12-11-2009, 10:35 AM
GORCE 7 - 8 LISTOPADA 2009
Tym razem grupa sądecka podzieliła się na 2 podgrupy: gosia3ek z Mallaidhem operowali w Beskidzie Sądeckim na schronisku pod Bereśnikiem a ja z Adminem przemierzaliśmy gorczańskie szlaki robiąc mały rekonesans przed zapowiadaną zimową bibą w tych górach.
Początkiem naszej górskiej przygody był mój przyjazd do Krakowa. W piątek po pracy wsiadam w pociąg i po blisko 2 godzinach spotykamy się z Bartkiem w okolicach dworca. Potem szybkie zakupy i wieczorne planowanie trasy. Z samego rana odpalamy samochód i kierujemy się w stronę Gorców. Oczywiście na "zakopiance" przegapiamy zjazd - to już chyba nasza tradycja mając GPS i mapę do dyspozycji. Podobnie było jak jechaliśmy w Tatry Słowackie we wrześniu - kto czytał relację ten wie. Ale dość szybko obieramy właściwy kierunek i po ok. 2 godzinach jazdy parkujemy pod kościołem w Krościenku. Deszcz który padał przez całą drogę nagle przestał, niebo się trochę przetarło co dla nas było miłym zaskoczeniem bo prognozy optymistyczne nie były. Celem dzisiejszego dnia jest Stacja Turystyczna "Studzionki" która może być miejscem noclegu na planowanej bibie. Najpierw jednak czeka nas 20 km szlaku z przejściem przez Lubań (1211 m.n.p.m.) będącym najwyższym szczytem dzisiejszego dnia. Raźnie ruszamy czerwonym szlakiem. Do szczytu Lubania mamy 9,5 km. Idzie się nam całkiem nieźle, nie ma deszczu, nawet coś widać więc nie jest źle. Oczywiście o widokach na Tatry możemy zapomnieć. Na szlaku tego dnia spotykamy tylko 2 osoby - z czego jedna to dzielny dziadek jadący pod górę jeszcze bardziej dzielnym maluchem ! Druga to dziadek górski spotkany pod Lubaniem. Dojście na Lubań nie stwarza nam szczególnych problemów i po nieco ponad 2 h meldujemy się na szczycie. Jest tutaj studencka baza namiotowa, oczywiście o tej porze roku nieczynna. Ale jest za to wiata turystyczna w której jemy śniadanie i raczymy się napojem turystycznym. Jest trochę zimno a widoczność na ok. 30m więc ruszamy dalej.
Cały czas idziemy grzbietem, największe przewyższenia już za nami, teraz przemieszczamy się na zmianę po lasach i gorczańskich halach. Następne km upływają nam pod znakiem walki z błotem i powalonymi drzewami. Od czasu do czasu widoczność na tyle się poprawia, że widzimy w dole Zalew Czorsztyński. Po drodze nie zatrzymujemy się na dłużej aż do miejsca gdzie obaj stajemy dość zaskoczeni. Mianowicie, na jednej z hal znajdujemy pokaźnych rozmiarów materac od łóżka i to całkiem nowy i dobry, poza tym, że przemoczony. Dłuższą chwilę się zastanawiamy kto i w jakim celu a przede wszystkim jak go wtargał na 1000 m.n.p.m. gdzie do najbliższej wsi jest kilka km ! Ale nie nam to rozsądzać, trzeba iść dalej bo dzień chyli się ku końcowi.
