10-10-2009, 10:44 PM
Relację zacznę od fragmentu rozmowy z moją mamą
ja - "Mamo w sobotę chyba pojadę w góry"
mama - "Znowu? a z kimś czy sam"
ja - "A tam znowu. Jadę z kolegą"
mama - "A z jakim?"
ja - "Nie wiem w sobotę rano go poznam"
mama - "Jak to dopiero poznasz?"
ja - "Bo to kolega z takiego górskiego forum"
mama - "I co nie boisz się?"
ja - "A czego mam się bać? Raczej mnie nie zgwałci"
mama - "No a co zrobisz jak będzie miał mydło?"
Hahahaha padłem ze śmiechu brzuch mnie bolał cały wieczór. Żart się udał jak mało który
W piątek wieczór nastąpiło wstępne zapoznanie się z przyszłym towarzyszem wędrówki. Udało mi się ustalić że to górnik - no to już wiedziałem że swój chłop ! Z Bytomia - z dobrej strony Brynicy mieszka swój chłop ! No i że ma 28 lat - ufff nie będę musiał na szlaku wołać "proszę pana". Trasę zaproponował Sokół: Brenna-Błatnia-Klimczok-Kotarz-Brenna. Na Klimczoku bywałem a reszta trasy była mi zupełnie obca więc bez namysłu przystałem na ten plan. Zbiórka 8 rano pod empikiem w Kce. Pobudka rano, kanapeczki, śniadanko, herbata do termosu i ruszam na umówione miejsce. Kila minut po 8 Sokoła nie ma hmm dzwonię i okazało się że czekamy na siebie z różnych stron empiku
Wychodzę za rogu i od razu wiem że to Sokół. Charakterystyczne pomarańczowe galotki mówią same za siebie. "Hej tu jesteśmy, to nas szukasz" Męski uścisk dłoni i już się znamy osobiście. Wsiadamy do Sokołomobilu i ruszamy w drogę. Od tego momentu wychodzi zwierzęcy magnetyzm, spotkali się Żyraf i Sokół i zaczynają się męskie rozmowy takie o życiu i śmierci hehe
Droga jak to droga. Aż na horyzoncie pojawia się maluch z 4 najaranymi gościami. Co jakiś czas dojeżdżali do nas na światłach. Z dumą prezentując blanty... W końcu Boss daje gazu i chcemy ich wyprzedzić prawą stroną bo wyglądali na takich co się z własną śmiercią ścigają...no nie wiem czy kierowca próbował w celować w któryś z pasów czy nas zepchnąć ale dupki chcieli nas do rowu wcisnąć. Dajemy w długą i zostawiamy malczana daleko z tyłu. W trasie raz pada, raz nie. Liczymy że na miejscu będzie wariant drugi. Niestety leje. Wysiadamy w Brennej i pierwsze co trzeba ubrać kurtki przeciwdeszczowe. W taką pogodę iść hmm średnio. Idziemy się bawić w szamanów do baru - przy pomocy złotego napoju wlewanego w gardło odczarowywujemy deszcz. Idzie nam to średnio ale złoty napój smakuje 
Skoro pada to trzeba się doposażyć. Mój mały plecak nie posiada pokrowca więc trzeba było kupić worki na śmieci i zrobić pokrowiec marki górytex. Sokół stwierdził że kupi worki bo w domu mu się przydadzą a mi da jeden (worki wróciły ze mną do Kce przy okazji Ci dam
) Ruszamy na szlak. Skrótem który doprowadzi nas do zielonego szlaku na Błatnią. Szamanowanie odnosi jakby sukces pada mniej a nawet na chwilę przestaje. Podejście sympatyczne. Nie jest za ostre a wysokość nawet sprawnie zdobywamy. Niestety zbyt mało złotego napoju złożyliśmy sobie w ofierze bo jak rypło deszczem to prawie nas z górki spłukało. Mottem naszego marszu stało się hasło "Jo to dupca, Jo tyż". Dupconc ta pogoda idemy dalej. Mocny deszcz towarzyszy nam aż do schroniska. Przemoczeni wchodzimy do jadalni i rozkładamy się w bliskim towarzystwie kaloryfera. Znów próbujemy poczynić czary i zaopatrujemy się w złoty napój. Ja biorę jednak grzańca - ta wersja ma ponoć większą moc magiczną 
Sokół woli zimne. Czas mija nam na piwkowaniu, wcinaniu kanapek, rozmowie i oczekiwaniu na poprawę pogody. W między czasie za oknem widzimy małą bonanze. Kilku kowboji przy pomocy koników pnie się w górę. Jeden z nich szczególnie przykuł naszą uwagę bo był wyposażony w parasolkę. Dość wesoło to wyglądało. No to czekamy dalej aż przestanie padać. Ja w między czasie udaję się na wycieczkę do łazienki i muszę Wam powiedzieć byłem miło zaskoczony. Sanitariaty naprawdę na wysokim poziomie. W myśl zasady "pokarz mi swój kibel a powiem CI kim jesteś" śmiało mogę stwierdzić że schronisko na Błatnej reprezentuje przyzwoity poziom.
