Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Dreptanie GŚ po Niskich Tatrach - maj 2016
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Motto (dedykacja własna dla Beskidniczki): "Beskidniczko, na forum GŚ mamy sporo forumowiczów, którzy trzymają różne rekordy podczas odwiedznia kopczków. Tobie udało się wytworzyć jeden kuriozalny. Byłaś na tej wyprawie ogłoszona Królową Powrotów. To, co przeszłaś, przedreptałaś zawsze tam i z powrotem. Rekord nie do pozazdroszczenia."
Długo przymierzałem się do przejścia całej głównej grani Niskich Tatr, która tworzy więcej jak 80 km. Byłem wyzwany, żeby w maju roku 2016 wraz z innymi podjąć się próby. Takiego zaproszenia się nie odmawia i dlatego stawiłem się do gotowości w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu.
Dane techniczne:
DOBA : 25. 5. - 29. 5. 2016
PRZESTRZEŃ: Niskie Tatry (NT), Weporskie Wierchy
OBIEKT (do spania): Utulnia Andrejcowa, utulnia Ramża, schronisko SNP Sztefanika, utulnia Burda.
ODLEGŁOŚĆ: 16 km, 19 km, 7+9 km, 8+8 km, 9 km.
CZAS (według mapy): 6:35 godz., 7:15 godz., 2:30+4:15 godz., 2:00+3:20 godz., 3:10 godz.
OSOBY:
- forumowe: Beskidniczka, Hemli, Pedro, pyza93, Stasiu, Szewczyczek, Watażka
- nieforumowicze: przewojtkowane - Wojtek 1, Wojtek 2, Bartek
- otarli się o nas: ---
PODARUNKI: tym razem duchowe.

Dzień pierwszy, środa - faktycznie to trzeba przejść?

