12-11-2012, 09:26 PM
Długo przymierzałem się na tą wyprawę. Trzeba mi było jeszcze spłacać długi w postaci zabrania kolegów z pracy. W Tatry chciałem jechać o dogodnej porze i dogodnej pogodzie. U mnie najlepsza pora na Taterki jest właśnie październik. Dlaczego? Pogoda, jak chwyci, jest stabilna no i wreszcie wszystkim skończyły się wakacje, nawet studentom wyższych uczelni i ich belfrom, co przyczynia się do mniejszego ruchu na szlakach i w schroniskach. W tym roku jako dodatkowy bonus był brak śniegu. Nie miałem uprzednio zaplanowanego terminu. Czekałem tylko na prognozę pogody. Sygnał nadszedł we wtorek - weekend będzie na kopczykach słoneczny, ciepły z domieszką inwersji. Natychmiast pada decyzja o odwiedzinach Taterów w dniach 19. - 21.10.2012. Plan był następujący:
1. dzień - dojście do Schroniska Przy Zielonym Jeziorze (SPZJ), wyjście na Jagnięcy i przenocowanie w schronisku.
2. dzień - ... .
3. dzień - przejście przez Rohatkę, Polski Grzebień z wyjściem na Małą Wysoką i zejście do Tatrzańskiej Polanki przez Wielicką Dolinę.
Plan był prosty, ale i tak później musieliśmy go trochę zweryfikować ze względów mniejszej odporności fizycznej jednego członka załogi. Jeszcze w domu próbuję załatwić jakieś spanie w schroniskach. Dowiaduję się, że takie zamysły ma pełno dalszych góromanów. Przy Zielonym mamy zarezerwowane miejsce w budowie gospodarczej, we Zbójnickiej nam niczego nie ślubują. Nas to jednak nie odradza, pakujemy menele i wyruszamy.
1. dzień - Biały Woda - SPZJ - Jagnięcy Szczyt - SPZJ
Wcześnie rano wyruszamy pociągiem w relacji Czeski Cieszyn - Poprad i dalej autobusem Poprad - Biała Woda (921 m). Co za podróżowanie. To całkiem co innego niż o tydzień później jechać w Karkonosze. Na miejscu jesteśmy już o 9:00.
[attachment=48991]
Z taką pogodą nas góry natychmiast porwały. Chwilę jeszcze za chodu robimy zdjęcia, zwłaszcza Łomnicy i wchodzimy w las. Sporo Was zna, że czeka nas około 3 godzin dreptania do schroniska. Nie jest to jakieś wielkie drałowanie pod górkę, ale człowieczyna jest nacieszony na widoki górskie a tu długo jest wałęsania po lesie. Czas od czasu robimy przerwę, żeby zapozować do fotografii i dolać do żył żywej wody.
[attachment=48992]
Nawet robimy dobry skutek. Znajdujemy fotoaparat, który oddajemy właścicielowi. Ta przygoda nawet nam umili życie. Właściciel zagubionego aparatu nie tylko, że nas poczęstuję gruszczóweczką, ale jest członkiem grupy wysokogórskiej i następny dzień wieczorem w schronisku nas zaopatrzy w sporą wiedzę. Taki słowacki DrE. Po przejściu więcej jakj połowy trasy, droga robi takie małe ?S? i szerokim łukiem w lewo wchodzi do Doliny Zielonego Jeziora. Dotychczasowa temperatura potna powietrza gwałtownie się mieni na temperaturę dreszczową. Ciekawa anomalia. Chyba więcej jak 10 stopni. Chodnik jest tutaj śliski, trawa wokoło oroszona i kałuże zamarznięte.
[attachment=48993]
Akurat, jak trzeba uważać, to góry uchylają widoki. Ja głównie zaczynam spozierać na nasz najważniejszy jutrzejszy cel - Baranią Przłęcz.
