25-01-2011, 08:44 PM
Niżej opisana wycieczka nie jest prawdziwym górskim wydarzeniem i niektórych to chyba nie zadowoli. Nawet długo zastanawiałem się, czy warto się trudzić z napisaniem tej relacji. Jednak postanowiłem coś nagryzmolić, żeby nie wypaść z wprawy. Musiałem sięgnąć głęboko do moich myśli. Ci, którzy zdobędą się na odwagę przeczytać tą relację, postaram nie zanudzić.
Stilfserjoch (Passo dello Stelvio) 2757 m (dalej już tylko "S") - jest drugą najwyższą przełęczą drogową w Alpejkach. Od strony Gomagoi (1231 m) to jest 49 zakrętów. Jak zygzak w górnej części wygląda od schroniska J. Payer (pod Ortlerem) widać na zdjęciu:
[attachment=36063]
Rano wstajemy do ostatniego dnia naszego pobytu w krainie pod Otlerem. Pogoda znowu zaprasza nas do obejżenia kopczyków. W nocy było zimno i nie chciało się potem rano wyłazić ze śpiwora i nie było się czemu dziwić. Był początek września a na na namiocie pojawił się już na tej wysokości szron.
[attachment=36065]
Dla nas to jest dobra odznaka. Cały dzień będzie wymiecione i na dodatek otrzymuję z domu wiadomość, że u nas znowu grożą powodzie. Co robić? Mamy jeszcze pół dnia i szkoda go przesiedzié w samochodzie. Kolega proponuje, że jego autko chce też rekordu i dlatego decydujemy się na S, gdzie zwiedzimy okolice. Pakujemy zbędne/niezbędne menele i wyruszamy. Nam było dobrze, bo sobie siedzieliśmy, ale niebogie autko musiało z Trafoi pokonać więcej jak 1200 m. Jakoś się w końcu udało i dojechaliśmy na parking S.
[attachment=36066]
Tutaj nas czekała prawdziwa ludzka makabra. Chyba gorzej (nie będę wciąż porywnywał z Krupówkami) niż na Placu Wacława w Pradze. Ludzików wszelkiej maści, którzy tutaj dotarli samochodami, karawanami, busami i na motocyklach. Jednak na pochwałę zasługują tylko jedyni. Kolarze. Specyfika tego podjazdu to rzucone wezwanie na wypróbowanie swych sił za pomocą dwukołowego rumaka bez silnika.
Jednak w tym dniu zdecydowaną przewagę mają ludziki, które tutaj przyjechały za jedynym celem. Chyba wszystkie kluby narciarstwa alpejskiego postanowiły przewietrzyć swoje pociechy. Powszechnie jest znana moja awersja do snobskiego zjeżdzania na deskach (z poszanowaniem dla skiturowców i biegówkowych). Po prostu nie lubię tych co nie mają szacunku do gór i myślą, że kopczyki były stworzone tylko jako sposób do pokonywania grawitacji podczas ich ulubionej zabawy. Na szczęście tego typu ludziki jeżdżą górską kolejką i my możemy w samotności wyruszyć w odwiedziny jakiegoś kopczyka. Wybieramy trasę, która prowadzi pod górskim tramwajem. Naszym celem jest Geister Sp. 3467m. Pogoda nam dopisuje i na trasie mamy 360 stopniowe widoki. Widać, jak chłodny fron atmosferyczny pocukrował okoliczne kopczyki
[attachment=36067] tutaj Ötztaler Alpen
Lodowiec, po którym idziemy nie wymaga zbytniego asekurowania albo zakładania raków. Idziemy tzw. na goło.
[attachment=36068]
Po niespełna 2 godzinach lekkim tempem dochodzimy do górnej stacji. Tutaj kolejka wysypuje jak na hałdę pełno narciarzy. Widzimy też nasz dzisiejszy cel i pod nim ludzkie mrowisko.
[attachment=36069]
Ja na widok tego mrowiska w tym dniu pasuję.
Koledzy postanawiają wyjść na Geister, ja wszędzie nie muszę być i będę ich asekurował od górnej stacji kolejki, popijał napój turystyczny, medytował i oczywiście podziwiał okoliczne widoki.
[attachment=36070][attachment=36071]
Po pewnym czasie jednak mi się znudziło i też postanowiłem trochę wyczłapać wyżej obok nartostrady. Ale mieli narciarze widoki. Ciekawe czy przy tych swoich treningach zauważyli tą magiczną scenerię wokoło.
