za bardzo nie wiem do którego "pokoju" ten temat możnaby było wsadzić. daję więc tu.
na pewno jako doświadczone górołazy znacie liczne opowiastki i legendy z miejsc, które odwiedzacie i kochacie. są te długie, ale są też te i kruciutkie. Tak sobie pomyslałem, że fajnie by było zrobić taką mini atmosferę ogniska ciemną nocą i założyć taki temat, gdzie każdy mógłby taką historię opowiedzieć.
pozwólcie więc, że zacznę.
Działo się to wiele lat temu, kiedy chresty dopiero zaczynały pogaństwo z Bieszczadu wypędzac. W małej wiosce w Dolinie Strwiąża, co przez Ruś do Czarnej Wody wpływa ,żyli ludziska proste i skromne. Mało się działo prócz roboty i sąsiedzkich waśni. U źródeł ów rzeki strwiąż, w głębokim lesie zawsze o świcie tajemnicze wodniczki siedziały. śpiewały tajemnicze pieśni o górach, jeleniach ... Były to jednak stwory niebezpieczne. Zawsze gdy jaki młodzieniec, co jeszcze babskiego łona nie widział, w okolicy źródeł grzyby i jeżyny zbierał, wodniczki kusiły go swym śpiewem i pierśmi nagimi. Zabawiały się z nim ... do czasu. wówczas radośc cielesna w strach się zaczęła zmieniać. Nim oczyma mrugnąc zdążył już był zamieniony w czerniowy kszak. Pełno takich wokół źródeł było. Mimo to zawsze znalazł się jakiś chłopczyna co dął się skusić.
Zabawy wodniczek jednak do czasu trwały, bo oto do wsi przybył uczony i w piśmie świętym oczytany posłaniec, co kościół miał w okolicy postawić i całkowicie pogańskie myśli wyplewić. Pewnego dnia i on wybrał się w okolicę źródeł. Wodniczki, myśląc że to chłopskie dziecię wabić go zaczęły. Młody był to człek i urody ciekawej, dla tego nie poznały stwory że to kapłan. posłaniec z słyszał o wodniczkach i o tym co robią u źródeł, ale wierzyć nie chciał. Kiedy na oczy własne ujrzał piękne, nagie ciała młodych dziewczyn nad źródłem poznał z kim ma do czyniena i uwierzył. Nie dał się omamić czarami i głośno pismo święte cytowac zaczął. W imię Bożego Syna przepędził wodniczki ze źródeł. Widząc wiele cierniowcyh kszaków wkoło powyrywał wszystkie ręce poważnie kalecząc. Do wsi je poprzynosił, kazał ognisko rozpalić i wrzucił kszaczory w ogień. Wiedział, że ciała na świat młodzieńców jużnie przywróci, ale modlić sięzaczął aby chociaż duszę z wiecznego zakęcia uratowac. Modlił się tak 3 noce aż wymodlił. Niebo roz jaśniało nad doliną co było znakiem, że dusze chłopców grzesznych do nieba zostały przyjęte. Ludziska pod wrażeniem byli sporym i słuchać kapłana od tej pory zaczęli. I tak to Chrześcijaństwo w Dolinę Strwiąża zawitało, skąd na cały bieszczad się rozniosło.
Chodzą słuchy, że i dzisiaj można u źródeł rzeki tajemnicze śpiewy usłyszec ...
"O Kunegundzie"
Chojnik widać już z daleka. Stoi na górze, która ma 627 m n.p.m. Od południa twierdza opiera się na 150 metrowej, opadającej do Piekielnej Doliny, granitowej ścianie. Wiele wieków temu wzdłuż tej ściany spadała Kunegunda, córka zamkowego kasztelana. Próżny tatuś, chcąc dowieść junackiej sprawności przyjął zakład, że objedzie mury. Konia dosiadł, murów jednak nie zdążył okrążyć. W połowie drogi koń potknął się i wraz z jeźdzcem runął w przepaść. Córka nieszczęśnika przysięgła sobie, że wyjdzie za mąż tylko za tego, który dokona czynu planowanego niegdyś przez jej ojca. Mijały lata, a coraz to nowi szaleńcy starali się sprostać zadaniu postawionemu przez Kunegundę. Wszyscy ginęli, a zamek z roku na rok zyskiwał coraz gorszą sławę. W końcu na dziedzińcu stanął przepiękny rycerz. Kiedy zobaczyła go kasztelanka, nie było już wątpliwości, że przybysz nie zostanie poddany próbie, tylko pójdzie z Kunegundą prosto do ołtarza. Rycerz był jednak ambitny, przejechał bezpiecznie mury, rzucił kobiecie rękawice i bez słowa wyjechał. Zrozpaczona panna skoczyła w przepaść ładując pupą na kamieniu. Od tamtej pory na skale widać podwójne zagłębienie, które przyjeżdżają oglądać turyści z najdalszych zakątków świata. Nie znany daty tego wydarzenia, wiadomo jedynie, że działo się to po prostu bardzo dawno, dawno temu.
