30-09-2010, 12:18 AM
Po dłuższej przerwie w chodzeniu po Tatrach Wysokich spowodowanej różnymi względami udało mi się wraz z kolegą zaplanować i wybrać w utęsknione rejony. Plan oczywiście zakładał maksymalne wykorzystanie dnia , tak więc wyjazd zaplanowany został na wczesne godziny ranne. Pogoda wg prognoz miała być piękna i tak też było. Po krótkim śnie nastał obowiązek wstania, choć tym razem już bardziej przyjemny niż w przypadku wyjścia do pracy. Pogoda jest piękna, rozgwieżdżone niebo, lekko rumieniące się na wschodzie pozytywnie nastraja już na wstępie wycieczki, a przecież jeszcze jesteśmy pod domem. Droga do Zakopanego mija szybko, jak to o tej porze. Pewnych problemów przysporzyło nam znalezienia miejsca parkingowego w Zakopanym, które nie zrujnowało by naszego portfela, a także było w miarę bezpieczne dla auta. Po prawie GODZINNYM poszukiwaniu znaleźliśmy miejsce dokładnie naprzeciw głównej centrali TOPR, nieopodal miejsca gdzie za zostawienie samochodu na dwa dni zaproponowano nam dość sporą kwotę (pozdrowienia dla Pana parkingowego
). Dalej już spacerkiem do Ronda Kuźnickiego z dość sporym ciężarem na plecach ale za to w ciepłych, porannych promieniach słońca. Droga do Kuźnic oczywiście w pełnym busie, gdyż inny nie może odjechać z parkingu
. Przed stacją kolejki ustawiają się jeszcze nieliczni turyści. My jednak udajemy się w przeciwną stronę, płacimy za wstęp i wkraczamy na niebieski szlak prowadzący do Doliny Gąsienicowej przez Boczań. Droga mija stosunkowo szybko, jest to dla nas rozgrzewka przed dalszym wędrowaniem. Gdy docieramy do Murowańca już spora grupa turystów korzysta z pięknej pogody jedząc śniadanie na ławkach przed schroniskiem. My również robimy sobie przerwę i odpoczywamy chwilkę. Nasza dalsza droga to czarny szlak przez Kotlinkę Świnicką na przełęcz Świnicką. Nad Zielonym stawem wspominam kurs zimowy, gdzie dość mocno kopaliśmy się w śniegu i robiliśmy testy lawinowe. Teraz zachwyca nas praktycznie całkowita cisza w tym miejscu, tylko nieliczne głosy dochodzą z Beskidu. Pogoda oczywiście w dalszym ciągu wspaniała, ludzi jeszcze nie wiele i coraz większa przestrzeń otwierająca się przed nami. W końcowym podejściu pod przełęcz pojawiają się małe pola zamarzniętej wody, trochę mnie to niepokoi, niewiadomo co zastaniemy na większej wysokości. Marszu jednak nie mamy zamiaru przerwać w tym momencie. Szybko osiągamy przełęcz. Tutaj już znacznie więcej ludzi udających się w stronę szczytu Świnicy ale także i pierwsze miejsce gdzie panorama znacznie szerzej się otwiera. Dalsza droga na szczyt, zaczyna stawać pod znakiem zapytania gdyż docierają do nas wieści o polach zmarzniętego śniegu i gładkiego lodu, a raki zsoatały w domu, jednak w raz ze spotkanym na podejściu Panem dochodzimy do wniosku, ze należy to samemu sprawdzić czy aby to nie jest przesadzona opinia. Rzeczywiście przed miejscem gdzie szlak przechodzi na południową stronę jest płat zmrożonego śniegu ale z wydeptanymi stopniami i łańcuchem, który nie jest całkowicie zasypany, tak więc miejsce to okazuje się do przejścia tylko ze zwiększoną ostrożnością. Dalsza część drogi na szczyt to już podejście w pełnym słońcu, w którym trzeba pokonać nieduży płat śniegu. Szczyt oczywiście oblegany przez wielu turystów, z których znaczną część stanowi zorganizowana wycieczka robiąca sobie sesję zdjęciową ( w której głównym atrybutem była uprząż ?). Ze względu na małą ilość miejsca przenosimy się na wschodni