Przejście NT planujemy w kierunku ze wschodu na zachód. Z tego powodu punktem wypadowym jest wybrana wiocha o nazwie Telgart u podnóża Kralowej Holi. Dostać się do tej wioski nie jest łatwo, ponieważ środki komunikacji pasażerskiej jeżdżą tutaj sporadycznie. Z tego powodu Pedro mnie zwija swoim samochodem w Popradzie, gdzie to jest do Telgartu 30 km. Trzeba jeszcze dodać, że na razie jest nas tylko 7. Pozostali tj. Watażka z Wojtkiem tworzą grupę pościgową i wyruszą w pościg dopiero następny dzień i jednoosobowa grupa wspierająca w postaci Beskidniczki wyrusza nam na przeciw też następny dzień. Do Telgartu zajeżdżamy przed 8 godziną, akurat jak dzieci idą do szkoły. Rodzice i dzieci tworzą odmienną grupę niż na co jesteśmy przyzwyczajeni. Jak by to powiedzieć, są od nas trochę ciemniejsi. Dla spokoju zapytuję właściciela restauracji, przy której zostawiamy samochody, czy nasze autka będą bezpieczne w przeciągu 5 dni. Jesteśmy ujiszczeni, że tak. Przecież w szkole jest 220 dzieci z tego 9 bladych. Koniecznie mam czas popatrzeć na okolicę.
[attachment=73971]
W górze widzimy skały Kralowej Skały (1690 m), przedwierzchołka Kralowej Holi (1946 m), naszego dzisiejszego głównego wierzchołka. Widok mnie powalał i instynktywnie zaczynam szukać charakterystycznego budynku, która by mnie ucieszył, że na wierzchołek wywiezie mnie najlepszy przyjaciel turysty. No, jednak nie znalazłem. Do tego regionu jeszcze ten cud techniki nie dotarł. Muszę przyjąć do świadomości, że mnie i mój wór muszą tych 1100 m przewyższenia wynieść moje własne nogi. I one też za chwilę to poznają. Ścieżka się zaraz na początku z nami nie patyczkuje i podnosi się stromo, żeby nam zaraz od początku oznajmić kto tutaj jest panem.
[attachment=73972][attachment=73973]
Niektórzy zapomnieli kijki w domu i musieli być wdzięczni, że wokoło było pełno kijków od przyrody. Nic nam nie było odpuszczone. Na dodatek przechodzimy stokiem, na którym kiedyś rósł las. Teraz została tylko mycina. Na dodatek na takiej mycinie jest pełno chodników niedźwiedzich, jelenich i podobnych. Oznakowania ludzkiego jest sporadycznie.
[attachment=73974]
U podnóża Kralowej Skały trafiamy na jeden taki labirynt. No i po zasłudze jesteśmy ukarani. Ścieżka, która miała nas miała wyciągnąć na szczyt, kończyła się gęstwiną z powalonymi drzewami. Przyznaję bez bicia, że to ja w tym miejscu prowadziłem.
[attachment=73975]
Dopiero teraz oceniam, że taszczę ze sobą 1/3 plecaka wydobytków techniki komunikacyjnej. Tablecik mi pokazuje, że szlak jest niedaleko. Co nam trzeba zrobić, żeby do niego dojść? Wystarczy poddać się kosówce, która tak lubi połaskotać swoimi igłami podróżnego. Człowiek czuje się jak na tailandzkim masażu.
[attachment=73976]
Hemli i Wojtek się już uśmiechają. Łaskotanie kosówki mają już zasobą. Pozostałych jeszcze słyszeć jak tam coś mamroczą w gęstwinie. W tej części drałowania na Kralową już się odkrywają jakieś widoki i tym podejście staje się ciekawsze.
[attachment=73977]
Cieszy mnie, że dolina jest już głęboko pod nami. Niespełna 3 godziny i pokazują się nam skałki Kralowej. Jednak nas raczej interesuje widok, który dotychczas był zasłonięty. Jak się zareprezentuje nasza Kralowa (goła)? No, jest!
[attachment=73978]
Trochę się wstydzi i na razie nam pokazuje tylko kawałek. Wierzymy jednak, że się ośmieli i pokaże coś więcej ze swojej (gołej) krasy. Zarządzamy postój. Zasłużyliśmy na niego.
[attachment=73979]
Do teraz zbytnio z NT tego nie widzieliśmy. Karmimy nie tylko ciało, ale i duszę. Obstrykujemy to miejsce.
[attachment=73980]
Można zobaczyć Telgart, który jest częściowo zasłonięty odnogą Kralowej Skały. Jeszcze przed 3 godzinami patrzyłem w odwrotnym kierunku i marzyłem o kolejce. Dobrze się siedzi, ale czas na ponowne podejście. To nam ufundowała sama Kralowa Hola.
[attachment=73981]
Tych 300 m trzeba się jakoś wygramolić. Nie tworzymy żadnego peletonu. Każdy idzie sam za siebie.
[attachment=73982]
Jakie fajne podejście to było, pokazuje nam wyśmiana buzia Szewczyka. Ja wbijam oczy do wieży przekaźnika na wierzchołku, tam jest koniec dzisiejszego martyrium. Późniejsza graniówka to już bułka z masłem. Pozwolne wypłaszczanie podejścia wieszczy końcówkę. Oprócz wieży odkrywa się też budynek techniczny. Jego wizerunek niech każdy sam oceni.
[attachment=73983]
Jak ocenia Hemli piękno osadzonego budynku na wierzchołku, tego mi nie zdradziła. Do geograficznego punktu Kralowej holi dochodzimy pojedynczo. Trzeba się nam śpieszyć jak z świętowaniem odwiedzin, tak z odpoczynkiem. Niebo powoli zapełnia się złowieszczymi chmurami i te będą po resztę dnia dyktować nasze późniejsze tempo.
[attachment=73984]
