24-04-2012, 05:26 PM
Plan pierwotny: do Pięciu Stawów przez Krzyżne i ewentualne dalsze działania w obrębie okolicznych szlaków
W sobotę 7 rano dzięki dobrodziejstwom podróży wygodnym i tanim Polskim Busem (wreszcie koniec koszmarnych dojazdów nocnym pociągiem rzeźnią
) lądujemy w Zakopcu w całkiem niezłej kondycji, od razu łapimy busika do Kuźnic. I.... juz na samym początku duuuży błąd, chcąc znaleźć się jak najszybciej na szlaku rezygnujemy z wypożyczalni przy Rondzie Kuźnickim (mła nie ma raków
) i zaglądamy do tej najbliżej szlaków. Negocjacje cenowe z panem kończą się niepowodzeniem (doba kosztuje 25 zł, gdy pytamy ile bedzie jak zejdziemy jutro na 12tą, pan mówi że policzy "tylko" 40 zł, hmmm mi wychodzi, że przeliczając proporcjonalnie powinnam dopłacić jakieś 5 zł, ale ok, nie ja tu rządzę, ale też nie muszę przepłacać...pan zabiera raki, dziękuję, do widzenia). Gdybym wzięła raki przy Rondzie mogłabym je oddać w 5 Stawach. Lenistwo zostało wkrótce ukarane, jak się potem okazało musieliśmy kompletnie zmienić plany 
Przemierzamy szybko Jaworzynkę, po drodze zrzucając kolejne warstwy ubrań, jako że słoneczko w swej łaskawości postanowiło chwilę nam poświecić. Dzień jest ciepły, ale przez 90% czasu pochmurny/bardzo pochmurny. Pogoda dba, żeby się nam nie nudziło: to nas poleje deszczykiem, to poprószy śniegiem. Po przetartych szlakach idzie się łatwo, ale za chwilę okaże się, że w miejscach mniej uczęszczanych zalegający mokry śnieg wymyślił sobie (prawdopodobnie z nudów, bo ile można tak zalegać) wesołą zabawę w ? pułapkę na nogę?.
Na drzwiach Murowańca kartka ? W dniu dzisiejszym nie mamy miejsc noclegowych? (Memoriał w skialpinizmie)..ok i tak nie liczyliśmy na nie za bardzo
Wchodzimy i akurat turyści pytają dyżurującego goprowca o warunki na Krzyżnem, mówi że raki konieczne
Małe śniadanko (w moim wypadku pół czekolady mlecznej z bakaliami
), herbata z cytryną i ruszamy dalej. Postanawiamy pójść drogą pod Krzyżne i zobaczyć jak to tam wygląda.
Na żołtym szlaku widzimy nieco przysypane ślady jakiegoś wielkiego osobnika (sądząc po rozmiarze buta
), które pomagają nam zlokalizować drogę. Idzie się do pewnego momentu nieżle, potem dość cięzko z powodu wyżej wspomnianych śniegowych zabaw
Idzie sobie człowiek spokojnie, pewnie i nagle łups noga wpada do pół uda w śnieg i to perwersyjnie zawsze jest to jedna noga
Cięzki nadtapiający się śnieg jak już złapie, to w sekundy zaciska swoją łapę wokoł kostki tam w dole i nieraz muszę zrzucać plecak, żeby nie walczyć dodatkowo z jego ciężarem podczas uwalniania się ze śniegowych macek. W czasie tych zabaw robi się nieźle gorąco, ale dla odmiany nadpływają czarne chmury i zaczyna padać śnieg z desczem.
Wychodzimy mniej więcej na wysokość, z której odchodzi czarny szlak do Doliny Pańszczyca, czas podjąć decyzję co dalej. Z ciężkim sercem stwierdzamy, że nie idziemy dalej pod Krzyżne, bo ewentualny odwrót może zająć nam zbyt dużo czasu w tych warunkach.
Żeby wynagrodzić sobie to rozczarowanie zjeżdzamy sobie z góry w dolinę na czterech literach. Szlaku za bardzo nie widać, kierujemy się mapą i nie dokońca rozszyfrowaną aplikacją trekbuddy w Nokii oraz widocznymi na śniegu śladami.
