24-11-2009, 05:47 PM
Kilka danych:
Ekipa w składzie:
- Nowosądecczaki: Gosia3ek i Mallaidh
- Tarnowiak (do niedawna Nowosądecczak): Mieciur
- no i ja, czyli obecnie zamieszkujący gród Kraka
Punkt wyjścia/zejścia - Ujsoły
Nocleg: Hala Rysianka
Pogoda: piękna :-)
Zapakowani do samochodu razem z Krzyśkiem wyjeżdżamy z Krakowa w kierunku Rabki-Zdrój. To nasze miejsce spotkania z pozostałą dwójką. Około 7.00 zajeżdżamy na parking pod tamtejszym kościołem. Maciek wraz z Modziną bacznie obserwuje swój zderzak w którym właśnie pojawiło się dość wyraźne wgłębienie. Eh, te słupki oddzielające parking od chodnika
Przepakowujemy górskie graty i w drogę. Ta niestety pokazuje, że trzeba uważać na każdym kroku. Najpierw z przeciwka jakaś kobieta wyszła mi na czołówkę, hamowanie może do 10 na godzinę... No nic jedziemy dalej. A tam co? Dosłownie chwilę później to samo tylko hamuję do zera - niewiele brakło, tym razem jakiś gość. Kiedy już się zdawało, że koniec tych drogowych przygód na dzień dzisiejszy, nastąpiło jeszcze jedno nieoczekiwane zdarzenie. Pewien drogowiec operujący młotem pneumatycznym w pobliżu środka jezdni, nagle stracił panowanie nad tymże młotem i wypadł mi z nim niedaleko przed moją maską. Po tym incydencie zrobił sobie chyba przerwę śniadaniowo-odetchnieniową. Przynajmniej tak to wyglądało w lusterku.
Kiedy zaparkowaliśmy w Ujsołach odetchnąłem z ulgą. Jak się okazało później wszystkiemu winny był Mieciur - a raczej jego tegotygodniowy pech. Na swoim koncie miał już wybuch żarówki w barze nad jego stolikiem, spadający szyld reklamowy przed nim na chodniku, a także rozjechany przez samochód orzech włoski tak głośno że Mieciur ponoć podskoczył, a niewiele później to samo zrobiło jego serce
No dobra - nadszedł wreszcie czas żeby wyjść na szlak :-) Odziani w buty, stuptuty i inne ciekawe górskie rzeczy zagłębiliśmy się w błotnistą drogę którą biegł szlak. I to ku zaskoczeniu Modziny do góry! :-)
Po 20 minutach pierwszy postój. Poranne mgły gdzieniegdzie słały się poniżej nas. Nastąpił czas na fotki. A pogoda zupełnie nie jak w normalnym listopadzie. Można by spokojnie powiedzieć, że jak we wrześniu. Słońce i ciepło - czyli cud, miód, malina i piwo . No ale to ostatnie to kawałek dalej na przełęczy.
Szlak całkiem fajny, co najwyżej miejscami trochę chaszczowaty. Jedyne na co można było troszkę ponarzekać to słaba przejrzystość powietrza, no ale generalnie to jednak wszystko dopisało. Wkrótce wszyscy w krótkim rękawku (21 listopada!) z uśmiechami na twarzy i kijkami w dłoniach dalej zdobywaliśmy w pocie czoła kolejne metry Beskidu Żywieckiego.
I tak sobie mijała wędrówka, a w międzyczasie: Maciek był napastowany telefonicznie przez swoją własną firmę, Gosię ponownie zaintrygował temat zbanowania ulubionego admina, Mieciur zjadł Modzinie prawie całą czekoladę, a ja oczywiście ubłociłem się jak to ja - czyli tyle ile pozostali razem wzięci a nawet jeszcze więcej.
Tak zgraną ekipą dotachaliśmy się na miejsce naszego noclegu i zameldowaliśmy na recepcji. Nadszedł też czas na realizację drugiej części dnia dzisiejszego. Wyjście na Pilsko na zachód słońca. Tutaj zbuntował nam się Maciek i postanowił nie opuszczać swojego łóżka za które zapłacił 30 zł. Jak to później określił, skoro za nie płaci to chce w nim poleżeć tak choć ze 20 godzin.
