Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Via Ferrata Truppe Alpine
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Przyznaję, że tej wycieczki nie miało być. Postanowiłem obmienić sobie mapownik dolomitowy i z tego powodu zakupiłem nową mapę regionu wokół Cortiny. Podczas pierwszego nurtowania jej zawartości, przykuło mój wzrok charakterystyczne oznaczenie drogi ferratowej w miejscu, gdzie w poprzedniej mapie tego nie było. Ponoć wybudowano ją w roku 2008. Moja dusza ferracisty od razu zainteresowała się tym nowym odkryciem. Nie trzeba mi było się długo namyślać. Wnet wiedziałem która z F będzie w tym roku moją rozgrzewającą partnerką. Jej nazwa: "Ferrata Truppe Alpini" mogła nawodzić coś o trupim babsztylu. Jednak później się okazało, że nazwa jest bardziej prozaiczna. Coś w rodzaju "Górskich Alpinosów", rodzaj wojska które tutaj walczyły w okresie IWW.

Nim zacznę opisywać swoje przeżycia, nie ominę zapodać parę danych technicznych dla przyszłych zainteresowanych. Przewyższenie 400 m, w tym ferrata 300 m. Czas na macanie skały 2 godziny, dojście pod skałę 40 minut od Falzarego, zejście normalką 1 godzina. Stopień trudności "C". W jednym miejscu, wzbraniam się twierdzić, że może też króciutkie "C/D".

Pozytywa:
+ dla ferracisty można powiedzieć coś w stylu ?lekko, łatwo i przyjemnie?,
+ dla początkującego idealnie wiedziona trasa, chociaż nie poręczówka ?A? lub ?B?
+ jak na Dolomity, bezpieczna lina i gumowe stożkowate zakończenia w miejscu zakotwiczenia,
+ stosunkowo blisko od zaparkowanego samochodu albo dojazdu autobusem.

Negatywa:
- popularna i dlatego tłoczno przed wspinaczką i w ścianie,
- większa częstotliwość spadania kamieni. Kask! Dwa razy przciskałem się silno do ściany