Wierzchołkowe zdjęcie. Nareszcie pokazuje się nam ekipa razem i w pełnej krasie. Buzie uśmiechnięte. Nie ma się czemu dziwić. Największe podejście całej wyprawy jest za nami. Od teraz będzie tylko lepiej. Kolejny odpoczynek robimy w pomieszczeniu budynku, które jest znane szerokiej turystycznej publiczności jako deska ostatniego ratunku. Tylko ściany pomieszczenia wiedzą ile osób składało dziękczynienie za to, że są. Jednak czytałem, że w zimowych zawieruchach dochodziło tutaj do tragedii, kiedy nawet z paru metrów nie było widać budynku.
[attachment=73985]
My kosztujemy atmosferę tego miejsca. O ile nasza grupa w osamostatnieniu wychodziła na wierzchołek, o tyle robi się tutaj ścisk. Nawet paru kolarzy zakosztowało podjazdu na ten kopczyk. Nas najwięcej zainteresowała grupa trzech słowackich turystów, którzy wygramolili się na wierzchołek tuż przed nami i teraz z nami odpoczywali. Kiedy stwierdzili, że oni mają dzisiejszą metę w tym samym miejscu co my, zaczęli rychło zbierać się ku wyjściu. Kiedy w książce odwiedzin czytamy, że do Andrejcowej podążają już trzej turyści, nie dziwi nas, że panowie nerwowo wystartowali. Powoli się nam na trasie tworzą zawody w ściganiu na odległość. Kto prędzej dojdzie do utulni na Andrejcowej, ten wybiera dogodniejsze legowisko. Kolej na nas. Jest kwadrans po trzynastej i czeka nas jeszcze czasowo tyle samo co gramolenie się na Kralową.
[attachment=73986]
Ją samą pozostawiamy swojemu losowi. My się oddajemy pięknu dreptania łagodnym grzbietem. Po koleji mamy odwiedzić takie dominacje jak Średnia Hola, Orłowa i Bartkowa. Kopczyki, które nie mogą brakować, kiedy się przemierza masyw Kralowej. Każdy zapamiętałem w inny sposób.
[attachment=73987][attachment=73988]
Średnia Hola (1376 m) płynnie nawiązuje na Kralową. I ma swój kocioł. Wielka Brunowa. Coś mi to przypomina Karkonosze. W odwrotnym kierunku Kralowa jest jeszcze na wyciągnięcie ręki i jakoś nie chce pozastawiać w tyle.
[attachment=73989]
Orłową (1840 m) zapamiętałem z tego powodu, że tutaj nas po raz pierwszy dogonił deszcz a my na odwrót tutaj dogoniliśmy naszych trzech starszych turystów, którzy bardzo starali się nas nie puścić. Jednak nie wiedzieli, że trafili na twardzieli i nie daliśmy im szans na jakieś ściganie. Przeszliśmy koło nich jak burza, która panoszyła się na sąsiednich górach - Murańskiej planinie.
[attachment=73990][attachment=73991]
Bartkowa (1790 m) ostatni wierzchołek głównej grani Kralowej. Z niego schodzi się 300 m w dół do Żdiarskiego siodła. Też trójstyk trzech regionów słowackich - Pohronie, Śpisz i Liptow. Zejście do siodła oznacza, że mamy przed sobą kopczyk Andrejcowa (1519 m). O tej samej nazwie jest gdzieś tam ukryta utulnia.
[attachment=73992]
Przyznam, że Andrejcowa zrobiła mi psikusa. Nie jest już tak widokowa i dlatego od razu nie zauważyłem, że to rozłożysty kopczyk o dwu wierzchołkach. Na focie widzimy ten pierwszy i do tego drugiego trzeba jeszcze pół godziny drałować. Później się okaże, że dopiero za nim będzie na nas czekać utulnia. Mogę jeszcze dodać, że w lewo za drzewami był szałas i w mapie jest zaznaczone pole biwakowe. Jak to wyglądało, to wie Szeczyczek, on penetrował jego okolice.
[attachment=73993]
Tutaj widzimy jak daleko jest widoczny drugi wierzchołek Andrejcowej. W dali się nam w oparze pojawia W. Wapienica. Tą sobie już pozostawiamy na następny dzień jako kopczyk rozgrzewający. Wyczuwamy, że cel pierwszego dnia wędrówki jest już blisko. Pielgrzymi rozrywają zwarty do tej pory peleton i każdy idzie za siebie. Już nie ma potrzeby czekać na spóźnialskich.
[attachment=73994]
Nie odpuszczę sobie jeszcze widok w odwrotnym kierunku. Orłowa i Bartkowa uśmiechają się na nas na pożegnanie. Nareszcie główny wierzchołek Andrejcowej. Jednak on nie jest tutaj bohaterem. My raczej wyglądamy naszej zajezdni noclegowej.
[attachment=73995][attachment=73996]
Jest polanka, na niej w prawo i pokazuje się nam niecierpliwie oczekiwana utulnia. Jest krótko po 16:00 i w nogach 7,5 godziny dreptania z odpoczynkami. Sporo słyszałem i czytałem o utulni Andrejcowa. Teraz będę miał możliwość na własnej skórze poznać jej gościnność. Przed nami rozgościli się już trzej nocleżnicy. My zabieramy pozostałe miejsca na parterze.
[attachment=73997]
Pedro wybiera piętro, tam też będą wysyłani kolejni petenci do noclegu. Pogoda nam nie pozwala na posiedzenie przy ognisku i dlatego czekamy w wygrzanej jadalnio-sypialni. Chałupa jest obnowiona i utrzymywana w obstojnym stanie. Jest drewno i gary na gotowanie. Wydatne źródło 15 m od chałupy. 50 m jest latryna. Niczego nam już nie trzeba. Deszcz popuszcza i my wnet okupujemy ognisko.
[attachment=73998]
Na kolację podają pieczoną kiełbasę z patyka. Tym kulinarnym posiedzeniem kończę dzisiejszy dzień. Byo tego jeszcze więcej, ale tego się nie relacjonizuje.
[attachment=73999]
Pyza i Wojtek smutnie pozują, kiedy słońce zachodzi za Wielką Wapienicę. Dobranoc.

