09-01-2011, 02:00 PM
I.
Jak zwykle siódma rano i tylne siedzenie poloneza oznacza początek jakiejś przygody.
Tym razem będzie to przełom roku na końcu świata ? czyli w Wołosatem, w Bieszczadach.
Zapakowani po dach, z plecakami, nartami, gitarą wraz z gosia3kiem i mieciurem mkniemy ku naszej destynacji.
Między Duklą a Komańczą droga już biała, ale drogowcy nie dali się zaskoczyć zimie i wysłali odział bojowy w sile jednej pługo-piaskarki. Jedziemy więc za nią kilka kilometrów podziwiając nic, czyli krajobraz za oknem przykryty bardzo niską chmurą. W Komańczy odwiedzamy ostoję cywilizacji w postaci sklepu Centrum, kupujemy chleba naszego powszedniego bochenków dwa i wody święconej 0.1 l, bo trochę mi zimno z tyłu
. Za Komańczą droga już utrzymana na biało ? czyli nie utrzymana w ogóle. Ale póki co, jedziemy. Gdzieś za Wolą Michową jakiś typ łapie stopa. Mijamy go, bo cały tył zapakowany, jednak po chwili postanawiamy się przepakować i wrócić po niego ? kto wie kiedy pojedzie inny pojazd?, a do Cisnej jeszcze ze 15 kilometrów. Wcale się nie dziwimy, gdy podróżny przyznał iż poczęstował nas piękną wiązanką parę minut wcześniej, a że okazał się dość ciekawym górskim przypadkiem, podróż do Cisnej upłynęła w nam rozmowie o Bieszczadach, górach i obudzonym dzień wcześniej niedźwiedziu
. Dalej już sami przez Wetlinę zaatakowaliśmy dwie przełęcze ? poldek sapał, kierowca się spocił, ale wyjechał i po chwili ostatnia prosta prowadziła nas do Wołosatego
.
Po aklimatyzacji w naszym budynku mieszkalnym ja i mieciur z radością, gosia3ek jak zwykle z marudzeniem zapieliśmy narty celem eksploracji szlaku w kierunku Rozsypańca. Tak uczyniliśmy nie wychodząc jednak do końca z braku czasu. Wieczorem dojechał Perdo, Malwina i reszta ekipy.
II.
Ostatni dzień 2010 roku postanowiliśmy uczcić zdobyciem Tarnicy. Pogoda przez cały czas pozostawiała wiele, ale to wiele do życzenia. Chmury niskie, praktycznie zawadzały dolną podstawą o kominy domów. Bóg wie co działo się na górze. Dzielną 9 osobową grupą, pieszo uderzyliśmy na niebieski szlak. Ruch na trasie całkiem spory jak na taką pogodę, choć nie wszyscy ubrani odpowiednio. Do górnej granicy lasu sielanka ? piękna zima, bezwietrznie, fajny śnieżek, przetarte. Ponad nią ? huk i podmuch wiatru przypomniał, gdzie tak na prawdę jesteśmy. Powoli wydrapaliśmy się na przełęcz. Tam do wiatru i zimna doszło oblodzenie, na jednym trawersie powodujące spore problemy. Admin aż ubrał raki. Na szczycie piękna panorama na chmury i wiatr jak z silników odrzutowca, więc wizyta ograniczyła się do pamiątkowego zdjęcia i szybkiej ucieczki w dół. Zamarznięci niczym zdobywcy bieguna południowego czym prędzej zbiegamy w bezpieczne ramiona lasu. Zejście to czysta przyjemność, choć zaliczam klasycznego sokoła na ostatnich metrach ? tak to jest jak się człek odzwyczaił od chodzenia na własnych nogach
. Wieczorem grzecznie obchodziliśmy przywitanie Nowego Roku
.
[attachment=35583][attachment=35584][attachment=35585][attachment=35586]
Galeria zmarzniętych mordek:
[attachment=35588][attachment=35589][attachment=35587]
III.
W sobotę pojawił się plan zdobycia Caryńskiej, jednakże poległ po burzliwej debacie. Padło więc na opcję light ? spacer ku Przełęczy Bukowskiej. Część grupy na butach, nasza trójka na nartach, zagłębiliśmy się w biel górnej Wołosatki. Zabawy w śniegu, rzut Malwiną w zaspę, gonienie Modziny po krzakach - takie zabawy umilały nam czas. Do wiaty na przełęczy dotarli tylko narciarze, wyprzedzając po drodze kilku skitourowców. Na przełęczy znów koncert w wykonaniu wiatru, zamieci i chmur, więc po krótkim obejrzeniu tego spektaklu zjeżdżamy w dół osiągając piękne prędkości na progu
.
[attachment=35591][attachment=35592][attachment=35593][attachment=35594]
[attachment=35590][attachment=35595][attachment=35596]
Ta wizyta w Bieszczadach nie podarowała nam takich widoków jak rok temu, tylko na odchodne, w niedzielę pokazało się słońce, gdy połoniny mogliśmy oglądać jedynie z okna samochodów. No cóż, we will be back!
[attachment=35597]
(foto by Malwina, Pedro, Bieniu & Mallaidh)
Jak zwykle siódma rano i tylne siedzenie poloneza oznacza początek jakiejś przygody.