Nareszcie kilka minut po 16 dochodzimy na Studzionki. Jest to przysiółek Ochotnicy składający się z kilku domów. Teraz trzeba się dowiedzieć, gdzie mamy nocleg i czy w ogóle go mamy. Najpierw udajemy się do obejścia jednego z gospodarzy i zasięgamy informacji, ale w tym samym czasie gospodyni z sąsiedniego domu już nas nawołuje. Wiec już wiemy gdzie śpimy. Jest dobrze. Bardzo szybko i w przyjemnej atmosferze zostajemy zaprowadzeni do naszego pokoju gdzie możemy odpocząć i przebrać się z przemoczonych ubrań. Potem standard czyli szybki prysznic, przepakowanie się i czas udać się na posiłek. Studzionki to bardziej gospodarstwo agroturystyczne niż schronisko, bufetu nie ma istnieje tylko możliwość wcześniejszego zamówienia dań dla większej grupy. My musimy się sami wyżywić. Ale dostajemy w pełni wyposażoną kuchnię gdzie robimy sobie nasz dzisiejszy obiadek - czyli zupki i konserwy. Zasiadamy w dość dużej jadalni. Zgodnie stwierdzamy, że miejsce to świetnie się nadaje na naszą forumową bibę, ale o tym to w innym temacie.
Wieczór spędzamy w pokoju, popijając przeniesiony przez góry napój turystyczny. W pokoju znaleźliśmy także radio o jakże górskiej nazwie "Giewont" - radio made by Unitra ! Ale dajemy radę, w końcu dwa inżyniery to nie takie problemy rozwiązują ! Po paru minutach kombinacji odbieramy Radio Zet więc i namiastkę cywilizacji mamy. Wieczorem jeszcze miałem wykład od Bartka na temat lawin w Tatrach więc z głową przepełnioną informacjami zasypiamy.
Dość dobrze wyspani - plus za wygodnie łóżka, wstajemy i po śniadaniu i pożegnaniu się z gospodarzami ruszamy w stronę Przełęczy Knurowskiej a następnie na Turbacz. Odcinek do Przełęczy Knurowskiej pokonujemy we mgle ale za to dość szybko. Na Przełęczy kilka zdjęć, chwila przerwy i ruszamy na Turbacz. Po kilku minutach marszu dostajemy sms od Mallaidha z informacją o ataku grypy i ich decyzji o zejściu z gór. Na polu bitwy zostajemy więc sami. W pewnym momencie z pomiędzy drzew ukazuje się nam widok na Tatry. To dodaje nam tylko energii i jeszcze szybciej pokonujemy kolejne km szlaku. Docieramy na Polanę Kiczora, tutaj robimy kolejny postój mając przed sobą piękny widok na Tatry. Do Turbacza zostało nam ok. 30 minut drogi. Zaczynamy też spotykać pierwszych tego dnia turystów. Do schroniska docieramy szybko i sprawnie, a pod samym schroniskiem spotykamy GOPR-owców którzy wyprowadzają na spacer swoje psy. Wyglądało to dość ciekawie, jak kilka piesków biegało po polanie razem z ratownikami !
W schronisku panował dość spory ruch, ale wolny stolik jeszcze był. Jemy coś na kształt obiadu, popijając napój turystyczny. Jednak trzeba było w końcu zdecydować jak wracamy do cywilizacji. Zdecydowaliśmy się na zejście najpierw żółtym, potem czarnym przez Bukowinę Miejską a potem zielonym do Kowańca w Nowym Targu. Ten odcinek poza sporymi ilościami błota przeszliśmy dość szybko. Niestety pogoda nie wytrzymała i już na zielonym szlaku rozpadało się. W Nowym Targu złapaliśmy autobus do centrum w którym jak się okazało połowa pasażerów to górołazy ! Potem z rynku trzeba było się jeszcze dostać na dworzec. My jako, że byliśmy w posiadaniu GPSa szybko wyszliśmy na czoło peletonu górołazów i bardzo szybko znaleźliśmy się na dworcu. Potem już było szybko czyli PKS do Krościenka, wsiadamy w samochód, po drodze postój na kolację i jedziemy do domu.
Podsumowując wycieczka bardzo udana, pogoda też dopisała. Przeszliśmy kawał Gorców, przepatrzyliśmy szlaki pod przyszłą bibę i nieziemsko się wybłociliśmy.
Nie ma to jak spędzić weekend w doborowym towarzystwie w 42 km błota, krzaków lasu, śniegu i polan? warto było !.
Zdjęcia, Admin dorzuci potem.