Cdn. w odcinku Andrejcowa - Ramża
achBig Grin
ech Wink
och Big Grin

tomtur napisał(a):
achBig Grin

tratina napisał(a):
ech Wink

yoter napisał(a):
och Big Grin

Śpicie razem ? uhm Big Grin

Pawełku, a skąd takie skojarzenia? Smile
Fajnie sobie powspominac. Dzieki Stasiu Smile

tomtur napisał(a):
achBig Grin

tratina napisał(a):
ech Wink

yoter napisał(a):
och Big Grin


MMmmmmm... Smile

No, fakt, pogubiony szlak był najciekawszym odcinkiem tego dnia, choć nazwać "wiatrołomami" bym tego nie nazwałToungue

Wizerunek budynku na Kralowej Holi oceniłem jako szpetny. I to nie po czeskuToungue

Natomiast jak wygląda biwakownia przed Andrejcową? Hm... Pierwsze wrażenie jest takie, że to na pewno nie Andrejcowa. Jest to niska wiata, wyglądająca jak świeżo zawalona chałupka. Pod pełnym prześwitów dachem z desek jest poziome, drewniane legowisko z pół metra nad ziemią, można by tam rozłożyć pewnie kilkanaście śpiworów. Obok zaśmiecone miejsce ogniskowe, krzaki i tyle. Mało urodziwie, ale jednak to jakiś dachSmile
Hemli czytała w książce, że 28.12. tam spało 35 osób.
Już mi trzeba napisać drugi dzień. Jestem na razie na Priehybie. Ten futbol mi sporo wolnego czasu zabiera.
35 osób spało w Andrejcowej czy w tym szałasie?
Aha, Shy Ty się wypowiadałeś o tej budzie przed. innocent Niekiedy mam długi lajtung.
Dzień drugi, czwartek - kopczyki gdzie tylko popatrzysz