Ruszylimy więc we trójkę na to Pilsko. Problemem było to, że idąc tempem normalnego turysty to doszlibyśmy na zachód słońca, ale chyba zachodzącego wówczas w Paryżu albo jeszcze gdzie dalej. Pogoniłem więc trochę ekipę - zresztą siebie też. Może nawet więcej niż trochę. Na Palenicy po dłuższym podejściu usiadłem na ławce żeby płuc nie wypluć na następnych metrach naszej wędrówki. Spojrzałem też na nadchodząco-sapiącą Modzinę. Modzina spojrzała na mnie i wtedy zrozumiałem, że chyba idziemy trochę za szybko. I to bez słów to zrozumiałem!
W sumie to jednak zwolniliśmy dopiero na właściwym podejściu na Pilsko. A raczej właściwie Pilsko nas zwolniło. Pojawiła się szansa że zdążymy w ostatniej chwili na zachód. Tuż przed szczytem zobaczyliśmy całą pomarańczową kulę na granicy horyzontu po czym znów weszliśmy w kosodrzewinę. I tu mnie chyba pokarało za narzucone tempo bo jak mnie złapał skurcz to myślałem, że jak krzyknę to mnie i na Babiej usłyszą. Pohamowałem się jednak, ponaciągałem mięśnie no i poszliśmy dalej. Załapaliśmy się na jakąś ostatnią minutę zachodu!
Radośnie wypruci i wymęczeni, ciesząc się niniejszym weekendem wypoczynkowym, usiedliśmy w powiewach chłodnego wiatru na zimnych kamieniach. Właściwie to bezpośrednio na kamieniu to tylko ja usiadłem. Rozpoczął się pojedynek ja kontra kamień. Czy to mi się zrobi szybciej zimno czy też kamieniowi ciepło. Przegrałem.
W dole migotało trochę światełek cywilizacji, gdzie 99,99% naszego społeczeństwa spędzało w trochę inny sposób niż my wspomniany weekend wypoczynkowy. Nagle się okazało, że nie jesteśmy na szczycie sami. Do naszej trójki dołączyła mysz. Pobiegała trochę tu i ówdzie i w końcu czmychnęła na dobre. Udało się jej. Nie dostała bana. Ani ode mnie, ani od Modziny, ani od Usera :-)
W świetle czołówek rozpoczęliśmy zejście. Przed nami był znów kawałek do przejścia, ale tym razem już nie musieliśmy się bardzo spieszyć. No jedynie żeby być w schronisku przed zamknięciem kuchni. Na Palenicy znów usiedliśmy, fajnie gwiazdy było widać. Niestety tym razem pogoniła nas Modzina i podziwianie gwiazd trzeba było przełożyć na inny raz. Modzina wstydź się!
Do schroniska dotarliśmy z minami jakby nas za karę nas ciągali po tych górach. W dodatku zamówione jadło drwala okazało się być za słone, a mnie wkrótce rozpoczęła boleć głowa i nie mogłem usnąć. Postanowiliśmy więc zrobić sobie imprezę. Początek był dość smętny bo prawie nikt nic nie mówił. Z czasem się jednak rozruszała a z kolejnym czasem rozruszała się jeszcze bardziej. Poszliśmy spać chyba o 2.00. Zdjęć z imprezy jednak chyba lepiej nie dawać...
Obudziliśmy się około 9.00
Na wstępie zweryfikowaliśmy plan na dzisiejszy dzień, a raczej usunęliśmy z niego punkt zakładający podejście koło Romanki gdzie Modzina chciała zobaczyć łańcuch! (Też sobie wymyśliła!) Po 2,5 godziny pakowania, jedzenia śniadania i sprawdzania przy której z 4 ławek przed schroniskiem najlepiej się poopalać - wyruszyliśmy na szlak.
Nie tylko my jednak tak aktywnie spędzaliśmy czas. Ot przykładowo - jeden pan, chodzący po hali z wielkim uśmiechem i dużym plecakiem szukał miejsca żeby wystartować z lotnią. Później ten wiatr chyba znalazł, jednak później było już słychać głosy raczej przerażenia jak lotnia chciała wystartować razem z trzema nie chcącymi tego osobami rozkładającymi tę lotnię, a później to chyba ją jednak złożyli i sobie poszli już mniej uśmiechnięci.
Świetny i na pewno niezapomniany weekend spędziła też duża grupa na nartach biegowych. Nie przeszkodził im nawet niemal całkowity brak śniegu! Chodzili po lesie z nartami w ręku, a Ci bardziej znający się na rzeczy - jak przystało na narty biegowe - z nimi biegali!
W końcu jednak odbiliśmy na jakiś mało uczęszczany szlak i zostaliśmy sami. Tutaj też zdarzył się mały wypadek - śpiący jeszcze Maciek wszedł w nieśpiącego już chyba Mieciura. Szkód jednak nie odnotowano. No i nawet Maciek się przebudził na dobre! Dalsza część trasy objawiła nam się teraz moczarami, bagnami, błotem i nawet już nie tylko ja wyglądałem na ubłoconego. Tak idąc przez dłuższy czas dotarliśmy do bacówki na Krawcowym Wierchu.
