Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Himalaje Khumbu
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.

Od lat marzyłem o wielkiej podróży w dalekie i wysokie góry. Gdy zacząłem o nich więcej czytać, pierwszym i oczywistym celem wydała mi się wyprawa w krainę Szerpów - do doliny Khumbu w Himalaje.

Marzenia są od tego, żeby je spełniać. Kupiłem w końcu bilety do Kathmandu i w październiku wybrałem się w samotną podróż na prawie miesiąc do Nepalu. W sumie to wcale nie taką samotną, bo ani jednego dnia nie byłem sam Smile

Już na lotnisku w Warszawie poznałem Łukasza, który wybierał się pod Annapurnę. Obaj byliśmy nieco zaniepokojeni, gdyż na krótko przed wylotem doszła do nas wiadomość o cyklonie nad Nepalem i Indiami i wielkiej lawinie pod przełęczą Thorong La, w której życie straciło wielu trekkerów, a innych dalej uważa się za zaginionych. W pośpiechu, zaraz przed wyjściem na taksówkę dopakowałem jeszcze raki do plecaka i w drogę - najwyżej będzie więcej śniegu.

Leciałem przez Katar - przesiadka w nocy i 6,5 godz. czekania na lotnisku. W sam raz na drzemkę w tzw. quiet zone. No może cicho nie było, bo jakiś Arab strasznie chrapał i co godzina były testy alarmów przeciwpożarowych, ale za to były leżanki i miękka wykładzina na podłodze. W ogóle lotnisko w Dosze jest niesamowite. Może nie tak wielkie jak np. Heathrow, ale bije nasze warszawskie na głowę w przedbiegach. Katarczycy w dwa lata zbudowali port lotniczy, wewnątrz którego między poszczególnymi terminalami jest chyba z 2-3 km drogi i to w oczywiście w jednym budynku, a w strefie tranzytowej na dzień dobry wita nas butik "Armani for Kids", Cartier, Burberry's, Mont Blanc, Hugo Boss i hektar sklepu bezcłowego z perfumami...

Ale nie o tym rzecz. Już samo lądowanie w Kathmandu uświadamia nas, że to inny świat. Najpierw leci się nad malowniczo zalesionymi pagórkami, poprzecinanymi tarasami uprawnymi, domkami, ogródkami, ale jakoś dróg nie widać za dużo. Potem dowiedziałem się, że te pagórki podchodzą pod 3000 mnpm. A potem widać niekończące się morze budyneczków posklecanych i poprzyklejanych do siebie bardziej na zasadzie powstawania fraktali niżeli przemyślanej architektury. Tu przestrzeń nie znosi pustki i to dosłownie. Twarde lądowanie na nie do końca równym pasie i siermiężny ceglany budynek terminala przywołują w pamięci Okęcie lat 80-tych.

Po wyjściu z samolotu zaczyna się pierwsza przygoda z biurokracją nepalską. Tym razem w wersji soft. Po nieco ponad godzince czekania w kolejce wyrabiam wizę, gadam z poznanymi Niemcami, którzy następnego dnia wybierają się do Bhutanu i wymieniam 20$ na rupie, aby było na taksówkę do hoteliku w Kathmandu. Właściwie to ten hotelik to jedyny mój punkt zaczepienia, który załatwiłem jeszcze z Polski. Dla zainteresowanych podaję link: Khangsar Guest House. Ponoć na lotnisku ma na mnie ktoś czekać... no zobaczymy. Po wyrobieniu wizy idę do hali przylotów po bagaż. A tam dziki tłum, oczywiście wszystkie bagaże leżą już jakiś czas na ziemi na kupie, zwalone z taśmy. Wygrzebuję mój wielki wór z plecakiem w środku, zarzucam na ramię i idę do wyjścia. Po chwili zatrzymuje mnie facet w mundurze policyjnym i pyta o kwit bagażowy - no tak, inaczej bagaże mogłyby się przypadkowo ulotnić...

Na dworze 25 stopni ciepła, gwarno, a przed wejściem kłębi się jakaś setka taksówkarzy z niewielkimi tabliczkami z nazwami hotelików. Wykrzykuję do nich nazwę mojego hoteliku i zaraz ktoś do mnie wyskakuje i pokazuje mi kartkę z moim nazwiskiem nieco przeinaczonym przez nepalską ortografię. Idziemy do taksówki, a ja głupio daję sobie odebrać bagaż i przenieść do samochodu. Potem oczywiście należy się napiwek, o czym wiedziałem, ale i tak początkowe oszołomienie wzięło górę.

W taksówce już zaczynam się targować. Zbijam cenę z 1000 do 400 rupii, ale tu niespodzianka. Kierowca każe czekać i idzie po drugą osobę. Po 15 minutach wraca z jakąś babcią. Okazuje się, że to 85 letnia pani, która pochodzi z Serbii, studiowała literaturę sanskrycką i kulturę hinduistyczną i przyjeżdża tu od 30 lat, leczyć się u miejscowego lekarza medycyny naturalnej. Wygląda jak autentyczna hipiska, chyba rzeczywiście nią była w latach 60-tych i pewnie dalej jest. Przez całą drogę opowiada mi, że pół życia mieszkała w Paryżu, a teraz mieszka w Londynie. A potem rozwodzi się o sytuacji politycznej kraju, o wewnętrznych społecznych, religijnych i gospodarczych problemach kraju, porzuceniu monarchii, braku edukacji, przeludnieniu rodzin na wsi, swoich znajomych w okolicy, a ja jadę i patrzę na szalony lewostronny ruch, który zdaje się kierować wschodnią zasadą "patrz przed siebie i trąb". O dziwo, gdy wszyscy się do tego stosują, to nie ma wypadków.

Żegnamy się na Thamelu - turystycznej dzielnicy Kathmandu, babcia idzie do swojego hotelu, a ja do swojego. Żałuję, że nie spytałem o więcej szczegółów, liczyłem, że ją jeszcze spotkam, ale już nie udało mi się jej zobaczyć w okolicy.

Hotel mogę generalnie pochwalić. Może nie względem zdjęć jest już nieco nadgryziony zębem czasu, ale schludny, czysty, całą dobę jest ciepła woda, śniadanie w cenie, a właściciel umie załatwić wszystko.

W ogóle sam Thamel jest dość specyficzny. W pewnym sensie jest nepalski i jednocześnie nie jest. Jest to ciasne nagromadzenie budynków z koszmaru architekta. Dobudówka na dobudówce, uliczki wąskie, zatrzęsienie sklepów z podróbkami górskich ciuchów, masa hotelików, drogich knajp dla westów i ogólny azjatycki rozgardiasz, hałas i bałagan Oczywiście po ulicach chodzą ludzie, jeżdżą ryksze, motocykle i taksówki typu Suzuki Maruti, które wszędzie się wcisną.

Następne dwa dni spędziłem na załatwianiu dokumentów i formalności. Wymieniłem kasę u właściciela hotelu, kupiłem u niego bilet do Lukli i pojechałem do National Board of Tourism, żeby wyrobić kartę TIMS oraz permit na trekking. W sumie nie jest to takie trudne. Potrzebne są zdjęcia, 20 dolarów na permit i podobna kwota na TIMS i trochę cierpliwości i kilkukrotnego stania w kolejkach. Całość zajęła mi ok. 3 godziny z dojazdem. Na szczęście personel jest pomocny, a z rana nie ma jeszcze takiego tłoku. Potem okazało się, że miałem szczęście na lotnisku. Łukasz, którego poznałem, i który dotarł do Nepalu 6 godzin po mnie, czekał na swój bagaż 2 dni. Zgubili go gdzieś po drodze, a potem jeszcze sam musiał go znaleźć w olbrzymiej hali pełnej odnalezionych bagaży.

W Kathmandu znaleźliśmy kilka lokalnych nieco obskurnych knajpek, gdzie jedzą Nepalczycy. Okazuje się, że jedzenie jest smaczniejsze i 10 razy tańsze. Może akurat lassi zamówione w takim miejscu wydawało się nie być zbyt bezpiecznym rozwiązaniem, ale przeżyliśmy, a do tego jakie dobre było!! W Polsce takiego nie robią, nie mają potrzebnego do tego fermentowanego jogurtu, który jest popularny w Indiach i w Nepalu.

Gdy już załatwiłem sobie TIMS, permit i bilet do Lukli, zaczęły się jaja. Krajowe lotnisko w Kathmandu to jeden wielki bajzel. Setki trekkerów tłoczą się przy okienkach i nikt nie wie, kiedy można się odprawić. Zazwyczaj działa uporczywe stanie przy okienku, pytanie wszystkich z obsługi lotniska i cierpliwość. W końcu ktoś z nich coś będzie wiedział. Na tablice z ogłoszeniami nie ma co liczyć. One są tam chyba tylko dla pozoru. Odprawa odbywa się na podstawie tajemniczych list wertowanych w zeszytach dostępnych tylko dla pracowników lotniska. Po oprawie spędziłem 8 godz. na lotnisku w oczekiwaniu na dobra pogodę. Najwcześniejsze loty poleciały, a potem zamknęli lotnisko w Lukli. Kilka lotów zawrócono, tzn. widziałem, że lot przed moim wystartował, liczyłem, że teraz moja kolej, a po 40 minutach widzę tych samych ludzi wracających na lotnisko - nie wylądowali z powodu mgły. W końcu i ja o 15:00 wsiadłem do samolotu, bo miało być okno pogodowe, ale po chwili pilot powiedział, ze nie leci, bo w Lukli pada. I tyle. trzeba było zacząć walczyć o przebukowanie biletu. Nie dzieje się to automatycznie. Osoby z biletami na następny dzień mają pierwszeństwo, a tych, których loty skasowano, muszą sobie znaleźć następne wolne miejsce, np. za dzień, dwa, trzy itd. Ale na lotnisku zaczepił mnie bagażowy i zapytał, czy chcę przebukować bilet. Odpowiedziałem, że tak, to skierował mnie do faceta przy okienku, a ten na moim bilecie napisał "7:45". I to wszystko. Jutro o 7:45 miałem wylot. Potem poszedłem jeszcze do biura linii lotniczych, wydrukować to oficjalnie, bo nie chciało mi się wierzyć, że cyferka napisana długopisem wystarczy. A tam byłem już w systemie z miejscem na pokładzie. Potem dowiedziałem się, ze właściciel hotelu, który kupował mi bilet, zastrzegł sobie możliwość przebukowania biletu i w odpowiednim momencie pociągnął za właściwe sznurki, gdyż po odwołaniu mojego lotu od razu do niego zadzwonili z linii lotniczych.