Nasza ekipa jeszcze słodko śpi, kiedy trójka młodych turystów rozpoczyna kolejny dzień na ściganie. Jak oni, tak i trzej starsi turyści mają w planie nocować tam, gdzie my. Nasza grupa ma w planie rozrosnąć się o Beskidniczkę i tym minimalnie na Ramży nas będzie 14. Buda jest ponoć mniejsza niż na Andrejcowej. Nadal śpimy, kiedy wystartowali i trzej starsi turyści. Nam się nie chce wychodzić, jest tutaj fajnie, zwłaszcza, że mamy słoneczną pogodę.
[attachment=74069]
Trochę zabawiam się fotoaparatem i uwieczniam się przed schronem. Na horyzoncie nieśmiało, jeszcze w chmurach, prezentują się Wysokie. Musi tu być fantastyczny widok, kiedy pogoda jest idealna. Jeszcze jedno poranne zdjęcie zasługuje na uwiecznienie.
[attachment=74070]
W dole przed schronem widać łazienkę w postaci wydatnego źródła. W lewo w tle Helpiański Wierch i za nim Wielką Wapienicę. Tam będziemy się rozgrzewać na dzisiejszy dzień. Czas też na nas. Jeszcze dokumentuję wnętrza schronu.
[attachment=74071][attachment=74072]
Parter i piętro noclegowe. Jest 8:00 i my też żegnamy się z tym znamiennym miejscem. Trzeba mi jeszcze wspomnieć, że od teraz są też w akcji grupa pościgowa i wspierająca. Powracamy na grań i kontynujemy grzbietowe dreptanie.
[attachment=74073]
Buzie na razie wyśmiane. Jest czemu. Całkiem co innego, niż wczoraj. Tutaj chodnika nikt nam nie stawiał do pionu. Helpiański jest dla nas przyjazny. Nawet widoki nam proponuje. Jest co oglądać za sobą.
[attachment=74074][attachment=74075]
Na pierwszym widzimy w dali nasze dwie znajome - Orłową i Bartkową. Przed nimi panoszy się kolejna - Andrejcowa. Ci o sokolim wzroku zauważą na lewo od chodnika naszą utulnię. Lepiej jest widoczna na drugim zdjęciu. Jednak pora patrzeć do przodu. W planie jest odwiedzić nasz dzisiejszy pierwszy ważniejszy kopczyk - Wielką Wapienicę (1691 m).
[attachment=74076]
Tutaj prezentuje się w swej całej okazałości i z przepięknym siodłem Priehybka (1468 m). Tak nam się podobało, że w siodle zarządzamy postój, aczkolwiek dopiero drałujemy 1 godzinkę.
[attachment=74077]
Chociaż w mapie nie jest nic poznaczone, ale dobra możliwość na biwak. Nawet na skale jest strzałka ku wodzie. Odpoczynkiem zbieramy też odwagę na pierwsze dzisiejsze podejście. Jest to tylko 200 m, ale na krótkim odcinku. Nie minie nas uczucie rozbuszonego serca i płuca pracujące frekwencją większą niż normalną w maksymalnej objętości.
[attachment=74078]
Obstrykujemy wierzchołek. Ja ponownie i z sentymentem patrzę na te wczorajsze. Nawet nam się w dali pokazała Kralowa. Gdzieś tam pod nią walczyli z kosówką w tym czasie Watażka z Wojtkiem tak samo jak my. Na rozstajniku wyczytujemy jeszcze jedną ważną wiadomość. Czeka nas zejście 500 m w dół do siodła Priehyba (1190 m). Proszę nie mylić z Priehybką, która była z drugiej strony. Patrząc do mapy, stwierdzamy, że jest to najniżej położone miejsce we wschodniej części NT. Nawet Czertowica jest wyżej. Z takiej informacji nie stają włosy na głowie, ale trzęsą się kolana, zwłaszcza, że zaraz za siodłem chodnik się ponownie unosi.
[attachment=74079]
Koniecznie się nam odkrywa to, co dotychczas było zasłonięte. Kolejna część naszego pielgrzymowania. Z lewej widzimy Homolkę, kopczyk, który zamyka środkową część dzisiejszego dnia. Za nim, tam gdzieś, jest utalnia Ramża. W prawo od Homolki widać już na horyzoncie kopczyki zachodniej części NT z Dumbierem. Osobiste przypomnienie zasłuży rozłożysty kopczyk na prawo. Jest to Wielki Bok (1727 m). Żeby go osiągnąć, trzeba ze Zadniej (Tylnej) Holi (w zakrycie przedz Homolką) zboczyć z głownej grani i 1,5 godziny drałować widoczną huśtawką. Z początku, kiedy jeszcze Bok nie był widoczny, wtedy wiedliśmy siłaczą mowę o odwiedzeniu tego miejsca - taki mały skok w Wielki Bok. Teraz z W. Wapienicy go ponownie zobaczyliśmy, ja przełknąłem na sucho w ustach. To na pewno będzie wielki skok. Później Szewczyk zaznaczył, że czym więcej się zbliżało odbicie na W. Bok, tym mniej patrzyliśmy w tą stronę, a przy odbiciu niemal zasłanialiśmy oczy ręką, żeby tam nie patrzeć. Jednak nas teraz czeka to awizowane zejście.
[attachment=74080]
Pedro wygląda, jakby chciał udokumentować ten padół. Podczas windowania w dół uważnie penetrujemy przeciwległy stok. Na pierwszym planie by miała być Kolesarowa (1508 m).
[attachment=74081]
Czyż by to miało być mniej stromo? Na zdjęciu to tak wygląda. Jednak to tylko złudzenie. Faktycznie czekał nas ładny górski zhuśt. Osiągnięcie takiej degresji trzeba jakoś uczcić. Jest 11:30 i to jest akuratna pora na obiad. Na porządny obiad, żadne kanapeczki. Wyciągamy kochery i kuchcimy. Mamy czas na penetrowanie okolicy. Tutaj, w siodle Prehyba, jest oficjalne miejsce na biwak. Jest wiata, ławeczki, miejsca pod namiot i inne dogodności. Jest nawet kontejner na śmieci. To miejsce noclegowe wypróbuje tej nocy nasza dwójka pościgowa, która o tej porze już chyba uściskało Kralową.
[attachment=74082]
Jak wygląda miejsce biwakowe, widzimy z miejsca, kiedy gramolimy się na przeciwległą Kolesarową. Widać też zejście z Wapienicy. Co zeszliśmy, praktycznie musimy od razu wyjść.
[attachment=74083]
Jak to bywa w NT. Górskie huśtawki nam tutaj porządnie przewietrzają płuca i kolana. Kolesarową jeszcze z jednego powodu zapamiętałem.
[attachment=74084]
Na początku myślałem, że na łące jest duże mrowisko. Dopiero jak zobaczyłem budkę myśliwską, to mi było wszystko jasne. To tak się poluje na leśną zwierzynę. Podaje się jej siano i potem z odległości mniejszej, jak małej, strzela się tak, żeby i ślepy trafił. Inaczej na zdjęciu widzimy jeszcze Wapienicę i kopczyki z działu Kralowej. Kolejny kopczyk - Orawcowa (1544 m) - jest jak by do ilości, żeby się pamiętało.
