Początkowe myśli o trasie: schronisko na Miziowej, szczyt Pilska , dalej kierunek Mała Babia grzbietem granicznym na Babią Górę (mój upragniony szczyt) , zejście do Markowych, i niedzielny rekonesans po jakimś małym kopcu. Moja wyobraźnie nie zna granic - chcieć, a móc to różnica, ambitne marzenia są ale możliwości brak i tak oto klaruje się trasa: cel I - schronisko na Rysiance, jak starczy czasu i sił i pogoda dopisze --->może? jakiś okoliczny kopiec----> w sobotę Pilsko?, dalej kierunek Zawoja i przełęcz Krowiarki, uderzenie na Markowe Szczawiny----> niedziela próba podejścia na szczyt Diablaka, zejście do przełęczy Krowiarki. Oj tyle by się chciało, człowiek wygłodniały po prawie rocznej rehabilitacji i doprowadzeniu się do stanu, gdzie chce się spróbować, że może sie uda, że będzie dobrze. I wiecie co, co zobaczyłam to moje!
Pogoda jednak weryfikuje plany i tak oto: piątek ---> kończymy na Rysiance, stamtąd odwiedzamy schronisko na Lipowskiej ; sobota zejście do samochodu i kierunek Krowiarki ---> tam pierwsza baza schronisko, zrzucenie zbędnego balastu i zdobywamy szczyt Dużej Babiej --- ojjjj PIĘKNY to szczyt --- ojjj PIĘKNE widoki ----> w niedziele schodzimy do przełęczy Krowiarki i udajemy się do Żywca, gdzie grasuje niejaki wysoki stanowiskiem Urzędnik Skarbowy, tu bronię się ile mogę ale wyjścia nie było, wszak poldolot stanowił jedyny dogodny środek transportu, ojjj jakiego transportu - mknął jak szalony ledwo trzymając się kołami nawierzchni .....
Dzień I (piątek) 22.07.2011
Złatna Rysianka - Czarny narciarski - czas wg. tabliczki 1:45 h nasz (ok 2:50h), odległość 4,4km
Rysianka - Lipowska - Rysianka odl 2 km, czas 30 min w obie strony
a zaczęło się tak...
(6:27) pociąg z Warszawy Centralnej do Krakowa Płaszów (9:59). Podróż minęła dość szybko i bezproblemowo, aż do stacji ............. (nie pamiętam, ostatnia przed Krakowem Gł.) gdzie mandacik chciał mi wlepić p. Zbyszek - dusza hipisa, niestety zapomniał chyba, że lata młodości ma już dawno za sobą (pozdrawiam), manadacik za brak uśmiechu, a jak tu się cieszyć skoro z każdym kilometrem pogoda coraz gorsza: wiatr, że łaba mało nie urwie, zacina deszczem ale nie ma to tamto - prognozy były znane, ryzyko podjęte, nadzieja pozostała... a w myślach, musi się udać, będzie dobrze, złych przeczuć brak (jak zboczyliśmy ze szlaku w drodze na Rysiankę też nie miałam złych przeczuć
, w efekcie nadrobić trzeba było trochę drogi). Dojeżdżam do stacji i przez okno miga mi postać Krzyśka, witamy się z poczuciem jakbyśmy się już dobrze znali, troszkę już było za nami startej klawiatury, tak oto poznaję po prawie roku odkąd jestem na forum (jak ten czas leci), w realu pierwszego GŚowca. Udajemy się do poldolotu (później zrozumiałam skąd ta nazwa
) i ruszamy w stronę Ujsoły i dalej Złatną gdzie czarnym szlakiem spacerowym tępem udajemy się do schroniska na Rysiance. W relacji podajemy dwa czasy przejść właściwy, zgodny ze szlakowskazem/mapą (i mój leniwy ceprowski)
. Droga upływa nam na rozmowach, o wszystkim i niczym. Jest przyjemnie, pogoda całkiem sympatyczna. Troszkę mrzy co daje fajne uczucie ożeźwienia, dla mnie rewelacja. Podejście tym szlakiem jest łagodne, część drogi pokryta jest asfaltem do pierwszego rozwidlenia gdzie po lewej stronie przekraczamy pierwszą kładeczkę położoną nad rwącym strumykiem. Dalej skręcamy w prawo i mamy przed sobą pierwsze ''większe'' podejście. Po drodze mijamy kamienne stacje z tabliczką, łącznie jest ich 14. Droga biegnie cały czas przez las, i mimo braku dalekosiężnych widoków idzie się przyjemnie. Całą drogę towarzyszą nam rozmowy i moje <przypomniało mi się> że: 1. nie mam klapków, parę dziesiąt metrów dalej 2. nie zabrałam dowodu, żadnego dokumentu tożsamości itd. No tak, brakuje mi jeszcze wprawy w szybkim pakowaniu. Na ostatnim podejściu (ciągnącym się) przed przełęczą zostaję zmuszona do spróbowania borówek (jakieś małe były i miałam przypuszczenia, że może jakie dzikie ale mieciur został ''królikiem doświadczalnym'' ) ostatecznie jak widać żyjemy i mamy się całkiem nieźle.Ostatnie podejście było już dla mnie ciężkie, średnio przystawałam, żeby złapać oddech i odprężyć kręgosłup co 20 m , ale tutaj już mieliśmy widoki, coś tam rysowało się w tle, churrrraaa, coś widzę - jest dobrze,więc idziemy dalej do schroniska oglądając się za siebie jeszcze kilka razy. W
niedzielę przyznał mi się Krzysiek, że po tym podejściu miał w głowie myśl - ''jak ona chce dojść na babią i to żółtym szlakiem"? ) Kolego, kolego - więcej wiary !