Tutaj postanowiliśmy coś przegryźć - ja zamówiłem żurek, choć dostałem chyba tylko pół, Mieciur dostał cały no ale on w końcu zamawiał tylko wrzątek do gorącego kubka, natomiast Nowosądecczaki poszaleli przyrządzając wykwintne drugie danie zrobione ze składników: Kasza Kus-Kus, pokrojony kabanos, wsypana sól...
Czas nas już niestety dość mocno gonił więc rozpoczęliśmy zejście do Ujsoł. Większość trasy przeszliśmy szlakiem, jednak na ostatnim odcinku od Kubiesówki do Ujsoł poprowadziliśmy nową drogę zejściową, dość stromą, którą wyceniliśmy na VI+ w skali beskidzkiej z małym dopiskiem uwaga błoto!
Po zejściu na dół Modzina natchniona jeszcze górami zaproponowała przyjęcie nowej jednostki prędkości, której wartością wyjściową byłby 1 admin
Wraz z Krzyśkiem, jako grupowi inżynierzy zaczęliśmy rozmyślać nad nową kwestią, która z pewnością sporo by wniosła w dziedzinie fizyki i geografii. Ostatecznie doszliśmy do wniosku że Modzinie to czasem głupie pomysły przychodzą do głowy :-D
Wracając z Ujsoł zahaczyliśmy o pobliski Żywiec spotykając się z niejakim Łukaszem. Z racji trzech kierowców, Modzina została wyznaczona do wypicia symbolicznej ilości
za udany wyjazd i szczęśliwy powrót :-)
Podsumowując było bardzo fajnie i ciekawie - mam nadzieję, że nie zanudziłem relacją czytających no i oczywiście dzięki Gosia, Krzysiek, Maciek za wspólny rewelacyjny wyjazd! :-)
Ekipa w składzie:
- Nowosądecczaki: Gosia3ek i Mallaidh
- Tarnowiak (do niedawna Nowosądecczak): Mieciur
- no i ja, czyli obecnie zamieszkujący gród Kraka
Punkt wyjścia/zejścia - Ujsoły
Nocleg: Hala Rysianka
Pogoda: piękna :-)
Zapakowani do samochodu razem z Krzyśkiem wyjeżdżamy z Krakowa w kierunku Rabki-Zdrój. To nasze miejsce spotkania z pozostałą dwójką. Około 7.00 zajeżdżamy na parking pod tamtejszym kościołem. Maciek wraz z Modziną bacznie obserwuje swój zderzak w którym właśnie pojawiło się dość wyraźne wgłębienie. Eh, te słupki oddzielające parking od chodnika

Przepakowujemy górskie graty i w drogę. Ta niestety pokazuje, że trzeba uważać na każdym kroku. Najpierw z przeciwka jakaś kobieta wyszła mi na czołówkę, hamowanie może do 10 na godzinę... No nic jedziemy dalej. A tam co? Dosłownie chwilę później to samo tylko hamuję do zera - niewiele brakło, tym razem jakiś gość. Kiedy już się zdawało, że koniec tych drogowych przygód na dzień dzisiejszy, nastąpiło jeszcze jedno nieoczekiwane zdarzenie. Pewien drogowiec operujący młotem pneumatycznym w pobliżu środka jezdni, nagle stracił panowanie nad tymże młotem i wypadł mi z nim niedaleko przed moją maską. Po tym incydencie zrobił sobie chyba przerwę śniadaniowo-odetchnieniową. Przynajmniej tak to wyglądało w lusterku.
Kiedy zaparkowaliśmy w Ujsołach odetchnąłem z ulgą. Jak się okazało później wszystkiemu winny był Mieciur - a raczej jego tegotygodniowy pech. Na swoim koncie miał już wybuch żarówki w barze nad jego stolikiem, spadający szyld reklamowy przed nim na chodniku, a także rozjechany przez samochód orzech włoski tak głośno że Mieciur ponoć podskoczył, a niewiele później to samo zrobiło jego serce

No dobra - nadszedł wreszcie czas żeby wyjść na szlak :-) Odziani w buty, stuptuty i inne ciekawe górskie rzeczy zagłębiliśmy się w błotnistą drogę którą biegł szlak. I to ku zaskoczeniu Modziny do góry! :-)
Po 20 minutach pierwszy postój. Poranne mgły gdzieniegdzie słały się poniżej nas. Nastąpił czas na fotki. A pogoda zupełnie nie jak w normalnym listopadzie. Można by spokojnie powiedzieć, że jak we wrześniu. Słońce i ciepło - czyli cud, miód, malina i piwo . No ale to ostatnie to kawałek dalej na przełęczy.
