrofy, gdzie na pewno sporo tutaj zawinił człowiek. Szkoda, że nie rozumiem obcego języka, warto sobie zapłacić przewodnika, który nas poprowadzi wewnątrz tamy i sporo o katastrofie poinformuje.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - szewczyczek - 23-01-2015 11:08 PM

Nie zabiło mnie trochę historii:-)
Świetne miejsce, kanion wygląda na bardzo ciasny i głęboki, a po zdjęciu tamy widać, że musi to być ogromna konstrukcja.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 23-01-2015 11:30 PM

szewczyczek napisał(a):
Nie zabiło mnie trochę historii:-)
Świetne miejsce, kanion wygląda na bardzo ciasny i głęboki, a po zdjęciu tamy widać, że musi to być ogromna konstrukcja.

Faktycznie, kiedy się stoi na grzbiecie, to widok w dół robi wrażenie. Jest to ponad 250 m.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - conti - 24-01-2015 01:26 AM

Natura rządzi się swoimi prawami. Ten przypadek, osunięcie się skał, pokazuje nam, że my jako ludzie powinniśmy jak najmniej ingerować w przyrodę.
Jak zwykle świetny opis i wspaniałe zdjęcia zaserwowałeś nam Stasiu.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - mazeno - 24-01-2015 01:40 AM

w centrum pamiru jest takie jezioro, nazywa sie sarez kul.
powstalo w 1911r. w wyniku osuniecia sie ok. 3-5mld (miliardow) ton ziemi - osuwisko bylo szerokie na kilka kilometrow i zatkalo wylot mocno wcietej doliny, ktora plynie rzeka murgob (bartang). w jeziorze obecnie jest 16 kilometrow szesciennych wody - to tyle, co mniej wiecej 70 zbiornikow czorsztynskich, oraz tyle, co 1/5 jeziora genewskiego (sic!).
jak przeliczyc to na m^3 wychodzi ich 16 000 000 000 (16 mld m^3).
powierzchnia jeziora to ok. 80km^2.
glebokosc jeziora dochodzi do 500m, dlugosc to niemal 70km.
tama zostala nazwana od nazwy jednej ze zniszczonych wiosek: uzoi.
i to od ponad wieku jest najwieksza tama na swiecie (vajont swego czasu bylo najwieksza sztuczna; obecnie najwieksza sztuczna to tama trzech przelomow na jangcy - tu akurat wody jest wiecej niz w sarez kul, bo 40 mld m^3, z tym ze tam zbiornik liczony jest na wielkiej odleglosci - rozciagniety na kilkaset kilometrow wzdluz rzeki jangcy, a sarez ma tylko 70km. nota bene ciekawostka jest fakt, ze ta ilosc wody na jangcy minimalnie zmienila ruch ziemi - przesunela os obrotu o bodajze 2cm).

a teren pod tama uzoi wyglada tak (nad samo jezioro sarez nie dotarlem, tama jest w dolinie chowajacej sie po prawej stronie kadru, ten prog w srodku to dolna jej czesc, samochodem nie da sie go przekroczyc):


problem polega na tym, ze od paru lat tama... przecieka od dolu. kwestia czasu jest kiedy runie. woda sie uspokoi i rozleje po plaskim dopiero gdzies w okolicach termezu na pograniczu afgansko-tadzycko-uzbeckim - zobaczcie sobie na mapie, jak to daleko...

16m^3 wody, po drodze same wciete doliny, a w nich wioski, miasta i co najmniej kilkaset tysiecy ludzi.

***


podobna sytuacja miala miejsce niedawno w pakistanie (4 stycznia 2010) w dolinie hunzy w karakorum, w okolicach miejscowosci attabad. jest to najwezsze miejsce w calej dolinie hunzy - przed katastrofa wygladalo tak:


w stosunku do sarez kul jeziorko attabad jest mikre - w najwyzszym stanie mialo jakies 400 mln m^#, wiec raptem niecale dwa razy tyle co zbiornik czorsztynski. ale dosc skutecznie zniszczylo kkh na kilka lat (kkh odbudowuja chinczycy - juz jest niemal ukonczona. nota bene nie jest to juz ta sama kkh, co jeszcze te pare lat temu - teraz to piekna betonowo-asfaltowa nowoczesna droga).

***


a ponizej porownanie wszystkich zbiornikow na zdjeciach satelitarnych mniej wiecej w tej samej skali:
tama trzech przelomow i zbiornik na jangcy:
http://goo.gl/maps/RSfK8
w tej samej skali tamy i zbiornika vajont w ogole nie widac:
http://goo.gl/maps/guhbz
jezioro attabad w pakistanie:
http://goo.gl/maps/tClUK
a tak wyglada sarez kul:
http://goo.gl/maps/4YO3t


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - tomtur - 24-01-2015 07:47 AM

Tak tragedia oglądałem kiedyś film,ale górsko to ładna okolica na spacerkiuhm
Mazeno opisz na łamach forum jakąś z twoich wypraw,myślę że masz co opisywać


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 24-01-2015 10:36 AM

Zaczyna być ciekawie.ok Jeszcze na stare lata dowiemy się rzeczy, które na lekcjac historii się nie uczymy. Smile Mazeno do mnie nawiązał i mam nadzieję, że i inni mają swoje "historyczne" górskie, na własne oczy widziane przygody. Wcale to nie muszą być katastroficzne.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 26-06-2015 06:30 PM

Kleiner Lagazuoi - wojna min
Dolomity, przepiękne góry, mają też swoją ciemną stronę. W maju 1915 roku, w czasie Wielkiej Wojny (WWI), Włochy i Austro-Węgry między sobą otworzyły nowy front, nazwany południowozachodni. Składał się z trzech części ? Tyrolski, Karyntiański i Soczański. Częścią tyrolskiego był front w Dolomitach i na dodatek od góry Sasso di Stria aż po przełęcz Kreuzbergsattel to był najtrudniejszy odcinek. Postanowiłem trochę przybliżyć czytelnikowi parę własnych fotografii i cytaty z książki ?Fronta v Dolomitech 1915-1917 - od Milana Čepelky. Mój temat będzie dotyczył walk na Kleiner Lagazuoi.

Kleiner Lagazuoi (2762 m) (KL) jedna z więcej znanych gór dla zwiedzających Dolomity. Z Cortiny trzeba przejechać 15 km w stronę nie mniej znanej przełęczy Falzarego (2105 m).
[attachment=69842] - na zdjęciu widok od strony Croda Negra i Averau. Przełęcz Falzarego trzymali włoscy Alpinosi, resztę - KL, przełęcz Valparola i Sasso di Stria trzymali austriaccy Myśliwcy. Włosi zaciekle walczyli o opanowanie przełęczy Valparola. Przełamaniem frontu w tym miejscu już by nic nie stało na przeszkodzie zejście do doliny Badia i strategicznej doliny Pusteria prowadzącej w głąb Austrii.
[attachment=69843] - mało który turysta, patrząc na dwa duże usypiska KL, wie, że to nie jest dzieło przyrody, ale pozostałości dziwnej, minowej, wojny w Dolomitach. Usypisko nr. 1 jest pozostałością wybuchu dwu austriackich min w miejscu 1a. Ta druga, większa, z dnia 22.5.1917 oderwała skałę o objętości 130 tys. metrów sześciennych. Miała szerokość 136 i wysokość 200 metrów. Ilość ładunku wybuchowego 24 t. Wynikiem wybuchu doszło do całkowitej dewastacji włoskich stanowisk na Cengia Martini (środkowa niebieska linia przerywana). Austriacy czynili wiele wysiłku, żeby Włosi nie poznali, kiedy dojdzie do wybuchu. Udało im się. Zginęło wtedy dużo włoskich żołnierzy.
[attachment=69844] - skalna półka Cengia Martini
Usypisko nr. 2 jest pozostałością wybuchu włoskiej miny z dnia 20.6.1917. Ilość ładunku wybuchowego 33 t. Ładunek wybuchł w miejscu 2a. Włosi chcieli opanować wierchnie stanowiska austriackie i w tym celu wybudowali 1100 m długi tunel. Wybuchem miny miały być naruszenie stanowisk bojowch Austriaków na wierzchołku i z wznikłego krateru (na Punta Berino) Włosi mieli w chaosie powybuchowym wyskoczyć i w biegu opanować stanowiska przeciwnika. Jednak Austriacy pochwycili informacje o zamiarach Włochów i dobrze na przeciwnika się przygotowali. Wynikiem tej bitwy było, że Włochom nie udały się ich plany. Do dzisiejszego dnia służy turystom 1100 m włoski tunel ze swoją niby ferratą Galleria Lagazuoi.
[attachment=69845]
[attachment=69846] - krater powybuchowy i wejście do tunelu z góry.
Warto go odwiedzić. Sporo jest tam odnowionych stanowisk i kwater żołnierskich w wykutych w skale cawernach.
[attachment=69847] - jedno z kwater skalnych.
[attachment=69848] - stanowiska bojowe austriaków na wierzchołku KL. W tyle ładnie prezentująca się Tofana I - Rozes ze swoją ścianą, gdzie do na lewo położonego siodła prowadzi ferrata Lipella. W tyle Tofana II i III - Mezzo i Dentro. Rzecz jasna na Tofanach też przebiegały akcje bojowe podczas WWI. Opiszę kiedy indziej.
[attachment=69849][attachment=69850] - pod skałą widać pozostałości austriackich okopów strzegących przejścia z Falzarego na Valparola. Na skale zaznaczone miejsce mostka, który rozpoczyna miniferratę Kaiserjager Steig.
[attachment=69851] - mostek w przybliżeniu
[attachment=69852] - stara austriacka twierdza na przełęczy Valparola. Na dachu twierdzy widać miejsce trafienia 26 cm pocisku z działa. Dzisiaj w twierdzy muzeum wojskowe. W tyle góra Piz Dles Conturines. Znana paru forumowiczom.
Sporo jest jeszcze do opisania wojennych wydarzeń z tego miejsca. Jednak nie chcę zanudzać. Dla chętnych jest sporo literatury. Ku mej przykrości jest ona zasadniczo w języku niemieckim lub włoskim, co nie są języki mego szczepu.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - tomtur - 26-06-2015 07:29 PM