Następnego dnia poszło gładko. Poleciałem, a lot był niesamowity. Z widokami na Himalaje, między stokami w dolinie i z lądowaniem na niemożliwie krótkim pasie.

A teraz kilka zdjęć:


Thamel


Szersza perspektywa z dachu hotelu


Łukasz


Miejscowe lassi - przeżyłem Smile


Daliśmy się namówić na blogosławieństwo... i na napiwek


Przed drzwiami pałacowymi na Durbar Square


Zdobienia bramy Smile


Moja bryka do Lukli


Już witał się z gąską...


...i znów z powrotem na lotnisku


Oczywiście nie ma drzwi do kabiny pilotów


Widoczek z okna samolotu... te szczyty są kilka kilometrów nad nami.


Zaraz lądujemy


No i słynne lotnisko im. Edmunda Hillarego w Lukli


A w tle pierwszy sześciotysięcznik - Kongde Ri


A tak wygląda ten mikroskopijny pochylony pas startowy

Poniżej jeszcze dwa filmiki z lotu:

Start samolotu do Lukli

Lądowanie w Lukli

Wylądowałem z rana, w Lukli zjadłem śniadanie w lodży obok lotniska i ruszyłem od razu w drogę w kierunku Phakding. A o tym, jak było dalej, napiszę jutro.

Dziewiąta rano, Lukla. Powietrze w końcu pachnie górami: świeże sosny, limby, potoki, ale także słodkawy zapach rododendronów. Kathmandu w przeciwieństwie do tego jest zakurzone i strasznie zanieczyszczone spalinami, że często widać miejscowych z bawełnianymi maskami na twarzach.

Zjadłem śniadanie, przepakowałem plecak z układu samolotowego na trekkingowy. (Dla lotów do Lukli obowiązuje ograniczenie wagi bagażu do 15 kg. Za każdy kilogram nadbagażu trzeba płacić 100 rupii, czyli równowartość ok. 1$, niby niedużo, ale po co dopłacać. Cały sprzęt fotograficzny: aparaty, filtry, filmy, światłomierz itd. spakowałem do małej torby na ramię, a resztę: włącznie ze statywem i kijami do dużego wora. Na lotnisku wyszło 15,6 kg, więc puścili wór bez dopłaty. A co Pan ma w tej małej torbie? O, nothing, only my camera Smile. To "nothing" jednak ciążyło na ramieniu całkiem konkretnymi 8 kilogramami, ale obyło się bez ważenia i tak na pokład przemyciłem znacznie więcej niż teoretycznie można wnieść. W końcu oficjalnie limit 15 kg dotyczy łącznie bagażu rejestrowanego i podręcznego).

Potem, wiele nie myśląc, spojrzałem w kierunku pierwszego ośnieżonego szczytu na horyzoncie i ruszyłem przed siebie. Najpierw przez Lukle - wprawdzie elegancko wyłożoną na głównej drodze płytami kamiennymi, z masą lodży, pubów - nawet irlandzki mają - sklepów z pamiątkami, czapkami, polarami i wątpliwej jakości "nortfejsami" i zacząłem schodzić do Phakdinkg. Po drodze, tak jak można przeczytać w przewodnikach i na blogach, jest masa młynków modlitewnych, małych, dużych z osobnymi kaplicami, murków mani i świętych kamieni z wykutą i wymalowaną mantrą "om mani padme hum" Takie miejsce zawsze należy mijać z lewej strony lub obchodzić zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Większość miejscowych faktycznie się do tego stosuje, co także czyni dobrą okazję do rozładowania zatorów podczas mijanek na wąskich ścieżkach - szczególnie jak pojawią się jaki. Z tymi jakami to taka sprawa: jak to samiec słynnego rogatego i długowłosego bydła himalajskiego. Nak to samica. Także napis "yak cheese" brzmi dla wtajemniczonych co najmniej nieco dziwnie. Najpopularniejsze są jednak mające nieco krótsze włosy dzo - krzyżówki jaka z bydłem domowym. Zwierzęta te są dość płochliwe, zwinne, silne i jednocześnie potężne. Taka mieszanka stanowi niebezpieczne połączenie - spłoszony jak razem z tymi 100 kg bagażu na plecach może jak kozica wskoczyć pod górę stromego stoku i po drodze potrącić kogoś z turystów. Dlatego mijać je należy zawsze od strony stoku, a najlepiej wchodząc na wyższy kamień.

Przede mną szykowało się dwustumetrowe zejście prawie na dno doliny, do miejscowości Phakding, Monjo, Jorsale, czyli na poziom ok. 2600 mnpm. Turystom ze względów aklimatyzacyjnych zaleca się przespanie się w którymś z tych miejsc i dopiero następnego dnia podejście do Namche Bazaar na 3400 mnpm. Ja planowałem zatrzymać się w najdalszej z tych miejscowości, bo do Phakding dotarłem po 1,5 h od wyruszenia z Lukli.

Właśnie w Phakding usłyszałem, że ktoś po angielsku krzyczy moje imię. Obróciłem się i widzę, że biegnie za mną jakaś kobieta. Okazało się, że to Sara - znajoma z Seattle, poznana jeszcze w hotelu w Kathmandu. Planowała tę samą trasę, co ja, a do Lukli udało jej się dotrzeć wieczorem, dzień przede mną. Wyruszyła w trasę i podczas lunchu przypadkowo zobaczyła, jak ją mijam. Zdecydowaliśmy, że możemy iść razem, tym bardziej, że żadne z nas nie zdecydowało się na wzięcie ani przewodnika ani portera (tragarza) nepalskiego.

W ogóle nieco odróżnialiśmy się od reszty - 100-litrowe wory, i to mocno zużyte przez lata górskich wycieczek, ciuchy też nie pierwszej nowości, podczas gdy w ten rejon Himalajów przyjeżdżają raczej bogaci, świeżutko odpicowani turyści o średniej wiekowej 40+. Wynajmują oni przewodnika i tragarza, a sami w idą z małym jednodniowym plecaczkiem. Nie będę oceniał, ile kto jest w stanie unieść, ale widziałem tragarzy, młodych chłopaczków po 16 lat i 155 cm wzrostu, którzy brali na plecy związane razem trzy torby North Face'a, takie po 90 litrów, i tradycyjnym sposobem nieśli z przełożonym przez czoło pasem materiału. Rozumiem, że brak tlenu i nieprzyzwyczajenie do dźwigania mogą wiele zmienić, ale jednak troszkę trąciło mi to kolonializmem i nie czułbym się dobrze z tym, zlecając komuś dźwiganie moich rzeczy, a tym bardziej jeżeli jeden człowiek niesie bagaż dla troje innych. Drugą stroną medalu jest, że Nepalczycy w tym rejonie należą do najbogatszych. Taki porter dziennie zarabia 15-50 dolarów (zależnie od trudności trasy). Przewodnicy mogą zarobić jeszcze więcej, aczkolwiek i tak większość pieniędzy idzie do agencji pośredniczących w Kathmandu. Tak czy inaczej w Nepalu takie kwoty to majątek.

W dolinie Khumbu większość Nepalczyków nosi nazwisko Sherpa. Podczas pierwszych wypraw eksplorujących najwyższe rejony tego obszaru rozsławili się niebywałą wytrzymałością i siłą, pomagając gościom z zachodniego świata dotrzeć na duże wysokości. Stąd miano Szerpa rozszerzyło się na wszystkich górskich mieszkańców Himalajów, potem na synonim tragarza i zawędrowało aż w Tatry np. słynne Szerpa Ralley do chaty pod Rysami. Zazwyczaj taki Szerpa zaczyna pracę w wieku 13 lat - jako tragarz właśnie i od razu od ciężarów rzędu tego, z którym ja wyruszyłem na szlak. (Nierzadko zdarzało mi się widywać dziewczynki w wieku gimnazjalnym obładowane koszami pełnymi ziemniaków i w drodze z wioski do wioski, gdzieś powyżej 4000 mnpm - wcale nie były wolniejsze ode mnie).

Zdecydowaliśmy się zatrzymać w Jorsale, w Friendship Lodże, położonej malowniczo nad potokiem... ehm - tutejszy potok w dolinie to raczej wielka rwąca rzeka... Następnego dnia rozpoczęliśmy podejście do Namche Bazaar. To chyba najbardziej zatłoczony odcinek szlaku. Droga idzie stromo do góry leśnym stokiem, po drodze jaki, porterzy obładowani niemożliwie wielkimi towarami i pomiędzy tym wszystkim zatrzęsienie sapiących turystów. Głównie spotykaliśmy Amerykanów, Japończyków (przeważnie w dużych grupach), Australijczyków, Kanadyjczyków, Niemców, Hiszpanów, Francuzów. Polaków prawie wcale.