[attachment=48994]
Dochodzimy do końca doliny. SPZJ (1551 m) najpierw czuję i dopiero później widzę. Ostatnim czasem zmysł powonienia zaczyna u mnie wychodzić na pierwszeństwo. Powodem są do tego już przepracowane zmysły wzroku i słuchu i także zmysł powonienia jest połączony ze zmysłem smaku i często u mnie dochodzi do wyzwolenia czegoś, czemu się mówi refleks Pawłowa. I nie zawsze to musi być woń jedzenia. U mnie ten sam refleks wywołuje woń spalanego drewna unosząca się z komina schroniska.
[attachment=48995]
Zyskujemy czasową rezerwę, kiedy wchodzimy do schroniska na dopełnienie energii. Oferta kuchni jest kusząca. Jednak wszystkie miejsca są zajęte. Jakaś wycieczka młodzieży wypełniła jadalnię po okraj. Decydujemy się najpierw na załatwienie kwatery. Jak nam obiecano, czekały na nas palandy na piętrze w budynku gospodarczym (6 Euro/noc/osoba).
[attachment=48996]
Na parterze nie były ustajone jagnięta ani barany, ale z otwartych wrót wydobywał się ryk agregatu prądotwórczego. Byliśmy zapewnieni, że agregat jest na noc wyłanczany. Szkoda tylko, że nocleżnicy z przeszłego dnia nie umieli napalić w naszej noclegowni. Było zimno jak w buźnicy. Para od buzi szła. No nic, dzisiaj my tu też śpimy i damy napewno piecu popalić. Ze schroniska dziatwę gdzieś poniosło i nareszcie możemy zająć miejsca w jadalni w celu nabrania większych sił. Mamy cynk, że tutaj niebezpiecznie gotują. Można z tutejszego pobytu odejść z więcej Joulami niż się ich przyniosło. Na popołudnie mamy w głowach jasno. Na pierwszy relaksacyjny plan pójdzie Jagnię. Nie trzeba na trasie zbytnio rozmyślać, tylko drałować do góry żółtym szlakiem. Wyruszamy od schroniska w samo południe. Szlak nas od początku nie rozpieszcza. Od razu podnosi się do góry, co powoduje znane zmiany termiczne w organizmie. Po wydrałowaniu pionowych 50 m dochodzi znów do drastycznej zmiany izotermy cieplnej. Z chłodu do ciepła. Teraz czym wyżej, tym cieplej. Z utęsknieniem patrzę na przeciwległe zbocze. Mały Keżmarski. Może kiedyś?
[attachment=48997]
Jasne, że nie tą ścianą. Po paru minutach (dla mnie to było w sumie 40) dochodzimy do Czerwonej Dolinki z jeziorkiem o tej samej nazwie (1811 m).
[attachment=48998][attachment=48999]
Krótki odpoczynek, ponieważ moje czoło orosiło się jak kufel z zimnym piwem. Czasu mamy sporo. Nie trzeba się śpieszyć. Od tego miejsca otwiera się nam widok na dalszą część chodnika. Nic trudnego, tylko w zakończeniu wyjścia na grań jest trochę łańcuchów. Podchodzimy do nich z dalszą zadyszką. W takich warunkach nie są problematyczne, ale kiedy zaśnieży i tutaj jest potem niebezpiecznie. Mnie raczej przeszkadzają kijki. Trzymać w jednej ręce kijki i w drugiej łańcuch, to chyba maksymum mych możliwości utrzamania się na chodniku. Czym się potem chwycić, kiedy jeszcze trzeba zdjęcie z tych wygibasów pstryknąć?
[attachment=49000][attachment=49001][attachment=49002]
Wyjście na grań (2118 m), to już inna kawa. Tutaj nam się otwierają widoki na pełną buzię. Zwłaszcza w północną stronę, gdzie wyższe szczyty nie zasłaniają widoki na podtatrzańskie kotliny i znane pagóry za nimi.
[attachment=49003]
Mamy za sobą 1,5 godziny drałowania. Na uwiecznienie odwiedzin trzeba się jeszcze pół godziny pomęczyć. Dla nas to gradka, zwłaszcza, że widoki stają otworem. Jagnię (2229 m) długo nie stawiało oporu i o 14:15 dało się pogłaskać po ciemieniu. Znowu następuje znana euforia. Bieganie po wierzchołku z aparatem i szukanie najlepszej pozycji do zdjęcia. Okoliczne kopczyki obstrykuję od podstawy po wierzchołek. Z tąd najlepiej wypadają jednak Bielskie.