A tu podpalasz zapalnik[attachment=69853]Big Grin


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Pablo - 30-06-2015 04:14 PM

Też się dorzucę
[attachment=69865] różnica kilku lat? i nic ze stołu nie zginęło giggle,
[attachment=69866] górnicy w sztolniach (emigranci z Europy wschodniej Wink ),
[attachment=69867] wspomniany mostek z bliska,
[attachment=69868] Przełęcz Falzarego z góry.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 07-01-2018 02:54 PM

Zadrutowana Szumawa
W zimowy czas postanowiłem w długie wieczory coś napisać o niedawnej historii Szumawy. O takiej, kiedy na stokach z czeskiej strony turysta nie miał szans podreptać te kopce i tylko pogranicznicy pilnowali, żeby ze socjalistycznej republiki nie uciekali w kapitalistyczny zachód niespokojni ludzie. Było to pełnych 40 lat. Chciałbym czytliwie przybliżyć ten etap historii, zwłaszcza, że czytelnikiem jest człowiek lubiący góry. Jednak więcej będzie opisywana strona historyczno-wojskowa niż górska i dlatego niektórzy mogą być zawiedzeni. Można też przeprowadzić porównanie z polskimi Bieszczadami. Warunki klimatyczne i przypadkowo powiedzmy warunki "ochrony granic" są w obu pasmach górskich podobne. Będę próbował przetłumaczyć parę epizodów, które są rozmieszczone na stronach internetowych przez samych byłych pograniczników z dodatkiem swoich własnych spostrzeżeń z dwu dwutygodniowych pobytów w tych stronach. O Szumawie już trochę pisałem Tutaj:
http://www.gorskiswiat.pl/forum/showthread.php?tid=7070
Nie chcę się powtarzać i dlatego od razu przystępię do tematu. Najpierw parę wstępnych wyjaśnień.

Jak się to zaczęło?

Po zakończeniu IIWŚ obszar Szumawy, jak inne obszary graniczne w ČSR, był najpierw "na dziko" i później planowanie wysiedlony. Niemiecką ludność mieli zastąpić nowoosiedleńcy z innych obszarów Czechosłowacji. Toto miało raczej skutek ujemny. Nowi osadnicy nie mieli powiązania z tym obszarem i dochodziło raczej do dewastacji już tak naruszonego środowiska. Jednak osiągnąć całkowite osiedlenie nie udało się. Pierwsze trzy lata po wojnie (maj 1945 - luty 1948) ochrona granic przebiegała podobnie, jak przed wojną z jednym dodatkiem. Do Finanční stráže (filance, coś jako ozbrojeni celnicy) dołącza oddział graniczny SNB (coś w rodzaju granicznej policji). Jedni pilnowali przemytu towaru, drudzy nielegalnego przejścia granicy. Obywatele zamieszkujący obszar nadgraniczny i osiedla nie byli wtedy jakoś ograniczani we swej czynności. Po Rewolucji Lutowej w 1948, kiedy do władzy doszli komuniści, nasiliło się nielegalne przejście granic osób i całych rodzin, narażonych perzekucją nowej, komunistycznej władzy. Ta przyjęła środki opatrzności, które miały zapobiec nielegalnym przejściom. Spore znaczenie miało wytworzenie całkowicie nowej (według wzoru sowietskiego) organizacji do ochrony granic - Pohraniční stráž (PS) z wojskowym rozporządzeniem (coś w stylu polskiego WOP). Był wytworzony obszar graniczny o trzech pasmach (zakazane, graniczne i przygraniczne). Zakazane pasmo przylegało do granicy o szerokości 2 - 5 km (w zależności od profilu terenu). Obywatelstwo było całkowicie wysiedlone i wstęp był tylko na zezwolenie w celach gospodarczych i pod nadzorem członka PS. Pas przygraniczny przylegał do zakazanego pasma i miał szerokość około 10 km. Tutaj ludność mogła już mieszkać, ale na zezwolenie i z narzuconymi ograniczeniami. Ostatnie pasmo - przygraniczne - nie miało specjalnych ustaleń. Służyło tylko do działań operacyjnych samotnej PS. Samotnym tematem do opisania jest wytworzenie poligonów wojskowych, które oprócz celów wojskowych miały drugorzędnie przyczynić się do dalszego ograniczania praw tutejszych obywateli - wioska Prášily i poligon Dobra Woda, gdzie największą strzelnicą były tereny rozstrzelanej wioski Stodulky pod Krzemelną.

https://mapy.cz/turisticka?x=13.4424531&y=49.1214310&z=13&l=0

Na mapie widzimy, jak to wygląda dzisiaj wokół Prašil. Poligon faktycznie wypełniał cały wycinek. Na zachód od góry Křemelná (biała plama) to tereny byłej wioski (jedna z największych na Suzmawie), która była celem ćwiczenia wojsk artyleryjskich.

[attachment=79861][attachment=79862] - tak to aktualnie wygląda (zdjęcia robione z niebieskiego szlaku)

[attachment=79860] - fragment mapy operacyjnej PS, gdzie jest zaznaczony przebieg drutów SIS (symbole wyjaśnię później), tutaj chciałem tylko pokazać, jak wiocha Prášily była okleszczona
(foto SIS Prášil, mapa Prašil) Jednak to najgorsze miało dopiero nastąpić.

CDN.....


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - hemlighet - 07-01-2018 06:47 PM

Takie piękne tereny, a tak mroczną skrywają historię... Czekam z niecierpliwością na c.d. Smile


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 08-01-2018 10:38 PM

Cd... Zadrutowana Szumawa

Trochę danych o strukturze organizacyjnej PS

Żeby był czytelnik trochę zorientowany, pozwolę sobie parę informacji o strukurze PS:
1. Kompania (po czesku rota, w mapach zaznaczona naprz. jako "1rPS") - najmniejsza jednostka organizacyjna, która strzegła granicę państwa. W latach 1948 -1989 dochodziło do różnych reorganizacji. Ostatnia reorganizacja w roku 1979 ustaliła liczebność w trzech rodzajach kompanii o 91, 82 lub 68 żołnierzach. Każda kompania pilnowała w przybliżeniu 10 km odcinek graniczny. 5 km w jedną stronę i 5 km w drugą stronę od budynku kompanii. Jej zadaniem było faktyczna fizyczna ochrona granicy i wychwytywanie osobników nielegalnie przekraczających granicę. Kompanie były umieszczone za, na lub przed "drutami" SIS
[attachment=79885] - mapa operacyjna 13 kompanii Nová Pec, na drutach
- czarna krecha - druty SIS
- brązowa krecha - pasmo oraniska
- żółta krecha - droga dla samochodu terenowego UAZ
- dwie poprzeczne krechy - zabezpieczone przejścia
- czerwony trójkąt z kreską -wieża obserwacyjna
- czerwona przerywana kreska - granice pojedynczych kompanii
[attachment=79886] - budynek byłej kompanii Nová Pec, druty SIS prowadziły obok drogi
[attachment=79887] - mapa operacyjna 7 i 8 kompanii, Kvilda przed drutami i Knížecí Pláně za drutami
[attachment=79888] - mapa 7 kompanii
[attachment=79889] - koniec Kvildy, koniec świata
[attachment=79890] - odwrotny widok, tutaj już normalny śmiertelnik nie wszedł, widać potoczek Ciepłej Wełtawy, do granicy jest jeszcze 5 km
[attachment=79891] - tablica pokazująca poszczególne pasma od Kvidy po granicę
[attachment=79892] - zarastająca przesieka po SIS, w połowie drogi z Kvildy do granicy
[attachment=79893] - droga do źródła Ciepłej Wełtawy, już za drutami i to już było zakazane pasmo, wtedy tutaj był gęsty las, dzisiaj zżarty przez kornika
[attachment=79894] - widok na Bawarię i niewidoczne w dali Alpy, ten widok był 40 lat zapowiedziany turystom

2. Batalion (po czesku prapor) - nadrzędna jednostka kompanii. Batalionu podlegały 5 - 7 kompanii i inne jednostki potrzebne do funkcjonowania batalionu. Na terenie Szumawy to były bataliony Żelazna Ruda, Volary, Lipno i też można zaliczyć Nyrsko. Zadaniem batalionu było organizowanie ochrony granic na swym odcinku, zabezpieczenia sapersko tecznicznego, łączności, czynności wywiadowczych i szkoleniewych. Liczebność batalionu z kompaniami wynosiła około 1000 żołnierzy.
3. Brygada (po czeku brigáda, w mapie.....) - nadrzędna jednostka batalionu. Brygadzie podlegały zazwyczaj 3 bataliony i dalsze jednostki potrzebne do funkcjonowania brygady. Na terenie Szumawy operowyły brygada Suszyce (Sušice) i część brygady Domażlice (batalion Nyrsko z kompaniami Święta Katarzyna i Pod Ostrym). Zadaniem brygady było zabezpieczenie komendy, dozór w sprawach politycznych i wychowawczych, materialne, techniczne i zdrowotne zabezpieczenie podrzędnych jednostek.
4. Naczelne Dowództwo (po czesku Velitelství PS) - organ, który dowodził wszystkimi jednostkami PS na styku jak z krajami kapitalistycznymi, tak i socjalistycznymi.

Cdn...