W Namche zaplanowaliśmy dłuższy postój. Jeden dzień dodatkowo na aklimatyzację i wycieczkę na lekko. W ogóle Namche Bazaar na zdjęciach wygląda jak kaskada domów ułożona w półkolu. Otóż jest jeszcze jedno "ale". Miejscowość leży już na konkretnej wysokości. Po całym dniu podchodzenia okazuje się, że najtrudniejsze jest podejście do docelowej lodży. Przez całe Namche biegną schody. Wszędzie strome schody wyłożone kamieniami. Także przejście się po samym Namche jest już całkiem sporym wysiłkiem, bo różnica między najniżej a najwyżej położonym domem to dobre 200 metrów. Zatrzymaliśmy się w Tashi Delek Lodże. Piękny widok, bo lodża jest położona prawie na samej górze wioski. Z okien rozpościera się malowniczy widok na Kongde Ri. W ogóle wypadałoby tu wspomnieć o jednej rzeczy. Nepalczycy nie mają za bardzo opału. To znaczy, owszem, są drzewa, ale ich wycinka od wielu lat jest już zabroniona, gdyż inaczej w ciągu dwóch lat krajobraz zmieniłby się w bezdrzewną pustynię. Powyżej 4000 mnpm. nie ma już nawet drzew. Także jedynym opałem są suszone odchody jaków. Są one pieczołowicie zbierane, a następnie ugniatane do postaci placków i suszone na słońcu przyklejone do ścian i dachów. Z tego powodu w lodżach jest zimno. W pokojach jest temperatura niewiele wyższa od temperatury na zewnątrz... ale nie wieje. Jedynymi ciepłymi pomieszczeniami są kuchnia i jadalnia. W jadalni zawsze na środku stoi piec typu koza, a dookoła są rozstawione stoły, a za nimi wzdłuż okien ławy do siedzenia. Jadalnia lodży zazwyczaj ma okna z trzech stron, więc i widoki są śliczne. W centralnym piecu zaczyna się palić około czwartej po południu. Wtedy wszyscy goście zbierają się, aby posiedzieć w cieple, pogadać, poczytać i oczywiście zjeść.

Następnego dnia wybraliśmy się z Sarą na krótką wycieczkę do zbudowanego przez Japończyków bardzo drogiego i ekskluzywnego Everest View Hotel nad wioską Khumjung. Stamtąd faktycznie rozpościera się śliczna panorama na Ama Dablam, Lhotse, Everest, Taboche i całą dolinę Dudh Kosi w dole. Tu już doszliśmy na 3800 mnpm. i faktycznie podczas podejścia czuć było trochę większe zmęczenie i nieco rwany oddech. Po drodze spotkaliśmy grupę Japończyków, którzy zagościli w hotelu na kawkę. Przy okazji mogłem na żywo zobaczyć prawie wszystkie high-endowe nowości ostatnich targów fotograficznych. Każdy z nich miał na szyi chyba równowartość średniej klasy samochodu Smile

Wracając przez Khumjung i Khumde, spotkaliśmy starszego Szkota. Specyficzny człowiek - mówi, że przyjeżdża tu od ponad 30 lat na trekking. Wyglądał raczej nieco menelowato - z dwoma miejskimi plecaczkami typu jansport - jeden z przodu, drugi z tyłu, jakąś naleśnikowatą czapką na głowie, brudnymi spodniami i hipisowskim rozciągniętym swetrem... opowiadał, że stara się schodzić z głównego szlaku, śpi pod chmurką, albo w domach miejscowych, myje się w potokach i nie korzysta z całej komercyjnej otoczki lodży, knajpek lunchowych na szlaku itd. Ogólnie widać było, że jest zniesmaczony biznesem turystycznym i przepełnieniem regionu.

A teraz może kilka zdjęć, żeby nie rozciągać postu w nieskończoność:


Pub w Lukli


Wejście na szlak


Młyn modlitewny


Mniejsze młynki


Murki mani


Jeden z wiszących mostów


Kamień w Monjo


Typowy bagaż tragarza


Rzeka Dudh Kosi


Pierwszy widok na Mt. Everest


Goryczka Himalajska


Powoli zza drzew wyłaniają się mali pięcio- i sześciotysięczni trabanci prawdziwych olbrzymów


Namche Bazaar


Pierwsza szarotka


Namche z góry, a w tle Kongde Ri


Droga z Namche do Khumjung i dalej do Tengboche


Widok na Everest, Lhotse i Ama Dablam


Everest i Lhotse


Hurra!


Ama Dablam


Thamserku


Widok z tarasu Everest View Hotel


Widok z Khumjung na Ama Dablam


Widok z Khumjung na Thamserku


Pani ugniata placki z odchodów jaka


Opał się suszy


Szkoła średnia im. Edmunda Hillarego w Khumjung


Jedna z wielu stup na drodze


Jadalnia w naszej lodży


Jedna z wielu kawiarenek na szlaku - nie ma ciepłej wody, kibel "na Małysza", ale wifi jest, a jakże!

Dalszy ciąg postaram się napisać dziś po południu...

Galleahad napisał(a):
Dalszy ciąg postaram się napisać dziś po południu...[/align]

nie przerywaj tylko pisz dalej bo czekamyok

watażka napisał(a):
nie przerywaj tylko pisz dalej bo czekamyok


Nie mogę nie zgodzić się z Watażką. Ja również czekam na dalszą część.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy już na wyżej położony nocleg - do Tengboche, na 3900 mnpm. W Tengboche mieści się największy w tym regionie klasztor buddyjski. Podejście z Namche Bazaar wydaje się niewielkie, tylko 500 metrów. Jednak najpierw zaraz za Khumjung trzeba zejść prawie na dno doliny i przejść po wiszącym moście przez rzekę. A potem z powrotem mozolnie podejść zalesionym zboczem około 700 metrów do góry.

Samo Tengboche jest położone malowniczo na polanie z widokiem na Lhotse. To właśnie tam spotkałem grupę Rumunów. Okazało się, że to wycieczka fotograficzna zorganizowana przez doświadczonego fotografa. Był on tu już kilka razy i wiedział, skąd są dobre widoki. Pozostali byli tu po raz pierwszy. Każdy z nich miał wielki plecak fotograficzny i pełne wyposażenie, ale trochę zabawnie wyglądało, jak wszyscy jeden obok drugiego ustawiali się ze statywami, fotografując ten sam motyw Smile

W Tengboche wyskoczyliśmy z Sarą w celu aklimatyzacji na mały szczycik nad wioską - na górze była Stupa, więc i ścieżka do niej się znalazła. Okazało się, że ten pagórek miał jakieś 4200 mnpm. Pogoda po południu niestety nie pozwoliła na piękny zachód słońca. Przez wspomniany wcześniej cyklon po południu, tak ok 13:00 zaczynało się chmurzyć, a wieczorem wszystkie szczyty były już zasłonięte.

Natomiast w samej lodży spróbowaliśmy miejscowych wypieków. Ja wziąłem smakowicie wyglądające ciasto marchewkowe, które rzeczywiście okazało się wyśmienite. Sara zaś wybrała tajemniczo brzmiące "snickers pie". Dostała coś w rodzaju twardego pieroga na ciepło. W środku rzeczywiście był snickers - cały! Po prostu baton zawinięty w kruche ciasto z dodatkiem oregano!! i upieczony w piecu. Smakowało to przynajmniej zaskakująco. W ogóle a propos jedzenia to należałoby tu co nieco wyjaśnić. Na szlaku z powodu dużej wysokości i innego z tego powodu metabolizmu je się nieco inaczej. Przeważnie tłuste i sycące potrawy, nieco mniej warzyw, a mięso jest generalnie odradzane, gdyż jego transport trwa kilka dni, a lodówek poza nocnym mrozem nie ma. Dlatego znaczna większość trekkersów na czas wędrówki przerzuca się jadłospis wegetariański. I tu do wyboru jest przede wszystkim dal bhat. Jest to narodowe danie Szerpów, składające się ze sporej ilości ryżu, gęstej zupy z soczewicy i ziemniaków rozbitych z kapustą, papryką i marchewką w sosie curry. Zupkę z soczewicy wylewa się po trochu na ryż i otrzymuje bardzo sycącą mieszankę. Poza tym jest to jedyne danie, które jest po pierwsze całkiem tanie, a po drugie zawsze w cenie jest dokładka albo i dwie. I to bez pytania. Po prostu gdy opróżnicie talerz, zaraz pojawi się uśmiechnięta Nepalka z garnkiem i wrzuci prawie drugie tyle. Dopiero przy drugiej dokładce pyta, czy jeszcze jesteśmy głodni. Oprócz dal bhat dostępne są pierożki momo - zasadniczo podobne do naszych pierogów, ale trochę twardsze, z wkładem warzywnym, mięsnym, serowym, serowo-warzywnym itd. Do tego dostaje się sos pomidorowy i sos chilli. Ponadto mają także duży wybór ziemniaków z różnymi sosami, a nawet z jajkiem sadzonym, polecam także pyszną zupę czosnkową, która prawie dorównuje tej na Słowacji. Oczywiście dostępne są także dania zachodnie, np. różnego rodzaju spaghetti, pizze, omlety, naleśniki na słodko itd., ale ich jakość raczej jest średnia, a przede wszystkim nie zawsze da się tym najeść. Mówię tu w kategoriach nepalskich, bo u nas na nizinach zapewne każdy napełniłby się, nie skończywszy dania. Tam jednak aklimatyzacja, ciężkie plecaki i codzienne niekiedy wielogodzinne marsze oraz zimne noce powodują, że człowiek spala ok. 6000 kcal dziennie. Dlatego codziennie jadłem trzy lub cztery porcje obiadowe, a i tak byłem cały czas lekko głodny i schudłem 6 kg. Oprócz jedzenia trzeba także pić. Ogólnie takie napoje jak coca cola, fanta, mountain dew, piwo, czy rum są strasznie drogie - do 6$ za puszkę/butelkę. Poza tym kupowanie butelkowanych napojów nie zawsze jest rozsądne, bo śmietniki są tylko w dolnej części trasy, a potem puste opakowania albo musi znieść tragarz wracający z lodży na dół, albo zostają one wyrzucone na trasie. Tańszy jest wrzątek kupowany w kuchni, rano w sam raz jako zdrowa woda na wycieczkę, albo tanie są też różne rodzaje herbaty. I właśnie - herbatę sprzedaje się tu w termosach: małych, średnich i dużych. Z takim termosem można zasiąść wieczorem przy stole i systematycznie się ogrzewać i nawadniać. Termosy zresztą wyglądają jak najprawdziwsze relikty z PRLu, albo jak przerobione produkty z radzieckiej fabryki czołgów. A rozmiary także słuszne: mały to ok. 2 litry, średni 3 litry, duży 3-4 litry. Zaleca się, aby każdy pił tam dziennie 4 litry płynu, a nawet więcej, wtedy zmniejsza się ryzyko odwodnienia i wystąpienia choroby wysokościowej. Z herbat mogę polecić imbirową - z wkrojonym do termosu imbirem i z miodem - świetnie oczyszcza drogi oddechowe, a także rododendronową o słodkawym i kwiatowym smaku.

