07-12-2009, 10:13 PM
Nie chciało mi się długo iść bo (...)
W końcu w południe ktoś podwiózł mi leniwy zad do Baczej Kuniny.
Niedziela, dzień święty święcić, mózg przewietrzyć, takie tam...
Samotny spacer w pochmurne popołudnie dobrze mi zrobi - myślałem.
(tylko trochę się pomyliłem)
To był jeden z najobfitszych dni ze spotkaniami leśnych mieszkańców w karierze (niestety nic nie udało się uwiecznić). Najpierw spod nóg uciekł mi lis z wysrebrzoną już na zimę kitą. Na następnej polanie kozioł sarny chwilę pozował, po czym znudzony odszedł w las nim dobyłem szkieł. Za to w pewnym momencie przez szlak przeleciał mi Mikołaj z zaprzęgiem kilkunastu reniferów...to znaczy w zasadzie to było tylko 16 łani, no ale w końcu Mikołajki, nie
? Oglądanie ich jak lekko przeskakiwały nad biegnącą jarem ścieżką wbiło mnie w ziemię na tyle, że zapomniałem o dyndającym u szyi aparacie. Zielony szlak na Makowicę był bezludny, mroczny i tajemniczy. Klimaciku dodał puchacz (lub inna sowa) zlatujący z drzewa o które właśnie się oparłem. E tam klimaciku, w zasadzie wtedy to miałem już w porach
. Jeszcze niedźwiedź albo wilk i już w ogóle będzie jak w zoo, a ja będę robił za suchą karmę - pomyślałem
.
[attachment=27971][attachment=27972][attachment=27973]
W końcu doczłapałem na pasmo - a tam Mikołaj rozwieszał na drzewkach srebrne łańcuszki: O takie:
[attachment=27974][attachment=27975][attachment=27976][attachment=27977][attachment=27978][attachment=27979][attachment=27980]
Wreszcie Dziadek Mróz wygonił mnie na dół, do Cyrli, na grzańca - chcąc nie chcąc go posłuchałem. Pokrzepiony sturlałem się ku cywilizacji
.
Dziękuję Mikołaju za miłe spotkania
W końcu w południe ktoś podwiózł mi leniwy zad do Baczej Kuniny.
Niedziela, dzień święty święcić, mózg przewietrzyć, takie tam...
Samotny spacer w pochmurne popołudnie dobrze mi zrobi - myślałem.
(tylko trochę się pomyliłem)
To był jeden z najobfitszych dni ze spotkaniami leśnych mieszkańców w karierze (niestety nic nie udało się uwiecznić). Najpierw spod nóg uciekł mi lis z wysrebrzoną już na zimę kitą. Na następnej polanie kozioł sarny chwilę pozował, po czym znudzony odszedł w las nim dobyłem szkieł. Za to w pewnym momencie przez szlak przeleciał mi Mikołaj z zaprzęgiem kilkunastu reniferów...to znaczy w zasadzie to było tylko 16 łani, no ale w końcu Mikołajki, nie
? Oglądanie ich jak lekko przeskakiwały nad biegnącą jarem ścieżką wbiło mnie w ziemię na tyle, że zapomniałem o dyndającym u szyi aparacie. Zielony szlak na Makowicę był bezludny, mroczny i tajemniczy. Klimaciku dodał puchacz (lub inna sowa) zlatujący z drzewa o które właśnie się oparłem. E tam klimaciku, w zasadzie wtedy to miałem już w porach
. Jeszcze niedźwiedź albo wilk i już w ogóle będzie jak w zoo, a ja będę robił za suchą karmę - pomyślałem
. [attachment=27971][attachment=27972][attachment=27973]
W końcu doczłapałem na pasmo - a tam Mikołaj rozwieszał na drzewkach srebrne łańcuszki: O takie:
[attachment=27974][attachment=27975][attachment=27976][attachment=27977][attachment=27978][attachment=27979][attachment=27980]
Wreszcie Dziadek Mróz wygonił mnie na dół, do Cyrli, na grzańca - chcąc nie chcąc go posłuchałem. Pokrzepiony sturlałem się ku cywilizacji
.Dziękuję Mikołaju za miłe spotkania

Ale nam tu bajki opowiadasz. 
cuda wianki w tym beskidzie sądeckim