wierzchołek, gdzie robimy sobie dłuższą przerwę i bacznie rozglądamy się w kierunku Orlej Perci, gdzie mamy zamiar iść, a pojawiające się płaty śniegu w podejściu na Świnicę wywołały pewne wątpliwości. Zejście za Zawrat ma być dla nas decydujące, czy nasza trasa tutaj skręci do Piątki czy może będzie to ciut dalej. Zejście na przełęcz jest już pełne ludzi, tak jak i sam Zawrat. W trakcie kolejnej przerwy okazuje się iż podejście na Mały Kozi Wierch jest całkowicie pozbawione śniegu, tak więc zapada decyzja o kontynuowaniu drogi wzdłuż czerwonego szlaku. Dojście na szczyt MKW zajmuje nam niewiele czasu. Po przerwie na fotki z nowego dla nas miejsca ruszamy dalej. Po niedługim czasie napotkamy na niemiła niespodziankę, w miejscu gdzie szlak przechodzi na północną stronę grani zalega stromy i zmrożony płat śniegu, całe szczęście z wybitymi schodkami ale za to z zasypanym łańcuchem, przejście tego miejsca wymagało dużej uwagi, gdyż było gdzie polecieć? Dzięki czuwającej nad nami opatrzności udało nam się pokonać to miejsce i cieszyć się dalszą wędrówką, wśród pięknej ekspozycji, której brakowało mi przez dłuższy czas. Ku mojej wielkiej radości miałem w końcu okazję podziwiać na własne oczy tatrzańską legendę jaką niewątpliwie jest Zamarła Turnia. Ta piękna ściana na długo przykuwa mój wzrok, a na myśl przychodzą wszystkie przeczytane opowiadania o tym miejscu. Mógłbym tutaj długo siedzieć ale niestety czas nagli, a jeszcze mamy trochę drogi przed sobą. Wśród pięknych widoków dochodzimy do słynnej drabinki sprowadzającej nas na Kozia Przełęcz, na której rozstajemy się z towarzyszem naszej ?orlej wędrówki? schodzącym na stronę Doliny Gąsienicowej, my w tym miejscu także opuszczamy Orlą Perć i schodzimy do Pustej Dolinki dalej kierując się w stronę schroniska w Piątce, które o wieczornej godzinie tętni życiem. Nocleg tradycyjnie na podłodze (jeszcze nigdy nieudało mi się spać w pokoju w tym schronisku), a wczesnym rankiem pobudka gdyż plany są ambitne
.
Gdy dzwoni nasz budzik cała jadalnia jeszcze jest pogrążona w głębokim śnie, a za oknem dalej króluje księżyc, my jednak wstajemy i po krótkim śniadaniu udajemy się w drogę. Wędrowanie w półmroku i świetle czołówki pobudza wyobraźnię, która z każdej większej trawki wśród piargów widzi niedźwiedzia bądź inne górskie zwierzę, w pewnym miejscu jestem wręcz pewny, że widzę leżącą kozicę na szlaku aż do momentu gdy rzucony kamień rozwiewa wątpliwości co do tego. Podczas podejście na Świstówkę coraz mocniej daje o sobie znać moje kolano, a dokładnie naciągnięte ścięgno, które już od dawna przypominało o sobie. Plan dzisiejszy obejmował wejście na Rysy, szczyt na którym do tej pory nie byłem i to głównie ze względu na tłok który prawie zawsze tam panuje, tak więc trasa niekrótka. Obrany przez nas cel z każdym krokiem wydawał się bardziej odległy aż w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o rezygnacji z wejścia na szczyt . Jednak żeby nie stracić dnia i pięknej pogody korzystamy na zboczach Opalonego z ciepłych promieni słonecznych i pięknej panoramy rozciągającej się z tego miejsca. Siedząc tak na karimacie spędzamy grubo ponad godzinę. Nastaje jednak czas na dalszą wędrówkę w stronę Morskiego Oka, tak aby tam dorzeć przed przybyciem tłumu turystów. W czasie zejścia okazuje się, iż przerwa na Opalonym bardzo dobrze wpłynęła na moje kolano tak więc nadzieja wejścia na Rysy powróciła, ostatecznym sprawdzianem ma być dojście do Czarnego