Korzystam z usług autobusowej komunikacji i bez problemów jestem wywieziony na wysokość 2105 m do znanego siodła Falzarego. Jeszcze nie jest 9:00 rano i oceniam, że jest na razie pusto. Z niczym się nie obzygam i wnet wyruszam w pokazanym kierunku, gdzieś pod skały Torri del Falzarego.
[attachment=65224]
Popatrzyłem trochę wstecz, żeby pokochać się widokiem na Królową Dolomitów - Marmoladę. Widać, że w tym roku trochę więcej popruszyło. Lodowiec jakby powiększony. Podejście pod skałę to normalna tomturowa dreptówa. Do punktu zbiorczego podążają również wspinacze skałkowi. Jest to popularne miejsce. Zdaje się, że za parę dni tu w innej dymenzji operował Sylwester.
[attachment=65225]
Przechodzę koło ruin byłego szpitala polowego. Tutaj gdzieś rozpoczyna się moja żelazna wędrówka. Widzę!
[attachment=65226]
Pod skałą nie można przeoczyć sporą grupkę turystów gotujących się do rozpoczęcia górskiej zabawy. Czerwone strzałki dzielą trasę na trzy części. Pierwsza część jest najdłuższa i najtrudniejsza, druga część jest na wyluzowanie i wytrzepanie rąk a trzecia jeszcze trochę potrafi potrapić. Dochodzę do punktu zbiorczego.
[attachment=65227][attachment=65228]
Jest mi jasne, że dzisiaj będzie tłoczno. Baaa, nawet bym twierdził, że jeszcze mi się nie przytrafiło czekać w kolejce. Przede mną wyrusza piątka młodych Polaków. Jeszcze, jako dobrze wychowany mężczyzna, daję pierwszeństwo dwom niemieckojęzycznym kobietom. Te, chyba też dobrze wychowane, naznaczają mi, że ja mam, jako straszy wspinać się przed nimi. Później oceniam ten wybór. Dziewczyny są godnym celem mojego objektywu aparatu fotograficznego na ferracie. Występują w roli jako Tomtur w sukni, mówiący po niemiecku. Ścisk na ferracie ma też swoje pozytywa. Nie trzeba się śpieszyć, człowiek posuwa z taką prędkością, z jaką się posuwają inni i jest czas na pstrykanie zdjęć.
[attachment=65229]
Młodzi postępują bez większych problemów. Jednak lepsza zabawa odgrywa się pode mną. Dziewczyny dzielnie zmagają się ze skałą i głośno konwersują. Znam tylko parę słów z niemieckiego i dlatego nie rozumiałem o czym gadają, ale jedno słowo padało często.
[attachment=65230][attachment=65231]
To słowo było "scheisse". Jest ono więcej znane pod angielską wersją "shit". Shy innocent Wszyscy chyba sobie wyobrażają jak, zwłaszcza pierwsza "Fräulein" (bo od niej te słowa do mnie dochodziły), musiała się borykać na trasie głośno to komentując. Nabieram na wysokości i warunki zmieniają się z trudnych na mniej trudne. Skała jest przyczepna i tym bardzo wygodna. Jestem w drugiej części, najłatwiejszej. Tylko te kamyczki. Lekko się dają zrzucić sąsiadowi na głowę.
[attachment=65232]
Powoli otwierają się widoki i na dalej prezentujące się góry.
[attachment=65233]
Zupełnie w tyle widzimy Mt. Pelmo z Pelmettem, przed nimi stołowa góra - Lastoi de Formin (czekała na mnie do następnego dnia), na prawo Gusela i Nuvolau ze schroniskiem na czubku. Dla mnie to pocieszenie dla oka. Cały rok niecierpliwie czekam na te i inne widoki w Dolomitach.
[attachment=65234]
Jednak wciąż trzeba być w gotowości. Skała nas trzymie nieustannie w napięciu. Daje nam znać, że to ona jest tutaj najważniejsza i z tego powodu stawia nam na drodze różne przeszkody. Tutaj dla przykładu mały trawersik. Zaletą takich niespodzianek jest ładny pionowy widok w dół. Jaki wtedy jest człowiek malutki. Kończy się faza numer dwa i rozpoczyna ostatnia część ferraty. Tutaj nasze ja jest poddane psychicznej analizie.
[attachment=65235]
Dwunożny człowiek z całym tym ekwipunkiem włazi mozolnie na wierzchołek a tam sobie jakoby nic pasą czworonogi. Moment do zastanowienia się nad tą sytuacją. Jeszcze sporo napstrykałem zdjęć ze ściany, ale nie chcę czytelnika zanudzać tylnymi częściami osób nade mną i głowami tych pode mną. Tylko jeszcze uwiecznię siebie w ścianowej pozycji, żeby było oczywiste, że też tam byłem i nie tylko mój aparat.
[attachment=65236]
Powoli kończy się dzisiejsze obmacywanie skały. Po dwu godzinach (powolnego wspinania) wychodzę na trawiastą platformę. Większa część uczestników stąd schodzi już w dół. Ja jednak nie mogę sobie odpuścić dojścia na sam wierzchołek Col dei Bos (2559 m).
[attachment=65237]
Tofana Rozes wyłania się spoza grani i z wierzchołka na pewno ta potężna góra przedstawi się w całej swej okazałości. Jest to faktycznie parę kroków. Jedna z królowych zawsze napajała mnie swoją pięknością.
[attachment=65238]
W tyle widzimy jeszcze Sorapiss. W tym roku próbowaliśmy go też odwiedzić, jednak nie zostaliśmy zaproszeni. Może w następnym? Warto poczekać. Na wierzchołku nakazuję sobie mały popas (jak przed chwilą te barany) i obstrykuję wszystkie strony świata.
[attachment=65239] - Lagazuoi ze schroniskiem
Czas powrócić do realnego świata i normalką schodzę w dół. Po drodze można oglądać jeszcze następnych zmagających się ferracistów. Taki drugi akt każdej wspinaczki ferratowej. Tylko nie jest się aktorem na scenie, ale widzem na widowni.
[attachment=65240] - kawałek sceny z kulisą od prawej Averau, Mt. Cernera, Nuvolau i wystającej Guseli
Inaczej nie czeka nas nic ciekawego.
[attachment=65241]
W głowie zaczynam już podsumowywać dzisiejszy dzień. Odwiedzona Ferrata Truppe Alpine jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Jest idealna na rozruszanie kości przed następnymi, większymi wyzwaniami. Zawsze preferowałem Ferratę M. Bianchi w grupie Cristallo. Jednak tam trzeba jechać kolejką linową. Tutaj wystarczy dojechać na Falzarego i potem się jest własnym panem sytuacji. Każdemu polecam odwiedzenie tej bardzo sympatycznej pani F. Po 5 godzinach jestem znów w punkcie startowym.
[attachment=65242]
I tyle z pierwszego dnia mojego urlopu. Od kawy na Falzarego pozdrawia Stasiu.
no to ja tylko powtórzę: o scheisse, o shit, i od siebie dodam, o żesz!
Chyba w tych pozytywach, w drugiej pozycji, wystąpił błąd w drukublink
+ dla POCZĄTKUJĄCYCH idealnie wiedziona trasa? blink