Ole ! szamańckie czary działają przestało padać. Ruszamy więc dalej chociaż już zaczęły się pojawiać wątpliwości czy w taki deszcz jest sens iść na Klimczok. Ale skoro już nie pada to idemy dalej. Trasa przyjemna grzbietem. Podejść kilka ale niezbyt wymagających. Na trasie mijamy parę osób i jakąś wycieczkę na szczęście udającą się w przeciwnym kierunku. Z widokami jest średnio ale jak już się objawią to z zachwytu wyrywa nas z butów. Co jakiś czas któryś z kopczyków ukazuje nam się wyłaniając się częściowo z mgły. Las i szlak mają w sobie też coś mistycznego. Oho za dużo zaszamaniliśmy nad kuflami pomyślicie ale nie. Na prawdę było w tym coś tajemniczego. Widzieliśmy trasę 50m przed i za nami. Żywe kolory i drzewa znikające tuż za...no właśnie tuż za. W towarzystwie takich widoków maszerujemy dalej aż do schroniska na Klimczoku. Tu rozsiadamy się pod głośnikiem z którego płynie wesoła, biesiadna, góralska nuta. Rozgrzewamy się odpowiednio pomidorową - ja i grochówką - sokół. Oczywiście trzeba było też zorganizować "ofiarę" do szamanienia
. Ja tym razem wybieram grzane wino a Sokół z racji tego że jest kierowcą poszedł w Karmi. Po kolejnym radosnym biesiadowaniu zwijamy zabawki i ruszamy na Kotarz. Trasa ciekawa. Na początku ostro w dół a potem stopniowo do góry. Widok bajeczne. Drzewa stopniowo z zielonych przemieniają się w różne odcienie jesieni. W połączeniu z nisko zawieszonymi chmurami, mgłą i górami widoki był niezwykłe. Zachwyceni takimi widokami robimy różne zdjęcia: krajobrazu, siebie, siebie na tle krajobrazu - bawimy się dobrze. W okolicy Chaty Wuja Toma nasz spokój i podziw burzy parę dupków na motocrosach...ale kto powiedział że nie będziemy walczyć
Pierwsza grupa posłużyła nam za rozpoznanie przeciwnika, druga za opracowanie planu, trzecia na przeanalizowanie jego skuteczności. No i gdy już sięgałem bo odpowiedni patyk żeby wsadzić bucom w szprychy nadjechał kolejny pojazd...tym razem terenowe autko. Nosz w d*** jeża - pomyślałem - z takim patyczkiem nic nie zdziałam więc nasza walka o spokój i zachwyt nad widokami zakończyła się bez rozstrzygnięcia. Na szczęście zbóje oddaliły się szybko i znów mogliśmy maszerować a ciszę przerywała nasza wspólna gawęda. Ten odcinek był dość solidny i długi, przy podejściu na Kotarz już czuć zmęczenie. Na szczycie rozsiadamy się w wiacie turystycznej w której wznosimy toast za wycieczkę i za wszystkich tych którym deszcze pokrzyżował górskie plany. Tym razem oboje pijemy jogurt wiśniowy 
Co Wam powie to Wam powiem a powiem Wam że w takim miejscu jogurcik smakował pierwszorzędnie. Po chwili ruszamy dalej teraz już stopniowo w dół. Szlak prowadzi przez las, który w połączeniu z mgłą i zbliżającym się mrokiem robi się niezwykle tajemniczy. W tej tajemniczości jest coś pięknego, pociągającego i zarazem niepokojącego. Rewelacja czujemy się jak w lasach tropikalnych. Pod koniec trasy nagle wzrosło zagrożenie metanowe spowodowane wcześniejszym spożyciem grochówki przez Sokoła. Ruszając przodem jakoś przetrwałem ten motyw
Do autka dochodzimy około 19.10. Wycieczka zajęła nam 10h. Zaliczyliśmy parę fajnych górek i szczytowań, widoki i mistycyzm wycieczki zrekompensowały nam początkowe totalne zmoczenie. Trasa bardzo sympatyczna z różnymi wariantami zakończenia więc bardzo polecam ten teren.