Kolejny dzień to już wyjście powyżej granicy lasu. Przeszliśmy przez Pangboche i Pheriche do Dingboche. W Pheriche odwiedziliśmy międzynarodową stację medyczną, w której lekarze z całego świata prowadzą badania na temat choroby wysokościowej, leczą miejscowych i pomagają turystom, którzy źle się poczuli. Przy okazji zaliczyliśmy mały wykład o chorobie wysokościowej, objawach i zapobieganiu itd. Zmierzyli nam również saturację krwi, i ku zaskoczeniu na 4400 mnpm nadal miałem 94%. Może organizm jeszcze nie zdążył zauważyć wysokości, a może dobrze znoszę takie warunki... Do Dingboche dotarliśmy z polecenia spotkanego Nepalczyka. Po drodze wyprzedził nas nepalski chłopak, dobrze wyposażony, z plecakiem i butlą tlenu zarzuconą zawadiacko na ramiona. Okazało się, że to tzw. Szerpa wysokościowy. Pomagał już w wyprawach na Everest, był kilka razy na Ama Dablam i większości trekkingowych sześciotysięczników. A butlę niósł do stacji medycznej w ramach zaopatrzenia (tak przy okazji taka butla waży całkiem sporo)... Polecił nam w Dingboche jego rodzinną lodżę - Everest Lodge - w której na pewno będą miejsca, ludzie są mili, a jedzenie dobre. Miał rację Smile Poza tym opowiadał, że wybiera się na rok do Austrii, popracować jako kucharz w restauracji orientalnej. Ciekawe w takim razie, czy u nas w knajpkach nepalskich i indyjskich czasem nie gotują jacyś wymiatacze, którzy byli już na ośmiotysięcznikach Smile

W Dingboche w lodży nie było dużo ludzi. Ale za to poznaliśmy tam przyjaciół: Gary'ego, który przyjechał z Anglii, wejść na Lobuche Peak, jego przewodnika Lakpę, Philippe'a, Francuza, który przyjechał na trekking i jego przewodnika Pasanga. Swoją drogą imiona Szerpów, zarówno mężczyzn, jak i kobiet często pochodzą od dni tygodnia. Lakpa na przykład to środa, Pasang to piątek. Do tego dochodzą jeszcze przydomki i nazwisko rodowe Sherpa. Inne popularne imiona to Mingma (wtorek), Phurbu (czwartek), Nyima (niedziela). Wieczorem tak się zgadaliśmy, że postanowiliśmy iść razem aż do Gorak Shep, gdyż każdy miał tę samą trasę w planach.

Następnego dnia wszyscy razem na lekko wyruszyliśmy na pierwszy wierzchołek Nangkar Tsang (5200 mnpm). Kolejny dzień na aklimatyzację. Spanie jest na 4600 mnpm, więc wejście wyżej i zejście z powrotem na nocleg pomaga organizmowi przyzwyczaić się do mniejszej ilości tlenu. Podczas podchodzenia czuć już było tę różnicę. Czułem się dziwnie, bo z 8kg plecakiem zazwyczaj prawie biegam po Tatrach. Tu natomiast po pierwsze po prostu nie dało się przyspieszyć. O marszu można było zapomnieć. Tylko miarowe stawianie kroku za krokiem, i powoli, bez pośpiechu, bo pośpiech potem kosztuje łapanie oddechu przez 5 minut. Zresztą i tak co jakiś czas trzeba się zatrzymać na nabranie tlenu w płuca. Poza tym powietrze tak wysoko i w klimacie kontynentalnym jest suche. W lodży higrometr wskazywał 34%. Dlatego wielu ludzi zakłada chustki na twarz i oddycha przez nie. U mnie z powodu parujących okularów takie rozwiązanie średnio się sprawdzało.

Z Nangkar Tsang roztaczały się piękne widoki na Ama Dablam i "bananowe jezioro" zaraz pod nią. Bananowe, bo zakrzywione w kształcie banana - Lakpa tak je nazywał. W oddali widać było zerwy Baruntse, a za nim różowawe skały Makalu. Na drugą stronę otwierał się piękny widok na Taboche, Cholatse, i turkusowe jezioro Chola Tso.

Po południu wróciliśmy do Dingboche z masą zdjęć i zadowoleni ze złamania granicy 5000 metrów. Rozdzieliliśmy się, część poszła zwiedzać wioskę, część do lodży, a ja poszedłem z poznaną parą Niemców do piekarni, nazywającej się zresztą Hermann Bakery. Takie miejsca są bardzo popularne na głównych trasach trekkingowych, gdyż tylko tam można dostać wypieki robione tak jak w Europie, aczkolwiek bywa, że czasem bułki lub ciasto nie wyjdą za dobrze i rozsypują się na talerzu. Przeważnie jednak ciastka są pyszne i człowiek jest szczęśliwy, że gdzieś na końcu świata może zjeść sobie szarlotkę, czy pączka - które wskutek zmęczenia i ogólnie innego jedzenia na treku smakuje obłędnie. Wychodząc z piekarni oczom ukazała mi się płonąca na pomarańczowo w zachodzącym słońcu ściana Lhotse. Po krótkim sprincie do lodży po aparat ustrzeliłem zdjęcie szybko znikającego zjawiska, a potem przez 10 minut kaszląc łapałem powietrze. Nie ma to jak wysokość. Wieczorem za to udało mi się prawie doprowadzić do tęsknego płaczu wszystkich trekkersów. Nieopatrznie powiedziałem zdanie ze słowem "bacon". Jak się okazuje ta magiczna potrawa wywołuje tak silne wspomnienia, że potem słuchałem tylko tęsknych westchnień i lamentów, że tu tego nie mają... mi zresztą też zamarzyła się pajda ze smalcem i śliwki w boczku... mniam - akurat na dobry sen.

I tradycyjnie zdjęcia z kolejnych dni:


Thamserku widziane z podejścia pod Tengboche


Transport materiałów budowlanych dla następnej lodży


Aklimatyzacja na małym pagórku nad Tengboche


Tengboche


Lew strzegący bramy do klasztoru


Karmapa


Klasztor w Tengboche


Młynki modlitewne


Ozdoba bramy


Wschód słońca


A gdzie są Elfy?


Ama Dablam


Kolejka do przekroczenia rzeki


Oczy Buddy


Wodny młyn modlitewny


Krajobraz powoli się zmienia


Pheriche w dolinie


Pheriche, pomnik himalaistów, którzy zginęli na Evereście


Naszych także nie zabrakło


Taboche i Cholatse


Makalu i Baruntse


Ama Dablam i bananowe jezioro


Cała ekipa, od lewej: Pasang, Phillippe, Gary, Sara, Lakpa


I jeszcze raz ze mną


A daleko w głębi jezioro Chola Tso


Na szczycie


Pustelnia na stoku


Lhotse o zachodzie słońca

Dalszy ciąg trekkingu prowadził nas w stronę bazy pod Mt. Everestem. Kolejnego dnia wyruszyliśmy zatem do Lobuche, trawersując zbocze nad Pheriche i idąc na przeciwko olbrzymich skalno-lodowych zerw Taboche i Cholatse. Oczywiście nie żebyśmy szli, jak wszystkie inne zorganizowane wycieczki, w rządku i od razu w tłumie. Każdy z nas poszedł swoim tempem, a spotkać mieliśmy się u celu. Po drodze kilka razy zagadywali do mnie Norwegowie - i to po norwesku. Zorientowałem się, ze przecież mam na sobie norweską czapkę z norweską flagą na czole. O ile w Polsce w ogóle to się nie rzucało w oczy, to tu musiałem tłumaczyć, że jednak jestem z Polski. Szkoda, że nie kupiłem sobie polskiej naszywki... później i tak gdzieś zgubiłem tę czapkę i na jednym z przydrożnych straganów z pamiątkami kupiłem sobie nepalską, z warkoczami i nausznikami.

Po drodze zatrzymaliśmy się z Sarą na herbatę w Dhugli. Właściwie nie ma tam już żadnych wiosek. Za Pheriche kończą się ostatnie kamienne chaty pasterskie. Dalej jedyne zabudowania to lodże, które powstały tu wyłącznie dla turystów. Dhugla leży na skraju lodowca Khumbu, widać tu jeszcze ślad po wielkiej kamiennej i błotnej lawinie, która zmiotła dwie z czterech lodży.

Dalej jest już tylko świat mineralny. Wprawdzie widać jeszcze jakieś trawki, nawet pasące się jaki, czasem jakieś porosty, a w pobliżu lodży biegają ułary tybetańskie - zwinne i szybkie kurowate ptaki. Jednak tu zaczyna się królestwo skał i lodu. Tu ziemia wywraca trzewia, mieląc skały w lodowej rzece i pochłaniając wszystko, co wpadnie do czarnych jaskiń i przepaści kryjących się między serakami, oraz wypluwając z powrotem tysiąc lat później.

Lobuche składa się wyłącznie z lodży, za to całkiem sporych, niekiedy trzypiętrowych. Czuć też, że powietrze jest suchsze i jeszcze uboższe w tlen niż w Dingboche. Zaczynam rozumieć, dlaczego Nepalczycy, zarówno kobiety jak i mężczyźni często i soczyście spluwają gęstą podsercówką wycharczaną z płuc i smarkają w palce prosto na ścieżkę, zupełnie się nie krępując. Po prostu w takim klimacie prawie każdy ma zapchany nos, kicha, prycha, siąpi i stara się jakoś oddychać.