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 08-01-2018 11:12 PM

EZOH

EZOH - elektrické zařízení k ochraně hranic (urządzenie elektryczne do obrony granic). Od początku 50 lat ubiegłego stulecia sytuacja na granicy wymagała sporej zmiany. Już nie wystarczało strzeżenie granicy formą zwiadowczą, ale rozpoczęto na całej linii granicy z budową elektrycznego płotu, który był pod napięciem 2000 - 6000 V. Coś podobnego jak w obozach koncentracyjnych w czasie IIWŚ. W czasie tj. do końca 1965, kiedy postanowiono EZOH zlikwidować, doznał różnych zmian. Był dwu-trzyścianowy, między którymi był kontrolny pas oranicy, w eksponowanych miejscach zaminowany, postawione wieże obserwacyjne SPAK, sporządzenie tzw. piketów i podobnie. Już samotne napięcie skutecznie odstraszało potencjonalnych naruszycieli granicy. Jednak były przypadki próby pokonania tego zatarasu. Taka próba powodowała zwarcie i alarm w kompanii, który uaktywniał cały ruch w celu dopadnięcia sprawcy. Jest też w rejestrach PS pełno zapisów o śmierci na wskutek porażenia prądem. Rzecz jasna, że zdarzały się przypadki porażenia prądem samotnych pograniczników. EZOH z przyczyn ekonomicznych nie był włączony cały czas. Włączano go według rozkazu dowódcy kompanii respektywe batalionu lub brygady na podstawie sytuacji operatywnej, pogodowej (zła widoczność) lub pory dnia czy roku. W tej sprawie wyczytałem jedną informację z roku 1959: "Zużycie energii elektrycznej na działalność EZOH w całej PS było za rok około 500.000 kWh, co jest około 18% całkowitej zużytej energii elektrycznej w PS. Według planowanego zużycia energii elektrycznej w 1959 roku był przydział około 1400 godzin włączenia na rok/kompanię. Realia były jednak inne. Faktycznie kompania włączała EZOH na 3000 godzin i dlatego plan na energię elektryczną na rok 1960 musiał się z tym liczyć". Z danych można wyliczyć, że EZOH był włączany na około 1/3 część roku (rok ma 8760 godzin).
[attachment=79895][attachment=79896] - schemat EZOH
[attachment=79897] - wykaszanie trawy
[attachment=79898] - dobowe zdjęcie EZOH niedaleko Cetviny (mimo Szumawę)

SIS

SIS - signální stěna (ściana sygnalizacyjna) zastąpiła od połowy lat 60 ubiegłego stulecia EZOH, który ze względów humanistycznych już nie był odpowiedni pomocy w pilnowaniu granic. W przeciągu lat aż do 1989 roku była SIS modyfikowana od U-60 przez U-70 aż do U-80 w myśl, jak się stopniowo rozwijała technologia produkcji półprzewodników. Ściana (płot) była wytworzona z drutu kolczastego osadzonego na drewnianych słupach w kształcie litery "T" o wysokości 2 m. Tutaj napięcie było już tylko 12 V tzn. bezpieczne. Drut był na przemian umocowany na słupach specjalną plastikową uchytką (foto), która miała nosność 15 kg. Cała SIS to był taki gigantyczny wyłącznik, który pracował na podstawie zmiany elektrycznych właściwości w obwodzie. Pojedyncze kampanie miały podłączone odcinki 5 km w prawo i 5 km w lewo od budynku. (foto) W budynku kampanii było pomieszczenie sygnalizacyjne, gdzie znajdowały się urządzenia elektroniczne i sygnalizacyjne podłączone na SIS. Płot był podzielony jeszcze na 100 m sekcje i każda miała swoją lampkę sygnalizacyjną w pomieszczeniu sygnalizacyjnym. Wystarczyło zwarcie lub nawet małe obniżenie prądu i na pulpicie operatora rozświecała się lampka sygnalizacyjna. Operator odrazu wiedział, na którym 100 m odcinku doszło do naruszenia. Od tego momentu był aktywowany cały plan alarmowy w celu zbadania przyczyn naruszenia SIS i w przypadku umyślnego uszkodzenia SIS możliwego złapania naruszyciela. Trzeba jeszcze dodać, że SIS była umieszczona dalej od granicy niż EZOH. Zależało to od pola manewru pograniczników, żeby skutecznie przegrodzić kierunek ucieczki naruszyciela po przekonaniu zapory SIS. Było to od 500 m do 2 km.
[attachment=79899][attachment=79900] - schemat SIS
[attachment=79901] - dobowe zdjęcie SIS obok Ciemnego Potoku pod Oblikiem
[attachment=79902] - skrzynka sygnalizacyjna operatora SIS, tutaj widziano, które pole SIS zostało naruszone
[attachment=79903] - plastikowa uchytka przytrzymująca druty na słupie

Inne saperskie środki do ochrony granicy

Można tutaj przytoczyć jeszcze inne środki ochrony jak wieże strażnicze (foto), pas kontrolny oraniska lub w zimie stopy narciarskie, miny, rakiety świetlne, zapory przeciwczołgowe i w późniejszych latach urządzenia infra red. Dalsze urządzenia do osobistego użytku - telefony i krótkofalówki.

Trzeba dodać, że wszystkie te urządzenia i w tym ściany sygnalizacyjne były tylko pomocniczymi środkami ochrony granicznej. Podstawową ochronę tworzyły patrole zwiadowcze i wywiadowcze, które nieprzerwanie monitorowały teren nadgraniczny. To wszystko działo się na całej długości takiego pasma górskiego jakim jest 190 km długa Szumawa, gdzie zwłaszcza zimą panowały surowe warunki z opadami śniegu do 3 m.
[attachment=79905] - SIS w zimie, widać, jak trzeba było odgarniać śnieg

Cdn....


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 10-01-2018 07:19 PM

Cd... Zadrutowanej Szumawy

Służę socjalistycznej ojczyźnie!
(przetłumaczone z artykułu ze stron Internetowych - http://opona.lahvista.cz/slouzim.html Hemli może sama przeczytać)

Jak właściwie wyglądała służba na jednym konkretnym odcinku granicy na Szumawie w latach 80-tych XX wieku?

Przenieśmy się teraz o parę lat z powrotem, do okresu, kiedy olbrzymi masyw Szumawy wypinający się na zachodzie Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej (CSRS) tworzył dla większości obywateli tego państwa coś tajemniczego, coś, za czym kończył się świat.

Wybierzemy sobie dla wyjaśniena jedną załogę - kompanię w pobliżu Volar (w Volarach był umieszczny 2. batalion 7. brygady Sušice, wygląda na to, że autor opisuje już mną wspominaną 13. kompanię PS Nová Pec (inaczej też Klápa), Volary znajdują się we wschodniej części Szumawy, mają około 3.800 obywateli i są największym górskim miastem Szumawy, z własnego doświadczenia wiem, że obywatele górskich wiosek i osad w tej części Szumawy bardzo są związani z tym miastem).

Mamy 80-te lata i kompania jest umieszczona (patrz wyżej na mapę operacyjną 13. kompanii) niedaleko Plesznego Jeziora, gdzie się przeprowadziła z byłej strażnicy Straży Finansowej i gajówki, parę set metrów od byłego przejścia do Bawarii. Razem z kompanią musiano przemieścić sapersko techniczne zabezpieczenie o 2 km w głąb państwa.

[attachment=79927] - dzisiejszy wygląd budynku 13. kompanii, SIS prowadził po drugiej stronie drogi

Moja notatka - domyślam się, że pierwotne stanowisko PS było gdzieś w miejscu zwanym Říjiště (Rujowisko), byłem tam w tych miejscach i myślę, że nawet skracałem sobie drogę przez przesiekę byłego EZOH; trochę jednak jestem zdezorientowany, ponieważ autor mówi o Bawarii, ale droga prowadzi na granicę z Austrią (to jest Górna Austria) a Bawaria (Niemcy) jest około 5 km dalej na zachód.

[attachment=79928] - góra Plechý od Trójstyku, kiedyś to był ciemny las, który zżarł kornik; dobrze jest widoczny przebieg granicy i zróżnicowanego podejścia do obnowy lasu; Czesi zostawili las tak jak jest, Austriacy kikuty pni wytnęli, z mego punktu myślenia dobrze, że są dwa podejścia, kolejna generacja pozna kto miał większą rację w obnowie lasu; na zdjęciu w dali widzimy jezioro zaporowe Lipno i z prawej grzbiet Smrčiny, gdzie od miejsca zrobienia zdjęcia aż po Smrčine znajdował się graniczny odcinek operacyjny 13. kompanii.
[attachment=79929] - już na zejściu granicznym szlakiem z góry Plechý do siodła; widzimy Smrečine w całej swej okazałości z nartostradą po austriackiej stronie;
[attachment=79930] - w siodle znajduje się wspominane przez autora droga i przejście do "Bawarii".
[attachment=79931] - tym razem widok od Smrečiny na Plechý (ten na lewo największy goły kopiec), na lewo od niego Trójstyczny i tam kończył się stąd odcinek aktywności operacyjnej 13 . kompanii.

Moja notatka - sami pogranicznicy (aż na parę wyjątków - później opiszę) nie chodzili często aż nad samą granicę i faktycznie za całe dwa lata służby znali tylko swój odcinek zalesionej Szumawy.