Od siebie chciałbym dodać że miło było poznać w końcu na żywo kogoś z forum
I był to swój chłop
W kolejnym poście zdjęcia
ja - "Mamo w sobotę chyba pojadę w góry"
mama - "Znowu? a z kimś czy sam"
ja - "A tam znowu. Jadę z kolegą"
mama - "A z jakim?"
ja - "Nie wiem w sobotę rano go poznam"
mama - "Jak to dopiero poznasz?"
ja - "Bo to kolega z takiego górskiego forum"
mama - "I co nie boisz się?"
ja - "A czego mam się bać? Raczej mnie nie zgwałci"
mama - "No a co zrobisz jak będzie miał mydło?"
Hahahaha padłem ze śmiechu brzuch mnie bolał cały wieczór. Żart się udał jak mało który
W piątek wieczór nastąpiło wstępne zapoznanie się z przyszłym towarzyszem wędrówki. Udało mi się ustalić że to górnik - no to już wiedziałem że swój chłop ! Z Bytomia - z dobrej strony Brynicy mieszka swój chłop ! No i że ma 28 lat - ufff nie będę musiał na szlaku wołać "proszę pana". Trasę zaproponował Sokół: Brenna-Błatnia-Klimczok-Kotarz-Brenna. Na Klimczoku bywałem a reszta trasy była mi zupełnie obca więc bez namysłu przystałem na ten plan. Zbiórka 8 rano pod empikiem w Kce. Pobudka rano, kanapeczki, śniadanko, herbata do termosu i ruszam na umówione miejsce. Kila minut po 8 Sokoła nie ma hmm dzwonię i okazało się że czekamy na siebie z różnych stron empiku
Wychodzę za rogu i od razu wiem że to Sokół. Charakterystyczne pomarańczowe galotki mówią same za siebie. "Hej tu jesteśmy, to nas szukasz" Męski uścisk dłoni i już się znamy osobiście. Wsiadamy do Sokołomobilu i ruszamy w drogę. Od tego momentu wychodzi zwierzęcy magnetyzm, spotkali się Żyraf i Sokół i zaczynają się męskie rozmowy takie o życiu i śmierci hehe
Droga jak to droga. Aż na horyzoncie pojawia się maluch z 4 najaranymi gościami. Co jakiś czas dojeżdżali do nas na światłach. Z dumą prezentując blanty... W końcu Boss daje gazu i chcemy ich wyprzedzić prawą stroną bo wyglądali na takich co się z własną śmiercią ścigają...no nie wiem czy kierowca próbował w celować w któryś z pasów czy nas zepchnąć ale dupki chcieli nas do rowu wcisnąć. Dajemy w długą i zostawiamy malczana daleko z tyłu. W trasie raz pada, raz nie. Liczymy że na miejscu będzie wariant drugi. Niestety leje. Wysiadamy w Brennej i pierwsze co trzeba ubrać kurtki przeciwdeszczowe. W taką pogodę iść hmm średnio. Idziemy się bawić w szamanów do baru - przy pomocy złotego napoju wlewanego w gardło odczarowywujemy deszcz. Idzie nam to średnio ale złoty napój smakuje 
Skoro pada to trzeba się doposażyć. Mój mały plecak nie posiada pokrowca więc trzeba było kupić worki na śmieci i zrobić pokrowiec marki górytex. Sokół stwierdził że kupi worki bo w domu mu się przydadzą a mi da jeden (worki wróciły ze mną do Kce przy okazji Ci dam
) Ruszamy na szlak. Skrótem który doprowadzi nas do zielonego szlaku na Błatnią. Szamanowanie odnosi jakby sukces pada mniej a nawet na chwilę przestaje. Podejście sympatyczne. Nie jest za ostre a wysokość nawet sprawnie zdobywamy. Niestety zbyt mało złotego napoju złożyliśmy sobie w ofierze bo jak rypło deszczem to prawie nas z górki spłukało. Mottem naszego marszu stało się hasło "Jo to dupca, Jo tyż". Dupconc ta pogoda idemy dalej. Mocny deszcz towarzyszy nam aż do schroniska. Przemoczeni wchodzimy do jadalni i rozkładamy się w bliskim towarzystwie kaloryfera. Znów próbujemy poczynić czary i zaopatrujemy się w złoty napój. Ja biorę jednak grzańca - ta wersja ma ponoć większą moc magiczną 