Do tej pory wycieczka była naprawdę świetna, teraz zaczynają się nudy krążenia po leśnych szlakach, udaje nam się nieco pobłądzić (przez pewnego upartego muła, czyli mła
Gdy w końcu jesteśmy w stanie zlokalizować się na mapie, okazuje się że jesteśmy gdzieś w połowie odcinka czerwonego szlaku pomiędzy Psią Trawką a Wielką Pańszczycką Młaką. Wracamy się i w chlupoczących butach schodzimy w miarę ubitym szlakiem czerwonym mijając mglistą Waksmundzką Rówień i jeszcze bardziej mglistą o zmierzchu Polanę pod Wołoszynem.
Na tym odcinku spotykamy jednego turystę, który przyjechał z Warszawy samochodem i wystartował wczesnym popołudniem chcąc dojść do Murowańca, ale zrezygnował poinformawany przez nas o braku możiwości noclegowych, później spotkamy jego i jeszcze jedną parę zapoznaną w tej okolicy, w schronisku w Roztoce.
Wreszcie Wodogrzmoty Mickiewicza i za chwilę Roztoka, pyszna zupa borowikowa z domowymi kluseczkami, piwo (niestety baaardzo kiepskie, wodniste, faktem jest, że wzięłam z kija nie pytając co to).
Na drugi dzień słoneczko postanowiło nam chyba zrobić na złość i pokazać, że w kwietniu może być jak w lato. My w planach mamy skosztowanie w Krakowie naprawdę dobrego piwa (polecam Flying Doga, bardzo ciekawe piwko typu IPA (w kilku odsłonach), my dorwaliśmy je w Strefie Piwa, gdzie baramanem jest entuzjasta wyrobów browarniczych, który z pasją opowiada o tym co serwuje
W Roztoce żegnają nas pierwsze wiosenne, mocno jeszcze zaspane żaby, a tuż przy Łysej Polanie pasąca się spokojnie sarna
Podsumowując z pierwotnych planów niewiele wyszło, ale przebieżka się udała
Linka do zdjęć (zdecydowanie bardziej kronikarskich niż artystycznych, gdyż słaby ze mnie fotograf) zamieszczę w przyszłym tygodniu, jak odzyskam aparat
W sobotę 7 rano dzięki dobrodziejstwom podróży wygodnym i tanim Polskim Busem (wreszcie koniec koszmarnych dojazdów nocnym pociągiem rzeźnią
) lądujemy w Zakopcu w całkiem niezłej kondycji, od razu łapimy busika do Kuźnic. I.... juz na samym początku duuuży błąd, chcąc znaleźć się jak najszybciej na szlaku rezygnujemy z wypożyczalni przy Rondzie Kuźnickim (mła nie ma raków
) i zaglądamy do tej najbliżej szlaków. Negocjacje cenowe z panem kończą się niepowodzeniem (doba kosztuje 25 zł, gdy pytamy ile bedzie jak zejdziemy jutro na 12tą, pan mówi że policzy "tylko" 40 zł, hmmm mi wychodzi, że przeliczając proporcjonalnie powinnam dopłacić jakieś 5 zł, ale ok, nie ja tu rządzę, ale też nie muszę przepłacać...pan zabiera raki, dziękuję, do widzenia). Gdybym wzięła raki przy Rondzie mogłabym je oddać w 5 Stawach. Lenistwo zostało wkrótce ukarane, jak się potem okazało musieliśmy kompletnie zmienić plany 
Przemierzamy szybko Jaworzynkę, po drodze zrzucając kolejne warstwy ubrań, jako że słoneczko w swej łaskawości postanowiło chwilę nam poświecić. Dzień jest ciepły, ale przez 90% czasu pochmurny/bardzo pochmurny. Pogoda dba, żeby się nam nie nudziło: to nas poleje deszczykiem, to poprószy śniegiem. Po przetartych szlakach idzie się łatwo, ale za chwilę okaże się, że w miejscach mniej uczęszczanych zalegający mokry śnieg wymyślił sobie (prawdopodobnie z nudów, bo ile można tak zalegać) wesołą zabawę w ? pułapkę na nogę?.
