04-05-2011, 09:40 PM
Weekend majowy. Prognozy deszczu, zimna, może przymrozków, może nawet śniegu. O 4.30 rano wsiadam w podjeżdżający pod blok samochód. Kierunek z Krakowa północny-zachód. Cel to 5 m n.p.m 
Jedziemy. Chmury faktycznie wiszą, deszcz rzeczywiście spada z góry. No ale tylko do okolic Wrocławia. Później słońce, błękit i tak sobie pomykamy na północ. GPS zaczyna wariować. Jeszcze chyba nigdy nie pokazywał mi wysokości jednocyfrowej
Jest fajnie.
[attachment=37728]
Popołudniu zaczynamy zwiedzać okolicę. Na początek Park Narodowy Ujście Warty. Tysiące latająco-pływających ptaków. Rozlewiska po horyzont. Bociany, czaple, kaczki, mewy, łabędzie i kilkaset innych gatunków. Wszystko gęga i świergoli. Tak trochę inaczej jest niż w górach
[attachment=37735][attachment=37737][attachment=37736][attachment=37738]
[attachment=37739][attachment=37740][attachment=37741]
Jakiś powojenny bunkier, jakieś bobrowe żeremie, jakieś bagienne ścieżki. Te zwiedzamy zamiast z mapą parku narodowego to z mapą samochodową na GPS-ie. Co ciekawe są tam zaznaczone
[attachment=37729][attachment=37730]
Na koniec dnia odwiedzamy jeszcze wieżę widokową z której widok jest taki sam jak spod wieży. A, no i trafiamy na miejsko-wiejski festyn. Jest swojsko
Drugiego dnia mamy główny punkt programu. Międzyrzecki Rejon Umocniony. Największy w Europie ciąg podziemnych korytarzy łączących obiekty fortyfikacyjne. W sumie ponad 30 km korytarzy na głębokości kilkunastu - kilkudziestu metrów pod ziemią. Został wybudowany w latach 1934-1944.
[attachment=37720][attachment=37721]
Najpopularniejsze trasy turystyczne obejmujące zejście na dno fortyfikacji oraz zwiedzeniu kilku sztandarowych pomieszczeń zajmuje około 1,5 h. My zarezerwowaliśmy sobie trasę ekstra. Czeka nas 8 godzin pod ziemią. Jest to najdłuższy z dostępnych wariantów. Dostępnych na specjalne życzenie. Ponoć średnio około 30 do 40 grup rocznie pisze się na coś takiego.
Zaczyna się. Schodzimy pod ziemię. Dużo pod ziemię. Nawet w okolicach 50 metrów w dół. Opowieści przewodnika nasuwają na myśl jeden wniosek. Ta budowa to istny majstersztyk ze strony Niemców. Niezwykłe rozwiązania technologiczne i budowlane zaskakują nawet teraz.
Zostawiamy za sobą część turystyczną. Ostatnie oświetlenia elektryczne giną gdzieś za nami w ciemności i za kolejnymi zakrętami czy rozwidleniami. Oczywiście gdyby nie latarki można by zapomnieć o wędrówce tutaj. Okazuje się, że to istny labirynt. Gdyby tak nagle zabrakło przewodnika, jest niemal pewne że nie bylibyśmy w stanie się sami wydostać, czyli trafić do wyjścia. Kompasy nie działają, oczywiście telefony czy GPS-y też.
Koncentracja wymagana na każdym kroku. W tunelach co rusz znajdują się odkryte studzienki głębokości do paru metrów. Woda, błoto, wilgoć i absolutna ciemność. Latające nietoperze. Właśnie. System fortyfikacji stanowi największe w Europie zimowisko nietoperzy. Można tu znaleźć około 30 tysięcy tych jakże ciekawych zwierząt.
Na przerwę śniadaniową wychodzimy wyżej. Ponad głęboki, niezabezpieczony szyb. Ale nie wychodzimy na powierzchnię ziemi. Nie da się. Do całego systemu można wejść/wyjść tylko w dwóch miejscach. Jesteśmy daleko od obydwu.
[attachment=37722][attachment=37723][attachment=37724][attachment=37725][attachment=37726][attachment=37727]
Z informacji od przewodnika wynika, że to po wojnie zginęło w tych bunkrach więcej ludzi niż za wojny. Właśnie w wyniku pobłądzenia, upadku w głąb szybów czy studzienek. Przy czym w tym miejscu należy zaznaczyć, że pomimo ogromnych nakładów i sił włożonych w wybudowanie fortyfikacji, nigdy nie zostały one wykorzystane w sposób, który był zakładanym. W czasie wojny zostały zdobyte niemal bez walki.
W odległej części fortyfikacji dochodzimy do zalanego od lat tunelu. Na sklepieniach widać zjawiska krasowe, tworzące się stalaktyty i stalagmity. Jeszcze niezbyt pokaźne, ale to kwestia czasu.
Ciekawa przygoda z solidną lekcją historii. Polecam. Tylko zabrać światło, odpowiedni ubiór i trochę prowiantu. Dobry przewodnik dopełni reszty.
Po wyjściu na powierzchnię jakoś tak inaczej się człowiek czuje.
Wieczorem grill nad Obrą. Weekend wypoczynkowy trwa.
Nazajutrz trochę rozrywki, ale i znów trochę historii czasów wojennych.
Najpierw coś na styl szumnie nazwanego safari. Zwierzaki biegające luzem, między które przygotowanymi alejkami wjeżdża się swoim samochodem. Ot taki mały relaks. Tylko co poniektóre zwierzaki były trochę nahalne
[attachment=37742][attachment=37743][attachment=37744][attachment=37745][attachment=37746]
Czas jeszcze na zwiedzenie wałów i fortyfikacji Kostrzyna nad Odrą. A z jej drugiej strony Niemcy.
[attachment=37731][attachment=37732]
Weekend minął tak trochę historycznie. I choć to górskie forum, to jednak uważam, że również i nie górska turystyka, nawet dla górskiego turysty potrafi być ciekawym urozmaiceniem. No ale kolejny wyjazd będzie już górskim. Tak myślę. No i mimo wszystko gór na niziny bym nie zamienił
PS. Trochę zimowy był ten powrót z weekendu majowego
[attachment=37733][attachment=37734]