Kompania jest umieszczona w środku odcinka o długości około 13 km i jest osadzona niecałymi 100 mężczyznami. Są rozdzieleni na parę grup, grupa strażnicza, grupa techniczna i grupa logistyczna. Sapersko techniczne zabezpieczenie (patrz schematy SIS wyżej) jest komponowane ze dwu ścian (płotów) o wysokości cca. 1 m, zabraniających w podejściu zwierzyny do średniej, tak zwanej ścianie sygnalizacyjnej, którą tworzyły pale o kształcie litery T, wysokości 2 m i obsługiwanej urządzeniem U-80, rozdzielonej w przybliżeniu na 100 m odcinki. Te odcinki tworzą dwójkę drutów kolczastych pod napięciem 12 V naciągniętych zmiennie nad sobą i tworzących osobisty olbrzymi przełącznik. Na drewnianych, karbolem napuszczonych, słupach są druty przymocowane specjalnymi plastikowymi uchwytami (patrz wyżej). Te były konstruowane tak, żeby naruszyciel, który próbuje przejść przez ścianę jak przez płot, je złamał (nosność była 15 kg), doszło do zwarcia i tym wywołania alarmu. Również próba przemostkowania pewnego odcinka za pomocą drutu z ?krokodylkami? na końcach i następnie przecięciem kolczastych drutów by było przy dobrym "nastrojeniu" systemu bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Cały system jest nastawiony na konkretną długość drutu kolczastego-przewodnika i taka próba jest sygnalizowana. Co więcej, przecięcie drutu kolczastego powodowało jego wyrzucenie. W miejscach, gdzie były do zatarasu wsadzone wrota dla przejazdu na przykład techniki leśnej, były słupy opatrzone kontaktami pułapkami, które zabraniały przejść po konstrukcji bramy. W razie pojawienia się terenu piaszczystego, w niektórych miejscach umieszczano w ziemi betonowe zagrody uniemożliwiające podgrzebanie.

Toto delikatne wystrojenie i konstrukcja powodowały też istotne problemy. Kiedy spadł śnieg, były ekstremalne mrozy lub wznikały inne powody, system sygnalizował alarm. Dobrze wyszkolona obsługa mogła chociaż rozpoznać fałszywy alarm, ale patrol alarmowy i tak musiał wyruszyć. Z tego powodu ściana sygnalizacyjna musiała być na szerokość łopaty odgrzebana z obu stron, żeby topniejący śnieg nie powodował zwarcia. Odcinek o długości 13 km - niech czytelnik spróbuje to sobie wyobrazić! Wyjście poszczególnych segmentów były ściągnięte na najbliższy maszt, który sygnał wiódł do pomieszczenia stałej obsługi w budynku kampanii. Obsługa miała też za zadanie obsługiwać środki łączności.

Cdn...Jak przebiegała służba


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 12-01-2018 06:14 PM

Cd...Zadrutowanej Szumawy

Służba

I jak przebiegała samotna służba? Różnie. Zmieniała się według oceny pojedynczych przypadków naruszenia. Więc spójrzmy na jeden konkretny typowy letni i zimowy przykład.

Wariant letni

Złożony system ochrony granicy państwa rozpoczyna się już względnie głęboko w głębi kraju (uprzednio pisałem, o paśmie przygranicznym, gdzie ludność mieszkała bez ograniczeń, ale PS już tutaj prowadziła swoje działania operacyjne). Na dworcu kolejowym w Volarach siedzi mężczyzna w ubraniu cywilnym, jednak w typowych wojskowych tenisówkach na nogach. Jego zadaniem jest wybierać potencjonalne ryzykowne osoby i krótkofalówką, ukrytą w chlebaku, podawać informacje nadrzędnemu organu, który ostatecznie zabezpieczał wylegitymowanie danej osoby.

Bliżej w stronę granicy, na drogach prowadzących do przygranicznych wiosek, znajdują się zadaszone wieże obserwacyjne zajęte członkami PS, którzy kontrolują przejeżdżające samochody (przez Volary prowadzi droga państwowa nr. 39, która wiedzie 10 - 15 km niemal równolegle od granicy, skręceniem do pobliskich wiosek jak Nová Pec, Stožec, České Žleby musieli pasażerowie samochodu liczyć się z kontrolą PS). Jeszcze bliżej granicy znajduje się dekretem ogłoszone pasmo graniczne (też już o tym prędzej wspominałem, praktycznie chodziło o pas, który rozpoczynał się na końcu wioski i kończył się na drutach SIS), tutaj jest wstęp zezwolony tylko na specjalną przepustkę i człowiek, który tutaj zabłądzi jest szybko ujawniony i od razu eskortowany na posterunek kompanii w celu podania zeznań i sprawdzenia tożsamości. Nierzadko jest wymierzony mandat.

Dalej już jest ściana sygnalizacyjna i zakazane pasmo. Ściana jest według płatnego rozporządzenia kontrolowana rano i wieczorem ? tak zwane KDZ, kontrola drátěných zátarasů (kontrola drucianej bariery), lub też kontrola KP, kontrolního pásu (pasu kontrolnego, to jest pasmo oraniska przed lub między ścianami). W czasie kontroli członkowie patrolu sprawdzają czy nie jest naruszona ściana sygnalizacyjna, lub czy nie są w pobliżu podejrzane ślady. W tym samym czasie po cały dzień i noc jest przygotowany "jednominutowy patrol alarmowy (gotowościowy?)", składający się z psovoda (prowadzący psa? - nie umiem przetłumaczyć jednym wyrazem na polski jak nazywa się człowiek, który prowadzi psa? Psowód?), łącznika i kierowcy. Jeżeli jest ścianą sygnalizowany alarm, na przykład ?zwarcie na dwójce lewy odcinek?, do jednej minuty (muszą) wyrusza samochód GAZ (UAZ) z patrolem w kierunku punktu naruszenia. Na miejscu jest przeprowadzona kontrola i jest wypuszczony pies. Jednym z środków komunikacyjnych (krótkofalówka lub telefon - ten można podłączyć do poszczególnych słupów, którymi jest wiedziony drut sygnału ze ściany) jest wysłany meldunek do kompanii i w przypadku fałszywego alarmu (zwierzyna, pogoda) patrol powraca. W odwrotnym przypadku jest ogłoszony ostry alarm, patrol rusza po tropie naruszyciela i wszyscy, którzy na posterunku kompanii są zbędni wyruszają "překrýt úsek" (przekryć/zasłonić odcinek?). Zadaniem jest, żeby naruszyciel trafił między druty i rozstawionych ławą żołnierzy. Jeżeli jest noc, naruszyciel się ukrył i pies go nie może znaleźć, czeka się do rana, wtedy pierścień się zacieśnia i prędzej czy później naruszyciel jest wykryty.

Moja notatka - Trzeba mieć na uwagę, że jesteśmy w zakazanym paśmie i tutaj wszystko odgrywa się już na poważne. Słyszałem od jednego kolegi, że właściwa kompania swoimi pogranicznikami starała się zasłonić graniczny odcinek, w danym przypadku od góry Plechý po Smrčine, a boczne granice poszczególnych kompanii przekrywały sąsiednie kompanie, ponieważ i tam był wygłoszony ostry alarm. Praktycznie można powiedzieć, że wytworzono obławę w kształcie prostokąta, gdzie na granicy była 13. kompania, na wschodzie 14 kompania i na zachodzie 12. kompania. Czwarty odcinek tworzyła ściana sygnalizacyjna.

Jeżeli patrol alarmowy ściga naruszyciela w stronę granicy, są już za drutami, jest wypuszczony pies (samowolnie lub na długiej uwięzi) i po nawiązaniu ocznego kontaktu, członek patrolu wydaje rozkaz "Stój!", kiedy nie poskutkuje następuje strzał w powietrze i w końcu ma patrol zezwolenie użyć broni do zatrzymania naruszyciela.

Moja notatka - patrol miał surowo zabronione używać broń tak, żeby pociski dopadały na obszar cudzego państwa. Jednak toto nie było zawsze dotrzymywane i potem dochodziło do takich przypadków jaki miał miejsce w roku 1984 na terenie pogórza Czeski Las (obok Szumawy). Wtedy został zastrzelony na niemieckiej stronie granicy zachodnioniemiecki emeryt niedaleko byłego przejścia Maehring, który był zamieniony za naruszyciela. Z dwu właściwych naruszycieli, byli to obywatele Polski uciekający na zachód, jeden był zatrzymany, drugiemu udało się przedostać do Niemiec. Później mogę opisać to tragiczne wydarzenie.

I tak wyglądała akcja "naruszenia granicznego"

[attachment=79932]
Moja notatka - to zdjęcie zrobiłem w masywie Smreczyny. Jest to droga w byłym zakazanym paśmie, którą pogranicznicy starali się prędzej niż naruszyciel przedostać się miedzy niego i granicę i tym uniemożliwić mu przedostać się przez granicę, która biegła po grzbiecie. Zmusiło mnie też do refleksji wczuć się do sytuacji naruszyciela i jego szansy i z drugiej strony do sytuacji pograniczników i ich możliwości. Potencjonalny naruszyciel faktycznie miał znikomą szansę pomyślnej ucieczki. Kiedy popatrzymy na mapę operacyjną 13. kompanii, tak podobną mapę mógł mieć i naruszyciel, jednak bez danych technicznych. Trzeba zaznaczyć, że wtedy istniały mapy turystyczne o podziałce 1:100 000, co służyło tylko do głębszej orientacji w terenie. O detalach nie ma mowy. Na myśl mi przyszły dwie sytuacje:

