29-01-2012, 04:07 PM
Otwieram oczy, wstaję, podchodzę do termometru - za oknem słupek rtęci kończy swój poziom przy -17 kresce. Rześko się zapowiada. No czyli trzeba będzie szybciej chodzić, żeby było ciepło... 
Godzinę później w Zagórzu pożyczamy rakiety śnieżne, a te nowiutkie, trzeba z nich zerwać jeszcze papier fabryczny. Czujemy się niemal wybrańcami (dzięki Lucyna za namiar!)
Około 9.00 wjeżdżamy na drogę prowadzącą do schroniska na Przysłupie Caryńskim. Odśnieżona wczoraj po prawie tygodniu nieprzejezdności, całkiem sympatyczna, modlimy się tylko w duchu co by nic z przeciwka nie wyjechało. Jak nic co najmniej kilometr cofania wtedy. I to pewnie byłby problem z ustaleniem kto cofa.
Po zaparkowaniu na odkopanym łopatami miejscu parkingowym, od razu udajemy się na szlak. Niebo trochę jakby przychmurzone, ale chmury wysokie, trochę poprzerywane, generalnie nastroje pozytywne. Tylko ten cel jakoś tak daleko nam się ukazuje
[attachment=43524]
Śniegu niby wydaje się nam że mało, ale po chwili wbijam kijek, a ten wchodzi tak gdzieś na 80 cm.
Tymczasem jakaś dobra dusza założyła nam ślad. Tylko tak myślę, trochę kluczy niezbyt intuicyjnie między drzewami, ale patrzę dokładniej a tu kluczy zgodnie ze znakami szlaku. Faajnie. Czyli nie musimy sami odszukiwać drogi.
Ja tu jestem drugi raz w życiu i to po 10-letniej przerwie. Czyli przebiegu niemal nic nie pamiętam. Zresztą i sceneria była całkiem inna. Było zielono.
Dobra dusza była jednak z tzw. "buta". Na podstawie głębokości śladu widać, że czasem trafiała w wydeptaną wcześniej ścieżkę, a chwilami nie trafiała. Za to trafiała wtenczas w tzw. grunt pod nogami
Chwilami tak nawet metr poniżej.
[attachment=43525][attachment=43526][attachment=43527]
[attachment=43528][attachment=43529][attachment=43530]
Rakiety póki co spisują się świetnie. Owszem jest trochę więcej ciężaru na nodze, ale nie ma niespodzianek z zapadaniem się. Śnieg do kostki bądź maksymalnie niewiele powyżej. Faktem jednak jest też to, że dostaliśmy taki model który rzekomo przeznaczony jest od 80 do 140 kg. Zapas wagi więc jest. Mieciur by pewnie w takich rakietach nawet śladów nie zostawiał
Las chwilami przybiera bajeczne kształty. Polanki pokryte są nieskazitelnie równą powierzchnią białego puchu. Jak tu nie lubić zimy? Zawsze będę powtarzał, że jesień i zima to najpiękniejsze pory roku w górach. Dla tej bieli warto jest wstać wcześnie, wymrozić się, wymęczyć - doznania oddadzą włożony trud z dużą nawiązką. Upsss! Nagle wpadam rakietą po udo... Czyli też można. No ale to był pojedynczy incydent
[attachment=43531][attachment=43532][attachment=43533][attachment=43534]
[attachment=43535][attachment=43522][attachment=43536][attachment=43537][attachment=43538]
Pogoda klaruje się coraz bardziej. Im wyżej tym częściej ukazują nam się rozleglejsze widoki. Najpierw w stronę gniazda Tarnicy, ale w oddali też widać sporo ukraińskich górek. Wydaje mi się też, że na horyzoncie prześwitują Gorgany.
Ostatnie podejście, w sumie dość strome i hmm... śnieg na tym podejściu wcale nie wydaje się być związany, słychać głuche trzaski, gdyby tak był trochę dłuższy to obawa o lawiniastość tego miejsca myślę, że byłaby naprawdę uzasadniona. Zresztą nie darmo GOPR ogłosił II stopień. W dodatku jesteśmy na północnej wystawie. Przy trochę gorszych warunkach kto wie, może i tu mogło by coś małego zjechać.
Po wyjściu na pierwszy (niższy) wierzchołek jestem pod wrażeniem rozległości połoniny. Jakoś mi się wydawało, że odcinek grzbietowy Caryńskiej jest dużo krótszy, ale w sumie to nawet i dobrze. Nacieszymy się chwilę widokami. W oddali widać nawet delikatne zarysy Tatr... Jest prawie bezwietrznie, mróz tutaj teraz to chyba maks -10 stopni.
Wędrówka grzbietem trwa kilkadziesiąt minut. Jedynych dziś ludzi spotykamy na głównym wierzchołku. Było ich troje
[attachment=43539][attachment=43540][attachment=43541]
[attachment=43542][attachment=43543][attachment=43523]
Powrót tą samą drogą, a najpiękniejszy odcinek to chyba ten magiczny, zasypany las w górnej części szlaku. Słońce oświetla już połoniny tylko po południowej stronie, chowa się gdzieś za grzbietem.
[attachment=43545]
Ooo, jednak spotykamy jeszcze jedną grupę, tym razem chyba w ilości 6 osób. Pewnie ładny zachód słońca będą mieli. Z dołu jeszcze patrzymy na ich zmagania ze stromym stokiem. Zapadają się z 4-5 razy głębiej niż my. Rakiety to dobra rzecz. No i nie ma problemu z niekontrolowanym skręcaniem jak na biegówkach
Na koniec dnia zachodzimy jeszcze do nowego schroniska Koliba na Przysłupie Caryńskim. Nowego, ale w miejscu starego. A tam tylko gospodarz i trzech panów ze straży granicznej... Chwila odpoczynku i powrót do domu. Aha, przed domem jeszcze Pani Gospodyni ciągnąca sanki
[attachment=43546]
KONIEC

