24-02-2013, 09:09 PM
Witam.
We wtorek, 12-tego lutego, około 11-tej melduję się w Zakopanem. Bar Semafor, a potem na kwaterę na Ciągłówki. Po rozpakowaniu idę na Nosal.
Środa. Idziemy do schronu na Kondratowej podjąć próbę wejścia na Giewont. W schronie około 10-tej. Chwila na odsapnięcie i w górę. W lesie śniegu po pas, miękki. Co chwila zapadam się. Doszliśmy do końca lasu tylko. Pogoda też nie najlepsza. Decyzja wycof. Przede mną wyszło ze schronu w odstępach półgodzinnych dwoje facetów. Jak później gadaliśmy w schronie, to oni też zrobili wycof. W tym dniu już nikt więcej nie próbował na Giewont. Wracam na kwaterę.
Czwartek. Plan był dotarcia z Kasprowego na Ciemniak. Około 9-tej na Kasprowym, ale jak spojrzałem w kierunku Czerwonych to już wiedziałem. Podszedłem kawałek. Ślad nie założony. Widziałem na przełęczy pod Pośrednim Goryczkowym dwójkę turystów, ale oni stamtąd też zrobili wycof. Wróciłem na Kasprowy i w drugą stronę. Beskid i dalej. Przy zejściu z Beskidu trzeba się trochę skupić. W sumie doszliśmy do Skrajnej Turni. Nie chciało mi schodzić do Przełęczy Świnickiej. Zresztą byłem tak zimą rok temu. Podczas powrotu spotkałem na Beskidzie tą dwójkę turystów co próbowali na Czerwone. Mówili, że nie da się sami zakładali ślad i że trudno. Powrót na kwaterę przez Murowaniec i Upłazem Skupniów.
Piątek. Luzik. Idziemy spowrotem na Kondratową, żeby w sobotę z rana spróbować drugi raz na wejść na Giewont.
Sobota. Godzina siódma wymarsz. Śnieg bardziej przyjazny, widoczność żadna. Tym razem udało się dojść. Stanęliśmy na Giewoncie około 11.30. Godzinkę na szczycie i w dół. Przy zejściu zrobiło się takie mleko, że momentami traciłem orientacje. Na Giewont ktoś założył ślad, ale chyba nie do końca dobrze, bo od razu na Wyżnią Kondracką prowadzi. Kawałek po wyjściu z lasu odbija pionowo w górę i biegnie przez kosówkę. Dalej jeszcze gorzej bo zakosami do przełęczy. Wiedząc o tym, wracając doszedłem do Kondrackiej Przełęczy. Od spotkanego chłopaka dowiedziałem się, że szlak w dół jest parę metrów za szlakowskazem. Trochę bałem tego zejścia, bo trzeba było zejść przez nawis. W schronie jakoś po piątej.
Niedziela. Przejście do Chochołowskiej z zamiarem wejścia w poniedziałek na Wołowca. Wieczorem w schronie.
Poniedziałek. Siódma rano wyjście. Chmury skończyły się przed Grzesiem. U góry lampa. Do góry pięć godzin. W końcu Wołowiec. Piszę w końcu, bo o ile latem byłem trzy razy. To zimą trzy razy próbowałem i nie dało się. Raz to nawet do Grzesia nie doszedłem. Dopiero za czwartym razem udało się. Godzinę na szczycie i w dół. Jest założony ślad przez Wyżnią Chochołowską, ale jak zobaczyłem, że będę miał nad głową masyw Wołowca z tonami śniegu to odpuściłem. I powrót przez Grzesia. Tego dnia sami byliśmy na Wołowcu. Trochę ludzi na Rakoniu. Na Długim Upłazie moje widmo brockenu. W schronie wieczorem.
Wtorek. Zejście z Chochołowskiej i powrót pociągiem do rzeczywiści.
Powiem, że były momenty, że naprawdę się bałem. Lawinowa 3 oraz te ogromne masy śniegu potrafią człowieka zablokować.
We wtorek, 12-tego lutego, około 11-tej melduję się w Zakopanem. Bar Semafor, a potem na kwaterę na Ciągłówki. Po rozpakowaniu idę na Nosal.