1. Pierwsza możliwość ucieczki by się wydawało obrać najkrótszy wariant, to jest obrać zamkniętą drogę od drutów na Rykowisku (Říjiště) po siodło Austriacka Droga (Rakouská cesta). Odległość 2 km i przewyższenie 132 m. Pogranicznicy mają na więcej 3 km od posterunku kompanii. Jeżeli pojadą przeciętną prędkością 50 km/godz., to 5 km przejadą za 6 minut, dodamy minutę na wyjazd i minutę na otwarcie wrót na ścianie sygnalizacyjnej = 8 minut. Naruszyciel ma 8 minut na przebiegnięcie 2 km pod górkę. Jeżeli naruszyciel będzie w osobie Szewczyka, który biega 10 km za 40 minut, to te 2 km przebiegnie za 8 minut. To by szanse były wyrównane. Trochę poluzujemy pograniczników i przy 30 km/godz trasa im będzie trwać 12 minut (10+2). Wtedy by się wydawało, że Szewczyk by miał szansę, kiedy pokona wszystkie pułapki od dworca kolejowego w Volarach po SIS na Rykowisku. Jednak pogranicznicy nie powiedzieli ostatniego słowa. Jak już uprzednio pisałem, ściana sygnalizacyjna była tylko pasywną pomocą strzeżenia granicy, podstawą ochrony granic były patrole. W terenie blisko ściany sygnalizacyjnej operowały nieustannie 24 godzin na dobę patrole zwiadowcze. Te na odcinku 500 - 1000 m pełniły funkcję patrolu pieszego, zakrytego lub obserwacyjnego. Czytelnik patrząc na mapę operacyjną zauważy, że w pobliżu naruszenia ściany sygnalizacyjnej pomyślnego Szewczyka (w okolicy Říjoviště) na starej drodze znajduje się wieża obserwacyjna. Prawdopodobnie próba przejścia ściany w tym miejscu będzie szybko ujawniona. Jest jasne, że jeden patrol pełni wszystkie funkcje, ale Szewczyk nie wie czy strażnik siedzi akurat na wieży obserwacyjnej, leży gdzieś za krzakiem lub akurat z psem przechadza się koło ściany i nie natknie się na nich. Wygodą pograniczników jest i dobra znajomość terenu. Sami z doświadczenia znamy, jak jest wygodne poruszać się w terenie, który znamy i nie tylko z mapy.. W końcu wtedy nie były jeszcze żadne GPS lub aplikacje w telefonie typu mapy.cz. No i na koniec musimy sobie przyznać z ręką na sercu, ilu nas jest postuły i kondycji Szewczyka.
2. Druga możliwość narzuca się wybrać miejsce w głębi lasu. Tutaj szanse są jeszcze mniejsze. W linii prostej od ściany do granicy to mamy około 3 km, w terenie to będzie więcej, i przewyższenie od 200 m do 500 m. Na zdjęciu widzimy jaki kopiec by czekał na potencjonalnego naruszyciela i jaką wygodną drogę mieli do ścigania pogranicznicy. Trzeba mieć na uwadze, że do biegu jest też zgłoszony pies rasy owczarka niemieckiego i na kogo by człowiek postawił w tej gonitwie? Na człowieka czy na psa, i to nawet kiedy człowiek wyruszył prędzej? Nie można zapominać też na prowadzącego psa. Kolega żartem mówił, że dobrym prowadzącym był ten, który podczas tresowania ugnał swojego psa i nauczył go nie reagować lub wymijać trzy przynęty zastawiane na nich przez naruszycieli. Były to pieprz, kot lub używane damskie wkładki. Dam głowę na to, że i Szewczyk tutaj nie ma szans. Kolejny mój znajomy mi powiedział, że zwykli szeregowcy z zasadniczej służby wojskowej byli ćwiczeni przez swych profesjonalnych dowódców-oficerów w fałszywych alarmach naruszenia. Taki oficer w najmniej oczekiwanym czasie spowodował zwarcie na ścianie i znający doskonale teren szybko przemieścił się na granicę. Siedząc na kamieniu granicznym ze stoperem w ręku czekał "aż go dopadnie patrol". Kiedy nie był zaspokojony wynikiem, następowała kara w postaci dodatkowych ćwiczeń w wolnym czasie. Każdy, kto był w wojsku wie o czym mówię..

Dalszym zadaniem członków PS była raz w miesiącu kontrola tak zwanej "linii demarkacyjnej", co oznaczało przejście dwuosobowego patrolu oficer-żołnierz po samotnej granicy, w celu sprawdzenia, czy nie były uszkodzone (lub nie daj Boże posunięte) kamienie/słupki graniczne.

Między każdodziennym zadaniem w okresie letnim i niekiedy też zimowym było przeprowadzanie kontroli osób, które przechodziły za ścianę sygnalizacyjną pracować do zakazanego pasma. Tam mogły przechodzić tylko sprawdzone osoby w celach wykonywania prawa myśliwskiego, rybackiego czy leśnego. W każdym przypadku człowiek taki musiał mieć przepustkę, którą wydawał miejscowy organ administracji państwowej i była zatwierdzona miejscowym dowódcą PS. Żądanie na wejście za ścianę sygnalizacyjną musiało być podane dzień wcześniej. To znaczy, że właściciel przepustki zadzwonił do kompanii, zgłosił swoje żądanie i jeżeli nie było wygłoszone wydarzenie nadzwyczajne, przekazano mu gdzie i kiedy będzie wpuszczony za ścianę sygnalizacyjną. Tam już zazwyczaj nikt mu nie towarzyszył, lecz nie było to wykluczone (na przykład u większych grup ludzi-leśników). W trakcie pobytu blisko granicy był stryktny zakaz - jak było napisane na przepustce - jakiejkolwiek komunikacji z cudzoziemcami poruszającymi się po drugiej stronie granicy lub wziąć na przykład oferowany papieros. Toto się w większości dotrzymywało, ponieważ nikt nie był pewien, że jego kolega o tym nie wspomni przed odpowiednim organem. Jednak i to się działo.

Cdn ... Wariant zimowy innocent


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 12-01-2018 07:13 PM

Wariant zimowy

Ten wznikł z faktu, że śnieg dobrze odkrywa stopy ewentualnych naruszycieli. W praktyce były ustanowione trasy - tak zwane "lyžnice" (stopy narciarskie, trasy - nie udało mi się znaleźć odpowiedni polski wyraz jednosłowny) w różnych odległościach od granicy. Pierwsza trasa wiodła po granicy państwa i była jednakowo obsługiwana jak w letnim wariancie w celu kontroly linii demarkacyjnej z kamieniami/słupkami granicznymi.

Druga trasa wiodła równolegle ze ścianą sygnalizacyjną, służyła do kontroli funkcyjności i stanu zatarasu, kontrola przebiegała rano i wieczorem.

Trzecia trasa była wytworzona dalej w głąb kraju i służyła do zbadania rzeczywistości czy przypadkowo nie wiedzie w stronę granicy podejrzana stopa. Robotnicy leśni i inne wybrane osoby musiały uprzednio zgłaszać, jeżeli będą tą trasę krzyżować, żeby nie dochodziło do fałszywych alarmów.

Moja notatka - ktoś by powiedział, że fajnie sobie strażnicy pojeździli na nartach. Nawet sam na własne oczy widziałem w czasie pobytu w 1980 roku w Żelaznej Rudzie jak strażnicy w zacnych wolnych chwilach popisywali się na nartostradzie. Czy to było ze względów ćwiczenia, czy ze względów popisania się przed miejscowymi dziewczynami, tego nie wiem. Jednak tego typu poruszania się na nartach, kiedy było trzeba o każdej porze i pogodzie kontrolować trasę, nikt im nie zazdrościł.

Oprócz nart PS miała do dyspozycji w Stożcu (12. kompania) ratrak Lawina i skuter śnieżny Buran, ponieważ kto zna zimę na Szumawie lub w innych podobnych warunkach, może sobie wyobrazić (nie było to żadne "miodzio" jak by powiedział Yoter) jak trudno utrzymać parę dziesiątek kilometrów komunikacji w stanie zjeżdżalności, kiedy jest do dyspozycji jeden pług na czołgu i freza śnieżna na odcinku od Żelaznej Rudy po Pleszne Jezioro.

Zjeżdżalność komunikacji często pomagali utrzymywać pracownicy administracji leśnej, którzy ze względu utrzymania dobrych stosunków między kompanią i miejscową administracją leśną, wypomagali ciężką techniką.

Jednak i taka technika nie była często nic płatna. Podczas burz śnieżnych się zdarzało, że patrol na wysuniętym stanowisku (piket - mały domek strażniczy wysunięty głęboko w terenie, w miejscach, gdzie się nie opłacało po każdym patrolu wracać do kompanii, służył członkom patrolu jako baza), który zajmowano na 12 i 24 godzin, został odcięty od cywilizacji bez możliwości zmiany. Łączność w takim przypadku zabezpieczała radiostacja, ponieważ linia telefoniczna (przewody nadziemne) wraz ze ścianą sygnalizacyjną były pierwsze co "wysiadły" pod naporem śniegu i spadłych konarów drzew. Podczas takich surowych zim w razie ogłoszonego zwiększenia niebezpieczeństwa trzeba było uszkodzone odcinki ściany sygnalizacyjnej nieustannie strzec Na przełomie zimy i wiosny, w mokrym śniegu i podczas deszczu to na pewno było "miodzio".

Dlatego też w kompaniach na Szumawie większością w napięciu oczekiwali rozkaz zmieniający sposób ochrony ze zimowego na letni.

I to tyle tłumaczenie

Cdn... Pociągiem za druty


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - hemlighet - 14-01-2018 06:54 PM

Dziękuję za kolejną opowieść Stasiu Smile Dużo ciekawych szczegółów, wydawać się może, że uciekający faktycznie byli w sytuacji beznadziejnej, a cały system ochrony był naprawdę dobrze pomyślany. Zaskoczyły mnie sprawdziany czasu reakcji strażników, albo chociażby to, ile pieniędzy musiało iść na utrzymanie tego poprzedniego typu zabezpieczeń, EZOH. Tyle starań, żeby zatrzymać w kraju jednostkę. Niesamowite.