Stawu. Nad Morskim Okiem panuje jeszcze cisza i spokój, słońce pięknie oświetla Mięgusze, a liście zaczynające przybierać jesienne barwy dodają temu wszystkiemu uroku. Po zostawieniu cześci zbytecznego bagażu w przechowalni wyruszamy na lekko w kierunku Czarnego Stawu, kolano doskwiera ale w znacznie mniejszym stopniu niż to było wcześniej. Idziemy dalej. W oddali widzimy już podchodzących czerwonym szlakiem turystów, już teraz wiem, że na szczycie będzie tłoczno. W podejściu do Buli pod Rysami czuć jeszcze poranny chłód, trochę się obawiam co będzie z warunkami w okolicach szczytu, biorąc pod uwagę wczorajsze doświadczenia z OP, a tutaj przecież cały czas idziemy północnym zboczem. Podejście jak wiadomo jest strome ale dzięki temu szybko zdobywamy wysokość, malejący Czarny Staw i pojawiające się powoli Moko świadczą o tym bezapelacyjnie. Dojście do Buli nie nastręcza nam żadnych problemów. Dalszy etap drogi w Kotle pod Rysami miejscami utrudniony jest przez oblodzenie, które jednak po chwili zastanowienia da się bezpiecznie obejść. Na szczęście słońce jest coraz wyżej i podnosząca się temperatura daję nadzieję na polepszające się z czasem warunki. Wraz ze zbliżającym się szczytem tłok na szlaku wzrasta, pierwsze osoby zaczynają schodzić, inne tak jak my podchodzą, powoduje to chwilowe przestoje, pogoda również staje się mniej przejrzysta, od zachodniej strony skradają się niegroźne chmury. Wysokość rośnie, widoki są coraz piękniejsze. Niestety ok. 80 m poniżej szczytu kondycja mojego towarzysza wędrówki zawodzi, po dłuższej chwili podejmujemy decyzję, że on zaczeka w wybranym, bezpiecznym miejscu, natomiast ja udam się na szczyt i po moim powrocie rozpoczniemy zejście. Całe szczęście moje kolano jak na razie nie doskwiera. W dość szybkim tempie osiągam szczyt Rysów, niestety chmury nie pozwalają mi podziwiać pięknej panoramy, a tłum i gwar panujący na szczycie powoduje iż szybko schodzę do kolegi, który po dłuższej przerwie i solidnym posiłku odzyskał siły. Zejście odbywa się już bez większych problemów i w licznym towarzystwie. Brzeg Morskiego Oka oblegany jest przez liczne wycieczki, tak więc bez dłuższej przerwy udajemy się do Palenicy, gdzie praktycznie nasza wycieczka dobiega końca.
). Dalej już spacerkiem do Ronda Kuźnickiego z dość sporym ciężarem na plecach ale za to w ciepłych, porannych promieniach słońca. Droga do Kuźnic oczywiście w pełnym busie, gdyż inny nie może odjechać z parkingu
. Przed stacją kolejki ustawiają się jeszcze nieliczni turyści. My jednak udajemy się w przeciwną stronę, płacimy za wstęp i wkraczamy na niebieski szlak prowadzący do Doliny Gąsienicowej przez Boczań. Droga mija stosunkowo szybko, jest to dla nas rozgrzewka przed dalszym wędrowaniem. Gdy docieramy do Murowańca już spora grupa turystów korzysta z pięknej pogody jedząc śniadanie na ławkach przed schroniskiem. My również robimy sobie przerwę i odpoczywamy chwilkę. Nasza dalsza droga to czarny szlak przez Kotlinkę Świnicką na przełęcz Świnicką. Nad Zielonym stawem wspominam kurs zimowy, gdzie dość mocno kopaliśmy się w śniegu i robiliśmy testy lawinowe. Teraz zachwyca nas praktycznie całkowita cisza w tym miejscu, tylko nieliczne głosy dochodzą z Beskidu. Pogoda oczywiście w dalszym ciągu wspaniała, ludzi jeszcze nie wiele i coraz większa przestrzeń otwierająca się przed nami. W końcowym podejściu pod przełęcz pojawiają się małe pola zamarzniętej wody, trochę mnie to niepokoi, niewiadomo co zastaniemy