[attachment=74085]
To jest ten w środku. Na lewo są Zadnia Hola i Homolka, na prawo w całej swej okazałości W. Bok, który coraz więcej był dla nas nieprzekonywujący. Dalej trzeba było się przedzierać przez połoninę, gdzie wszystkie drzewa nie były usunięte z chodnika i zwłaszcza dla mnie to było uciążliwe, który z gimnastyką górską nie jest za pan brat. Orawcowa już za nami i nareszcie koncentrujemy się na Zadniej Holi.
[attachment=74086]
Dla przypomnienia, to jest ten kopczyk, gdzie trzeba ostatecznie zdecydować się na skok na W. Bok. Ja w pewnym momencie gdzieś u góry zobaczyłem mały czerwony punkcik. To wyglądało na Beskidniczkę. I faktycznie, jeszcze parę kroków i nasza grupa jest posilona o jednego zawodnika.
[attachment=74087]
Ze zdjęcia nie jest po buziach uczestników poznać co sobie myślą, a buzię samej Beskidniczki mi się w danym momencie nie udało ująć. Kieruję aparat w odwrotnym kierunku.
[attachment=74088]
Tutaj w jednym rzędzie ustawiły się nam kopczyki, które zezwoliły nas ugościć. W tyle grupa Kralowej, niżej Andrejcowa, więcej w lewo Wapienica i potem już Kolesarowa i Orawcowa. Przyznam, że godne są swoich imion i turysta (sędzia) kalosz, który na nich nie był.
[attachment=74089]
Widok ze Zadniej Holi na W. Bok. Beskidniczka i Pedro, dwaj protagoniści odwiedzenia Boka, też muszą z pokorą uznać, że te odwiedziny trzeba przeznaczyć na inną wycieczkę.
[attachment=74090]
Tutaj Beskidniczka mi statystuje do zdjęcia podczas opuszczania Zadniej H. w stronę Siodła pod Homolką (1570 m) i samotnej Homolki (1660 m). Na zdjęciu tego nie widać, ale w siodle zobaczyłem naszych trzech Słowaków, którzy tak się starali dotrzeć do Ramży przed nami. Jednak znów nam ulegli. Kiedy ich mijałem, to jeden z nich mi powiedział, że oni, kiedy tą trasę szli przed 30 laty, to doszli aż do Czertowicy. Tym chcieli nam dać do świadomości, że mamy nie zabierać miejsca w utulni i dodreptać aż do Czertowicy. Panowie ze swoimi trykotami, gdzie było napisane - 65 to dobry rocznik, może mieli swoją prawdę, ale nie brali pod uwagę, że w danej chwili na wierch miał ten turysta, który ich mijał, ponieważ na trykocie mógł sobie z łatwością napisać liczbę 57 i to oni by mieli drałować do Czertowicy ze swoją 65.
[attachment=74091]
Jeszcze jedno foto godne do zadokumentowania. Za Homolką dumnie się wypinają kopczyki tych drugich NT. Dobrze, że Beskidniczka była tym razem zmuszona zabrać sporo rzeczy do plecaka. Nie grasowała na przodzie, jak jest przyzwyczajona ze swoich górskich biegów, i robi mi godnego zastępcę, nieobecnego głównego statysty (Tomtura), do zdjęć. Za Homolką rozpoczęła się końcowa część drałowania dzisiejszego dnia. Wszyscy już z niecierpliwością wyglądali Ramżę.
[attachment=74092]
Dobrze, że ja w roli fotografa stoję po drugiej stronie aparatu. Nie jestem dyskredytowany ze swoją zmęczoną buzią, jak Ci przed aparatem. Wiem jaki był ku temu powód. Z plecaka wyciągnąłem przedostatni napój turystyczny. Jego picie przypominało mi klasyczny wątek z amerykańskich filmów o dzikim zachodzie, kiedy bohaterowie muszą uciekać/gonić przez jakąś pustynię. Przychodzi zawsze scena, jak spragnieni wyciągają bukłak z paru kroplami wody. Teraz my byliśmy w takiej sytuacji. A zawsze sobie myślałem, że amerykańskie filmy nie są tworzone na prawdziwym podkładzie. Nam teraz było jasne, że nadeszła posucha aż do Czertowicy, to znaczy do południa następnego dnia. Przechodzimy odcinek, gdzie kopczyki na mapie są wyznaczone swoją kotą.
[attachment=74093]
Dla ciągłości pisanej relacji pokazuję zdjęcie z Hawraniej Polany (1400 m). Czeka nas ostatnia godzina pielgrzymki. Czy to dużo, czy mało? Tak to jakoś zleciało. Na GŚ mamy ten stan otępiałości pomianowany - Mieciurowy autopilot.
[attachment=74094]
Pyza i Bartek mi robią statystów do kolejnego zdjęcia. Będziemy trawersować kopczyk o nazwie Wrbowica (1394 m). Za widoczną przełęczą kopczyk o kocie 1345 m i za nim już jest ponoć utulnia Ramża. Nim dojdziemy do lasu Wrbowicy, zostajemy jeszcze na koniec pokropieni górskim deszczem. To dlatego, żeby nikt się nie skarżył, że nie zmokliśmy.
[attachment=74095]
Czy ucieszy zmęczonego turystę po całodziennym drałowaniu widok dymu z ogniska przy noclegowni? Bez wahania odpowiem tak.
[attachment=74096]
Nie chcę zanudzać, ale jeszcze zadokumentuję to zdjęcie. Z chodnika na Ramży widać w lewo Homolkę i w prawo Babina (1516 m), która była poza naszym zainteresowaniem. W środku kopczyk o kocie 1402 m z widocznym trawersem. Godzina słabo po 17:00 i po 9 godzinach jesteśmy na Ramży.
[attachment=74097]
Widać, że chałupa jest skromniejsza od Andrejcowej. Jednak prawowierny turysta umie się uskromnić. Nawet bym przyznał, że tutaj wieczorna atmosfera była lepsza.
[attachment=74098]
Nas 6 będzie spało na parterze, trójka młodych ma już swoje miejsca w prawo. Górne pięterko jest przeznaczone dla naszych dzielnych Słowaków. Pozostała nasza dwójka ma przygotowany namiocik. Szewczyk chociaż nie będzie się skarżył, że ten szmacianny domek nosił na plecach daremnie. Dodam jeszcze, że kibelek jest akurat na dojście, kiedy się chce, ale łazienka w postaci kolejnego źródła jest 600 m stąd. Człowiek potem jest na ważkach czy wykiwać higienę, czy też nie. Jeszcze bym mógł tego sporo napisać i pokazać, ale pora już kończyć, jutro też jest dzień.
[attachment=74099]
Dobranoc Wam mówią strażnicy ogniska - Pedro, Szewczyk i Wojtek.