Tym razem grupa sądecka podzieliła się na 2 podgrupy: gosia3ek z Mallaidhem operowali w Beskidzie Sądeckim na schronisku pod Bereśnikiem a ja z Adminem przemierzaliśmy gorczańskie szlaki robiąc mały rekonesans przed zapowiadaną zimową bibą w tych górach.
Początkiem naszej górskiej przygody był mój przyjazd do Krakowa. W piątek po pracy wsiadam w pociąg i po blisko 2 godzinach spotykamy się z Bartkiem w okolicach dworca. Potem szybkie zakupy i wieczorne planowanie trasy. Z samego rana odpalamy samochód i kierujemy się w stronę Gorców. Oczywiście na "zakopiance" przegapiamy zjazd - to już chyba nasza tradycja mając GPS i mapę do dyspozycji. Podobnie było jak jechaliśmy w Tatry Słowackie we wrześniu - kto czytał relację ten wie. Ale dość szybko obieramy właściwy kierunek i po ok. 2 godzinach jazdy parkujemy pod kościołem w Krościenku. Deszcz który padał przez całą drogę nagle przestał, niebo się trochę przetarło co dla nas było miłym zaskoczeniem bo prognozy optymistyczne nie były. Celem dzisiejszego dnia jest Stacja Turystyczna "Studzionki" która może być miejscem noclegu na planowanej bibie. Najpierw jednak czeka nas 20 km szlaku z przejściem przez Lubań (1211 m.n.p.m.) będącym najwyższym szczytem dzisiejszego dnia. Raźnie ruszamy czerwonym szlakiem. Do szczytu Lubania mamy 9,5 km. Idzie się nam całkiem nieźle, nie ma deszczu, nawet coś widać więc nie jest źle. Oczywiście o widokach na Tatry możemy zapomnieć. Na szlaku tego dnia spotykamy tylko 2 osoby - z czego jedna to dzielny dziadek jadący pod górę jeszcze bardziej dzielnym maluchem ! Druga to dziadek górski spotkany pod Lubaniem. Dojście na Lubań nie stwarza nam szczególnych problemów i po nieco ponad 2 h meldujemy się na szczycie. Jest tutaj studencka baza namiotowa, oczywiście o tej porze roku nieczynna. Ale jest za to wiata turystyczna w której jemy śniadanie i raczymy się napojem turystycznym. Jest trochę zimno a widoczność na ok. 30m więc ruszamy dalej.
Cały czas idziemy grzbietem, największe przewyższenia już za nami, teraz przemieszczamy się na zmianę po lasach i gorczańskich halach. Następne km upływają nam pod znakiem walki z błotem i powalonymi drzewami. Od czasu do czasu widoczność na tyle się poprawia, że widzimy w dole Zalew Czorsztyński. Po drodze nie zatrzymujemy się na dłużej aż do miejsca gdzie obaj stajemy dość zaskoczeni. Mianowicie, na jednej z hal znajdujemy pokaźnych rozmiarów materac od łóżka i to całkiem nowy i dobry, poza tym, że przemoczony. Dłuższą chwilę się zastanawiamy kto i w jakim celu a przede wszystkim jak go wtargał na 1000 m.n.p.m. gdzie do najbliższej wsi jest kilka km ! Ale nie nam to rozsądzać, trzeba iść dalej bo dzień chyli się ku końcowi.
Nareszcie kilka minut po 16 dochodzimy na Studzionki. Jest to przysiółek Ochotnicy składający się z kilku domów. Teraz trzeba się dowiedzieć, gdzie mamy nocleg i czy w ogóle go mamy. Najpierw udajemy się do obejścia jednego z gospodarzy i zasięgamy informacji, ale w tym samym czasie gospodyni z sąsiedniego domu już nas nawołuje. Wiec już wiemy gdzie śpimy. Jest dobrze. Bardzo szybko i w przyjemnej atmosferze zostajemy zaprowadzeni do naszego pokoju gdzie możemy odpocząć i przebrać się z przemoczonych ubrań. Potem standard czyli szybki prysznic, przepakowanie się i czas udać się na posiłek. Studzionki to bardziej gospodarstwo agroturystyczne niż schronisko, bufetu nie ma istnieje tylko możliwość wcześniejszego zamówienia dań dla większej grupy. My musimy się sami wyżywić. Ale dostajemy w pełni wyposażoną kuchnię gdzie robimy sobie nasz dzisiejszy obiadek - czyli zupki i konserwy. Zasiadamy w dość dużej jadalni. Zgodnie stwierdzamy, że miejsce to świetnie się nadaje na naszą forumową bibę, ale o tym to w innym temacie.