http://zamki.res.pl/sobieszow.htm
hmm - zapraszam w Karkonosze
he, to teraz bynajmniej bede wiedział z czym mam do czynienia jak to zobaczę

"Legenda o starym Czarcie Kopą zwanym"
Jak i wszystkie legendy i opowieści z dawnych lat pochodzą tak i tutaj wyjątku nie będzie, albowiem wieleset rykowisk w Bieszczadach już było po wydarzeniach, którę wam opiszę. Jak ludziska wszen i wobec wiedzą połoniny od praczasów używane były jako pastwiska dla bydła, owiec i kóz. Po dziś dzień u zboczy Połoniny Caryńskiej, czy Krzemienia w oczy kole długa linia, będąca spóścizną po tamtych wypasach.
Tak więc i między Haliczem a Krzemieniam pasło się zwierzę pod bojkowskim kijem. Tamtejsze łąki dzieliło ze soba kilka wsi jak Czerteż, Borsuczyny, czy Mytniki dziś Wołosatem zwane. Wielu chłopa chaty miało w lesie pod wysoką górą ,dziś Kopą Bukowską zwaną, by bliżej połonin było a każdy z nich ładne stado owiecek miał. Jednak mimo bliskości do tej pięknej góry omijali ją chłopy z daleka. Woleli z innymi w konflikt pod Haliczem wejść niż zbliżyć się do góry jakby z kamieni usypanej. Były to bowiem czasy dzikie w Bieszczadzie i różne stwory diabelskie panoszyły się po lasach i wioskach dręcząc bojków co to niegdyś z za Sanu przybyli. Czarty były różne, ale jeden z nich był nadwyraz uparty i samolubny. Nie cierpiał żadnego boskiego stworzenia, a i swych braci kopytnych też unikał. Wystarczył byle pretekst, ażeby czarcisko to całym lasem wstrząsnęło. Był to Kopa. Jego gęba koloru ciemnego błota była a futro czarne i długie jak płaszcz Dżumy. Kopyta miał twardę i jak po skałach łaził, śłychowac go było
aż w Berehach. Kopa zaszył się na owej górze wśród tamtejszych skał. Jak tylko jaka owiecka, albo pastuch się do niego zbliżył czart zbiegłą na dół i jak nie zabijał to bił srogo kopytami. Siłę to on miał niziemską i próżno szukać czarta w bukowinie co by mógł mu dorównać. Oto i powód dla którego bace oijali górę z daleka. Bali się Kopy tak bardzo, ze nawet jego imienia nie używali, a każdy baca co mu zwierz jaki za bardzo się zbliżył nie miał nawet odwagi iść po niego. I tak to diabeł zagarnął okolicę.
W Borsuczynach, co to najbliżej diabelskich skał leżały, żył sobie Jasek. Chłopcem już nie był, ale na bycie mężczyzną musiał jeszcze poczekać. Był to czas, kiedy ojciec jego zachorował. Jasek musiał iść na połoniny i sam owce wypasać. Bardzo się tym zadaniem przejął i całe swe serce oddał oraz ojcu przysiągł że będzie strzegł stada jak siebie samego. Zabrawszy ze sobą kawałek chleba i suszonej dziczyzny wyruszył wraz z dość sporym stadkiem Jasek na połoninę. Słyszał on o złym Kopie wiele i nadłożył drogi, by pod Haliczem owiecki wypasać.