Aha, jeszcze zapomniaem opisać dwie historie. Obie mają podobny podkład i wydarzyły się w czasie, który zbytnio nie opisuję. Miałem w tym raczej swój niechwalny udział. Pierwsza to historia ostatniego napoju turystycznego. Ten przedostatni, uważny czytelnik zapamiętał, wypiliśmy gdzieś za Homolką. Ostatni otworzyłem już na Ramży. Jednak było to akurat, kiedy kierownik wycieczki był w łazience. My tak przyssaliśmy się do tej puszki, że nie zostało dla szefa. On musiał niewinnie cierpieć z dłuższą posuchą a ja byłem ukarany jakąś klątwą, ponieważ następny dzień aż do Czertowicy ciężko mi się dreptało. Druga historia to z napojem biblijnym - winem. Kto poznał Beskidniczkę, ten wie, że ona preferuje picie tego napoju z gustownym kosztowaniem w każdej sytuacji. Nawet w takim miejscu, jak przy utulni Ramża. Jako dobrze wychowana osoba, zaproponowała pozostałym zakosztowania tej dobroci. Ja ignorancko pomyślałem coś o piciu "wody z ogórków". Tylko że później przyszła "kryska na Matyska", nie wiem jak inni, ale w myśl powiedzenia "na bezrybiu i rak ryba" w czasie kryzysu przeszliśmy z napoju turystycznego na napój bogów bez zaczerwienienia i barbarzyńsko wyżłopaliśmy Beskidniczce i ten napój.
[attachment=74100]
Wydaje mi się, że od tego momentu (lub na Sztefaniku) ona musiała na nowo odkrywać smak napoju turystycznego, o czym sama w jakieś relacji gdzieś wspominała. Ja, rzecz jasna, byłem ukarany podwójną rolą ociężałego turysty w dniu następnym (patrz historia pierwsza).

