08-02-2010, 09:34 PM
"Godzina piąta, minut trzydzieści..." - jakoś tak to leciało, ale nie powiem, żebym wychodził z domu ze śpiewem na ustach. Raczej z obawą, że na dzień dobry dostanę słowną reprymendę. Jest 6.30, o tej porze powinienem już podjechać po gosia3ka, ale...no cóż. Dość zdziwiony jestem zastanym spokojem, myślę, może jeszcze śpiąca jest? Nie...spryciula kazała mi być na 6.30, a sama zaplanowała wyjazd na piętnaście minut później, wiedząc iż rano ruszam się jak mucha w smole. A mogłem spać 15 te minut dłużej!
Przed ósmą spotykamy się w Rabce z Pedrem i mieciurem. Szybkie manewry przesiadki do jednego wozu i w drogę. Zakopianką mkniemy na południe. No, może nie mkniemy, jakieś marne 72, ale to wystarczający powód by stać się ofiarą miśków przyczajonych za rogiem. Uff, oni chyba też jacyś zaspani byli, albo sympatyzujący z forum, bo obeszło się na jedynie na pouczeniu. Po chwili widzimy nasz cel - obłą kopułę zakończoną białą czapą śniegu - tak to Babia. Prognozy pogody były ?takie se?, ale jak na razie tylko jeden wał chmur czai się po słowackiej stronie. Po naszej lampa. Szybko przepakowujemy się, ubieramy odświętne stroje i ruszamy zielonym szlakiem w stronę zamku Królowej.
Szlak całkiem przyjemny. Krótki, ale treściwy, wysokości nabiera się szybko, trochę tylko przeszkadza lód czający się pod warstwą śniegu. Poza górną granicą lasu mocno zwalniamy - powód? A to jakaś panoramka na Tatry, a to znów szczyty Małej Fatry skutecznie odwracają naszą uwagę od marszu.
[attachment=29329][attachment=29330]
W końcu dajemy za wygraną i rozbijamy godzinny obóz na słonecznych, południowych stokach. Posileni ruszamy dalej, śniegu ponad kolana, a czasem więcej, trochę przechodzenia przez kosówkę.
[attachment=29331][attachment=29332][attachment=29333][attachment=29334]
Mijamy ruiny schroniska Beskidenverden, kolejna sesja poprzedza wejścia na dość lawiniasty trawers, który grzecznie pokonujemy w kilkumetrowych odstępach.
[attachment=29335][attachment=29336][attachment=29337][attachment=29338]
Po chwili stajemy na koronie Beskidów. Chłoniemy znany, acz piękny krajobraz. Podobnie czyni jakieś 50 osób wokół nas. Większość wdrapała się pieszo, ale jest kilku amatorów fok i narciarskich wrażeń, jednak przy tej skąpej ilości śniegu wrażenia te mogły być zakłócone. Stwierdzamy, że skoro jest tak pięknie i jak na babiogórskie warunki prawie bezwietrznie (czyt. nie trzeba kurczowo trzymać się szlakowskazu), zostaniemy na zachód. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Co począć przez te ponad dwie godziny? Po obejściu szczytu po raz enty i wyspstrykaniu kilkudziesięciu zdjęć, próbach wzbicia się do lotu, chłopaki ucięli sobie partyjkę w kuku na rozkazy.
[attachment=29339][attachment=29340][attachment=29341][attachment=29342][attachment=29343]
Koniec końców nastąpił czas zejść: ku Słowacji odjechali ostatni narciarze, grupa piechurów podążyła w dół, leniwie na spoczynek poleciało Słońce, a za nim my na złamanie karku, gdyż nagle stwierdziliśmy, że diabelsko nam zimno.
[attachment=29344][attachment=29345][attachment=29346][attachment=29347]
Z Brony już dało się zauważyć zbierające się w dolinach chmury. Do schroniska wpadliśmy jak po ogień. W nim standardowe czynności poprzedzające sen. W środku ruch, gwar, tłoczno, ot, typowy schroniskowy folklor.