Parę godzin już minęło. Jasek bacznie pilnował stada, żeby jaka owca gdzie mu w las nie poszła. Jednak młody był i znudzenie szybko go dopadło.
Towarzyszyło mu z nim pragnienie. Poszedł zatem młodzik do lasu na chwilę by ze źródełka wody się napić. Zobaczył tam gadzinę czarną w żólte plamy i zainteresował się mocno. Po kilku chwilach przypomniał sobie o obowiązku jaki na niego chory ojciec nałożył i o przysiędze. Ruszył zatem prędko spowrotem na łąkę i zaczął liczyć owiecki. Liczył ze trzy razy i mu zawsze jednej brakowało. Przestraszył się Jasek, że ojca zawiódł. Począł zatem szukać i nawoływać swojej zguby. Wylazł na jakis głaz i zobaczył: jedna samotna owca skubię trawę w pobliżu czarciej góry. Zbladł młodzik jak trawa w jesieni. Wiedział bowiem ,że z diabłem żartów nie ma, ale wiedział też że ojca rozzłości. Zastanawiał się długo chłopak zanim postanowił ruszyć po zgubę. Poprosił on innego bacę z sąsiedniej wsi co to swoje owce wypasał aby mu jego stado przypilnował. Jak tamten usłyszał, że Jasek po owcę do Kopy chce iść modlić się zaczął za duszę chłopaka, albowiem nie udało się go od tego odciągnąć.
Góra Kopy stromą jest, i wiatr na niej chuczy. Owca już zgubiona była, ale Jasek mimo to odważnie wspinał się ku górze. Widząc to Kopa co to ze snu go beczenie wyciągnęło, wściekł się strasznie. Niczym promyk słońca o wschodzie migiem znalazł się tuż obok Jaska, bo nie nawidził jak kto na jego teren właził bez proszenia. siarczystym swym głosem przemówił "a czego ty tu młodziku na mych kamieniach szukasz?". Tupał przy tym silnie w skałę na której stał. Przerażony chłopak odparł mu drżącym głosem "owiecka ma tu przylazła, toć ja za nią". Kopa śmiać się głośno zaczął, że aż bace w oddali żegnać się zaczęli. "Toś ty chłoptaśku nie wiedział, że to góra Kopy jest - czarta strasznego?"
"wiedział, wiedział, ale ojcu żem ..." Kopa wtedy kopnął Jaska że ten aż na sam dół poleciał i wrzasnął do niego "Owiecki już nie ujrzą twe oczka i obym ja ciebie tutaj także nie widział" i zniknął. Biedny Jasek cały obolały wrócił do stada. Zasmucony wrócił pod wieczór do wsi. Kiedy ojciec zapytał się czy wszystko dobrze poszło, Jasek opowiedział mu o wsyzstkim. Zasmucił się stary góral, że owieckę stracił, ale cieszył się, że /Kopa mu syna oszczędził. "Masz ty Jasku nauckę" zpuentował ojciec i nie pozwolił już młodemu owce wypasać. Biedy chłopak wiedział, że ojca zawiódł i obietnicy nie dopełnił. Wściekły Jasek postanowił zrobić z Kopą porządek. Począł namawiać chłopów we wsi, aby jaką obławę na czarta zrobić, ale efektem tego był tylko śmiech i krzyżyki na drogę. Biedny chłopak był najstarszym dzieckiem we wsi i nikto go słuchac nie chciał. Wybrał sięzatem do sąsiedich wsi innych namówić - bez skutku. Był tam jego rówieśnik Wasyl, któremu Kopa niegdyś dziadka zabił. Bał się go bardzo, ale niegdyś Bogu przysiągł, że jak dorośnie pomści dziadka. Zainteresował się zatem Wasyl planem Jaska. Miał om dwóch starszych braci co bliźniętami byli. Obaj także postanowili się przyłączyć. Nikomu nic nie mówiąć o świcie wyruszyli na połoniny biorąc z soba wielki wór na kratofle. Tam dwaj bliźniaki strachu pełni ruszyli w stronę Kopowskiej góry. Sam Kopa już od dawna nie spał i widział ich. "oj głupie wy, głupie" se pomyślał.