Później pogoda była coraz gorsza, mocniej przypadało, niebo zakryło się szaro-mleczną chmurą ale zanim to nastało udało się zrobić kilka zdjęć.
[attachment=39537] [attachment=39538] [attachment=39539] [attachment=39540] [attachment=39541]
Należałoby jeszcze wspomnieć o zagubieniu szlaku, gdzie zainteresowani tablicą pamiątkową poświęconą kierownikowi schroniska na Rysiance nie zobaczyliśmy z prawej strony na drzewie, lekko z tyłu znaku i zamiast iść prosto, skierowaliśmy się na bardziej strome podejście znajdujące się po lewo. Tym oto sposobem doszło nam troszkę więcej drogi. Czujność Krzyśka wzbudziło to, że od dłuższego czasu nie mijamy żadnych znaków ani stacji, i mimo, iż GPS pokazywał nam, że w zasadzie trzymamy się szlaku, trzeba było zorienotwać się lepiej w sytuacji. Ja to bym tak szła jak owca na rzeź 
W schronisku bardzo przyjemnie, przytulnie bym żekła, i tyyyylko cztery dusze włączenie z nami! Wkońcu przyszedł czas na zapchanie żołądków, małą siestę na pryczach z wtaszczonych przez Krzyśka piw (po całym jednym na głowę
) , następnie ruszyliśmy do schroniska na Hali Lipowskiej, gdzie zapoznaliśmy się z milką i innymi zwirzęciami znajdującymi się wewnątrz rankingowego zwycięzcy. Droga mijała nam przy opóźnionym brudziu z piersióweczki wiśnióweczki własnej roboty na miodzie. Jak to Krzysiek napisał do kolegi Łukasza: wypiliśmy 100ml alkoholu i udajemy się na spoczynek. Oczywiście zgodnie z nakazem byliśmy grzeczni, a Krzysiek pozdrowił mnie czule lecz po dżentelmeńsku
[attachment=39542] [attachment=39543] [attachment=39544]
Ojeju i jak trudno było zasnąć...taaaaaka cisza.... nie ma nic... piękne to było...