Godzinę później w Zagórzu pożyczamy rakiety śnieżne, a te nowiutkie, trzeba z nich zerwać jeszcze papier fabryczny. Czujemy się niemal wybrańcami (dzięki Lucyna za namiar!)
Około 9.00 wjeżdżamy na drogę prowadzącą do schroniska na Przysłupie Caryńskim. Odśnieżona wczoraj po prawie tygodniu nieprzejezdności, całkiem sympatyczna, modlimy się tylko w duchu co by nic z przeciwka nie wyjechało. Jak nic co najmniej kilometr cofania wtedy. I to pewnie byłby problem z ustaleniem kto cofa.
Po zaparkowaniu na odkopanym łopatami miejscu parkingowym, od razu udajemy się na szlak. Niebo trochę jakby przychmurzone, ale chmury wysokie, trochę poprzerywane, generalnie nastroje pozytywne. Tylko ten cel jakoś tak daleko nam się ukazuje

[attachment=43524]
Śniegu niby wydaje się nam że mało, ale po chwili wbijam kijek, a ten wchodzi tak gdzieś na 80 cm.
Tymczasem jakaś dobra dusza założyła nam ślad. Tylko tak myślę, trochę kluczy niezbyt intuicyjnie między drzewami, ale patrzę dokładniej a tu kluczy zgodnie ze znakami szlaku. Faajnie. Czyli nie musimy sami odszukiwać drogi.