[attachment=36072][attachment=36064]
O 12:00 pora obiadowa i wszyscy narciarze, jak na komędę zjachali ku hotelu na przygotowany obiad. I stało się coś niemożliwego. Ja zostałem niemal sam na stoku tylko z bramkami slalomowymi. Normalnie mrowie ludzików zniknęło, tylko zostałem sam jako zaginiona mrówka. Jednak i dla mnie przyjemność się kończy. Trzeba zejść z powrotem do S, spakować menele i pognać już do domu. Czeka nas sporo kilometrów. Podczas zejścia robię jeszcze ostatnie zdjęcia okolicy S.
[attachment=36073]
Parę metrów nad S jest kopczyk o nazwie Dreisprachenspitze, jak nazwa napowiada, tutaj się stykają trzy języki - niemiecki, włoski i retoromański. Górna część zdjęcia to już kanton Gryzonia (Szwajcaria), w lewo Lombardia i w prawo Tyrol (oba we Włoszech). Ostatnim pożegnaniem z S jest zdjęcie naszego wielkiego O, który nas nie przyjął, ale raczył wypuścić. W przodzie widać budynek chaty o ciekawej nazwie Tybet. Ponoć jest tam fajne posiedzenie jako odpoczynek dla spragnionych górali. Ja tam nie byłem a tą informację przeczytałem w przewodniku dopiero w domu.
[attachment=36074]
Czas upuścić ten ładny zakątek Europy i zjechać do myszy nizinnych. Autko pod S musiało męczyć silnik, teraz dostają wycisk hamulce. My sobie z tego nic nie robimy i patrzymy na okolicę. Z drogi widzimy teraz niemal całą część próby wyjścia na O przed paru dniami. Czerwone kółka pokazują usytuowanie Berghütte 2188 m i Payerhütte 3029 m. Czerwona strzałka pokazuje koniec lodowca Oberer Ortlerferner i początek wodospadu (wszysko opisywane w relacji -Batalia o Ortler).
[attachment=36076]
Ostatnia faza pobytu - zwijanie bazy wypadowej z łezką w oku, bo minimalnie rok nie będę widział te tereny. Faktyczne pożegnanie robię zdjęciem gdzieś z drogi pod Reschenpaß, na którym widać naszego nieodwiedzonego bohatera, który nam kinie na pożegnanie.
[attachment=36075]
Stilfserjoch (Passo dello Stelvio) 2757 m (dalej już tylko "S") - jest drugą najwyższą przełęczą drogową w Alpejkach. Od strony Gomagoi (1231 m) to jest 49 zakrętów. Jak zygzak w górnej części wygląda od schroniska J. Payer (pod Ortlerem) widać na zdjęciu:
[attachment=36063]
Rano wstajemy do ostatniego dnia naszego pobytu w krainie pod Otlerem. Pogoda znowu zaprasza nas do obejżenia kopczyków. W nocy było zimno i nie chciało się potem rano wyłazić ze śpiwora i nie było się czemu dziwić. Był początek września a na na namiocie pojawił się już na tej wysokości szron.

[attachment=36065]
Dla nas to jest dobra odznaka. Cały dzień będzie wymiecione i na dodatek otrzymuję z domu wiadomość, że u nas znowu grożą powodzie. Co robić? Mamy jeszcze pół dnia i szkoda go przesiedzié w samochodzie. Kolega proponuje, że jego autko chce też rekordu i dlatego decydujemy się na S, gdzie zwiedzimy okolice. Pakujemy zbędne/niezbędne menele i wyruszamy. Nam było dobrze, bo sobie siedzieliśmy, ale niebogie autko musiało z Trafoi pokonać więcej jak 1200 m. Jakoś się w końcu udało i dojechaliśmy na parking S.
[attachment=36066]
Tutaj nas czekała prawdziwa ludzka makabra. Chyba gorzej (nie będę wciąż porywnywał z Krupówkami) niż na Placu Wacława w Pradze. Ludzików wszelkiej maści, którzy tutaj dotarli samochodami, karawanami, busami i na motocyklach. Jednak na pochwałę zasługują tylko jedyni. Kolarze. Specyfika tego podjazdu to rzucone wezwanie na wypróbowanie swych sił za pomocą dwukołowego rumaka bez silnika.