Wieczór spędzamy w pokoju, popijając przeniesiony przez góry napój turystyczny. W pokoju znaleźliśmy także radio o jakże górskiej nazwie "Giewont" - radio made by Unitra ! Ale dajemy radę, w końcu dwa inżyniery to nie takie problemy rozwiązują ! Po paru minutach kombinacji odbieramy Radio Zet więc i namiastkę cywilizacji mamy. Wieczorem jeszcze miałem wykład od Bartka na temat lawin w Tatrach więc z głową przepełnioną informacjami zasypiamy.
Dość dobrze wyspani - plus za wygodnie łóżka, wstajemy i po śniadaniu i pożegnaniu się z gospodarzami ruszamy w stronę Przełęczy Knurowskiej a następnie na Turbacz. Odcinek do Przełęczy Knurowskiej pokonujemy we mgle ale za to dość szybko. Na Przełęczy kilka zdjęć, chwila przerwy i ruszamy na Turbacz. Po kilku minutach marszu dostajemy sms od Mallaidha z informacją o ataku grypy i ich decyzji o zejściu z gór. Na polu bitwy zostajemy więc sami. W pewnym momencie z pomiędzy drzew ukazuje się nam widok na Tatry. To dodaje nam tylko energii i jeszcze szybciej pokonujemy kolejne km szlaku. Docieramy na Polanę Kiczora, tutaj robimy kolejny postój mając przed sobą piękny widok na Tatry. Do Turbacza zostało nam ok. 30 minut drogi. Zaczynamy też spotykać pierwszych tego dnia turystów. Do schroniska docieramy szybko i sprawnie, a pod samym schroniskiem spotykamy GOPR-owców którzy wyprowadzają na spacer swoje psy. Wyglądało to dość ciekawie, jak kilka piesków biegało po polanie razem z ratownikami !
W schronisku panował dość spory ruch, ale wolny stolik jeszcze był. Jemy coś na kształt obiadu, popijając napój turystyczny. Jednak trzeba było w końcu zdecydować jak wracamy do cywilizacji. Zdecydowaliśmy się na zejście najpierw żółtym, potem czarnym przez Bukowinę Miejską a potem zielonym do Kowańca w Nowym Targu. Ten odcinek poza sporymi ilościami błota przeszliśmy dość szybko. Niestety pogoda nie wytrzymała i już na zielonym szlaku rozpadało się. W Nowym Targu złapaliśmy autobus do centrum w którym jak się okazało połowa pasażerów to górołazy ! Potem z rynku trzeba było się jeszcze dostać na dworzec. My jako, że byliśmy w posiadaniu GPSa szybko wyszliśmy na czoło peletonu górołazów i bardzo szybko znaleźliśmy się na dworcu. Potem już było szybko czyli PKS do Krościenka, wsiadamy w samochód, po drodze postój na kolację i jedziemy do domu.
Podsumowując wycieczka bardzo udana, pogoda też dopisała. Przeszliśmy kawał Gorców, przepatrzyliśmy szlaki pod przyszłą bibę i nieziemsko się wybłociliśmy.
Nie ma to jak spędzić weekend w doborowym towarzystwie w 42 km błota, krzaków lasu, śniegu i polan? warto było !.
Zdjęcia, Admin dorzuci potem.






). Szkoda jechać tak daleko na tak krótko. Wygląda na to, że i zaplecze będzie z kulturą 