Ja tu jestem drugi raz w życiu i to po 10-letniej przerwie. Czyli przebiegu niemal nic nie pamiętam. Zresztą i sceneria była całkiem inna. Było zielono.
Dobra dusza była jednak z tzw. "buta". Na podstawie głębokości śladu widać, że czasem trafiała w wydeptaną wcześniej ścieżkę, a chwilami nie trafiała. Za to trafiała wtenczas w tzw. grunt pod nogami
Chwilami tak nawet metr poniżej.[attachment=43525][attachment=43526][attachment=43527]
[attachment=43528][attachment=43529][attachment=43530]
Rakiety póki co spisują się świetnie. Owszem jest trochę więcej ciężaru na nodze, ale nie ma niespodzianek z zapadaniem się. Śnieg do kostki bądź maksymalnie niewiele powyżej. Faktem jednak jest też to, że dostaliśmy taki model który rzekomo przeznaczony jest od 80 do 140 kg. Zapas wagi więc jest. Mieciur by pewnie w takich rakietach nawet śladów nie zostawiał

Las chwilami przybiera bajeczne kształty. Polanki pokryte są nieskazitelnie równą powierzchnią białego puchu. Jak tu nie lubić zimy? Zawsze będę powtarzał, że jesień i zima to najpiękniejsze pory roku w górach. Dla tej bieli warto jest wstać wcześnie, wymrozić się, wymęczyć - doznania oddadzą włożony trud z dużą nawiązką. Upsss! Nagle wpadam rakietą po udo... Czyli też można. No ale to był pojedynczy incydent

[attachment=43531][attachment=43532][attachment=43533][attachment=43534]
[attachment=43535][attachment=43522][attachment=43536][attachment=43537][attachment=43538]
Pogoda klaruje się coraz bardziej. Im wyżej tym częściej ukazują nam się rozleglejsze widoki. Najpierw w stronę gniazda Tarnicy, ale w oddali też widać sporo ukraińskich górek. Wydaje mi się też, że na horyzoncie prześwitują Gorgany.
Ostatnie podejście, w sumie dość strome i hmm... śnieg na tym podejściu wcale nie wydaje się być związany, słychać głuche trzaski, gdyby tak był trochę dłuższy to obawa o lawiniastość tego miejsca myślę, że byłaby naprawdę uzasadniona. Zresztą nie darmo GOPR ogłosił II stopień. W dodatku jesteśmy na północnej wystawie. Przy trochę gorszych warunkach kto wie, może i tu mogło by coś małego zjechać.
Po wyjściu na pierwszy (niższy) wierzchołek jestem pod wrażeniem rozległości połoniny. Jakoś mi się wydawało, że odcinek grzbietowy Caryńskiej jest dużo krótszy, ale w sumie to nawet i dobrze. Nacieszymy się chwilę widokami. W oddali widać nawet delikatne zarysy Tatr... Jest prawie bezwietrznie, mróz tutaj teraz to chyba maks -10 stopni.
Wędrówka grzbietem trwa kilkadziesiąt minut. Jedynych dziś ludzi spotykamy na głównym wierzchołku. Było ich troje

[attachment=43539][attachment=43540][attachment=43541]
[attachment=43542][attachment=43543][attachment=43523]
Powrót tą samą drogą, a najpiękniejszy odcinek to chyba ten magiczny, zasypany las w górnej części szlaku. Słońce oświetla już połoniny tylko po południowej stronie, chowa się gdzieś za grzbietem.
[attachment=43545]
Ooo, jednak spotykamy jeszcze jedną grupę, tym razem chyba w ilości 6 osób. Pewnie ładny zachód słońca będą mieli. Z dołu jeszcze patrzymy na ich zmagania ze stromym stokiem. Zapadają się z 4-5 razy głębiej niż my. Rakiety to dobra rzecz. No i nie ma problemu z niekontrolowanym skręcaniem jak na biegówkach

Na koniec dnia zachodzimy jeszcze do nowego schroniska Koliba na Przysłupie Caryńskim. Nowego, ale w miejscu starego. A tam tylko gospodarz i trzech panów ze straży granicznej... Chwila odpoczynku i powrót do domu. Aha, przed domem jeszcze Pani Gospodyni ciągnąca sanki

[attachment=43546]
KONIEC

