Sobota, 9. 11. 2019
Na początku mał sprostowanie. Odwołuję co napisałem o plackach w piątkowej relacji. Faktycznie były robione w sobotę. Wystarczyło tylko popatrzeć na zdjęcia z następnego dnia i wszytko by było jasne. Placki będą dopiero dzisiaj, ale na koniec. Teraz nas czeka kolejny dzień wędrowania. Będzie to wyprawa na świętą górę wszystkich, którzy lubią wędrować po Beskidach Morawsko-Śląskich. Nawet przypominam, że Łysa Góra (1323 m) nie jest tylko najwyższą Morawsko-Śląskich B., ale (ważne dla historyków) i była najwyższą w dawnym Księstwie Cieszyńskim. Jeszcze nim zacznę, to pozwolę sobie w niektórych miejscach, dla porównania, przytoczyć zdjęcia z wyjścia na Łysą w roku 2012. Można na niektórych popatrzeć jak wydojrzali lub przypomnieć sobie tych, co już nie chcą z nami dreptać.
[
attachment=86337][
attachment=86338]
Na miejsce wyjścia pod Łysą trzeba nam było zajechać samochodami i do tego było potrzeba kierowców. Nasi filipkowiczę, to odpowiedzialne osoby i nie było problemu o tego typu osoby. Miejscem odepchnięcia się w stronę przystani Łysa nie zmieniło się. Paperzow. Tutaj Tomtur zawsze startuje na skiturach i zna każde drzewo. Zaraz po starcie grupa dzieli się na tych co lubią tradycję i dla tych co lubią poznawać nowe trasy. Możemy je nazwać od dziś trasą Tomtura i trasą TomaszaRT. Klasyka dwu niewierzących Tomaszów, którzy nie dają wiary trasie tego drugiego. Nawet sobie myślę, że każdemu w komórce mapowa aplikacja wychwalała jego trasę. Ja zostaję w grupie Tomtura i dlatego opiszę przebieg wyjścia z tej strony. Jak już pisałem, dla nas nic nowego.
[
attachment=86339][
attachment=86340]
Ścieżyna dobrze wydreptana, co oznacza, że nie tylko Tomtur tędy chodzi. Jest nieustannie pod górkę, ale żaden dramat. Tak akuratnie dla nabrania planowanego podwyższenia - w sumie 723 m na szczyt z Paperzowa. Dzisiaj jednak jest daleko do wczorajszej pogody. Na razie górny pułap chmur jest w okolicach 1000 aż 1100m i można oglądać pobliskie widoki.
[
attachment=86341]
Kolejnym znakiem rozpoznawczym, że dobrze idziemy, jest budka myśliwska. Ta tam była i przed 7 laty. Jest zadokumentowana na filmiku (Filipka 2012), ale potwierdzam, że załączone zdjęcie jest z tego miejsca.
[
attachment=86342][
attachment=86343]
Wspominam to miejsce z tego powodu, że jesteśmy w połowie podchodzenia na Łysą. Nad nami we mgle czeka już odnoga Łysej - Zimny (1080 m). Nie widzimy, ale słyszymy jakiś dziwny ruch na drodze asfaltowej (już na czerwonym szlaku) wiodącej na szczyt. To pełno biegaczy kima pod górę.
[
attachment=86344]
Chyba jakieś zawody w biegu pod górę. W domu popatrzyłem na strony internetowe:
https://lysacup.cz/clanek/ukaz/15 Tylko w skrócie - zawody Lysacup w terminie od 3.11.2019 do 22.2.2020. Startuje się każdy weekend z innego miejsca. My tam byliśmy, kiedy odbywały się drugie zawody. Biegło się od Zlatnika na wierzchołek. Odległość 8 km, przewyższenie 694 m. Zwycięzca przebiegł dystans za 40:12. To dla porównania z własnymi wynikami naszych biegaczy. Obok takiej kulisy dreptaliśmy aż na wierzchołek. Myślałem, jak będzie w schroniskach na górze, kiedy się zlecą wszyscy zawodnicy. Na szczęście spora część na górze nie zatrzymywała się i od razu drałowała w dół.
[
attachment=86345][
attachment=86346]
Dla porównania widzimy jaką mieliśmy pogodę teraz i jaką w roku 2012. Wchodzimy do schroniska i zauważamy, że grupa TomaszaRT już wygodnie dojada swój obiad. To znaczy byli od nas o wiele szybsi.
[
attachment=86347]
My nie czekamy i do razu też wykupujemy posiłki. Oferta zaczyna się drolić. Dochodzimy, kiedy najsmaczniejsze dania się kończą. Jednak w myśl "głód jest najlepszym kucharzem", każdy zasycił swój żołądek jakimś żarciem. Od tej chwili już tworzymy jedną całość. Przed zejściem nas czeka obowiązkowe pstrykanie ekipy na wierzchołku.
[
attachment=86348][
attachment=86349]
Znów możemy porównać obie ekipy. Na wierzchołkowym słupie jest umieszczone blaszane kółko - punkt głaskania. Też głaskaliśmy, żeby następnym razem Łysa była dla nas więcej przystępna.
[
attachment=86350]
Kto odgadnie czyja ręka akurat głaskała po pępku panią Łysą, kiedy pstryknąłem zdjęcie? Monotonia zejścia z Łysej. Schodzimy innym chodnikiem - do Krasnej.
[
attachment=86351]
Tam pozostawiliśmy jedno autko dla kierowców. Co dalej opisywać. Dla mnie wycieczka udana. Pewny niedosyt chyba czują Ci, którzy byli tutaj pierwszy raz i nie zaznali ładnych widoków. Łysa ma faktycznie co oferować pod tym względem.
[
attachment=86352]
Zejście do cywilizacji i nazad. Mijamy browarek w Wojkowicach. Nie mamy czasu. Czeka nas posiedzenie w zajezdni U Edka i to jest spory kawał drogi.
[
attachment=86353]
U Edka nasza ekipa się ponownie rozrasta. Dochodzą też Ci, co nie byli z nami, ale chcą być uczestnikami kultury kolibiskowej. Jest to już tradycja i ten, który się nie uczestniczą w tej gościnie, jest automatycznie wykluczany z braterstwa fanów kolibiskowych. Polubiłem wchodzenie przy czołówkach na Filipkę. Ma to swój urok i zaczyna to być legendą w chodzeniu po górach bibowiczów GŚ. Na chacie czeka nas kolejne wyzwanie. Tym razem już faktycznie będziemy piekli placki. Jak już pisałem, dzięki pamięci Tomtura możemy przećwiczyć się w obieraniu i trzeniu ziemniaków własnoręcznie.
[
attachment=86354]
Wszystkim obieranie i trzenie szło sprawnie. Skaleczeń nie odnotowano. Apteczka została nietknięta.
[
attachment=86355]
W drugiej kolejności trzeba było tą masę ziemniaczaną przetworzyć w stan jadalny. Czy to dało się spożywać? Na to muszą odpowiedzieć inni. Ja tym razem przeszedłem na inną modyfikację.
[
attachment=86356]
Ze skwarków przeszedłem na słodki wariant - ciepłe placki z masłem i posypane cukrem. Co było dalej, to już znów legenda. Wieczorne pogaduszki, muzyka, śpiew i nocna Filipka (znów beze mnie). Dobranoc.
Cdn...