Sokół woli zimne. Czas mija nam na piwkowaniu, wcinaniu kanapek, rozmowie i oczekiwaniu na poprawę pogody. W między czasie za oknem widzimy małą bonanze. Kilku kowboji przy pomocy koników pnie się w górę. Jeden z nich szczególnie przykuł naszą uwagę bo był wyposażony w parasolkę. Dość wesoło to wyglądało. No to czekamy dalej aż przestanie padać. Ja w między czasie udaję się na wycieczkę do łazienki i muszę Wam powiedzieć byłem miło zaskoczony. Sanitariaty naprawdę na wysokim poziomie. W myśl zasady "pokarz mi swój kibel a powiem CI kim jesteś" śmiało mogę stwierdzić że schronisko na Błatnej reprezentuje przyzwoity poziom. Ole ! szamańckie czary działają przestało padać. Ruszamy więc dalej chociaż już zaczęły się pojawiać wątpliwości czy w taki deszcz jest sens iść na Klimczok. Ale skoro już nie pada to idemy dalej. Trasa przyjemna grzbietem. Podejść kilka ale niezbyt wymagających. Na trasie mijamy parę osób i jakąś wycieczkę na szczęście udającą się w przeciwnym kierunku. Z widokami jest średnio ale jak już się objawią to z zachwytu wyrywa nas z butów. Co jakiś czas któryś z kopczyków ukazuje nam się wyłaniając się częściowo z mgły. Las i szlak mają w sobie też coś mistycznego. Oho za dużo zaszamaniliśmy nad kuflami pomyślicie ale nie. Na prawdę było w tym coś tajemniczego. Widzieliśmy trasę 50m przed i za nami. Żywe kolory i drzewa znikające tuż za...no właśnie tuż za. W towarzystwie takich widoków maszerujemy dalej aż do schroniska na Klimczoku. Tu rozsiadamy się pod głośnikiem z którego płynie wesoła, biesiadna, góralska nuta. Rozgrzewamy się odpowiednio pomidorową - ja i grochówką - sokół. Oczywiście trzeba było też zorganizować "ofiarę" do szamanienia
. Ja tym razem wybieram grzane wino a Sokół z racji tego że jest kierowcą poszedł w Karmi. Po kolejnym radosnym biesiadowaniu zwijamy zabawki i ruszamy na Kotarz. Trasa ciekawa. Na początku ostro w dół a potem stopniowo do góry. Widok bajeczne. Drzewa stopniowo z zielonych przemieniają się w różne odcienie jesieni. W połączeniu z nisko zawieszonymi chmurami, mgłą i górami widoki był niezwykłe. Zachwyceni takimi widokami robimy różne zdjęcia: krajobrazu, siebie, siebie na tle krajobrazu - bawimy się dobrze. W okolicy Chaty Wuja Toma nasz spokój i podziw burzy parę dupków na motocrosach...ale kto powiedział że nie będziemy walczyć
Pierwsza grupa posłużyła nam za rozpoznanie przeciwnika, druga za opracowanie planu, trzecia na przeanalizowanie jego skuteczności. No i gdy już sięgałem bo odpowiedni patyk żeby wsadzić bucom w szprychy nadjechał kolejny pojazd...tym razem terenowe autko. Nosz w d*** jeża - pomyślałem - z takim patyczkiem nic nie zdziałam więc nasza walka o spokój i zachwyt nad widokami zakończyła się bez rozstrzygnięcia. Na szczęście zbóje oddaliły się szybko i znów mogliśmy maszerować a ciszę przerywała nasza wspólna gawęda. Ten odcinek był dość solidny i długi, przy podejściu na Kotarz już czuć zmęczenie. Na szczycie rozsiadamy się w wiacie turystycznej w której wznosimy toast za wycieczkę i za wszystkich tych którym deszcze pokrzyżował górskie plany. Tym razem oboje pijemy jogurt wiśniowy 
Co Wam powie to Wam powiem a powiem Wam że w takim miejscu jogurcik smakował pierwszorzędnie. Po chwili ruszamy dalej teraz już stopniowo w dół. Szlak prowadzi przez las, który w połączeniu z mgłą i zbliżającym się mrokiem robi się niezwykle tajemniczy. W tej tajemniczości jest coś pięknego, pociągającego i zarazem niepokojącego. Rewelacja czujemy się jak w lasach tropikalnych. Pod koniec trasy nagle wzrosło zagrożenie metanowe spowodowane wcześniejszym spożyciem grochówki przez Sokoła. Ruszając przodem jakoś przetrwałem ten motyw
Do autka dochodzimy około 19.10. Wycieczka zajęła nam 10h. Zaliczyliśmy parę fajnych górek i szczytowań, widoki i mistycyzm wycieczki zrekompensowały nam początkowe totalne zmoczenie. Trasa bardzo sympatyczna z różnymi wariantami zakończenia więc bardzo polecam ten teren. Od siebie chciałbym dodać że miło było poznać w końcu na żywo kogoś z forum
I był to swój chłop
W kolejnym poście zdjęcia

Nawet fotki niepotrzebne, choć akurat ja już je widziałam, to wiem, że warto się podzielić...