Cdn.
Krótka relacja grupy pościgowej:
2016.05.26 Telgart-Sedlo Priehyba

Nie mogąc wystartować na równi z głównym peletonem GŚ musimy przygodę z TN zacząć dzień później, ale główne założenie wyprawy to przejść jednym cięgiem całe TN postanawiamy zrealizować. Dzień zaczynamy o godzinie 1.15 pobudką w domu i przed 2.00 ruszmy w kierunku Telgartu gdzie nie bez przygód ( gotowanie wody i pęknięta chłodnica) docieramy około 7.30. Robimy przerwę na śniadanko, w tym czasie dzwoni Pedro i dowiadując się że zamierzamy gonić grupę z początku zielonym szlakiem ostrzega że można tam stracić szlak. [attachment=74105][attachment=74106]Pogoda piękna wiec ruszamy w górę i jak wykrakał Pedro tak się i stało, potem powiedzieli by że mieliśmy łatwiej. Koło południa już w chmurach docieramy na Kralową, jest szaro buro i ponuro ale zbytnio nie narzekam w odróżnieniu od Wojtka, tłumaczę mu że poprzednim razem na tym odcinku mieliśmy ekstra warunki to możemy ścierpieć dzisiejszą aurę,[attachment=74107][attachment=74108][attachment=74109] ale dalej jest coraz gorzej, leje już dość dobrze i niedaleko przechodzi burza, chwile przeczekujemy pod skałką, tylko że świadomość odległości jaką zamierzamy dziś pokonać wygania nas na szlak[attachment=74110][attachment=74111], szybko i bez widoków docieramy na Bartkową[attachment=74112][attachment=74113], a stamtąd do utulni [attachment=74114]tej samej z której główna grupa wystartowała rano, tam robimy obiadek i startujemy dalej. Zauważyłem z Stasiowej relacji że mieliście postój na Priehybce, gdzie i my też trochę dłużej polegiwaliśmy. Wieczór daje nam dawkę słoneczka i widoków ale droga jeszcze długa,[attachment=74115][attachment=74116][attachment=74117] kiedy więc docieramy do Priehyby i lokalizujemy miejsce na namiot jesteśmy w tym stanie uniesienia,[attachment=74118] który niełażący po górach nie potrafią zrozumieć i często zadają pytania po co, myślę że to właśnie dla takich chwil.
ps. miejscówka na biwak na Priehybie znakomita: równe miejsce na namiot, bieżąca woda pod nosem, zacisznie od wiatru, całkiem niezłe widoczki
Na zdjęciach widać, że Wojtek dopiero na ostatnim jest taki, jaki go znam na górach. No i kto by nie był szczęśliwy po takiej drałówie. Że też musieliście chaszczować pod tą Kralową S. Jakieś zaklęte miejsce. Smile
Stron: 1 2 3
Przekierowanie