Po drodze zatrzymywałem się częściej na zdjęcia, gdyż ogrom krajobrazów, ciekawe chmury i słoneczna pogoda zachęcały mnie coraz częściej do rozkładania panoramicznego średnioformatowego behemota, którego ciężar z każdym dniem przeklinałem coraz bardziej. Do Lobuche dotarłem ostatni i w jadalni spotkałem już wszystkich przy herbatce. W Lobuche po raz drugi zmierzyłem też saturację krwi i tu wynosiła już tylko 80%, co jest wynikiem normalnym jak na tę wysokość, a w Polsce stanowiłoby podejrzenie astmy, anemii, czy problemów z płucami. Powoli zaczęło do mnie także docierać, że głupio zrobiłem, nie biorąc prysznica w Dingboche. Wprawdzie taka atrakcja jest płatna, ale czasem warto wydać te 3$. Od teraz prysznic był tylko wiadrem ciepłej wody wylewanym przez sitko w sławojkowatym prysznicu ze sklejki, stojącym na dworze. Niżej były jeszcze normalne prysznice w budynku i to z ciepłą wodą, ogrzewaną z gazowej butli i płynącą z kranu!!
Trudno, będę śmierdział, zresztą każdy tu śmierdzi. A poza tym tej nocy po raz pierwszy miałem lód w butelce wody, czyli mamy mróz, a mróz tłumi przykre zapachy. Dobrze, że Nepalczycy są przewidujący i mimo tego, że każdy ma ze sobą dobry puchowy śpiwór, na wszelki wypadek w pokojach są kołdry lub koce. W razie czego można jeszcze zarzucić na śpiwór.

Kolejnego dnia szliśmy już skrajem lodowca do Gorak Szep (5140 mnpm) - najwyższej miejscowości na szlaku. Niby tylko 250 metrów podejścia, ale po drodze są różne moreny boczne, zwały kamieni, gruzu, śniegu... czyli w górę i w dół, w górę i w dół, a tu każde 30 metrów podejścia odczuwa się jak np. takie podejście z Niskiej na Jarząbczy. Samo Gorak Shep to cztery lodże wciśnięte między morenę boczną lodowca a jezioro Gorak Tso i zbocze Kala Pattar. Sucho tu, słonecznie, zimno, jakoś księżycowo... i cholernie drogo. Średni termos herbaty kosztuje tu 10$, a nasz pokój, mimo że normalnie płatny (zazwyczaj gdy kupuje się jedzenie w tej samej lodży, to pokój jest za symboliczną opłatę, np. 1$), nie ma okna - tzn. ma jakąś półprzezroczystą płytę matowego plastiku w suficie.

Długo się nie zastanawiając, decydujemy przejść się do bazy pod Everestem. Droga prowadzi dalej wzdłuż jeziora Gorak Tso, skrajem lodowca aż do lodospadu Khumbu. Po drodze widać potężne zerwy Nuptse z jakby pazurami wyrytymi śnieżnymi bruzdami opadającymi z grani, obok po lewej Chang Tse z leżącą na pod nim przełęczą Lho La - za nią jest Tybet i lodowiec Rongbuk. Z tyłu pomiędzy Chang Tse a Nuptse groźnie horyzont zamyka czarna, nieośnieżona, zimna bryła Everestu. Stąd nie widać, że jest on wyższy o ponad kilometr od wszystkich pozostałych szczytów. Dolinę zamykają sześciotysięczniki Khumbu Tse i Lingtren. Od zachodu natomiast swą smukłą i strzelistą kibić pręży Pumori. Co jakiś czas z oddali słychać łomot spadających głazów, tępy trzask lodowca, huk lawin, a od czasu do czasu odgłosy żywej geologii zakłóca turkot śmigłowca - tu śmiesznie malutkiego na tle krajobrazu. W pewnym momencie ścieżka skręca w dół na lodowiec. Po 10 minutach wyprowadza na wyżej leżące rumowisko, na którym widnieje tabliczka "Everest Base Camp", a na wietrze łopocze kilkadziesiąt linek z flagami modlitewnymi. Zazwyczaj w tym miejscu wiosną stoi kilkaset namiotów ekip himalaistów, a na miejscu nawet działa okresowa piekarnia. Tym razem towarzyszą nam tylko seraki, penitenty, lodowe jeziorka i kamienie. Jesienią wiatry są za duże, i nikt tu się nie wspina, a w związku z tegorocznym głośnym wypadkiem, w którym pod lawiną zginęło kilkunastu Szerpów wysokościowych, doszło do protestów miejscowej ludności, a sezon wspinaczkowy został zamknięty.

Rozglądając się dookoła, zastanawiam się, jak to jest, wytrzymać w tym miejscu dwa miesiące, tym bardziej zimą. Przecież, gdy tylko okolica zniknie w cieniu, robi się momentalnie przenikliwie zimno. Może, gdy aklimatyzacja zadziała, nie oddycha się tak ciężko, ale i tak nie ma tu praktycznie żadnej płynnej wody, wszystko trzeba przynieść ze sobą, w nocy latem jest -10, a zimą -25. Odczekawszy sporą chwilę, aż grupa angielskich facetów zrobi sobie selfie, sam też zasiadam do pamiątkowego zdjęcia. A potem zmykamy stąd na obiad.

Rano oczywiście obowiązkowo wstaję o 5:00 na wschód słońca. Jeszcze po ciemku razem z innymi duchami wśród świateł czołówek podążam na Kala Pattar (5550 mnpm) - najwyższy punkt na trasie. Przyznam, że tak ciężko jeszcze nigdzie mi się nie podchodziło. 100 kroków i odpoczynek, zimno - może nie jakoś strasznie, bo ok. -5 stopni, ale ręce nie chcą się rozgrzać. Czuję, że wlokę się strasznie i nie zdążę przed pierwszymi promieniami słońca. A i tak cały czas wyprzedzam ludzi. Pod szczytem śnieg. Sam wierzchołek, a właściwie skalisty pagórek jest dość ciasny, pokryty świeżym śniegiem i zalodzonymi flagami modlitewnymi. Wśród ludzi, wiszących flag i śliskich kamieni trudno o dobre miejsce do zdjęć. Znajduję nadający się punkt się na wysuniętej skałce, rozstawiam sprzęt i czekam. Stąd dopiero widać olbrzyma - zwalisty, potężny i jakby nie pasował do tych strzelistych lodowych konstrukcji otaczających go szczytów. Ed Douglas, cytowany w przewodniku Lonely Planet, miał rację, pisząc: "Everest is like a grossly fat man in a room full of beautiful women". W dole za to wije się lodowa rzeka, długa na kilkanaście kilometrów. Zza Everestu na niebie pojawia się poświata promieni. Jednocześnie ściana Pumori za mną zaczyna lśnić. Już wiem, co będzie najlepszym łowem tego poranka. Everest leżąc na wschód od Kala Pattar jest świetnym tematem do zachodów słońca. Te jednak z powodu popołudniowego zachmurzenia, po prostu nie są widoczne. Dlatego trzeba się zadowolić wschodem - dookoła góry zaczynają kąpać się w żółtej poświacie, a granica światła chyli się coraz bardziej do lodowca. Co jakiś czas strzelam kolejne panoramy, a wymiana filmu wymaga zdjęcia rękawiczek. Potem przez pół godziny rozgrzewam zmarznięte łapy, a później ze świeżo poznanym gościem z Australii robimy sobie zdjęcia na tle gór. Potem pakuję sprzęt i schodzę na śniadanie.

W dalszej części dnia czeka nas przejście z powrotem do Lobuche i dalej do Dzhongli. Dzhongla stanowi mianowicie punkt wypadowy na przełęcz Cho La, przez którą Philippe z Pasangiem zamierzają przejść następnego dnia. Razem z Sarą chcemy się do nich przyłączyć, gdyż teren pod przełęczą jest pokryty lodowcem i łatwo tam się w zgubić we mgle, a do tego trzeba uważać na szczeliny. W Gorak Shep jem śniadanie i czekam na Sarę, która na Kala Pattar wyruszyła dwie godziny później. Następnie razem z Garym i Lakpą idziemy do Lobuche, po czym oni schodzą do Dhougli, żeby zabrać sprzęt wspinaczkowy i przyszykować się do podejścia do obozu I pod Lobuche Peak. Z Sarą skręcamy z głównego szlaku w stronę jeziora Chola Tso i podchodzimy kawałek do Dzhongli. Teraz dopiero widać, jak wielkie jest to jezioro. Wielki Staw może się schować. A ściana Cholatse stromizną przypomina Kazalnicę albo Mały Kieżmarski... ale tak razy trzy.

Podejście pod Dzhonglę, mimo że niewielkie, daje mi nieźle w kość. Odzywa się zmęczenie po porannym wysiłku, a do tego codziennie coraz bardziej dokucza mi kaszel. Wieczorem dostaję od znajomych homeopatyczne leki, sam biorę dwie aspiryny, pastylki na kaszel i wypijam 3 litry imbirowej herbaty. Noc jednak jest fatalna. Lodżę zbudowano z cienkiej dykty, także równie dobrze mógłbym spać w namiocie. Woda zamarza. Kaszel nie daje spać, a zimne powietrze kłuje w gardło podczas oddychania. A na przełęcz trzeba wstać o 4:00.

Nic to, nie ma co kozaczyć, decyduję, że nie idę do góry. Tam z kaszlem może być tylko gorzej, a po drugiej stronie jest tylko maleńkie Dragnag, potem godzina przez lodowiec i Gokyo. Nie wiem, czy jest tam jakiś lekarz. Dlatego rano decyduję, że schodzę na dół do Pheriche. Żegnam się z Sarą i resztą ludzi i mówię, żeby szli beze mnie i korzystali z tego, że mają przewodnika. Po drodze do Pheriche z każdym metrem w dół zaczynam czuć, że powietrze jest bardziej treściwe, a w płucach już mniej rwie. W Dhougli spotykam jeszcze Lakpę i Gary'ego, którzy zmartwieni mną częstują mnie pyszną herbatą z imbirem i miodem. życzę im powodzenia we wspinaczce i schodzę dalej do Pheriche. Obieram drogę dnem doliny. W oddali widzę już domy, ale idę do nich jeszcze 2 godziny, zanim docieram do stacji medycznej. Tam po zbadaniu lekarka stwierdziła, że dopadł mnie wyjątkowo upierdliwy kaszel Khumbu. Jest on niegroźny pod względem choroby wysokościowej, ale nie daje spać, a w skrajnych przypadkach chorzy kaszlą tak mocno, że łamią żebra. Dostaję na to tabletki z kodeiną. Powinno pomóc, ale nie ma na to gwarancji, bo różnie ludzie reagują. Postanawiam zatem zejść do Pangboche, wziąć prysznic, wyspać się i pójść do Gokyo nie przez przełęcz, ale z dołu.