[attachment=49004]
Żaden kopczyk ich nie zasłania. Tak nas przyciągają, że chwilę walczymy z chciwością pójścia z tąd wprost do Kopskiego. Może innym razem? Dzisiejszy dzień powoli chyli się ku końcowi i nam trzeba zmykać do schroniska. Słońce obniża się coraz to niżej. Tylko amatorzy uwiecznienia zachodów słońca dopiero teraz prą w górę. Mnie się nie chce czekać na to zjawisko i pstrykam od niechcenia szczyt Koziego (2111 m), odnogi Jagnięcego, z ładnym cieniem czegoś.
[attachment=49005]
Można zgadywać od jakiego szczytu ten cień. Ja typuję na Czarny Szczyt. Powrót na wysokość schroniska znaczy powrót do zimnicy.
[attachment=49006]
Teraz już wiem dlaczego doliny nad Zielonym zwią Wielką i Małą Zmarzłą. Na szczęście warunki w SPZJ są komfortowe - gorący prysznic i zimne piwko. Gorący prysznic daję zaraz po powrocie. Jest tak gorący, że jeszcze ze mnie paruje, kiedy przechodzę prawie na golasa z łazieńki schroniska do naszej noclegowni. Tam szybko do suchego ubrania, ale jeszcze nie czas na poniewierkę. Trzeba jeszcze wygrzać pomieszczenie. Nikt z młodych się ku temu nie miał i dlatego stare chłopy musiały się zająć tym zaszczytnym zadaniem. Przyznam, że byłem do tego zmuszony okolicznościami. Nikogo i niczego do grzania nie miałem. Tylko wkładkę do śpiwora. Na początku piecyk się stawiał i trochę kopcił. Jednak, kiedy rura kominowa się rozgrzała, to ciepło roprostrzęło się po izbie jak w starej chałupie. Czas na zimne piwko. W jadalni schroniska jest ku temu sposobność. Kiedy powracamy do noclegowni, musimy lawirować nad różnymi bebechami, nim dostajemy się do właściwych łóżek.
[attachment=49007]
Jeszcze trzeba naplanować następny dzień przy odrobinie żywej i już nic nam nie broni w zasłużonym odpoczynku. Dobranoc.
Cdn. Trasa 2 dnia w tylko dla wybranych
1. dzień - dojście do Schroniska Przy Zielonym Jeziorze (SPZJ), wyjście na Jagnięcy i przenocowanie w schronisku.
2. dzień - ... .
3. dzień - przejście przez Rohatkę, Polski Grzebień z wyjściem na Małą Wysoką i zejście do Tatrzańskiej Polanki przez Wielicką Dolinę.
Plan był prosty, ale i tak później musieliśmy go trochę zweryfikować ze względów mniejszej odporności fizycznej jednego członka załogi. Jeszcze w domu próbuję załatwić jakieś spanie w schroniskach. Dowiaduję się, że takie zamysły ma pełno dalszych góromanów. Przy Zielonym mamy zarezerwowane miejsce w budowie gospodarczej, we Zbójnickiej nam niczego nie ślubują. Nas to jednak nie odradza, pakujemy menele i wyruszamy.
1. dzień - Biały Woda - SPZJ - Jagnięcy Szczyt - SPZJ
Wcześnie rano wyruszamy pociągiem w relacji Czeski Cieszyn - Poprad i dalej autobusem Poprad - Biała Woda (921 m). Co za podróżowanie. To całkiem co innego niż o tydzień później jechać w Karkonosze. Na miejscu jesteśmy już o 9:00.
[attachment=48991]
Z taką pogodą nas góry natychmiast porwały. Chwilę jeszcze za chodu robimy zdjęcia, zwłaszcza Łomnicy i wchodzimy w las. Sporo Was zna, że czeka nas około 3 godzin dreptania do schroniska. Nie jest to jakieś wielkie drałowanie pod górkę, ale człowieczyna jest nacieszony na widoki górskie a tu długo jest wałęsania po lesie. Czas od czasu robimy przerwę, żeby zapozować do fotografii i dolać do żył żywej wody.