a poza tym, to bardzo Ci zazdroszczę. fantastyczne widoki i na pewno niezły fun.

Oliwka napisał(a):
no to ja tylko powtórzę: o scheisse, o shit, i od siebie dodam, o żesz!
Chyba w tych pozytywach, w drugiej pozycji, wystąpił błąd w drukublink
+ dla POCZĄTKUJĄCYCH idealnie wiedziona trasa? blink

a poza tym, to bardzo Ci zazdroszczę. fantastyczne widoki i na pewno niezły fun.

Oliwko, nie jest to błąd. Dla początkujących ferraciaży w Dolomitach jest godna do odwiedzenia jako pierwsza. ok

a żeby być początkującym ferraciażem ( fajna odmiana)to już co trzeba umieć?
Dopytuję, bo wysokość mnie przeraża, ale ogromnie fascynuje i chyba przed emeryturą (no chyba, że są trasy na wejście z balkonikiem Big Grin) muszę chociaż troszeczkę spróbować.
Na Via Ferratach się nie znam, ale ta wygląda kusząco Smile Faktycznie troszkę tłoczno - ale domyślam się, że ferratowicze długo czekali na nie-szewczykową pogodę i postanowili ją dobrze wykorzystać ok

Oliwka napisał(a):
a żeby być początkującym ferraciażem ( fajna odmiana)to już co trzeba umieć?
Dopytuję, bo wysokość mnie przeraża, ale ogromnie fascynuje i chyba przed emeryturą (no chyba, że są trasy na wejście z balkonikiem Big Grin) muszę chociaż troszeczkę spróbować.

Ferrary trzeba po prostu wypróbować. Też trzeba sprawdzić jak duszyczka przyjmuje wysokość. Całkiem to inaczej wygląda, kiedy człowiek jest przypięty do liny po przez lonżę i co innego, kiedy się tylko kurczowo trzyma tego drugą bez zabezpieczenia.

A mnie aż w żołądku ściska że nie byłem z wamiShySadkwasny

tomtur napisał(a):
A mnie aż w żołądku ściska że nie byłem z wamiShySadkwasny

Oliwko, Hemli, wszystko o ferratach powiedział Tomtur tym oto jednym zdaniem. Smile
Jeszcze mam w przygotowaniu trzy relacje, z tego dwie ferratowskie.ok

Hani pomyliłeś góry. Ja jestem w Dolomitach a Ty Alpach Zillertalskich. uhm
To był spam Stasiu, skopiowany tekst Maki.
Na specjalne życzenie Pawła wkładam na nowo post o ferracie Truppe Alpine.

Via Ferrata Truppe Alpine
Przyznaję, że tej wycieczki nie miało być. Postanowiłem obmienić sobie mapownik dolomitowy i z tego powodu zakupiłem nową mapę regionu wokół Cortiny. Podczas pierwszego nurtowania jej zawartości, przykuło mój wzrok charakterystyczne oznaczenie drogi ferratowej w miejscu, gdzie w poprzedniej mapie tego nie było. Ponoć wybudowano ją w roku 2008. Moja dusza ferracisty od razu zainteresowała się tym nowym odkryciem. Nie trzeba mi było się długo namyślać. Wnet wiedziałem która z F będzie w tym roku moją rozgrzewającą partnerką. Jej nazwa: "Ferrata Truppe Alpini" mogła nawodzić coś o trupim babsztylu. Jednak później się okazało, że nazwa jest bardziej prozaiczna. Coś w rodzaju "Górskich Alpinosów", rodzaj wojska które tutaj walczyły w okresie IWW.