Tymczasem we wsi wszyscy szukali Jaska. Ojciec czuł się już lepiej. wszyscy słyszeli jakie zamiary miał chłopak i z przerażeniem doszli do wniosku, że sam na Kopę poszedł. Wten do wsi przybiegł ojciec Wasyla i bliźniaków mówiąc ,ze razem poszli Kopę ubić. Przeżegnali się wszyscy i modlić zaczęli. Postanowili wziąść kije spróbować uratować synów. Wzięli takze kilka owiec na wymianę.
Kopa ruszył na bliźniaków. Stanął przed nimi i zaczął wrzeszczeć. Wten z za skały obok wyskoczyli Wasyl i Jasek z worem i złąpali czarta w puapkę. Kopa może i silny był i zły, ale do mądrych czartów nie należał i z łątwościa dał się podejść. Chłopcy z przerażeniem trzymali wór z całych sił, a zamknięty w nim diabeł rzucał się i wrzeszczał tak głośno jak tylko mógł. Bliźniaki zaczęli okładać go kamieniami. Cały ten zamiar chłopców nie był wcale rozsądny, albowiem Kopa ze spokojem poradził sobie i z worem i z kamieniami. Rozerwał go i odepchał wszystkich w dal. Wściekły był, że aż oczy miał przekrwione. Wten dobiegli doń chłopy z kijami. Ojcowski obowiązek, złość za te wszystkie lata oraz chwila pozwoliły przezywcięzyć strach. 10 mężczyzn rzuciło się na diabła i zaczęli okładać go kijami i głazami. Bili bez przerwy, pełni złości i agresji. Kopa walczył. Nie mógł kopnąć nikogo, bo zawsze go kto wtedy głazem po łbie walił, wrzeszczeć też nie dał rady, bo oddechu wziąść nie mógł. Cały czas chłopi go bili. Bez przerwy i z taką samą siłą. Czart był coraz słabszy. Uciec już nie mógł, bo ze wszystkich stron okładali go kijami i głazami. Przestał się już rzucać,a bace bili go i bili aż wkońcu ostatnie słowo padło z ust diabelskich "przeklęci ..." i Kopa zdechł. Padł cały we krwi czarnej jak smoła. Dopiero gdy przestali okładać diablisko poczuli wielki strach, który wcześniej nie pozwoliłby im ubic czarta. Zdali sobie wszyscy sprawe że poradzili sobie ze strasznym diabliskiem. Chłopcy natomiast stali się już mężczyznami. między obiema wioskami nawiązała się długotrwałą prezyjaźń. Na połoninach zapanował spokój, a górę czarcią po prostu Kopą zwano. Nie wiadomo dla czego ktoś później ją nazwał bukowską.
Odgrzebałam ten przykurzony temat, by wrzucić tu dwie anegdotki związane z nazwą jednej z bardziej szykownych Gór w grani Baszt - króla Baszt, Szatana
Pierwsza, dość banalna głosi, że w zamierzchłych czasach klient wraz z przewodnikiem podchodzili na szczyt Szatanim Żlebem, z którego co chwilę spadały potężne głazy uniemożliwiajace zdobycie góry. Ponoc to Szatan ciepał kamienie strzegąc swojego azylu.
Druga anegdotka zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Dotyczy ona równiez przewodnika maszerującego wraz z klientem na wspomniany już szczyt. Gdy tak sobie szli obaj, w milczeniu, klient spojrzał w pewnym momencie na swojego przewodnika i....zobaczył, że ma on kopyta


Jakoś przyszły mi dziś na myśl te historyjki, które dawno temu wyczytałam w
Przewodniku Zwolińskiego bodajże. I chyba to skojarzenie, z drugą z tych historyjek zwłaszcza, ma jakiś związek z tym zwyrodniałym przewodnikiem-bokserem, o którym dziś ktoś z Forumowiczów napisał w odpowiednim temacie.
Choć i tak uważam, że kopytny-diabelny przewodnik byłby o niebo lepszy

Hahahaah, Mordimer, dobre

:
Ładna kompilacja, nawet nie widać za bardzo, że ta głowa jest "domontowana" do reszty

no pasuje idealnie
pewniak, że to był on !