na większej wysokości. Marszu jednak nie mamy zamiaru przerwać w tym momencie. Szybko osiągamy przełęcz. Tutaj już znacznie więcej ludzi udających się w stronę szczytu Świnicy ale także i pierwsze miejsce gdzie panorama znacznie szerzej się otwiera. Dalsza droga na szczyt, zaczyna stawać pod znakiem zapytania gdyż docierają do nas wieści o polach zmarzniętego śniegu i gładkiego lodu, a raki zsoatały w domu, jednak w raz ze spotkanym na podejściu Panem dochodzimy do wniosku, ze należy to samemu sprawdzić czy aby to nie jest przesadzona opinia. Rzeczywiście przed miejscem gdzie szlak przechodzi na południową stronę jest płat zmrożonego śniegu ale z wydeptanymi stopniami i łańcuchem, który nie jest całkowicie zasypany, tak więc miejsce to okazuje się do przejścia tylko ze zwiększoną ostrożnością. Dalsza część drogi na szczyt to już podejście w pełnym słońcu, w którym trzeba pokonać nieduży płat śniegu. Szczyt oczywiście oblegany przez wielu turystów, z których znaczną część stanowi zorganizowana wycieczka robiąca sobie sesję zdjęciową ( w której głównym atrybutem była uprząż ?). Ze względu na małą ilość miejsca przenosimy się na wschodni wierzchołek, gdzie robimy sobie dłuższą przerwę i bacznie rozglądamy się w kierunku Orlej Perci, gdzie mamy zamiar iść, a pojawiające się płaty śniegu w podejściu na Świnicę wywołały pewne wątpliwości. Zejście za Zawrat ma być dla nas decydujące, czy nasza trasa tutaj skręci do Piątki czy może będzie to ciut dalej. Zejście na przełęcz jest już pełne ludzi, tak jak i sam Zawrat. W trakcie kolejnej przerwy okazuje się iż podejście na Mały Kozi Wierch jest całkowicie pozbawione śniegu, tak więc zapada decyzja o kontynuowaniu drogi wzdłuż czerwonego szlaku. Dojście na szczyt MKW zajmuje nam niewiele czasu. Po przerwie na fotki z nowego dla nas miejsca ruszamy dalej. Po niedługim czasie napotkamy na niemiła niespodziankę, w miejscu gdzie szlak przechodzi na północną stronę grani zalega stromy i zmrożony płat śniegu, całe szczęście z wybitymi schodkami ale za to z zasypanym łańcuchem, przejście tego miejsca wymagało dużej uwagi, gdyż było gdzie polecieć? Dzięki czuwającej nad nami opatrzności udało nam się pokonać to miejsce i cieszyć się dalszą wędrówką, wśród pięknej ekspozycji, której brakowało mi przez dłuższy czas. Ku mojej wielkiej radości miałem w końcu okazję podziwiać na własne oczy tatrzańską legendę jaką niewątpliwie jest Zamarła Turnia. Ta piękna ściana na długo przykuwa mój wzrok, a na myśl przychodzą wszystkie przeczytane opowiadania o tym miejscu. Mógłbym tutaj długo siedzieć ale niestety czas nagli, a jeszcze mamy trochę drogi przed sobą. Wśród pięknych widoków dochodzimy do słynnej drabinki sprowadzającej nas na Kozia Przełęcz, na której rozstajemy się z towarzyszem naszej ?orlej wędrówki? schodzącym na stronę Doliny Gąsienicowej, my w tym miejscu także opuszczamy Orlą Perć i schodzimy do Pustej Dolinki dalej kierując się w stronę schroniska w Piątce, które o wieczornej godzinie tętni życiem. Nocleg tradycyjnie na podłodze (jeszcze nigdy nieudało mi się spać w pokoju w tym schronisku), a wczesnym rankiem pobudka gdyż plany są ambitne