Szlak całkiem fajny, co najwyżej miejscami trochę chaszczowaty. Jedyne na co można było troszkę ponarzekać to słaba przejrzystość powietrza, no ale generalnie to jednak wszystko dopisało. Wkrótce wszyscy w krótkim rękawku (21 listopada!) z uśmiechami na twarzy i kijkami w dłoniach dalej zdobywaliśmy w pocie czoła kolejne metry Beskidu Żywieckiego.
I tak sobie mijała wędrówka, a w międzyczasie: Maciek był napastowany telefonicznie przez swoją własną firmę, Gosię ponownie zaintrygował temat zbanowania ulubionego admina, Mieciur zjadł Modzinie prawie całą czekoladę, a ja oczywiście ubłociłem się jak to ja - czyli tyle ile pozostali razem wzięci a nawet jeszcze więcej.
Tak zgraną ekipą dotachaliśmy się na miejsce naszego noclegu i zameldowaliśmy na recepcji. Nadszedł też czas na realizację drugiej części dnia dzisiejszego. Wyjście na Pilsko na zachód słońca. Tutaj zbuntował nam się Maciek i postanowił nie opuszczać swojego łóżka za które zapłacił 30 zł. Jak to później określił, skoro za nie płaci to chce w nim poleżeć tak choć ze 20 godzin.
Ruszylimy więc we trójkę na to Pilsko. Problemem było to, że idąc tempem normalnego turysty to doszlibyśmy na zachód słońca, ale chyba zachodzącego wówczas w Paryżu albo jeszcze gdzie dalej. Pogoniłem więc trochę ekipę - zresztą siebie też. Może nawet więcej niż trochę. Na Palenicy po dłuższym podejściu usiadłem na ławce żeby płuc nie wypluć na następnych metrach naszej wędrówki. Spojrzałem też na nadchodząco-sapiącą Modzinę. Modzina spojrzała na mnie i wtedy zrozumiałem, że chyba idziemy trochę za szybko. I to bez słów to zrozumiałem!
W sumie to jednak zwolniliśmy dopiero na właściwym podejściu na Pilsko. A raczej właściwie Pilsko nas zwolniło. Pojawiła się szansa że zdążymy w ostatniej chwili na zachód. Tuż przed szczytem zobaczyliśmy całą pomarańczową kulę na granicy horyzontu po czym znów weszliśmy w kosodrzewinę. I tu mnie chyba pokarało za narzucone tempo bo jak mnie złapał skurcz to myślałem, że jak krzyknę to mnie i na Babiej usłyszą. Pohamowałem się jednak, ponaciągałem mięśnie no i poszliśmy dalej. Załapaliśmy się na jakąś ostatnią minutę zachodu!

Radośnie wypruci i wymęczeni, ciesząc się niniejszym weekendem wypoczynkowym, usiedliśmy w powiewach chłodnego wiatru na zimnych kamieniach. Właściwie to bezpośrednio na kamieniu to tylko ja usiadłem. Rozpoczął się pojedynek ja kontra kamień. Czy to mi się zrobi szybciej zimno czy też kamieniowi ciepło. Przegrałem.
W dole migotało trochę światełek cywilizacji, gdzie 99,99% naszego społeczeństwa spędzało w trochę inny sposób niż my wspomniany weekend wypoczynkowy. Nagle się okazało, że nie jesteśmy na szczycie sami. Do naszej trójki dołączyła mysz. Pobiegała trochę tu i ówdzie i w końcu czmychnęła na dobre. Udało się jej. Nie dostała bana. Ani ode mnie, ani od Modziny, ani od Usera :-)
W świetle czołówek rozpoczęliśmy zejście. Przed nami był znów kawałek do przejścia, ale tym razem już nie musieliśmy się bardzo spieszyć. No jedynie żeby być w schronisku przed zamknięciem kuchni. Na Palenicy znów usiedliśmy, fajnie gwiazdy było widać. Niestety tym razem pogoniła nas Modzina i podziwianie gwiazd trzeba było przełożyć na inny raz. Modzina wstydź się!