Tym razem będzie to przełom roku na końcu świata ? czyli w Wołosatem, w Bieszczadach.
Zapakowani po dach, z plecakami, nartami, gitarą wraz z gosia3kiem i mieciurem mkniemy ku naszej destynacji.
Między Duklą a Komańczą droga już biała, ale drogowcy nie dali się zaskoczyć zimie i wysłali odział bojowy w sile jednej pługo-piaskarki. Jedziemy więc za nią kilka kilometrów podziwiając nic, czyli krajobraz za oknem przykryty bardzo niską chmurą. W Komańczy odwiedzamy ostoję cywilizacji w postaci sklepu Centrum, kupujemy chleba naszego powszedniego bochenków dwa i wody święconej 0.1 l, bo trochę mi zimno z tyłu
. Za Komańczą droga już utrzymana na biało ? czyli nie utrzymana w ogóle. Ale póki co, jedziemy. Gdzieś za Wolą Michową jakiś typ łapie stopa. Mijamy go, bo cały tył zapakowany, jednak po chwili postanawiamy się przepakować i wrócić po niego ? kto wie kiedy pojedzie inny pojazd?, a do Cisnej jeszcze ze 15 kilometrów. Wcale się nie dziwimy, gdy podróżny przyznał iż poczęstował nas piękną wiązanką parę minut wcześniej, a że okazał się dość ciekawym górskim przypadkiem, podróż do Cisnej upłynęła w nam rozmowie o Bieszczadach, górach i obudzonym dzień wcześniej niedźwiedziu
. Dalej już sami przez Wetlinę zaatakowaliśmy dwie przełęcze ? poldek sapał, kierowca się spocił, ale wyjechał i po chwili ostatnia prosta prowadziła nas do Wołosatego
.Po aklimatyzacji w naszym budynku mieszkalnym ja i mieciur z radością, gosia3ek jak zwykle z marudzeniem zapieliśmy narty celem eksploracji szlaku w kierunku Rozsypańca. Tak uczyniliśmy nie wychodząc jednak do końca z braku czasu. Wieczorem dojechał Perdo, Malwina i reszta ekipy.
II.
Ostatni dzień 2010 roku postanowiliśmy uczcić zdobyciem Tarnicy. Pogoda przez cały czas pozostawiała wiele, ale to wiele do życzenia. Chmury niskie, praktycznie zawadzały dolną podstawą o kominy domów. Bóg wie co działo się na górze. Dzielną 9 osobową grupą, pieszo uderzyliśmy na niebieski szlak. Ruch na trasie całkiem spory jak na taką pogodę, choć nie wszyscy ubrani odpowiednio. Do górnej granicy lasu sielanka ? piękna zima, bezwietrznie, fajny śnieżek, przetarte. Ponad nią ? huk i podmuch wiatru przypomniał, gdzie tak na prawdę jesteśmy. Powoli wydrapaliśmy się na przełęcz. Tam do wiatru i zimna doszło oblodzenie, na jednym trawersie powodujące spore problemy. Admin aż ubrał raki. Na szczycie piękna panorama na chmury i wiatr jak z silników odrzutowca, więc wizyta ograniczyła się do pamiątkowego zdjęcia i szybkiej ucieczki w dół. Zamarznięci niczym zdobywcy bieguna południowego czym prędzej zbiegamy w bezpieczne ramiona lasu. Zejście to czysta przyjemność, choć zaliczam klasycznego sokoła na ostatnich metrach ? tak to jest jak się człek odzwyczaił od chodzenia na własnych nogach
. Wieczorem grzecznie obchodziliśmy przywitanie Nowego Roku
.[attachment=35583][attachment=35584][attachment=35585][attachment=35586]
Galeria zmarzniętych mordek:
[attachment=35588][attachment=35589][attachment=35587]
III.
W sobotę pojawił się plan zdobycia Caryńskiej, jednakże poległ po burzliwej debacie. Padło więc na opcję light ? spacer ku Przełęczy Bukowskiej. Część grupy na butach, nasza trójka na nartach, zagłębiliśmy się w biel górnej Wołosatki. Zabawy w śniegu, rzut Malwiną w zaspę, gonienie Modziny po krzakach - takie zabawy umilały nam czas. Do wiaty na przełęczy dotarli tylko narciarze, wyprzedzając po drodze kilku skitourowców. Na przełęczy znów koncert w wykonaniu wiatru, zamieci i chmur, więc po krótkim obejrzeniu tego spektaklu zjeżdżamy w dół osiągając piękne prędkości na progu
. [attachment=35591][attachment=35592][attachment=35593][attachment=35594]
[attachment=35590][attachment=35595][attachment=35596]
Ta wizyta w Bieszczadach nie podarowała nam takich widoków jak rok temu, tylko na odchodne, w niedzielę pokazało się słońce, gdy połoniny mogliśmy oglądać jedynie z okna samochodów. No cóż, we will be back!

[attachment=35597]
(foto by Malwina, Pedro, Bieniu & Mallaidh)




Druga dyscyplina była "gonienie Gosia3czka po krzakach". Co widziałem na zdjęciu, to raczej było "Zaśnieżanie Gosi żywcem z nartami na nogach" 

. Takie ustrojstwa są przeznaczone tylko dla dziewczyn
Nic mi się nie chce...