Jedziemy. Chmury faktycznie wiszą, deszcz rzeczywiście spada z góry. No ale tylko do okolic Wrocławia. Później słońce, błękit i tak sobie pomykamy na północ. GPS zaczyna wariować. Jeszcze chyba nigdy nie pokazywał mi wysokości jednocyfrowej

Jest fajnie.
[attachment=37728]
Popołudniu zaczynamy zwiedzać okolicę. Na początek Park Narodowy Ujście Warty. Tysiące latająco-pływających ptaków. Rozlewiska po horyzont. Bociany, czaple, kaczki, mewy, łabędzie i kilkaset innych gatunków. Wszystko gęga i świergoli. Tak trochę inaczej jest niż w górach

[attachment=37735][attachment=37737][attachment=37736][attachment=37738]
[attachment=37739][attachment=37740][attachment=37741]
Jakiś powojenny bunkier, jakieś bobrowe żeremie, jakieś bagienne ścieżki. Te zwiedzamy zamiast z mapą parku narodowego to z mapą samochodową na GPS-ie. Co ciekawe są tam zaznaczone

[attachment=37729][attachment=37730]
Na koniec dnia odwiedzamy jeszcze wieżę widokową z której widok jest taki sam jak spod wieży. A, no i trafiamy na miejsko-wiejski festyn. Jest swojsko