Dzień II (sobota) 23.07.2011
Rysianka - Złatna - czarny narciarski - czas wg. tabliczki 1:25h ,nasz (1:10 h ) odl. 4,4km
Przełęcz Krowiarki - Markowe Szczawiny (schronisko) czas wg. tabliczki 2h nasz (2h
) , odl. 6,0 km szlak niebieskiMarkowe Szczawiny - Babia Góra - szlak żółty (perć) czas wg. tabliczki 1:30h , nasz ( 2:15 h
) odl. 2,5km Babia Góra - Brona - Markowe Szczawiny (schronisko) czas wg. tabliczki 1:15h , nasz (1:30h) , odl. 3,0 km szlak czerwony
Rano wstajemy i planowo zbieramy graty, udając się na ostanią wieczerzę do jadalni, w której to przewodnik - asekurant wręcza mi honorowy DYPLOM zdobycia szczytu RYSIANKA -----> huurrrraaaaa! Dziękuję ze wzruszeniem, ten to ma gest. Kłaniam się nisko. Zmobilizowana odpowiednio ruszam z Krzyśkiem w dalszą drogę. Idzie nam sprawnie, wsiadamy do auta i dalej w przestworza, i znów przez Żywiec do Zawoi, na Krowiarki i jest! jest! szlak - niebieski, łagodny i łaskawy dla mojego kręgosłupa. Ale co tam kręgosłup, jestem tak blisko! blisko niej! mojej wymarzonej góry! Pogoda rewelacja, ciepło, lekki chłodny wiaterek, słońce zza chmur... radość! Jestem tak blisko, muszę się zebrać, musi się udać! Jestem tu i nie widzę inaczej, a z drugiej strony natrętne myśli, co jeśli coś się stanie, co jeśli ból będzie nie do zniesienia? co jeśli narobię problemów? lekkie poczucie niepewności, obawy, słowa rehabilitantów dźwięczą w uszach ale odpędzam je i staram się myśleć, że jest dobrze. Że wczoraj podjęłam wysiłek i jest super, że daję radę, idę ... Nie ma odwrotu, już teraz NIE! Nie pozbędziesz się mnie! Jestem tu i pozwól mi wejść! Idziemy więc, moja twarz przypomina niekiedy banana, nana nana - jestem szczęśliwa! Idziemy, idziemy, mijamy Mokry Stawek, potem dłuży się ta droga przez las, tylko las, jeden większy prześwit po prawo. Aaaaa, po prawo też był wysoki pień drzewa obrośniętego grzybami, od razu przypomniał nam się szewczyczek - pewnie tutaj zakończył by swój szlak, widzieliśmy go oczami wyobrźni ze scyzorykiem obejmującego 3odnóżasto owy pień i zeskrobującego grzyby
. Dodam jedynie, że smsowo i telefonicznie wspierał nas Wysoki Rangą. Nakazał Krzyśkowi przy moim padnięciu jedynie krótką reanimację, a potem już tylko odśpiewać Anielski Orszak, z góry dziękuję
. Wkońcu docieramy do rozwidlenia na żółty szlak. Do schroniska pozostało 15 minut. Kwaterunek, przeładowanie manatów. Krzysiek zabiera co potrzeba i zwalania mnie z obowiązku targania czegokolwiek oprócz aparatu, dziękuję za to! Momentami było już ciężko. Jeszcze raz Krzysiek upewnia się czy idziemy żółtym szlakiem, JASNE! nie widzę inaczej. Kilka kroków po nim, i lekkie zwątpienie, zadyszka, dalej czuję jak weszcie pracują mi mięśnie nóg, ŚWIETNIE! czuję, że żyję! jak ja to lubię i chcę więcej! więc idziemy choć tepmpo zabójcze nie jest. Trochę odpoczynków. Najgorsze są wysokie stopnie, które chwilami wzmagały moje obawy czy dam radę. Kręgosłup ciągnie wtedy jak cholera, zarywa i jakby było mało poślizgnięcie , lekki szpagat...ale jest ok, idziemy dalej. Pokonujemy łańcuchy i klamry jak zaprawieni w boju
. Wyżej i wyżej, pogoda jak marzenie. Coraz bliżej szczytu. Pięknie jest! Gdzie nie spojrze pagóry! Piękne! Ciemno zielone, jasno zielone, lekko zarysowane i te mocniej. EKSTRA!
[attachment=39545] [attachment=39546] [attachment=39547] [attachment=39548] [attachment=39549] [attachment=39550] [attachment=39551] [attachment=39552] [attachment=39553] [attachment=39554]
Uprzedzam Krzyśka, że jak mi się uda, to odtańcze na szczycie taniec radości i zamienie się w chińczyka oraz będę wyć z radości! Sory, no !
c.d.n.
. Od razu jakoś łaskawiej z pyska mu spojrzało, no a potem to już kompletna kompromitacja... cóż to za wrażliwa dusza, cóż za poświęcenie... do tego stopnia, że trafiliśmy do muzem, tam pokazano nam architekture miasta, salę tortur- tu nasz kustosz nieformalny dostał iskierki w oku, potem wypchane zwierza. A następnie udaliśmy się ponownie w stronę kamienicy, gdzie otrzymałam od dostojnego blusobraderowskiego Urzędnika puchar ze szkła. Na koniec zdradzono mi tajemnicę zeszyciku zawierającego wykaz mandacików za przewinienia popełnione w polonezie...ojjj, chyba się nie wypłacę
.
. Na przyszłość spojrzę na sprawę z szerszej perspektywy.