Przed ósmą spotykamy się w Rabce z Pedrem i mieciurem. Szybkie manewry przesiadki do jednego wozu i w drogę. Zakopianką mkniemy na południe. No, może nie mkniemy, jakieś marne 72, ale to wystarczający powód by stać się ofiarą miśków przyczajonych za rogiem. Uff, oni chyba też jacyś zaspani byli, albo sympatyzujący z forum, bo obeszło się na jedynie na pouczeniu. Po chwili widzimy nasz cel - obłą kopułę zakończoną białą czapą śniegu - tak to Babia. Prognozy pogody były ?takie se?, ale jak na razie tylko jeden wał chmur czai się po słowackiej stronie. Po naszej lampa. Szybko przepakowujemy się, ubieramy odświętne stroje i ruszamy zielonym szlakiem w stronę zamku Królowej.
Szlak całkiem przyjemny. Krótki, ale treściwy, wysokości nabiera się szybko, trochę tylko przeszkadza lód czający się pod warstwą śniegu. Poza górną granicą lasu mocno zwalniamy - powód? A to jakaś panoramka na Tatry, a to znów szczyty Małej Fatry skutecznie odwracają naszą uwagę od marszu.
[attachment=29329][attachment=29330]
W końcu dajemy za wygraną i rozbijamy godzinny obóz na słonecznych, południowych stokach. Posileni ruszamy dalej, śniegu ponad kolana, a czasem więcej, trochę przechodzenia przez kosówkę.
[attachment=29331][attachment=29332][attachment=29333][attachment=29334]
Mijamy ruiny schroniska Beskidenverden, kolejna sesja poprzedza wejścia na dość lawiniasty trawers, który grzecznie pokonujemy w kilkumetrowych odstępach.
[attachment=29335][attachment=29336][attachment=29337][attachment=29338]
Po chwili stajemy na koronie Beskidów. Chłoniemy znany, acz piękny krajobraz. Podobnie czyni jakieś 50 osób wokół nas. Większość wdrapała się pieszo, ale jest kilku amatorów fok i narciarskich wrażeń, jednak przy tej skąpej ilości śniegu wrażenia te mogły być zakłócone. Stwierdzamy, że skoro jest tak pięknie i jak na babiogórskie warunki prawie bezwietrznie (czyt. nie trzeba kurczowo trzymać się szlakowskazu), zostaniemy na zachód. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Co począć przez te ponad dwie godziny? Po obejściu szczytu po raz enty i wyspstrykaniu kilkudziesięciu zdjęć, próbach wzbicia się do lotu, chłopaki ucięli sobie partyjkę w kuku na rozkazy.
[attachment=29339][attachment=29340][attachment=29341][attachment=29342][attachment=29343]
Koniec końców nastąpił czas zejść: ku Słowacji odjechali ostatni narciarze, grupa piechurów podążyła w dół, leniwie na spoczynek poleciało Słońce, a za nim my na złamanie karku, gdyż nagle stwierdziliśmy, że diabelsko nam zimno.
[attachment=29344][attachment=29345][attachment=29346][attachment=29347]
Z Brony już dało się zauważyć zbierające się w dolinach chmury. Do schroniska wpadliśmy jak po ogień. W nim standardowe czynności poprzedzające sen. W środku ruch, gwar, tłoczno, ot, typowy schroniskowy folklor.

, próba latania na podobieństwo ptaka
, wreszcie stolik karciany niczym w Las Vegas( graliścię o tą flaszkę ?
).
ja może nie będę komentować
I tym zapewniła sobie przyjazne chwile na Babie. Teraz już wiem dlaczego najpierw Gorce i potem Babia. Zostaliśmy rzuceni na pożarcie demonom gór. 
Idąc na tą wycieczkę nie spodziewałem się tak ładnej pogody 