Dalej już niespiesznie docieram do Pangboche, podjadam sobie snickersy, uszczuplając stopniowo zapas 25 batonów, które kupiłem w Lukli, i ciesząc się, że będzie trochę mniej do dźwigania. W Pangboche pytam się o poleconą mi przez Lakpę Namaste Lodge. Zadomawiam się i po kolei: biorę prysznic, oparłszy koszulkę o ścianę i postawiwszy skarpetki przy łóżku, zmieniam ciuchy na czyste. Potem schodzę do jadalni ze śpiworem i zagrzebuję się w puchach, czekając na rozpalenie ognia. Tymczasem do lodży schodzą się ludzie. Poznaję dwóch irlandzkich facetów i 12 letniego syna jednego z nich. Zamierzają wejść we trzech na Island Peak. Dowiaduję się też, że dzieciak mając 10 lat wszedł na Elbrus i ustanowił tym rekord najmłodszego zdobywcy tego szczytu. Zresztą chłopak wydaje się jakoś bardziej dojrzały i obeznany z górami. A potem kolejna ciekawostka. Okazuje się, że w lodży nocuje Joao Garcia ze swoim partnerem wspinaczkowym. To najlepszy himalaista portugalski, zdobywca 14 ośmiotysięczników. Ma dużo historii do opowiedzenia, m.in. jak to wspinał się z Wielickim, Pawłowskim, Zawadą. Ma o Polakach bardzo dobre zdanie - uważa, że w górach jesteśmy bardzo twardzi i skoncentrowani na celu. Zresztą to samo słyszałem też od pary Bawarczyków poznanych w Dingboche, mówili oni, że ile razy spotykali w górach Polaków to zawsze były to twardzi zawodnicy, a cytując "die Polen das sind immer so harte Hunde".

W ogóle na tym trekkingu chodząc samotnie poznaje się ciekawych ludzi. Na przykład spotkałem Boba, gościa z Liverpoolu. Przyjechał na pół roku do Azji, zobaczyć Himalaje, w bazie pod Everestem pociągnął z piersiówki za ducha swego dziadka, aklimatyzacją specjalnie się nie przejmował, bo spieszno mu było zwiedzać dalej: Indie, Wietnam, Indonezję, Sri Lankę itd. A później planował osiedlić się w Australii i znaleźć tam pracę. Zupełnie bez stresu, jakby to nie była życiowa zmiana, ale wyjście do pubu. Była też inna Sara ?dziewczyna z Wysp Owczych. Przyjechała z koleżanką zwiedzić Azję, ale ponieważ koleżanka miała kontuzję kolana, to ona sama tylko z jednym Szerpą wybrała się pod Everest. Pod Kala Pattar widziałem ją płaczącą, bo nie dała rady wejść i źle się czuła. Potem spotkałem ją w Kathmandu i dowiedziałem się, że tego dnia ewakuowali ją helikopterem. Spędziła dzień w szpitalu i przeszły jej objawy choroby wysokościowej. A najlepszy był ten Rosjanin poznany w Gorak Szep. Władimir - chłopisko olbrzymie, pod dwa metry wzrostu, ze słusznym brzuchem i 54 latami na karku. Na każdym ręku po jednym olbrzymim zegarku, na palcach sygnety, a na torbie fotograficznej rosyjska rejestracja. Po angielsku ledwo co, ale jak się dowiedział, że ja z Polszy, to się rozgawarił, rozgestykulował, i zaczął opowiadać, że on kierowca ambulansu w Chabarowsku, że marzenie zobaczyć Jewierest i że zdarowie i serducho dopisało i on tu dotarł na piec tysięcy metrów. Taka dziecięca niepohamowana radość, której nie było widać u żadnego z tych nadzianych Westów. Oni w goreteksach, on w swetrze i skarpetach udzierganych przez babcię, aż miło było patrzeć.

Odpocząwszy postanowiłem, że idę dalej do Phortse, i dalej przez Dhole i Machermo do Gokyo. Chciałem zobaczyć te turkusowe jeziora, a może uda mi się spotkać kogoś z poznanych ludzi?

Zanim się jednak rozpiszę, to pokażę Wam trochę zdjęć:


Pheriche z drogi do Dhougli


Chaty pasterskie po drodze


Sara


W dole widać Dhouglę


Głazowisko, z którym zmiotło dwie lodże


A wór coraz cięższy...


Odpoczynek na szlaku


Zaczyna się lodowiec Khumbu


Poranek w Lobuche


Lodowiec Khumbu


Gorak Shep


Ułar tybetański


W drodze do Bazy pod Everestem


Khumbu Tse


Zerwy Nuptse


O tam z tyłu się chowa...


Lodowe jaskinie


Baza pod Everestem z daleka...


...i w zbliżeniu


Dotarłem!


Nasz pokoik


Słońce wstaje zza Everestu


Poranek


Pumori


Big Grin


Big Grin


Słoneczny podgrzewacz wody - a w środku 10-litrowy czajnik


Gorak Shep i lodowiec Khumbu


Lobuche Peak


Ama Dablam


Ama Dablam


I jeszcze raz w zbliżeniu


I jak też się załapię na zdjęcie Smile


Chola Tso


Cholatse


Zamarznięte szarotki


Jaki na drodze do Pheriche


Jeszcze 2 godziny drogi


Na dnie doliny


Ścieżka do Pangboche


Pangboche


Południowa ściana Lhotse

Następnego dnia wyruszyłem do Phortse, następnie w dół do mostu przez rzekę aż na 3600 mnpm. i z powrotem mozolnie pod górę. Najpierw przez las, niekończące się schody, a potem już nieco łagodniej trawersując stok doliny aż do Dhole. Tam mimo wczesnej pory postanowiłem zostać na noc i nie szarżować za bardzo. Gdy wszedłem do pokoiku w lodży, od razu wiedziałem, że będzie źle. Dykta, jednowarstwowe szyby... ale tym razem wpadłem na pomysł - a może by tak tę plastikową butelkę z gorącą wodą zapakować do śpiwora. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej!!!??? Rewelacja, było mi cieplutko w nogi i spałem sobie smacznie mimo mrozu.

Następnego dnia dotarłem do Gokyo trochę już na ostatnich siłach bo jednak plecak wraz z wysokością ciążył coraz bardziej. Do Gokyo wchodzi się przez próg doliny wzdłuż rwącego potoku po schodach starannie ułożonych obok urwistej skały. Na tych schodach (raptem 100 m) spędziłem chyba z pół godziny sapiąc i wypluwając płuca, a gdy potem po nich zbiegałem, to nawet nie zauważyłem, że były takie strome. Zaraz za progiem doliny jest mostek i zaczynają się stawy. Nie jakieś tam maleńkie, ale kilometrowej długości turkusowe jeziora o mlecznie mętnej wodzie wciśnięte między górskie zbocza a stumetrowe skarpy, które potem okazały się być moreną boczną potężnego lodowca. Przy trzecim jeziorze znajduje się ostatnia miejscowość - Gokyo. Leży mniej więcej na wysokości wierzchołka Mt. Blanc. Zgodnie z radą Garcii udałem się do polecanej przez niego lodży (Namaste Lodge). Rzeczywiście przytulne miejsce - w jadalni grzali zarówno rano jak i wieczorem. Pokój dostałem z widokiem na Cho Oyu i to taki z wykładziną na ścianach, całkiem ciepły - woda nie zamarzała.

W tej samej lodży spotkałem Sarę, która przeszła ze znajomymi przez Cho La i wybierała się z jednym gościem i jego przewodnikiem przez następną przełęcz Renjo La. Poza tym poznałem tam parę z Warszawy, która przyjechała do Nepalu w wersji hardkorowej. Tzn. bilety mega tanie - dwa razy taniej ode mnie, ale za to 3 dni w podróży - 2 noce na lotniskach: we Frankfurcie i w Bombaju. Zamiast lotu do Lukli jechali 16 h jeepem do Salleri, a stamtąd 2 dni z buta do Lukli - powrót planowali taki sam, poza tym własne herbaty, własny panel słoneczny z ładowarką, częściowo własne żarcie. Ale oni zaprawieni w bojach z ogromnym doświadczeniem górskim. Sami pojechali rok temu na Aconcaguę i ją strawersowali, tzn. weszli lodowcem Polaków a zeszli trasą normalną przenosząc cały sprzęt biwakowy (40kg / osobę) przez szczyt!! Ich trasa prowadziła przez 3 przełęcze (Kongma La, Cho La i Renjo La). Szli bez przewodnika, po cudzych śladach, ściągniętych z sieci i zapisanych na mapach GPS przez innych podróżników. Podziwiam taki pomysł i chyba za rok skorzystam z niego.