[attachment=48992]
Nawet robimy dobry skutek. Znajdujemy fotoaparat, który oddajemy właścicielowi. Ta przygoda nawet nam umili życie. Właściciel zagubionego aparatu nie tylko, że nas poczęstuję gruszczóweczką, ale jest członkiem grupy wysokogórskiej i następny dzień wieczorem w schronisku nas zaopatrzy w sporą wiedzę. Taki słowacki DrE. Po przejściu więcej jakj połowy trasy, droga robi takie małe ?S? i szerokim łukiem w lewo wchodzi do Doliny Zielonego Jeziora. Dotychczasowa temperatura potna powietrza gwałtownie się mieni na temperaturę dreszczową. Ciekawa anomalia. Chyba więcej jak 10 stopni. Chodnik jest tutaj śliski, trawa wokoło oroszona i kałuże zamarznięte.
[attachment=48993]
Akurat, jak trzeba uważać, to góry uchylają widoki. Ja głównie zaczynam spozierać na nasz najważniejszy jutrzejszy cel - Baranią Przłęcz.
[attachment=48994]
Dochodzimy do końca doliny. SPZJ (1551 m) najpierw czuję i dopiero później widzę. Ostatnim czasem zmysł powonienia zaczyna u mnie wychodzić na pierwszeństwo. Powodem są do tego już przepracowane zmysły wzroku i słuchu i także zmysł powonienia jest połączony ze zmysłem smaku i często u mnie dochodzi do wyzwolenia czegoś, czemu się mówi refleks Pawłowa. I nie zawsze to musi być woń jedzenia. U mnie ten sam refleks wywołuje woń spalanego drewna unosząca się z komina schroniska.
[attachment=48995]
Zyskujemy czasową rezerwę, kiedy wchodzimy do schroniska na dopełnienie energii. Oferta kuchni jest kusząca. Jednak wszystkie miejsca są zajęte. Jakaś wycieczka młodzieży wypełniła jadalnię po okraj. Decydujemy się najpierw na załatwienie kwatery. Jak nam obiecano, czekały na nas palandy na piętrze w budynku gospodarczym (6 Euro/noc/osoba).
[attachment=48996]
Na parterze nie były ustajone jagnięta ani barany, ale z otwartych wrót wydobywał się ryk agregatu prądotwórczego. Byliśmy zapewnieni, że agregat jest na noc wyłanczany. Szkoda tylko, że nocleżnicy z przeszłego dnia nie umieli napalić w naszej noclegowni. Było zimno jak w buźnicy. Para od buzi szła. No nic, dzisiaj my tu też śpimy i damy napewno piecu popalić. Ze schroniska dziatwę gdzieś poniosło i nareszcie możemy zająć miejsca w jadalni w celu nabrania większych sił. Mamy cynk, że tutaj niebezpiecznie gotują. Można z tutejszego pobytu odejść z więcej Joulami niż się ich przyniosło. Na popołudnie mamy w głowach jasno. Na pierwszy relaksacyjny plan pójdzie Jagnię. Nie trzeba na trasie zbytnio rozmyślać, tylko drałować do góry żółtym szlakiem. Wyruszamy od schroniska w samo południe. Szlak nas od początku nie rozpieszcza. Od razu podnosi się do góry, co powoduje znane zmiany termiczne w organizmie. Po wydrałowaniu pionowych 50 m dochodzi znów do drastycznej zmiany izotermy cieplnej. Z chłodu do ciepła. Teraz czym wyżej, tym cieplej. Z utęsknieniem patrzę na przeciwległe zbocze. Mały Keżmarski. Może kiedyś?
[attachment=48997]
Jasne, że nie tą ścianą. Po paru minutach (dla mnie to było w sumie 40) dochodzimy do Czerwonej Dolinki z jeziorkiem o tej samej nazwie (1811 m).