Na drzwiach Murowańca kartka ? W dniu dzisiejszym nie mamy miejsc noclegowych? (Memoriał w skialpinizmie)..ok i tak nie liczyliśmy na nie za bardzo
Wchodzimy i akurat turyści pytają dyżurującego goprowca o warunki na Krzyżnem, mówi że raki konieczne
Małe śniadanko (w moim wypadku pół czekolady mlecznej z bakaliami
), herbata z cytryną i ruszamy dalej. Postanawiamy pójść drogą pod Krzyżne i zobaczyć jak to tam wygląda. Na żołtym szlaku widzimy nieco przysypane ślady jakiegoś wielkiego osobnika (sądząc po rozmiarze buta
), które pomagają nam zlokalizować drogę. Idzie się do pewnego momentu nieżle, potem dość cięzko z powodu wyżej wspomnianych śniegowych zabaw
Idzie sobie człowiek spokojnie, pewnie i nagle łups noga wpada do pół uda w śnieg i to perwersyjnie zawsze jest to jedna noga
Cięzki nadtapiający się śnieg jak już złapie, to w sekundy zaciska swoją łapę wokoł kostki tam w dole i nieraz muszę zrzucać plecak, żeby nie walczyć dodatkowo z jego ciężarem podczas uwalniania się ze śniegowych macek. W czasie tych zabaw robi się nieźle gorąco, ale dla odmiany nadpływają czarne chmury i zaczyna padać śnieg z desczem. Wychodzimy mniej więcej na wysokość, z której odchodzi czarny szlak do Doliny Pańszczyca, czas podjąć decyzję co dalej. Z ciężkim sercem stwierdzamy, że nie idziemy dalej pod Krzyżne, bo ewentualny odwrót może zająć nam zbyt dużo czasu w tych warunkach.
Żeby wynagrodzić sobie to rozczarowanie zjeżdzamy sobie z góry w dolinę na czterech literach. Szlaku za bardzo nie widać, kierujemy się mapą i nie dokońca rozszyfrowaną aplikacją trekbuddy w Nokii oraz widocznymi na śniegu śladami.
Do tej pory wycieczka była naprawdę świetna, teraz zaczynają się nudy krążenia po leśnych szlakach, udaje nam się nieco pobłądzić (przez pewnego upartego muła, czyli mła
Gdy w końcu jesteśmy w stanie zlokalizować się na mapie, okazuje się że jesteśmy gdzieś w połowie odcinka czerwonego szlaku pomiędzy Psią Trawką a Wielką Pańszczycką Młaką. Wracamy się i w chlupoczących butach schodzimy w miarę ubitym szlakiem czerwonym mijając mglistą Waksmundzką Rówień i jeszcze bardziej mglistą o zmierzchu Polanę pod Wołoszynem. Na tym odcinku spotykamy jednego turystę, który przyjechał z Warszawy samochodem i wystartował wczesnym popołudniem chcąc dojść do Murowańca, ale zrezygnował poinformawany przez nas o braku możiwości noclegowych, później spotkamy jego i jeszcze jedną parę zapoznaną w tej okolicy, w schronisku w Roztoce.
Wreszcie Wodogrzmoty Mickiewicza i za chwilę Roztoka, pyszna zupa borowikowa z domowymi kluseczkami, piwo (niestety baaardzo kiepskie, wodniste, faktem jest, że wzięłam z kija nie pytając co to).
Na drugi dzień słoneczko postanowiło nam chyba zrobić na złość i pokazać, że w kwietniu może być jak w lato. My w planach mamy skosztowanie w Krakowie naprawdę dobrego piwa (polecam Flying Doga, bardzo ciekawe piwko typu IPA (w kilku odsłonach), my dorwaliśmy je w Strefie Piwa, gdzie baramanem jest entuzjasta wyrobów browarniczych, który z pasją opowiada o tym co serwuje

W Roztoce żegnają nas pierwsze wiosenne, mocno jeszcze zaspane żaby, a tuż przy Łysej Polanie pasąca się spokojnie sarna

Podsumowując z pierwotnych planów niewiele wyszło, ale przebieżka się udała

Linka do zdjęć (zdecydowanie bardziej kronikarskich niż artystycznych, gdyż słaby ze mnie fotograf) zamieszczę w przyszłym tygodniu, jak odzyskam aparat


Verso będzie mi to musiała sama pokazać, jak ją kieedy w Taterach spotkam.
