23-07-2012, 11:09 AM
Dzień dobry.
W weekend pogoda była. Tym razem ta zła i ponura. Z tego powodu plany tatrzańskie ( wg mnie zacne i bojowe ) zmieniły się na plany beskidzko śląskie. Równie zacne i bojowe tyle, że mniej. Z towarzyszem Marcinem umawiamy się na 9.12 na dworcu PKP w Żywcu. Żadnych aut, jesteśmy uzależnieni od środków komunikacji masowej. No i tak patrzymy na rozkład jazdy busów, pekaesów i pociągów. Najbliższy, sensowny kurs ( do Soli ) jest o 10.15. I tradycyjnie udajemy się do lokalu Tuystyczna. On co prawda tak już od dawna się nie nazywa ale nic to. Tradycja to tradycja. I po tej porcji tradycji wracamy na przystanek. W planach mielismy wysiąść w Milówce i tam wejść do baru. To znaczy na szlak. Z planów nic nie wyszło bowiem wcześniej podjechał bus do ostrego, i to do niego weszliśmy. Co by od Zimnika zdobyć Skrzyczne. Jakby nie było najwyższe bydlę Beskidu Śląskiego. Zdobyliśmy Go. Miejsce przy stole w schronisku rownież. A trudno było. Masa turystów kolejkowych, trochę turystów pieszych, sporo rowerzystów. Od Zimnika na szczyt dotarlismy w 92 minuty. Albo w totalnej mgle, albo w deszczu. Widoków zbytnio nie było. A nawet dokładniej pisząc w ogóle ich nie było. Samo schronisko wyłoniło się dopiero jak bylismy z 25 metrów od niego. Krowa Milka też się wtedy ukazała. W schronisku spędziliśmy dosyć dużo czasu. Oczywiście w celu wysuszenia odzieży. Dysputy, poważne wyrazy twarzy, rozmowy o epokowych sprawach. Jak i też tych bardziej przyziemnych.
Pożegnania ze schroniskiem nadszedł czas. W przyplywie szaleństwa zamierzalismy zejść do Szczyrku ale pogoda wybiła nam to ze łbów. Ekumenicznie zjechaliśmy śpiewając pieśni. Dalsza droga do domostw przebiegała przez Szczyrk i Bielsko - Białą. Tam na koniec zapalił się pociąg, którym miałem jechać do Żywca.
Dziękuję za uwagę. Szczerze polecam Państwu odwiedziny tej góry. Nie tylko w takim celu jak my.
W weekend pogoda była. Tym razem ta zła i ponura. Z tego powodu plany tatrzańskie ( wg mnie zacne i bojowe ) zmieniły się na plany beskidzko śląskie. Równie zacne i bojowe tyle, że mniej. Z towarzyszem Marcinem umawiamy się na 9.12 na dworcu PKP w Żywcu. Żadnych aut, jesteśmy uzależnieni od środków komunikacji masowej. No i tak patrzymy na rozkład jazdy busów, pekaesów i pociągów. Najbliższy, sensowny kurs ( do Soli ) jest o 10.15. I tradycyjnie udajemy się do lokalu Tuystyczna. On co prawda tak już od dawna się nie nazywa ale nic to. Tradycja to tradycja. I po tej porcji tradycji wracamy na przystanek. W planach mielismy wysiąść w Milówce i tam wejść do baru. To znaczy na szlak. Z planów nic nie wyszło bowiem wcześniej podjechał bus do ostrego, i to do niego weszliśmy. Co by od Zimnika zdobyć Skrzyczne. Jakby nie było najwyższe bydlę Beskidu Śląskiego. Zdobyliśmy Go. Miejsce przy stole w schronisku rownież. A trudno było. Masa turystów kolejkowych, trochę turystów pieszych, sporo rowerzystów. Od Zimnika na szczyt dotarlismy w 92 minuty. Albo w totalnej mgle, albo w deszczu. Widoków zbytnio nie było. A nawet dokładniej pisząc w ogóle ich nie było. Samo schronisko wyłoniło się dopiero jak bylismy z 25 metrów od niego. Krowa Milka też się wtedy ukazała. W schronisku spędziliśmy dosyć dużo czasu. Oczywiście w celu wysuszenia odzieży. Dysputy, poważne wyrazy twarzy, rozmowy o epokowych sprawach. Jak i też tych bardziej przyziemnych.
Pożegnania ze schroniskiem nadszedł czas. W przyplywie szaleństwa zamierzalismy zejść do Szczyrku ale pogoda wybiła nam to ze łbów. Ekumenicznie zjechaliśmy śpiewając pieśni. Dalsza droga do domostw przebiegała przez Szczyrk i Bielsko - Białą. Tam na koniec zapalił się pociąg, którym miałem jechać do Żywca.
Dziękuję za uwagę. Szczerze polecam Państwu odwiedziny tej góry. Nie tylko w takim celu jak my.

Czy ja jakiś Ślązak jestem ? 