Tym razem byłem już trochę wymęczony i jednak nie miałem zamiaru pchać się na żadne przełęcze. Może kiedyś w przyszłości, jak nie będę brał behemota i statywu... za to po południu wyszedłem sobie na Gokyo Ri - taki pagórek w okolicy (5340 mnpm), z którego świetnie widać najdłuższy nepalski lodowiec Ngozumpa, i szczyty Cho Oyu, Everest, Nuptse, Makalu, Cholatse, Taboche, Ama Dablam i Tamserku. Podchodząc zaczęły gonić mnie chmury - jak co dzień po południu niebo zaczęło się zasnuwać. Od dołu przez próg doliny zaczęło wlewać się mgliste mleko. Cyknąłem ostatnie zdjęcie panoramiczne ze stawem - z ręki, bo na statyw nie było czasu i odtąd szedłem już w minorowym nastroju i we mgle, żeby tylko zaliczyć szczyt. Ale zaraz pod szczytem coś jakby zaczęło przeświecać z góry. W ciągu paru metrów wyszedłem ponad chmury. W dole rzeka obłoków zamiast lodowca, a z tego wystają wszystkie sześciotysięczne i wyższe szczyty. A godzina piękna, bo 16:00 i światło powoli zaczyna się ocieplać. Wtedy zobaczyłem trzeciego w życiu Brockena. Widmo było daleko w dole, także tęczową glorie widziałem, ale własny cień albo był za mały, albo rozmył się w przestworzach. Tak czy inaczej traktuje to jako odczynienie klątwy zgodnie z legendą św. pamięci Jana Alfreda Szczepańskiego: kto ujrzy duch Brockenu w górach - w górach zginie, dopiero ujrzawszy go po raz trzeci razem klątwa zostanie zdjęta.

Na szczycie spotkałem wesołego Bułgara - Emiła. Nawzajem zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle gór, a potem on zaczął interesować się moim aparatem panoramicznym. Mówił, że kiedyś też robił zdjęcia na kliszach. Ja mu powiedziałem, że przyszedłem sfotografować zachód słońca - i jakoś tak w rozmowie zorientowałem się, że nie mam czołówki - została na dole w drugim plecaku. Nic to, księżyc jest, to trafię do dołu, ale zamiast 1,5 h może to zająć ze 3. A on dowiedziawszy się o tym, podarował mi maleńką diodową latareczkę. Ucieszyłem się, bo byłem uratowany od błądzenia po kamolach po ciemku. Zaraz potem przyszło dwóch profesjonalnych brytyjskich fotografów z plecakami pełnymi obiektywów, a Emił udał się na dół. Potem dołączyli kolejni Bułgarzy, którzy się rozłożyli nieopodal i zaczęli śpiewać ludowe piosenki oglądając zachód słońca. Tymczasem góry zaczęły płonąć. Najpierw na żółto, potem na pomarańczowo, a w końcu tylko najwyższe wierzchołki na purpurowo. A potem przyszło sine wieczorne zimno. Prawie nie odmroziłem łap zmieniając filmy. A z lewej dochodziły mnie tylko turkoty strzelających migawek w aparatach Brytyjczyków. Oni swoje panoramy będą składać z kilkudziesięciu zdjęć, a ja swoje pstrykałem na raz. Zaraz po zajściu słońca zwinąłem sprzęt. Nie miałem ciuchów na noc ani śpiwora, więc nie zostałem na gwiazdy. Zresztą - może to prozaiczne - kolacja by mi przepadła. No a poza tym zimno, zimno, zimno...

Pobiegłem po ciemku za Bułgarami - oni mieli czołówki, a ta diodowa lampka jednak nie wystarczała za bardzo. Dogoniłem ich po 15 minutach i już poszedłem z nimi. Czułem się jak na nocnych harcerskich marszach z tymi ich śpiewami - najpierw jakieś ludowe, potem Beatelsi, potem Bob Dylan... i to gdzieś na końcu świata w Azji, gdzie diabeł mówi dobranoc. Okazało się, że Emił był z ich grupy, więc podziękowałem za światło i latareczkę oddałem.

Następnego dnia poczułem, że wyjazd i cel został spełniony - pogoniłem z samego rana na dół. Dostałem takiego speeda, że w 8 godzin dotarłem 1500 metrów niżej i dobre 20 km dalej, aż do Namche Bazaar. Po drodze widziałem, jak ewakuowali z Machermo faceta z początkami obrzęku mózgu - ludzie mówili, że język mu się plącze i zachowuje się jak pijany. W Namche Bazaar zgłosiłem się do poleconej przez Szerpę Lakpę lodży - również Namaste Lodge. A tam w kuchni widzę, że siedzą właśnie ów Lakpa i Gary. Po serdecznym powitaniu dowiedziałem się, że z powodu osuwającego się śniegu i braku czasu musieli wycofać się 50 metrów przed szczytem Lobuche Peak. Szkoda, trudno się mówi, ale to są góry. No i właśnie tam, jak już wszystkim zeszło ciśnienie, dwóch dorosłych i odpowiedzialnych facetów upiło się w sztok. Najpierw zaczęliśmy od piwa, a potem przerzuciliśmy się na nepalski rum "Khukri". Już wiem, czemu nazywa się jak ich tradycyjne noże. To draństwo chyba średnio destylowane i kopie jak jasna cholera. A Polak z Anglikiem chcieli sprawdzić, kto ma mocniejszą głowę. I wyszło, że wytrąbiliśmy tego ponad litr. W nocy skończyło się to potężnym zatruciem alkoholowym, bo na 3500 mnpm objawia się trochę bardziej intensywnie. A rano... dlaczego tu tyle schodów? dlaczego te jaki mają takie głośne dzwonki na szyjach? W ogóle dlaczego trzeba wstawać? Ach, no tak, jeszcze czeka nas 6h marszu w dół do Lukli i samolot i w ogóle do Kathmandu jest kilkaset kilometrów, a do domu to już w ogóle strasznie daleko.

No to zapakowałem plecak, schowałem aparat i ruszyliśmy. Na początku kiwały mną opary rumu, a potem to chyba jednak źle wyważony plecak znosił mnie na boki. A wrażenie było tym bardziej niepowtarzalne na tych wiszących mostach, które po raz pierwszy wydały mi się jakieś takie niestabilne (mimo że na stalowych linach jak od kolejki na Kasprowy).

W Lukli wziąłem pierwszy od 6 dni prysznic - gorący!!! Wcześniej w sumie smród się nawet przydawał, bo ludzie - świeże mięso, które wysiadło z samolotu, i którego góry jeszcze nie przemieliły - ustępowali mi sami i bez pytania.

Następnego dnia w Lukli zaczęło się dziać. Gary miał bilet na 7:45, a ja na przebukowany na 11:00. Zebraliśmy się rano i byliśmy na lotnisku już o 6:00. A tam nic. Leży chyba setka bagaży, na dole, na pasie druga setka bagaży, kręcą się jacyś ludzie, jacyś strażnicy, turyści, technicy itd. Tylko jednego brakuje. Samolotów. Przecież samoloty muszą przecież przylecieć z Kathmandu - w Lukli nie ma hangaru i nic nie stacjonuje. A w Kathmandu mgła i te awionetki nie startują. Po dwóch godzinach przyleciały. Dwa pierwsze poszły z jakimiś towarami bez ludzi, a dopiero potem zaczęli wysyłać pasażerów ze sporym opóźnieniem. I zaczęły się jaja z odprawianiem. Zero informacji, żadnej tablicy informacyjnej. Nagle do stanowiska Tara Air podchodzi dwóch gości i zaczyna przewracać jakieś kartki, turyści z paszportami i biletami zaczynają się tłoczyć, jednych odprawiają, innych nie. Ja na swoim bilecie mam napisane długopisem "11". To na znak przebukowania na dziś na 11:00. Potem okazuje się, że są jakieś listy - jestem na 11 liście, a teraz odprawiają listę nr 5 i 6. Potem w biurze linii lotniczych dowiaduję się, że mimo, że jest 12:00, to poleciały dopiero loty z 6:30 i 7:00, a moje nazwisko jest na liście niepotwierdzonej, czyli teoretycznie na 11:00, ale jak nie będzie miejsca, to nie polecę. A na dole dalej kłębi się setka odprawionych ludzi i czeka na swój samolot.

W międzyczasie podchodzi do nas Nepalczyk i proponuje helikopter za 350$ od osoby. Za dużo, macham ręką. Poznaję dwóch Polaków z Łodzi - Jarka i Martę. Oni mają lot z listy 14. Razem kombinujemy, czy by jeszcze nie pocisnąć do Salleri, nawet z wynajętym przewodnikiem, bo nie mamy mapy tego rejonu, i nie wynająć stamtąd jeepa do Katmandu. Ale to draństwo jedzie 18 godzin. A przecież to chyba tylko 300 czy 400 km. I już mamy wizje, jakiej jakości to droga.

Ale zaraz znów pojawia się ten sam gościu od helikoptera i proponuje 200$ od osoby. To już brzmi nieźle, bo bilet na samolot kosztuje 165$ i można go zwrócić. Zaczynam szukać ludzi - potrzeba sześciu. Zagaduję dwie Hiszpanki, które mają lot z listy 16. One po namyśle decydują się na lot. Mówię, że mamy piątkę. Polecimy? Tak, polecimy. No to do biura, anulować bilety, a potem prowadzą nas gdzieś przez pas startowy na lądowisko helikopterów. Przy nas dwójka ludzi niesie zawinięty pakunek na tzw. bambusie - pewnie zwłoki. Za nim bagaże zmarłego. Potem okazuje się, że to Szerpa. Zginął w górach... ale nie śmiałem pytać rodziny stojącej w kółku. Nie będzie leciał z nami, bo helikopter ciasny, a na kolana trupa nie weźmiemy. Potem dołącza do nas Szwajcarka, której anulowali lot. Jest komplet. Po 40 minutach pojawia się helikopter. Jednocześnie robi się mgliście, a z mgły lądują jeden za drugim samoloty. I szybko, wysadzają ludzi, pakują nowych i sru w niebo. Właściwie w taką pogodę nie powinny w ogóle startować. 6 metrów przed końcem pasa startowego odrywają się od ziemi i ostrym łukiem podczas skrętu wznoszą się w chmury, żeby uniknąć stoku z drugiej strony doliny. Zaczynamy snuć podejrzenia o machlojkach i biznesie helikopterowym, i że to całe opóźnianie lotów z powodu złej pogody jest zamierzony, żeby wycisnąć z turystów więcej dolarów. Trochę w tym prawdy jest - tak mówił mi wcześniej poznany Garcia. Po zatankowaniu helikoptera wsiadamy. Głośno się tym leci, trochę trzęsie, a start jest dziwny. Po prostu zaczynamy się unosić w powietrzu i pod dziwnym kątem odlatujemy w stronę doliny. Za to w Kathmandu zapakowali nas do samochodu i zawieźli bez odprawy razem z bagażami prosto do taksówek. Luksus. Stamtąd już tylko do hotelu. Odebrałem depozyt, przebrałem się w czyste ciuchy i wziąłem dłuuuugi prysznic. Potem w ciągu dnia spotkałem Gary'ego, Sarę, Philippe'a i poznaną parę z Paryża, poszliśmy na obiad, parę piw i w ogóle miło było, bo same znajome twarze. Poza tym obiady zaczęły być bardziej urozmaicone, ostrzejsze - już bez takiego uważania na bezmięsność, skład itd. Jak się przekonałem na wadze lotniskowej, w sumie schudłem w tych górach o 6 kg. Wszystkie ciuchy za duże, a w pasku do jeansów brakuje dziurek.