Nie wpadłabym też nigdy, żeby zabrać przynęty na psa Wink Ciekawy pomysł. Jedni potrafią szybko biegać, inni muszą kombinować inaczej Toungue

I czekam oczywiście na cd.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - tomtur - 14-01-2018 07:20 PM

Czy aby jak gryzzli nie planowałeś ucieczki z CzechiiBig Grin


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 14-01-2018 07:51 PM

Tomaszu, ja się trzymałem zasady, że "wszędzie jest chleba o dwu skórkach". No i brakowało by mi Beskidów. Przypominam, że tutaj przejść przez granicę próbowali też w niemałej częstotliwości Polacy.

Hemli, jeszcze będę opisywał różne próby ucieczki te nieudane, które skończyły się "tylko" więzieniem, ale i tragedią. Będą i te udane.

Jeszcze na dodatek powiem, że do opisania tego tematu mnie zmusiło to, że bardzo odczuwam sytuację, kiedy historia przeplata się z teraźniejszością, tą górską. I tak jest w Dolomitach z jej historią IWW i prawie Szumawa ze swoją historią komunistyczną. Dreptać po takich miejscach jest dla mnie ekscytujące, człowiek jak by odczuwał ten czas przeszły i wszystkie te ludzkie losy, które się tam odgrywały.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 16-01-2018 06:37 PM

Cd... Zadrutowanej Szumawy

Pociągiem za druty

Dzisiaj to miejsce wygląda jak balsam na duszę. Byłem tu już dwa razy i planuję jeszcze kolejny. Nové údolí (Nowa Dolina - ND). Pociągiem przyjedziemy aż nad samotną granicę. Kiedyś ta kolej prowadziła do Bawarii. Jednak na niemieckiej stronie z powodu zamknięcia przejścia granicznego Haidmühle ? ND w okresie socjalistycznej republiki tory wyrwano na odcinku 18 km i teraz trzeba jeździć dalej w Niemcy autobusem.
[attachment=79991] - dzisiejszy widok - widzimy muzeum w wagonach na granicy, dalej już jest przejście do Bawarii
[attachment=79992] - mapa operacyjna
[attachment=79993] - teraźniejsze przedstawienie mapy, wyznaczone miejsce, gdzie była strażnica 12. kompanii PS i kolejny czerwony punkcik - mostek n rzeczce Światła - tam był przejazd przez ścianę sygnalizacyjną

Ja jednak chcę opisać historię z lat 80-tych, kiedy tędy zwożono drewno. Socjalizm socjalizmem, ale twarda waluta się w każdym okresie przyda. Autor, który to opisuje na stronach Internetowych posłużył się swoim własnym doświadczeniem, książką Romana Kozaka i stron internetowych http://www.lahvista.cz/opona/ Trochę to skleiłem do kupy inaczej, niż to było podane.

Bitwa o pomyślne spełnienie pięciolatki jedzie na pełne obroty i swoje zobowiązania pełnią też Koleje Państwowe, tętnica gospodarstwa narodowego. ČSD (České státní dráhy - odpowiednik polskiego PKP) przewożą z Volar do ND drewno dla firm handlu zagranicznego Ligna i Drevounia, pośrednikowi na drodze drewna do odbiorcy, w tej době firmie Kusser. Drewno z całej republiki zjeżdża się do Volar i stąd do o 14 km odległej ND - zanikłej osady nad granicą - są odsyłane pociągi manipulacyjne. Całe 70 i 80 lata dostawa jest prawidłowa i stała. Niekiedy do ND jeździ się i dwa razy na dobę, w dzień i w nocy. I jak to wyglądało (osobiste wspomnienia jednego naocznego uczestnika jest pisane skośnym pismem)?

Zawiadowca stacji kolejowej w Volarach jest powinien najpóźniej dzień przed wyjazdem pociągu zgłosić na dowództwo batalionu (12. kompania PS - Stożec należała do 2. batalionu PS - Volary) imiona tych, co będą następny dzień tworzyć załogę. Są to tylko te osoby, które są zweryfikowane i mają przepustkę do pasma granicznego. Jeżeli kontrwywiad nie ma zastrzeżeń co do osób załogi, następny dzień pociąg może wyruszyć.

Pociąg przyjeżdża do stacji Černý kříž (Czarny Krzyż) (dzisiaj to jest akurat skrzyżowanie na ND z trasy kolejowej Čičenice-Prachatice-Volary na Horní Planá-Český Krumlov-České Budějovice, jest rarytasem wśród dworców kolejowych w RC - jest najmniejszym dworcem kolejowym, który ma bezpośrednie połączenie z Pragą). Główny zarządca pociągu (nie mogę przetłumaczyć - vlakvedoucí) poprzez telefon żąda w Volarach na zezwolenie dalszej jazdy w stronę ND. Po zatwierdzeniu, pociąg powoli wyrusza w stronę Stożca. Tutaj zatrzymują się dopiero za dworcem kolejowym przed przerzutką kolejową (vykolejka)
[attachment=79994]
na 66,710 km odcinku (kolejowa odległość od stacji Čičenice), oznaczonym "Stacja Wełtawa", na wprost pod strażnicą PS (patrz na mapę z wyznaczonym "PS").
Klucze od przerzutki ma tylko dyżurujący oficer PS. Jeżeli jest wszystko w porządku, przychodzą pogranicznicy i po kontroli pociągu za pomocą psa wyjeżdżają wszyscy razem w stronę o 2 km położonej żelaznej kurtynie.

Bywało często, że po długi czas nikt nie przychodził i tak musiał główny zarządca pociągu za pomocą radiostacji (w paśmie 150 Mhz) wołać do Volar, gdzie zarządca stacji informował dowodzącego oficera w Stożcu o czekającym pociągu.

Niekiedy to pomogło, innym razem - wystarczyła zaklinające zdanie "mamy naruszenie granicy", to oznaczało wygłoszenie alarmu bojowego i pociąg nie mógł dalej wyruszyć do granicy. Wtedy zarządca stacji w Volarach porozumiał się z dyżurującym oficerem w Stożcu na kolejnych krokach, co często oznaczało cofanie pociągu na dworzec w Stożcu, gdzie wagony pozostały i lokomotywa odjechała do Volar.

Teraz przerwę relację wspomnieniami byłego członka PS, który służył na tym odcinku..
Naszym obowiązkiem służbowym było między innymi i regularna ?obsługa? pociągu ze Stożca do ND po zamkniętej kolei dla pociągów pasażerskich. Na patrol byli wybierani strzelec, wodzący psa i sprawdzający pies (moja informacja - trzeba tutaj zaznaczyć, że w patrolu zawsze musiał być jeden starszy pogranicznik, to jest służył już więcej jak rok). Do południa tak około 11 godziny pociąg, pełny drewna, zatrzymywał się przed przerzutką. Dyżurujący oficer otrzymał już wcześniej ze stacji w Volarach informację o pociągu. Przyjazd pociągu zgłaszał wartownik na stójce przy kompanii sygnalistowi, który wysłał krótką instrukcję "pociągi". Patrol był poinstruowany dyżurującym oficerem, otrzymał klucz od przerzutki, zbiegł od kompanii do torów, gdzie przeprowadził kontrolę pociągu. Pies kontrolował ładunek i przebiegł też pod wagonami (pamiętam, jak podczas ćwiczeń pies znalazł i wyszczekał kawałek szmaty, która tam nie należała - włożona między kłodami). Dowódca patrolu między tym skontrolował załogę, sprawdził lokomotywę i pojechało się... W czasie drogi patrol miał za zadanie obserwować okolicę i sprawdzać, czy ktoś przypadkowo nie naskoczył do pociągu. Dlatego też dowódca patrolu został (miał) na lokomotywie lub na jej platformie, wiodący psa w ostatnim wagonie. Jak już tak bywało, do lokomotywy wleźli wszyscy (zwłaszcza w zimie). Pamiętam, jak to monstrum kierowałem jako "zobák" (dziób) (moja notatka - wojskowy slang dla najmłodszego żołnierza, który był w wojsku mniej niż pół roku; dlaczego dziób - wychodziło to od starszych żołnierzy, którzy tym młodym dawali do zrozumienia, że im będą dziobać z ręki; w Polsce chyba ci żołnierze są nazywani kotami; do wojska się rekrutowali chłopcy raz na pół roku i dlatego w dwuletniej zasadniczej służbie wojskowej wznikały 4 kasty żołnierzy). Mój "mazák" (mazak) (moja notatka - slangowa nazwa żołnierza, który już przekroczył 1 rok służby, ale jeszcze to nie było 1,5 roku; mazak - od czynności mazać na chleb, to jest mógł sobie młodych tak zwanie namazać na chleb) i maszynista mieli z tego ubaw a ja "święta". Wciąż przyciskałem na przycisk, żeby pociąg nie stanął i niekiedy zatrąbił. Inu i w 20 jest człowiek podczas ochrony granic wciąż dzieckiem.


Cdn....


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 16-01-2018 06:49 PM

Cd....

Kontynuowanie relacji... Jeżeli pociąg ruszał dalej w stronę ND (już z członkami PS) - ładna kraina z mokradłami, gdzie przepływa Zimna Wełtawa - dojechał do mostku przez rzeczkę Světlá (Światła), gdzie na 68,900 km odcinku tory przecinała ściana sygnalizacyjna (patrz mapy). Tutaj znów pociąg się zatrzymał, pogranicznicy otworzyli wrota ściany sygnalizacyjnej i wpuścili pociąg do ND (zakazane pasmo) już niepilnowany. W ND obsługa transportu odczepiła naładowane wagony i zabrała rozładowane, dowiezione z przeszłego dnia. Z pustymi wagonami odjechali z powrotem do wrót, gdzie czekali pogranicznicy. Ci zamknęli wrota i pociągiem zabrali się na kompanię.