Drugiego dnia mamy główny punkt programu. Międzyrzecki Rejon Umocniony. Największy w Europie ciąg podziemnych korytarzy łączących obiekty fortyfikacyjne. W sumie ponad 30 km korytarzy na głębokości kilkunastu - kilkudziestu metrów pod ziemią. Został wybudowany w latach 1934-1944.
[attachment=37720][attachment=37721]
Najpopularniejsze trasy turystyczne obejmujące zejście na dno fortyfikacji oraz zwiedzeniu kilku sztandarowych pomieszczeń zajmuje około 1,5 h. My zarezerwowaliśmy sobie trasę ekstra. Czeka nas 8 godzin pod ziemią. Jest to najdłuższy z dostępnych wariantów. Dostępnych na specjalne życzenie. Ponoć średnio około 30 do 40 grup rocznie pisze się na coś takiego.
Zaczyna się. Schodzimy pod ziemię. Dużo pod ziemię. Nawet w okolicach 50 metrów w dół. Opowieści przewodnika nasuwają na myśl jeden wniosek. Ta budowa to istny majstersztyk ze strony Niemców. Niezwykłe rozwiązania technologiczne i budowlane zaskakują nawet teraz.
Zostawiamy za sobą część turystyczną. Ostatnie oświetlenia elektryczne giną gdzieś za nami w ciemności i za kolejnymi zakrętami czy rozwidleniami. Oczywiście gdyby nie latarki można by zapomnieć o wędrówce tutaj. Okazuje się, że to istny labirynt. Gdyby tak nagle zabrakło przewodnika, jest niemal pewne że nie bylibyśmy w stanie się sami wydostać, czyli trafić do wyjścia. Kompasy nie działają, oczywiście telefony czy GPS-y też.
Koncentracja wymagana na każdym kroku. W tunelach co rusz znajdują się odkryte studzienki głębokości do paru metrów. Woda, błoto, wilgoć i absolutna ciemność. Latające nietoperze. Właśnie. System fortyfikacji stanowi największe w Europie zimowisko nietoperzy. Można tu znaleźć około 30 tysięcy tych jakże ciekawych zwierząt.
Na przerwę śniadaniową wychodzimy wyżej. Ponad głęboki, niezabezpieczony szyb. Ale nie wychodzimy na powierzchnię ziemi. Nie da się. Do całego systemu można wejść/wyjść tylko w dwóch miejscach. Jesteśmy daleko od obydwu.
[attachment=37722][attachment=37723][attachment=37724][attachment=37725][attachment=37726][attachment=37727]
Z informacji od przewodnika wynika, że to po wojnie zginęło w tych bunkrach więcej ludzi niż za wojny. Właśnie w wyniku pobłądzenia, upadku w głąb szybów czy studzienek. Przy czym w tym miejscu należy zaznaczyć, że pomimo ogromnych nakładów i sił włożonych w wybudowanie fortyfikacji, nigdy nie zostały one wykorzystane w sposób, który był zakładanym. W czasie wojny zostały zdobyte niemal bez walki.
W odległej części fortyfikacji dochodzimy do zalanego od lat tunelu. Na sklepieniach widać zjawiska krasowe, tworzące się stalaktyty i stalagmity. Jeszcze niezbyt pokaźne, ale to kwestia czasu.
Ciekawa przygoda z solidną lekcją historii. Polecam. Tylko zabrać światło, odpowiedni ubiór i trochę prowiantu. Dobry przewodnik dopełni reszty.
Po wyjściu na powierzchnię jakoś tak inaczej się człowiek czuje.
Wieczorem grill nad Obrą. Weekend wypoczynkowy trwa.
Nazajutrz trochę rozrywki, ale i znów trochę historii czasów wojennych.
Najpierw coś na styl szumnie nazwanego safari. Zwierzaki biegające luzem, między które przygotowanymi alejkami wjeżdża się swoim samochodem. Ot taki mały relaks. Tylko co poniektóre zwierzaki były trochę nahalne

[attachment=37742][attachment=37743][attachment=37744][attachment=37745][attachment=37746]
Czas jeszcze na zwiedzenie wałów i fortyfikacji Kostrzyna nad Odrą. A z jej drugiej strony Niemcy.
[attachment=37731][attachment=37732]
Weekend minął tak trochę historycznie. I choć to górskie forum, to jednak uważam, że również i nie górska turystyka, nawet dla górskiego turysty potrafi być ciekawym urozmaiceniem. No ale kolejny wyjazd będzie już górskim. Tak myślę. No i mimo wszystko gór na niziny bym nie zamienił

PS. Trochę zimowy był ten powrót z weekendu majowego

[attachment=37733][attachment=37734]