Nim zacznę opisywać swoje przeżycia, nie ominę zapodać parę danych technicznych dla przyszłych zainteresowanych. Przewyższenie 400 m, w tym ferrata 300 m. Czas na macanie skały 2 godziny, dojście pod skałę 40 minut od Falzarego, zejście normalką 1 godzina. Stopień trudności "C". W jednym miejscu, wzbraniam się twierdzić, że może też króciutkie "C/D".

Pozytywa:
+ dla ferracisty można powiedzieć coś w stylu ?lekko, łatwo i przyjemnie?,
+ dla początkującego idealnie wiedziona trasa, chociaż nie poręczówka "A" lub "B"
+ jak na Dolomity, bezpieczna lina i gumowe stożkowate zakończenia w miejscu zakotwiczenia,
+ stosunkowo blisko od zaparkowanego samochodu albo dojazdu autobusem.

Negatywa:
- popularna i dlatego tłoczno przed wspinaczką i w ścianie,
- większa częstotliwość spadania kamieni. Kask! Dwa razy przciskałem się silno do ściany

Korzystam z usług autobusowej komunikacji i bez problemów jestem wywieziony na wysokość 2105 m do znanego siodła Falzarego. Jeszcze nie jest 9:00 rano i oceniam, że jest na razie pusto. Z niczym się nie obzygam i wnet wyruszam w pokazanym kierunku, gdzieś pod skały Torri del Falzarego.
[attachment=69477]
Popatrzyłem trochę wstecz, żeby pokochać się widokiem na Królową Dolomitów - Marmoladę. Widać, że w tym roku trochę więcej popruszyło. Lodowiec jakby powiększony. Podejście pod skałę to normalna tomturowa dreptówa. Do punktu zbiorczego podążają również wspinacze skałkowi. Jest to popularne miejsce. Zdaje się, że za parę dni tu w innej dymenzji operował Sylwester.
[attachment=69478]
Przechodzę koło ruin byłego szpitala polowego. Tutaj gdzieś rozpoczyna się moja żelazna wędrówka. Widzę!
[attachment=69479]
Pod skałą nie można przeoczyć sporą grupkę turystów gotujących się do rozpoczęcia górskiej zabawy. Czerwone strzałki dzielą trasę na trzy części. Pierwsza część jest najdłuższa i najtrudniejsza, druga część jest na wyluzowanie i wytrzepanie rąk a trzecia jeszcze trochę potrafi potrapić. Dochodzę do punktu zbiorczego.
[attachment=69480][attachment=69481]
Jest mi jasne, że dzisiaj będzie tłoczno. Baaa, nawet bym twierdził, że jeszcze mi się nie przytrafiło czekać w kolejce. Przede mną wyrusza piątka młodych Polaków. Jeszcze, jako dobrze wychowany mężczyzna, daję pierwszeństwo dwom niemieckojęzycznym kobietom. Te, chyba też dobrze wychowane, naznaczają mi, że ja mam, jako straszy wspinać się przed nimi. Później oceniam ten wybór. Dziewczyny są godnym celem mojego objektywu aparatu fotograficznego na ferracie. Występują w roli jako Tomtur w sukni, mówiący po niemiecku. Ścisk na ferracie ma też swoje pozytywa. Nie trzeba się śpieszyć, człowiek posuwa z taką prędkością, z jaką się posuwają inni i jest czas na pstrykanie zdjęć.
[attachment=69482]
Młodzi postępują bez większych problemów. Jednak lepsza zabawa odgrywa się pode mną. Dziewczyny dzielnie zmagają się ze skałą i głośno konwersują. Znam tylko parę słów z niemieckiego i dlatego nie rozumiałem o czym gadają, ale jedno słowo padało często.
[attachment=69483][attachment=69484]
To słowo było "scheisse". Jest ono więcej znane pod angielską wersją "shit". Wszyscy chyba sobie wyobrażają jak, zwłaszcza pierwsza "Fräulein", musiała się borykać na trasie głośno to komentując. Nabieram na wysokości i warunki zmieniają się z trudnych na mniej trudne. Skała jest przyczepna i tym bardzo wygodna. Jestem w drugiej części, najłatwiejszej. Tylko te kamyczki. Lekko się dają zrzucić sąsiadowi na głowę.