.Gdy dzwoni nasz budzik cała jadalnia jeszcze jest pogrążona w głębokim śnie, a za oknem dalej króluje księżyc, my jednak wstajemy i po krótkim śniadaniu udajemy się w drogę. Wędrowanie w półmroku i świetle czołówki pobudza wyobraźnię, która z każdej większej trawki wśród piargów widzi niedźwiedzia bądź inne górskie zwierzę, w pewnym miejscu jestem wręcz pewny, że widzę leżącą kozicę na szlaku aż do momentu gdy rzucony kamień rozwiewa wątpliwości co do tego. Podczas podejście na Świstówkę coraz mocniej daje o sobie znać moje kolano, a dokładnie naciągnięte ścięgno, które już od dawna przypominało o sobie. Plan dzisiejszy obejmował wejście na Rysy, szczyt na którym do tej pory nie byłem i to głównie ze względu na tłok który prawie zawsze tam panuje, tak więc trasa niekrótka. Obrany przez nas cel z każdym krokiem wydawał się bardziej odległy aż w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o rezygnacji z wejścia na szczyt . Jednak żeby nie stracić dnia i pięknej pogody korzystamy na zboczach Opalonego z ciepłych promieni słonecznych i pięknej panoramy rozciągającej się z tego miejsca. Siedząc tak na karimacie spędzamy grubo ponad godzinę. Nastaje jednak czas na dalszą wędrówkę w stronę Morskiego Oka, tak aby tam dorzeć przed przybyciem tłumu turystów. W czasie zejścia okazuje się, iż przerwa na Opalonym bardzo dobrze wpłynęła na moje kolano tak więc nadzieja wejścia na Rysy powróciła, ostatecznym sprawdzianem ma być dojście do Czarnego Stawu. Nad Morskim Okiem panuje jeszcze cisza i spokój, słońce pięknie oświetla Mięgusze, a liście zaczynające przybierać jesienne barwy dodają temu wszystkiemu uroku. Po zostawieniu cześci zbytecznego bagażu w przechowalni wyruszamy na lekko w kierunku Czarnego Stawu, kolano doskwiera ale w znacznie mniejszym stopniu niż to było wcześniej. Idziemy dalej. W oddali widzimy już podchodzących czerwonym szlakiem turystów, już teraz wiem, że na szczycie będzie tłoczno. W podejściu do Buli pod Rysami czuć jeszcze poranny chłód, trochę się obawiam co będzie z warunkami w okolicach szczytu, biorąc pod uwagę wczorajsze doświadczenia z OP, a tutaj przecież cały czas idziemy północnym zboczem. Podejście jak wiadomo jest strome ale dzięki temu szybko zdobywamy wysokość, malejący Czarny Staw i pojawiające się powoli Moko świadczą o tym bezapelacyjnie. Dojście do Buli nie nastręcza nam żadnych problemów. Dalszy etap drogi w Kotle pod Rysami miejscami utrudniony jest przez oblodzenie, które jednak po chwili zastanowienia da się bezpiecznie obejść. Na szczęście słońce jest coraz wyżej i podnosząca się temperatura daję nadzieję na polepszające się z czasem warunki. Wraz ze zbliżającym się szczytem tłok na szlaku wzrasta, pierwsze osoby zaczynają schodzić, inne tak jak my podchodzą, powoduje to chwilowe przestoje, pogoda również staje się mniej przejrzysta, od zachodniej strony skradają się niegroźne chmury. Wysokość rośnie, widoki są coraz piękniejsze. Niestety ok. 80 m poniżej szczytu kondycja mojego towarzysza wędrówki zawodzi, po dłuższej chwili podejmujemy decyzję, że on zaczeka w wybranym, bezpiecznym miejscu, natomiast ja udam się na szczyt i po moim powrocie rozpoczniemy zejście. Całe szczęście moje kolano jak na razie nie doskwiera. W dość szybkim tempie osiągam szczyt Rysów, niestety chmury nie pozwalają mi podziwiać pięknej panoramy, a tłum i gwar panujący na szczycie powoduje iż szybko schodzę do kolegi, który po dłuższej przerwie i solidnym posiłku odzyskał siły. Zejście odbywa się już bez większych problemów i w licznym towarzystwie. Brzeg Morskiego Oka oblegany jest przez liczne wycieczki, tak więc bez dłuższej przerwy udajemy się do Palenicy, gdzie praktycznie nasza wycieczka dobiega końca.

Schron pod Rysami ma też swojską atmosferę.
coś w tym jest 