Jednak w tym dniu zdecydowaną przewagę mają ludziki, które tutaj przyjechały za jedynym celem. Chyba wszystkie kluby narciarstwa alpejskiego postanowiły przewietrzyć swoje pociechy. Powszechnie jest znana moja awersja do snobskiego zjeżdzania na deskach (z poszanowaniem dla skiturowców i biegówkowych). Po prostu nie lubię tych co nie mają szacunku do gór i myślą, że kopczyki były stworzone tylko jako sposób do pokonywania grawitacji podczas ich ulubionej zabawy. Na szczęście tego typu ludziki jeżdżą górską kolejką i my możemy w samotności wyruszyć w odwiedziny jakiegoś kopczyka. Wybieramy trasę, która prowadzi pod górskim tramwajem. Naszym celem jest Geister Sp. 3467m. Pogoda nam dopisuje i na trasie mamy 360 stopniowe widoki. Widać, jak chłodny fron atmosferyczny pocukrował okoliczne kopczyki
[attachment=36067] tutaj Ötztaler Alpen
Lodowiec, po którym idziemy nie wymaga zbytniego asekurowania albo zakładania raków. Idziemy tzw. na goło.
[attachment=36068]
Po niespełna 2 godzinach lekkim tempem dochodzimy do górnej stacji. Tutaj kolejka wysypuje jak na hałdę pełno narciarzy. Widzimy też nasz dzisiejszy cel i pod nim ludzkie mrowisko.
[attachment=36069]
Ja na widok tego mrowiska w tym dniu pasuję.
Koledzy postanawiają wyjść na Geister, ja wszędzie nie muszę być i będę ich asekurował od górnej stacji kolejki, popijał napój turystyczny, medytował i oczywiście podziwiał okoliczne widoki.[attachment=36070][attachment=36071]
Po pewnym czasie jednak mi się znudziło i też postanowiłem trochę wyczłapać wyżej obok nartostrady. Ale mieli narciarze widoki. Ciekawe czy przy tych swoich treningach zauważyli tą magiczną scenerię wokoło.
[attachment=36072][attachment=36064]
O 12:00 pora obiadowa i wszyscy narciarze, jak na komędę zjachali ku hotelu na przygotowany obiad. I stało się coś niemożliwego. Ja zostałem niemal sam na stoku tylko z bramkami slalomowymi. Normalnie mrowie ludzików zniknęło, tylko zostałem sam jako zaginiona mrówka. Jednak i dla mnie przyjemność się kończy. Trzeba zejść z powrotem do S, spakować menele i pognać już do domu. Czeka nas sporo kilometrów. Podczas zejścia robię jeszcze ostatnie zdjęcia okolicy S.
[attachment=36073]
Parę metrów nad S jest kopczyk o nazwie Dreisprachenspitze, jak nazwa napowiada, tutaj się stykają trzy języki - niemiecki, włoski i retoromański. Górna część zdjęcia to już kanton Gryzonia (Szwajcaria), w lewo Lombardia i w prawo Tyrol (oba we Włoszech). Ostatnim pożegnaniem z S jest zdjęcie naszego wielkiego O, który nas nie przyjął, ale raczył wypuścić. W przodzie widać budynek chaty o ciekawej nazwie Tybet. Ponoć jest tam fajne posiedzenie jako odpoczynek dla spragnionych górali. Ja tam nie byłem a tą informację przeczytałem w przewodniku dopiero w domu.
[attachment=36074]
Czas upuścić ten ładny zakątek Europy i zjechać do myszy nizinnych. Autko pod S musiało męczyć silnik, teraz dostają wycisk hamulce. My sobie z tego nic nie robimy i patrzymy na okolicę. Z drogi widzimy teraz niemal całą część próby wyjścia na O przed paru dniami. Czerwone kółka pokazują usytuowanie Berghütte 2188 m i Payerhütte 3029 m. Czerwona strzałka pokazuje koniec lodowca Oberer Ortlerferner i początek wodospadu (wszysko opisywane w relacji -Batalia o Ortler).
[attachment=36076]
Ostatnia faza pobytu - zwijanie bazy wypadowej z łezką w oku, bo minimalnie rok nie będę widział te tereny. Faktyczne pożegnanie robię zdjęciem gdzieś z drogi pod Reschenpaß, na którym widać naszego nieodwiedzonego bohatera, który nam kinie na pożegnanie.

[attachment=36075]



musiałeś dużo dobrego w życiu zrobić, skoro los Ci tak pięknie wynagradza 