Środa. Idziemy do schronu na Kondratowej podjąć próbę wejścia na Giewont. W schronie około 10-tej. Chwila na odsapnięcie i w górę. W lesie śniegu po pas, miękki. Co chwila zapadam się. Doszliśmy do końca lasu tylko. Pogoda też nie najlepsza. Decyzja wycof. Przede mną wyszło ze schronu w odstępach półgodzinnych dwoje facetów. Jak później gadaliśmy w schronie, to oni też zrobili wycof. W tym dniu już nikt więcej nie próbował na Giewont. Wracam na kwaterę.
Czwartek. Plan był dotarcia z Kasprowego na Ciemniak. Około 9-tej na Kasprowym, ale jak spojrzałem w kierunku Czerwonych to już wiedziałem. Podszedłem kawałek. Ślad nie założony. Widziałem na przełęczy pod Pośrednim Goryczkowym dwójkę turystów, ale oni stamtąd też zrobili wycof. Wróciłem na Kasprowy i w drugą stronę. Beskid i dalej. Przy zejściu z Beskidu trzeba się trochę skupić. W sumie doszliśmy do Skrajnej Turni. Nie chciało mi schodzić do Przełęczy Świnickiej. Zresztą byłem tak zimą rok temu. Podczas powrotu spotkałem na Beskidzie tą dwójkę turystów co próbowali na Czerwone. Mówili, że nie da się sami zakładali ślad i że trudno. Powrót na kwaterę przez Murowaniec i Upłazem Skupniów.
Piątek. Luzik. Idziemy spowrotem na Kondratową, żeby w sobotę z rana spróbować drugi raz na wejść na Giewont.
Sobota. Godzina siódma wymarsz. Śnieg bardziej przyjazny, widoczność żadna. Tym razem udało się dojść. Stanęliśmy na Giewoncie około 11.30. Godzinkę na szczycie i w dół. Przy zejściu zrobiło się takie mleko, że momentami traciłem orientacje. Na Giewont ktoś założył ślad, ale chyba nie do końca dobrze, bo od razu na Wyżnią Kondracką prowadzi. Kawałek po wyjściu z lasu odbija pionowo w górę i biegnie przez kosówkę. Dalej jeszcze gorzej bo zakosami do przełęczy. Wiedząc o tym, wracając doszedłem do Kondrackiej Przełęczy. Od spotkanego chłopaka dowiedziałem się, że szlak w dół jest parę metrów za szlakowskazem. Trochę bałem tego zejścia, bo trzeba było zejść przez nawis. W schronie jakoś po piątej.
Niedziela. Przejście do Chochołowskiej z zamiarem wejścia w poniedziałek na Wołowca. Wieczorem w schronie.
Poniedziałek. Siódma rano wyjście. Chmury skończyły się przed Grzesiem. U góry lampa. Do góry pięć godzin. W końcu Wołowiec. Piszę w końcu, bo o ile latem byłem trzy razy. To zimą trzy razy próbowałem i nie dało się. Raz to nawet do Grzesia nie doszedłem. Dopiero za czwartym razem udało się. Godzinę na szczycie i w dół. Jest założony ślad przez Wyżnią Chochołowską, ale jak zobaczyłem, że będę miał nad głową masyw Wołowca z tonami śniegu to odpuściłem. I powrót przez Grzesia. Tego dnia sami byliśmy na Wołowcu. Trochę ludzi na Rakoniu. Na Długim Upłazie moje widmo brockenu. W schronie wieczorem.
Wtorek. Zejście z Chochołowskiej i powrót pociągiem do rzeczywiści.
Powiem, że były momenty, że naprawdę się bałem. Lawinowa 3 oraz te ogromne masy śniegu potrafią człowieka zablokować.
Jednak chyba jesteś zadowolony, udreptałeś sporo śniegu. Może drugim razem by nie zaszkodziło chociaż rakiety taszczyć. 


A śniegu trochę udreptałem.
Ciekawe gdzie Doctore udreptywał śnieg