[attachment=69485]
Powoli otwierają się widoki i na dalej prezentujące się góry.
[attachment=69486]
Zupełnie w tyle widzimy Mt. Pelmo z Pelmettem, przed nimi stołowa góra - Lastoi de Formin (czekała na mnie do następnego dnia), na prawo Gusela i Nuvolau ze schroniskiem na czubku. Dla mnie to pocieszenie dla oka. Cały rok niecierpliwie czekam na te i inne widoki w Dolomitach.
[attachment=69487]
Jednak wciąż trzeba być w gotowości. Skała nas trzymie nieustannie w napięciu. Daje nam znać, że to ona jest tutaj najważniejsza i z tego powodu stawia nam na drodze różne przeszkody. Tutaj dla przykładu mały trawersik. Zaletą takich niespodzianek jest ładny pionowy widok w dół. Jaki wtedy jest człowiek malutki. Kończy się faza numer dwa i rozpoczyna ostatnia część ferraty. Tutaj nasze ja jest poddane psychicznej analizie.
[attachment=69488]
Dwunożny człowiek z całym tym ekwipunkiem włazi mozolnie na wierzchołek a tam sobie jakoby nic pasą czworonogi. Moment do zastanowienia się nad tą sytuacją. Jeszcze sporo napstrykałem zdjęć ze ściany, ale nie chcę czytelnika zanudzać tylnymi częściami osób nade mną i głowami tych pode mną. Tylko jeszcze uwiecznię siebie w ścianowej pozycji, żeby było oczywiste, że też tam byłem i nie tylko mój aparat.
[attachment=69489]
Powoli kończy się dzisiejsze obmacywanie skały. Po dwu godzinach (powolnego wspinania) wychodzę na trawiastą platformę. Większa część uczestników stąd schodzi już w dół. Ja jednak nie mogę sobie odpuścić dojścia na sam wierzchołek Col dei Bos (2559 m).
[attachment=69490]
Tofana Rozes wyłania się spoza grani i z wierzchołka na pewno ta potężna góra przedstawi się w całej swej okazałości. Jest to faktycznie parę kroków. Jedna z królowych zawsze napajała mnie swoją pięknością.
[attachment=69491]
W tyle widzimy jeszcze Sorapiss. W tym roku próbowaliśmy go też odwiedzić, jednak nie zostaliśmy zaproszeni. Może w następnym? Warto poczekać. Na wierzchołku nakazuję sobie mały popas (jak przed chwilą te barany) i obstrykuję wszystkie strony świata.
[attachment=69492] - Lagazuoi ze schroniskiem
Czas powrócić do realnego świata i normalką schodzę w dół. Po drodze można oglądać jeszcze następnych zmagających się ferracistów. Taki drugi akt każdej wspinaczki ferratowej. Tylko nie jest się aktorem na scenie, ale widzem na widowni.
[attachment=69493] - kawałek sceny z kulisą od prawej Averau, Mt. Cernera, Nuvolau i wystającej Guseli
Inaczej nie czeka nas nic ciekawego.
[attachment=69494]
W głowie zaczynam już podsumowywać dzisiejszy dzień. Odwiedzona Ferrata Truppe Alpine jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Jest idealna na rozruszanie kości przed następnymi, większymi wyzwaniami. Zawsze preferowałem Ferratę M. Bianchi w grupie Cristallo. Jednak tam trzeba jechać kolejką linową. Tutaj wystarczy dojechać na Falzarego i potem się jest własnym panem sytuacji. Każdemu polecam odwiedzenie tej bardzo sympatycznej pani F. Po 5 godzinach jestem znów w punkcie startowym.
[attachment=69495]
I tyle z pierwszego dnia mojego urlopu. Od kawy na Falzarego pozdrawia Stasiu.
Fajnie, akurat po podróżny na krótki pierwszy dzień się nada ok

Jeszcze tu mam narysowany przebieg
[attachment=69498]
Przekierowanie