[attachment=48998][attachment=48999]
Krótki odpoczynek, ponieważ moje czoło orosiło się jak kufel z zimnym piwem. Czasu mamy sporo. Nie trzeba się śpieszyć. Od tego miejsca otwiera się nam widok na dalszą część chodnika. Nic trudnego, tylko w zakończeniu wyjścia na grań jest trochę łańcuchów. Podchodzimy do nich z dalszą zadyszką. W takich warunkach nie są problematyczne, ale kiedy zaśnieży i tutaj jest potem niebezpiecznie. Mnie raczej przeszkadzają kijki. Trzymać w jednej ręce kijki i w drugiej łańcuch, to chyba maksymum mych możliwości utrzamania się na chodniku. Czym się potem chwycić, kiedy jeszcze trzeba zdjęcie z tych wygibasów pstryknąć?
[attachment=49000][attachment=49001][attachment=49002]
Wyjście na grań (2118 m), to już inna kawa. Tutaj nam się otwierają widoki na pełną buzię. Zwłaszcza w północną stronę, gdzie wyższe szczyty nie zasłaniają widoki na podtatrzańskie kotliny i znane pagóry za nimi.
[attachment=49003]
Mamy za sobą 1,5 godziny drałowania. Na uwiecznienie odwiedzin trzeba się jeszcze pół godziny pomęczyć. Dla nas to gradka, zwłaszcza, że widoki stają otworem. Jagnię (2229 m) długo nie stawiało oporu i o 14:15 dało się pogłaskać po ciemieniu. Znowu następuje znana euforia. Bieganie po wierzchołku z aparatem i szukanie najlepszej pozycji do zdjęcia. Okoliczne kopczyki obstrykuję od podstawy po wierzchołek. Z tąd najlepiej wypadają jednak Bielskie.
[attachment=49004]
Żaden kopczyk ich nie zasłania. Tak nas przyciągają, że chwilę walczymy z chciwością pójścia z tąd wprost do Kopskiego. Może innym razem? Dzisiejszy dzień powoli chyli się ku końcowi i nam trzeba zmykać do schroniska. Słońce obniża się coraz to niżej. Tylko amatorzy uwiecznienia zachodów słońca dopiero teraz prą w górę. Mnie się nie chce czekać na to zjawisko i pstrykam od niechcenia szczyt Koziego (2111 m), odnogi Jagnięcego, z ładnym cieniem czegoś.
[attachment=49005]
Można zgadywać od jakiego szczytu ten cień. Ja typuję na Czarny Szczyt. Powrót na wysokość schroniska znaczy powrót do zimnicy.
[attachment=49006]
Teraz już wiem dlaczego doliny nad Zielonym zwią Wielką i Małą Zmarzłą. Na szczęście warunki w SPZJ są komfortowe - gorący prysznic i zimne piwko. Gorący prysznic daję zaraz po powrocie. Jest tak gorący, że jeszcze ze mnie paruje, kiedy przechodzę prawie na golasa z łazieńki schroniska do naszej noclegowni. Tam szybko do suchego ubrania, ale jeszcze nie czas na poniewierkę. Trzeba jeszcze wygrzać pomieszczenie. Nikt z młodych się ku temu nie miał i dlatego stare chłopy musiały się zająć tym zaszczytnym zadaniem. Przyznam, że byłem do tego zmuszony okolicznościami. Nikogo i niczego do grzania nie miałem. Tylko wkładkę do śpiwora. Na początku piecyk się stawiał i trochę kopcił. Jednak, kiedy rura kominowa się rozgrzała, to ciepło roprostrzęło się po izbie jak w starej chałupie. Czas na zimne piwko. W jadalni schroniska jest ku temu sposobność. Kiedy powracamy do noclegowni, musimy lawirować nad różnymi bebechami, nim dostajemy się do właściwych łóżek.
[attachment=49007]
Jeszcze trzeba naplanować następny dzień przy odrobinie żywej i już nic nam nie broni w zasłużonym odpoczynku. Dobranoc.
Cdn. Trasa 2 dnia w tylko dla wybranych


He