Potem przyszedł czas na zakupy, pamiątki, zwiedzanie świątyń i zabytków. Zobaczyłem dwie słynne buddyjskie stupy: Bodnath i Swayambunath, a z Garym wybrałem się do Bakhtapur - starego newarskiego miasta położonego pod Kathmandu. Po drodze nasza taksówka miała wypadek. Jakaś duża ciężarówa najechała na nas. Tak po prostu, bo tam ciasno i nikt nie przestrzega zasad ruchu. Ludzi na trzypasmówce się po prostu omija i trąbi na nich - co z tego, że są pasy i ludzie chcą przejść przez ulicę. Po stłuczce nikt się nie zatrzymał. Ciężarówka pojechała dalej, a nasz kierowca dopiero na światłach obejrzał wóz. Zderzak urwany, błotnik wisi smętnie i ociera... trudno, ryzyko zawodowe, OC u nich nie istnieje.

A potem ostatnie dwa dni już się przenudziłem. Nie chciałem wydawać kasy na jakieś ekscesy typu lot widokowy nad Himalajami, bo to jednak droższe niż myślałem, a wszechobecny kurz, spaliny, i agresywna promocja sprzedaży pamiątkowych badziewi zaczęły mi przeszkadzać. Dlatego wylot przywitałem z entuzjazmem. Wreszcie zobaczę kraj, gdzie każdy człowiek nie charcze i nie pluje na ulicę, gdzie są śmietniki na chodnikach, gdzie dba się o zieleń, a nocą zapalają światła na ulicach, gdzie mieszkania są ogrzewane, a woda w kranie nie cuchnie metalami i chlorem. Gdzie nie jeździ się po wszystkim trąbiąc na ludzi itd.

Pierwszy lot do Kataru poszedł gładko. Szybkie zakupy w wolnocłowym i już będę wchodził na pokład samolotu do Warszawy. Ale przed wejściem mówią mi, że z przyczyn bezpieczeństwa nie mogę lecieć. Oprócz mnie dwunastu osób nie wpuścili na pokład - ponoć wybranych z losowego rozdzielnika. Ponoć samolot miał wziąć więcej paliwa i byłby przez to za ciężki... A ja mam poczekać jeszcze parę godzin i dopiero rano lecieć do Budapesztu, a stamtąd po 2 h do Warszawy. Razem 22 godziny... A co tam, wszystko mi jedno. Poczekam, nie takie rzeczy się działy. Gdy dotarłem do Budapesztu, to dowiedziałem się, że do mojego biletu nie ma przypisanego bagażu, więc pewnie zgubili go w Katarze. I faktycznie, wór przywiózł kurier i dostarczył pod drzwi dwa dni później. Musiało im tam nieźle śmierdzieć podczas drogi, bo w środku brudy z trzech tygodni Big Grin

Już w Polsce dowiedziałem się, że większość biletów na mój samolot została kupiona wiele miesięcy wcześniej, a latem zamknięto przestrzeń nad Ukrainą. Z tego powodu samolot musi lecieć dłuższą trasą, musi wziąć więcej paliwa, przez co jest cięższy i nie może zabrać wszystkich pasażerów. Także uważajcie, jeżeli macie jakieś wykupione loty.

To już koniec mojej relacji. Dzięki tej wyprawie nabrałem trochę dystansu do życia, zobaczyłem inny świat, wymęczyłem się fizycznie i odpocząłem psychicznie, poznałem mnóstwo ciekawych i kochanych ludzi i zobaczyłem surowe piękno największych gór. Każdemu życzę podobnych podróży, może spotkamy się kiedyś na szlaku.

A na koniec oczywiście zdjęcia:


Droga do Phortse


Schody na podejściu pod Dhole


A przecież tak niedawno wymieniałem podeszwy na nowe...


W drodze do Machermo


Murki mani w Machermo


Drugie jezioro w Gokyo


Widok z okna w pokoju


Z podejścia na Gokyo Ri


A za jeziorem - Lodowiec Ngozumpa


Nad chmurami, w tle Cholatse


Gloria widma Brockenu


Gokyo Ri


Cho Oyu


Prądy strumieniowe nad Everestem


Emił strzelał dobre zdjęcia


I jeszcze jedno na szczycie


Słońce zachodzi, zaraz zacznie się spektakl


Cholatse


A dolina pod kołderką śpi


Nad Cho Oyu mocno wieje


Ngozumpa


Nad Everestem robi się złoto


5 minut później


Kolejne 5 minut później


I jeszcze 5 minut później


Aż nastał mroźny zmierzch


A to już w drodze do Namche


Ostatnie spojrzenie na góry

Poprzednio pokazałem filmy ze startu w Kathmandu, i z lądowania w Lukli. Poniżej zaś filmik przedstawiający, jak tam się startuje.
Start samolotu w Lukli


A tu już nasza bryka po wylądowaniu w Kathmandu


Główny plac w Bhaktapur


Typowa uliczka handlowa


Tak robi się pierożki momo


Pagoda w Bhaktapur


A to tylko drzwi do knajpki Smile


Transport publiczny


Bodnath


Na całym obwodzie są młynki modlitewne


U pani można kupić ziarna do karmienia gołębi


Jeden z kilku klasztorów dookoła stupy Bodnath


Młyn modlitewny w klasztorze


Ten pan wciska knoty do każdego z kaganków


Swayambunath, zwana też świątynią małp


Swayambunath


Kathmandu widziane ze wzgórza Swayambunath

Super się czyta Twoje opisy. A oglądanie zdjęć przenosi w tamten rejon. Szkoda tylko, że wirtualnie.
Ciekawa wyprawa -, widoki surowe i egzotyczne. Szkoda ,że czasami za dużo ludzi i te przepychanki lotniskowe. Ale jak już wyżej to gwar znika. Taka wyprawa życia można powiedzieć. Niestety niektórych miejsc nie uda mi się już zobaczyć. Czas nas ogranicza a świat ogromny Smile. Relacja Twoja choć trochę sprawiła jak bym tam była.
Ogromnie miło słyszeć Wasze słowa. Cieszę się, że się Wam podoba. Ja też nie zdołam zobaczyć wszystkich miejsc, zawsze będę musiał wybierać... A odnośnie tych lotniskowych przygód - one tylko uczą dystansu i spokoju. Potem musiałem uspokajać 12 pieklących się Polaków w Katarze i pośredniczyć między nimi a biedną, Bogu ducha winną panią z okienka informacyjnego. Bo ludzie nie umieli zrozumieć, że czasem może pójść nie po ich myśli, i zamiast strzępić sobie język trzeba znaleźć najlepsze rozwiązanie.
Widze po zdjeciach ze miales swietna sloneczna pogode.Ladne zdjecia i swietny wyskok w Himalajeok. Poczucie jak by sie bylo na Mount Everest.ok.
Gratulacje udanego trekkingu ok . Jestem pełen podziwu co do całej logistyki,podejrzewam że przygotowanie było dłuższe niż wyprawa. Świetna relacja z dużą ilością praktycznych informacji. Żyjemy w takiej presji czasu, mamy tyle spraw do załatwienia że jakikolwiek poślizg urasta do rangi tragedii.
Czy ja wiem... bilety kupowałem jakoś w kwietniu, do hoteliku w Kathmandu napisałem w czerwcu, a poza tym to przez pół roku sporo czytałem i zbierałem informacje. Większość sprzętu potrzebnego do wyprawy miałem już w domu. Zresztą zabrałem ze sobą raki i termos, które się nie przydały, za to ciepły śpiwór i sweter puchowy były bardzo potrzebne. A poza tym Kathmandu jest świetnie wyposażone. Mają w księgarniach praktycznie wszystkie wydane mapy himalajów, dokładnie te same co u nas w Sklepie Podróżnika, ale 10 razy tańsze, poza tym prawie każde wyposażenie górskie można kupić na miejscu (w jednej z wielu podrabianych wersji, lub po oryginalnych cenach, w firmowych sklepach). Bilety do Lukli, wszelkie pozwolenia, wstępy itd. załatwia się na miejscu i nie ma za bardzo możliwości zrobienia tego z Polski przez Internet. Podobnie z wizą - albo przez Berlin, albo na miejscu na lotnisku w Kathmandu - dobrze tylko mieć przy sobie ze 4 zdjęcia paszportowe).
Swietny wyskok, ladne zdjecia porobione. Podaj koszta calego pobytu w Nepalu omijajac przelot samolotem z Polski do Nepalu Ile dni przebyles i w sumie ile cie kosztowalo. Thank's
Samo utrzymanie w Nepalu kosztowało mnie ok. 2500 zł, ale trzeba uwzględnić, że rejon Khumbu jest dość drogi. W Kathmandu, szczególnie jak się kupuje tam, gdzie lokalsi, jest bardzo tanio (np. obiad + cola za 1,4 $). Wylot miałem 15.10, a przylot 9.11. W górach byłem między 19.10. a 4.11.
Stron: 1 2
Przekierowanie