Między tym w ND pracownicy niemieckiej firmy Kusser przeładowali drewno na niemieckie samochody, które w tym celu zajeżdżały na teren Czechosłowacji. Kierowcy i pracownicy musieli mieć płatne paszporty.

Zarządcy firmy Kusser musieli do przodu zgłosić imiona pracowników, którzy będą pracowali na terenie Czechosłowacji. Ci byli sprawdzani kontrwywiadem, czy nie chodzi o ludzi nieprzyjacielsko nastawionych do CSRS. Samotne rozłączanie pociągu przebiegało bez nadzoru pograniczników, którzy pozostali u wrót na Światłej. Jednak u samotnego rozładunku drewna byli jak zastępcy niemieckiej i czeskiej firmy, tak i członek PS (oficer).

I znów posłuchajmy wypowiedź jednego byłego członka PS... Relację opuściliśmy w miejscu, kiedy mógł kierować lokomotywą. Po przyjeździe do ściany sygnalizacyjnej, dowódca patrolu zgłosił sygnalistowi na kompanii otwieranie wrót. Dalej już pociąg jechał bez nadzoru. Patrol po przejechaniu pociągu i po zamknięciu wrót przechodził na stanowisko P-5 (Piket) wymienić załogę. Zmieniony patrol powracał tą samą drogą do wrót. Kiedy pociąg z pustymi wagonami powrócił, otworzyli wrota, przeprowadzili/nie przeprowadzili kontrolę (kto by do Czechosłowacji uciekał a szmuglować towar można było innym sposobem). Przyjechali do kompanii, tam zgłosili sygnalistowi przyjazd, za zezwoleniem dozorcy kompanii otworzyli przerzutkę i pociąg odjechał w kierunku Stożca. Patrol zgłosił zakończenie służby, oddał klucze od przerzutki, jedzenie, stary (służbowo starszy z patrolu) poszedł spać, młody miał wolne...

Zakończenie relacji... Z powodu tego, że pracownicy kolei poruszali się za żelazną kurtyną i bezpośrednio obok granicy (50 m) nie byli pilnowani, jest ciekawe, że za całą dobę funkcjonowania przeładunku drewna nikt nie wykorzystał tej możliwości i nie uciekł za granicę.

Dodajmy jeszcze, że do początku lat 80-tych, do doby, kiedy przesunięto ścianę nad rzeczkę Światła i osadzeniem przerzutki na stacji ?Wełtawa?, była odprawa pociągów towarowych w ND prostsza. Kompania była usytuowana w ND (patrz mapy). Druty i przerzutka były tutaj umieszczone. Kontrola przebiegała na przystanku przed przerzutką (jeszcze dzisiaj są widoczne słupy lamp, które oświetlały kontrolowany pociąg.
[attachment=79995] - czerwonymi kreskami jest wyznaczone, gdzie zatrzymywał się pierwotnie pociąg, widać nawet słupy oświetlenia (na http://www.mapy.cz można to sobie więcej przybliżyć)
Przeładunek odgrywał się już za drutami i bez nadzoru

Jeszcze na zakończenie parę osobistych momentów byłego członka PS na Stożcu...
Jak już to bywało zwyczajem, służba nie obyła się bez kłopotów... Stracony klucz od przerzutki, który szukała niemal cała kompania w zawiei.., śpiący wartownik na stójce przed kompanią, któremu przejechał pociąg. Stary (tym razem oznaczenie dowódcy kompanii) sprawdzał,dlaczego pociąg nie nadjeżdża, aczkolwiek jest zgłoszony, pytał się stójki i ta się zaprzysięgała, że nic nie przejechało. Stary położył telefon i kręcił głową, kiedy odezwał się huk lokomotywy stojącej pod kompanią. Załoga nie chciała po godzinie już dłużej czekać...W roku 1984, współwojownik zgłosił kontrolę pociągu, odemknął przerzutkę (jednak błędnie), pociąg na nią najechał i był w lesie.. W następstwie musiał przyjechać specjalistyczny dźwig do ponownego wyprostowania lokomotywy. Dowódca straszył współwojownika, że ten dźwig wraz z manipulacją wykolejonego pociągu będzie musiał zapłacić. On już był zrozumiany, że raczej ?podpisze wojnę? (wstąpi do wojska zawodowego jako podoficer), niż by musiał płacić do końca życia. Później to ponoć uregulował jeleń z naszego rewiru dla naczelnego kolei (u tego jednak nie byłem)...

Doszło też do tragicznej sytuacji, która wydarzyła się też w roku 1984 i u tego byłem i do końca życia to mam przed swoimi oczami.

Moi "supři" (supracy) (moja notatka - kolejny slangowy wyraz dla żołnierza, który służył już ostatni półrok, suprák - już wszystko zna, na wszystko kicha i czeka z niecierpliwością na odejście do cywilu) poszli na jedną z ostatnich patroli, dowódca patrolu, wiodący psa i pies Garry. Dowódca patrolu dał sygnał do odjazdu, ale Garry był jeszcze pod pociągiem. Przejechało mu to łapkę.

Biedaczysko pies leżał na torach i jego narzekanie niosło się aż do wybiegu pozostałych psów. Psy musiały zostać uwiązane daleko w lesie, żeby się uspokoiły. Sytuacja wyjątkowa. Stary chciał cierpiącego psa od razu zastrzelić, ale było mu rzeczone, że to jest pies służbowy i musi się poczekać na przyjazd papałów od batalionu z Volar. Potem jakaś ?guma? (moja notatka ? wulgarne słowo oznaczające oficera zawodowego, który bez asertywnego zachowania się, używania własnego rozumu i logiki twardo żądał wypełnienia dyscypliny i porządku wojskowego; kiedyś często słowo wymawiane na niepopularnych oficerów) zadecydowała, że uśpić psa, ale na brygadzie w Suszycach. Jechałem jako "zobák" s psem i oficerem kompanii. Pies otrzymał jakieś leki odurzające i był opatrzony. Po przyjeździe odniosłem go na stół weterynarii brygady, gdzie kolejna "guma" go zbadała i powiedziała uśpić. Podczas obcinania łapki dla podania zastrzyku pies się ocknął i do śmierci nie zapomnę te jego smutne oczy, on to odczuwał, że to koniec dla niego. Po zastrzyku mu głowa klęsła i ja go miałem odnieść. Po mym zapytaniu gdzie, "guma" pokazała brodą na zewnątrz i powiedział kontejner. Tam go położyłem (nie rzuciłem) i ostatni raz pogłaskałem. W drodze powrotnej milczałem i rozmyślałem nad głupotą naszych nadrzędnych. Nasz dowódca to chciał od razu rozwiązać, ale przepisy są przepisami.

Cdn.... w jakimś kolejnym temacie o zadrutowanej Szumawie


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - PJack - 17-01-2018 06:48 AM

Ale lektura! uff .. dzięki Stasiu


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Oliwka - 18-01-2018 07:14 AM

a ja z przyjemnością poczytam wieczorkami jak będę na nartkach czyli za 8 dni. Stasiu fajnie opisuje smaczki historyczne.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 06-02-2018 07:55 PM

Poledník (Południk, Południowa Góra, Mittagsberg) 1315 m - najwyższy wierzchołek obszaru praszylskiej Szumawy. Swóje imię otrzymał od praszylskich drwali, ponieważ kiedy słońce znalazło się nad ciemieniem góry, była akurat dwunasta, pora obiadowa. Chociaż mieścił się w okolicy gęsto zaludnionych osad (Praszily, Sluneczna , Zielona Góra), nie przetrwała do dzisiejszych dni żadna wzmianka o wybudowaniu wieży widokowej lub platformy. Zaleśniony wierzchołek widokom nie sprzyjał.
[attachment=80151]
W czasie, kiedy las był w okolicy wykarczowany i mogły się odkryć widoki, odbyły się dwie wojny światowe i powojenne uporządkowanie, zwłaszcza Europy Wschodniej, zamknęło ten obszar na niemal 50 lat. Znaczenie Polednika miało dopiero nadejść.
Wygodna pozycja wierzchołka, wysokość nad poziomem morza i bliskość granicy (mniej więcej 1 km)
[attachment=80152] - panorama na Bawarię z wieży
uczyniła z niego najbardziej odpowiedniego kandydata na umieszczenie stacji wojskowej , której zadaniem było elektroniczne pilnowanie granicy. Budowę objektu zakończono we wrześniu 1968 roku. Objekt stał się częścią elektronicznego nasłuchu na odcinku granicznym Czechosłowacji i Republiki Federalnej Niemiec. Podobne objekty były wybudowane (Dyleń, Hawran, Zwon i Czerchów) już poza Szumawą, nie w mniej ciekawym pogórzu - Czeski Las, który rozciąga się na północny-zachód od Szumawy. Dzięki tym obiektom i ich technicznemu wyposażeniu miały państwa Układu Warszawskiego informacje o komunikacji wojsk NATO. Techniczne wyposażenie umożliwiało odsłuchiwać komunikację radiową na lądzie i morzu i nawet można było odsłuchiwać policyjne i obywatelskie radiostacje z Monachium (170 km).
Wszystkie te objekty wojskowe podlegały ścisłemu utajeniu i były pieczołowicie strzeżone. Taki Polednik miał ochronę lotniczą. Na niedalekiej bazie lotniczej Zhůří (12 km w linii prostej) była w niestannym pogotowiu eskadra śmigłowców. Dlatego też, kiedy się przejeżdżało przez Zhůří (to jeszcze nie było pasmo graniczne, to było dopiero na Kvildzie i druty były jeszcze dalej), nie wolno się było zatrzymać i płynnie kontynuować jazdę do Górskiej Kvildy lub na odwrót do Rejsztejna. Polednik był idealnie pilnowany i utajony. Utajenie było przeprowadzone tak dalece, że góra nie była na większościach map zaznaczona i drogi były celowo zniekształcone, nawet zupełnie brakowały. Nieprzystępne były nawet miejsca skąd Polednik by był widoczny. Ostatnią taką pasywną ochroną było (kiedyś już gdzieś pisałem) wytworzenie poligonu wojskowego Dobra Woda.
Warunki do odbioru sygnału radiowego na Poledniku były wyśmienite. O to gorsze były warunki zaopatrzeniowe, zwłaszcza zimą. To już był nie lada problem. Zimą pokrywa śnieżna przekraczała 2 metry. Obsługa często nawet parę tygodni musiała się obejść bez zaopatrzenia i zmiany (jednostka stacjonowała w wiosce Kaszperskie Góry.
Jednak cała ta mistyfikacja była komiczna. Ówcześni nieprzyjaciele nawzajem o siebie dobrze wiedzieli. Co się działo na Poledniku dobrze wiedział nieprzyjaciel.
[attachment=80153][attachment=80154][attachment=80155]
Na trzecim zdjęciu dobrze widać, jaki wtenczas otaczał Polednik gęsty las.
[attachment=80156][attachment=80157][attachment=80158]
Z moich fotografii widzimy co z tego lasu pozostało.
Na szczęście te tragikomiczne czasy się skończyły. Z nieprzyjaciół stali się przyjaciele i wojsko nie miało już potrzeby nasłuchiwać drugą stronę. Izolacja skończyła się po roku 1989. Wojsko opuściło te tereny. W 1997 objekt ten kupił Zarząd PN Szumawa, który przeprowadził obszerną rekonstrukcję. Budynki pomocnicze były wyburzone i samotna wieża dostosowana do użytku publicznego. W laminatowych nadbudówkach, tworzących typowy wygląd Poledniku, gdzie była uprzednio ulokowana technika radiowa, były wycięte otwory dla okien a na wierzchołku (37 m i 227 schodów) umieszczona platforma widokowa.
[attachment=80159][attachment=80160]
Ciekaw byłem też zaplecza. Chyba w sezonie dużo się tutaj dzieje. Można rozpalić ognisko i znajduje się tutaj jedno z legálních miejsc do przenocowania, które są umieszczenie w parku narodowym w odległości około jednego dnia marszu.
[attachment=80161][attachment=80162]
Pod wieżą jest umieszczony bufet z zaopatrzeniem dla zaspokojenia podstawowych chęci. Rozmarzyłem się i chyba kiedyś wypróbuję spanie w takim górskim hotelu.
[attachment=80163]
Na zakończenie pozdrawiam od jednego typowego widoku z wieży, w tyle Wielki i Mały Roklan (Rachel) już w Bawarii.