Do schroniska dotarliśmy z minami jakby nas za karę nas ciągali po tych górach. W dodatku zamówione jadło drwala okazało się być za słone, a mnie wkrótce rozpoczęła boleć głowa i nie mogłem usnąć. Postanowiliśmy więc zrobić sobie imprezę. Początek był dość smętny bo prawie nikt nic nie mówił. Z czasem się jednak rozruszała a z kolejnym czasem rozruszała się jeszcze bardziej. Poszliśmy spać chyba o 2.00. Zdjęć z imprezy jednak chyba lepiej nie dawać...
Obudziliśmy się około 9.00
Na wstępie zweryfikowaliśmy plan na dzisiejszy dzień, a raczej usunęliśmy z niego punkt zakładający podejście koło Romanki gdzie Modzina chciała zobaczyć łańcuch! (Też sobie wymyśliła!) Po 2,5 godziny pakowania, jedzenia śniadania i sprawdzania przy której z 4 ławek przed schroniskiem najlepiej się poopalać - wyruszyliśmy na szlak.Nie tylko my jednak tak aktywnie spędzaliśmy czas. Ot przykładowo - jeden pan, chodzący po hali z wielkim uśmiechem i dużym plecakiem szukał miejsca żeby wystartować z lotnią. Później ten wiatr chyba znalazł, jednak później było już słychać głosy raczej przerażenia jak lotnia chciała wystartować razem z trzema nie chcącymi tego osobami rozkładającymi tę lotnię, a później to chyba ją jednak złożyli i sobie poszli już mniej uśmiechnięci.
Świetny i na pewno niezapomniany weekend spędziła też duża grupa na nartach biegowych. Nie przeszkodził im nawet niemal całkowity brak śniegu! Chodzili po lesie z nartami w ręku, a Ci bardziej znający się na rzeczy - jak przystało na narty biegowe - z nimi biegali!
W końcu jednak odbiliśmy na jakiś mało uczęszczany szlak i zostaliśmy sami. Tutaj też zdarzył się mały wypadek - śpiący jeszcze Maciek wszedł w nieśpiącego już chyba Mieciura. Szkód jednak nie odnotowano. No i nawet Maciek się przebudził na dobre! Dalsza część trasy objawiła nam się teraz moczarami, bagnami, błotem i nawet już nie tylko ja wyglądałem na ubłoconego. Tak idąc przez dłuższy czas dotarliśmy do bacówki na Krawcowym Wierchu.
Tutaj postanowiliśmy coś przegryźć - ja zamówiłem żurek, choć dostałem chyba tylko pół, Mieciur dostał cały no ale on w końcu zamawiał tylko wrzątek do gorącego kubka, natomiast Nowosądecczaki poszaleli przyrządzając wykwintne drugie danie zrobione ze składników: Kasza Kus-Kus, pokrojony kabanos, wsypana sól...
Czas nas już niestety dość mocno gonił więc rozpoczęliśmy zejście do Ujsoł. Większość trasy przeszliśmy szlakiem, jednak na ostatnim odcinku od Kubiesówki do Ujsoł poprowadziliśmy nową drogę zejściową, dość stromą, którą wyceniliśmy na VI+ w skali beskidzkiej z małym dopiskiem uwaga błoto!
Po zejściu na dół Modzina natchniona jeszcze górami zaproponowała przyjęcie nowej jednostki prędkości, której wartością wyjściową byłby 1 admin
Wraz z Krzyśkiem, jako grupowi inżynierzy zaczęliśmy rozmyślać nad nową kwestią, która z pewnością sporo by wniosła w dziedzinie fizyki i geografii. Ostatecznie doszliśmy do wniosku że Modzinie to czasem głupie pomysły przychodzą do głowy :-DWracając z Ujsoł zahaczyliśmy o pobliski Żywiec spotykając się z niejakim Łukaszem. Z racji trzech kierowców, Modzina została wyznaczona do wypicia symbolicznej ilości
za udany wyjazd i szczęśliwy powrót :-)Podsumowując było bardzo fajnie i ciekawie - mam nadzieję, że nie zanudziłem relacją czytających no i oczywiście dzięki Gosia, Krzysiek, Maciek za wspólny rewelacyjny wyjazd! :-)

Tempo narzucone przez admina - zbyt duże, co groziło palpitacja serca co najmniej połowy składu osobowego.
Libacje do wczesnych godzin rannych - co skutkować musiało katastrofą zderzeniowa i weryfikacją trasy.
Skróty poza szlakowe - każdy mały o tym wie: "szanuj zieleń boś nie jeleń.
A tak poza tym, jak jeszcze raz pozbawicie mnie tych wszystkich atrakcji, to wtedy faktycznie nic z Was już nie zostanie.