Dziękuję za uwagę.


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 12-02-2020 07:53 PM

Chciałbym w ten leniwy zimowy czas nawiązać do tematu:

Tragedia na drutach - Johan Dick (* 23.3.1927, ? 18.9.1986)
Chciałbym nawiązać do poprzedniego opisu - Zadrutowana Szumawa - i przetłumaczyć jeden wątek opisujący cały przebieg tragedii uśmiercenia (śmiertelnego postrzelenia) jednego człowieka. Opis tej tragedii znalazłem na stronach internetowych, które opracował Instytut Badań Reżimów Totalitarnych (IBRT). Nie wiem, jak dalece będzie mój opis interesujący dla innych czytelników, jednak mnie zawsze interesowały wydarzenia historyczne, które były związane z codziennym życiem w górach i chęć podzielenia się z innymi.

Jednym z najwięcej widocznych i zarazem jednym z najwięcej znienawidzonych symboli reżimu totalitarnego Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej (CSRS) było ustalenie w latach 1948 - 1989 zespołu środków zamykający przed własnymi obywatelami południowo-zachodni odcinek granicy państwa z Niemiecką Republiką Federalną (NRF) i Austrią, znany pod nazwą "żelazna kurtyna". Działanie systemu aktywnego pilnowania przez PS (Straż graniczna) i w tym celu rozbudowania kompanii granicznych (pohraničních rot) i systemu pasywnej obrony, gdzie między innymi było wybudowanie SIS (ściany/płotu sygnalizacyjnej) opisałem w poprzedniej relacji - Zadrutowana Szumawa. Jakie to miało konsekwencje? Obywatele obozu socjalistycznego, w tym i PRL, którzy nie mieli szans legalnie przedostać się do krajów kapitalistycznych, próbowali się przedostać poprzez nielegalnie przekroczenie granicy chronionej systemem aktywnego i pasywnego pilnowania granicy i to z narażeniem własnego życia (pogranicznicy mieli rozkaz nawet do strzelania). Trzeba tutaj odnotować, że niektóre konfrontacje zakończyły się fatalnie w skutkach. Dla ciekawości dodam, że polscy obywatele tworzyli drugą największą grupę co do ilości prób nielegalnego przejścia granicy, pierwszą grupą byli obywatele byłej NRD i dopiero trzecią grupą byli obywatele CSRS.

IBRT z wyżej wymienionego powodu opracował Dokumentację uśmierconych na czechosłowackiej granicy państwowej 1948 ? 1989, w poszczególnych portretach ofiar. Niżej opisany przebieg smutnego wydarzenia wybrałem z powodu tego, że ofiarą był pomyłkowo zastrzelony obywatel NRF, który nieszczęśliwie ocknął się akurat w złym czasie i w złym miejscu i też z powodu tego, że uciekinierami byli polscy obywatele.

Johan Dick (* 23.3.1927, ? 18.9.1986) - tłumaczenie opisu Marka Pulca, który zsumaryzował wydarzenie do czytelnej formy portretu J. Dicka z Dokumentacji uśmierconych na czechosłowackiej granicy państwowej 1948 - 1989, opracowanej przez IBRT.

(Moje własne spostrzeżenia są zaznaczone kursywą)

Dwaj polscy obywatele Marek Majko (*1967) i Andrzej Gwizdoń (* 1967) dnia 16 września 1986 około godziny 6:00 przekroczyli nielegalnie czechosłowacko-polską granicę niedaleko wioski Świeradów-Zdrój. Ich celem był nielegalnie przejść granicę CSRS z NRF. Miejsce do przejścia obrali w pobliżu Plané u Mariánských Lázní. Z pierwszą, sporo łatwiejszą częścią drogi poradzili sobie łatwo. ?Wschodnia? granica CSRS była strzeżona oddziałami OSH (Ostraha státních hranic, oddział Nadzoru Granicy Państwa) i w porównaniu z PS, którzy strzegli ?zachodnią? część granicy był to nadzór raczej formalny. Bez problemów dotarli do Lázní Libverda.

(...)Nie jest bliżej opisana trasa przejścia granicy obu obywateli między Świeradowem-Zdrojem i Lázněmi Libverda. Rzecz jasna idzie o Góry Izerskie. Przypuszczam (może ktoś mnie poprawi), że już w tym czasie(aczkolwiek to był wtorek) była czynna kolejka na Stóg Izerski i oznakowanie tras turystycznych było takie same. Wtedy najlepiej by było przejść granicę ze Stogu na Smrk. Nie wiem jak dokładnie pilnowali granicy. Coś zapamiętałem z naszego regionu na Czantorii. Faktycznie czescy OSH nie/przeprowadzali kontrolę formalnie. To raczej chłopcy zasadniczej służby wojskowej WOP byli o wiele więcej aktywni. Tak, czy inaczej, nasi uciekinierzy przedostali się do CSRS bez problemów. Ciekawe, że nikt nie był zainteresowany dwoma polskimi "turystami" schodzącymi do Lázní Libverda.(...)

Cdn...Smile


RE: Trochę historii nikogo nie zabije - Stasiu - 15-02-2020 05:34 PM

Cd... Tragedia na drutach - Johan Dick

Porannym autobusem kontynuowali podróż do Liberca. Stąd pociągiem przez Pragę i Pilzno do Plané w powiecie Tachov (patrz mapka JD1 i JD2). W Plané wysiedli z pociągu dnia 17. 9. 1986 o godz. 20:30. Dalej już szli na piechotę po opuszczonych drogách w wolnym terenem, żeby wyminęli członków/patrole sił zbrojnych i ich informatorów. Według kompasu kierowali się na zachód, gdzie spodziewali się granicy z NRF. Przespali pod gołym niebem w pobliżu wioski Kyjov i 18. 9. 1986 o 6:00 kontynuowali dalszą podróż (patrz mapka JD3).

(...) Z Plané do granicy państwa to jest na wprost około 15 km, z Kyjova o 1/3 mniej. Pierwszą połowę tworzą pola i łąki, druga połowa to już las i kopczyki w pogórzu Czeski Las (Český les).
Czeski Las to kolejne pogórze na granicy z Niemcami (Bawaria) przylegający do Szumawy od strony północno-zachodniej. Swym razowitym środowiskiem jest podobny do Szumawy, jednak kopczyki są przecięnie o 300-500 m niższe. Największa góra Čerchov ma 1042 m wysokości.
Dziwi mnie, że aczkolwiek nasi uciekinierzy poruszali się w tym czasie już po ciemku (zachód słońca o tej porze jest 19:15), nie byli nikim zauważeni. Na dworcu kolejowym musieli się przecież poruszać informatorzy, zwłaszcza, kiedy nadjechał pociąg. Chyba ta siatka była jednak trochę dziurawa.
(...)

[attachment=86631] - możliwa trasa przejazdu
[attachment=86632] - chyba tak przekraczali granicę PL/CZ
[attachment=86633] - ostatni nocleg przed ucieczką

Cdn dopiero w czerwcu. To już będzie właściwy opis dramatu na drutach. W maju będę próbował przeprowadzić rekognoskację terenu, żeby relację wzbogacić o swoje fotografie i własne spostrzeżenia.