01-10-2009, 10:01 PM
kolejny gorski dzień przed nami, znów droga pomiędzy nowym sączem a chochołowem... chyba mam deja ' vu z zeszłego tygodnia
tym razem jednak uderzamy na słowację, cel ambitny: rohaczowość
dojeżdzamy na miejsce w 2 godziny... nadal nie wiem czy to kierowca piratował, czy po prostu tyle się jedzie
na parkingu pod rohacką jestem przerażona ilością samochodów - tyle to ja się nie spodziewałam w najśmielszych marzeniach (a raczej koszmarach). i wszystko to tnie w góre doliny. Maciek się z nas nabija troszkę że będziemy kląć na łańcuchach, my się pocieszamy że może oni wszyscy pójdą gdzie indziej - jest opcji kilka do wyboru.
tatiakowa chata i rozstanie z Mallaidhem, po raz pierwszy w naszej karierze, cóż, nie chce to nie. my szybciutko na smutną przełecz, razem z nami - tłum. ścieżka fajna i bezbolesna, aż miło się podchodziło w przyjemnym chłodzie a potem w słoneczku. liczymy zakosy (nawiasem mówiąc z góry się okazało że geodeta i księgowa do czterech liczyć nie umieją
), ostatnia prosta i już smutne sedlo. wolnym leszczem czas obcięliśmy o 45 min.
tu chwila postoju, obserwacje gdzie będzie poruszać się zalegające na przęłeczy stado. na szczęście 2/3 podąża w stronę Banówki... no i zostają ci, co idą z przeciwka.
cóż, jakoś to będzie
w drodze na Placzliwego cieszę się jak dziecko, focę i focę
rohacza osiągamy zgodnie z czasem planowanym, tu już sie pojawia wiecej ludzi
cóż zrobić. chwila odpoczynku i lecimy dalej. no i już ciekawie nie jest - stada ludzi narodowości wszelakiej plątają się pod nogami
i na łańcuchach. na ostrego dochodzimy nieźle wkurzeni, na szczycie nie za bardzo jest gdzie usiąść więc postanawiamy minąć korki i wtedy odpocząć. niestety na łańcuchach jest korek z gatunku dorodnych, ludzie cały czas dochodzą z dołu i w ciągu najbliższej godziny nie ma szansy na przebicie się
próbujemy minąć to wszystko z dołu, ale płyta skalna z przepaścią poniżej skutecznie nam ten pomysł udaremnia. cóż, wracamy na łańcuch. przy pomocy ładnego uśmiechu i odrobiny chamstwa
przedostajemy się na drugą stronę. szukając dogodnego miejsca na postój zoczamy Mallaidha.
a potem już standardzik - piwo, wołowiec, byczenie na Rakoniu i powrót do domu z przerwą w sprawdzonej knajpie w nowym targu.
chwila refleksji - rohacze nie takie trudne są jak opowiadają... przereklamowane jednym słowem
a masa ludzi niestety skutecznie jest w stanie obrzydzić a nawet uniemożliwić górski wypoczynek. niby się nastawialiśmy że tak będzie, a jednak dało kość. cóż, następny raz będzie przy Madziornej pogodzie

tym razem jednak uderzamy na słowację, cel ambitny: rohaczowość

dojeżdzamy na miejsce w 2 godziny... nadal nie wiem czy to kierowca piratował, czy po prostu tyle się jedzie

na parkingu pod rohacką jestem przerażona ilością samochodów - tyle to ja się nie spodziewałam w najśmielszych marzeniach (a raczej koszmarach). i wszystko to tnie w góre doliny. Maciek się z nas nabija troszkę że będziemy kląć na łańcuchach, my się pocieszamy że może oni wszyscy pójdą gdzie indziej - jest opcji kilka do wyboru.
tatiakowa chata i rozstanie z Mallaidhem, po raz pierwszy w naszej karierze, cóż, nie chce to nie. my szybciutko na smutną przełecz, razem z nami - tłum. ścieżka fajna i bezbolesna, aż miło się podchodziło w przyjemnym chłodzie a potem w słoneczku. liczymy zakosy (nawiasem mówiąc z góry się okazało że geodeta i księgowa do czterech liczyć nie umieją
), ostatnia prosta i już smutne sedlo. wolnym leszczem czas obcięliśmy o 45 min.tu chwila postoju, obserwacje gdzie będzie poruszać się zalegające na przęłeczy stado. na szczęście 2/3 podąża w stronę Banówki... no i zostają ci, co idą z przeciwka.
cóż, jakoś to będzie
w drodze na Placzliwego cieszę się jak dziecko, focę i focę
rohacza osiągamy zgodnie z czasem planowanym, tu już sie pojawia wiecej ludzi
cóż zrobić. chwila odpoczynku i lecimy dalej. no i już ciekawie nie jest - stada ludzi narodowości wszelakiej plątają się pod nogami
i na łańcuchach. na ostrego dochodzimy nieźle wkurzeni, na szczycie nie za bardzo jest gdzie usiąść więc postanawiamy minąć korki i wtedy odpocząć. niestety na łańcuchach jest korek z gatunku dorodnych, ludzie cały czas dochodzą z dołu i w ciągu najbliższej godziny nie ma szansy na przebicie się
próbujemy minąć to wszystko z dołu, ale płyta skalna z przepaścią poniżej skutecznie nam ten pomysł udaremnia. cóż, wracamy na łańcuch. przy pomocy ładnego uśmiechu i odrobiny chamstwa
przedostajemy się na drugą stronę. szukając dogodnego miejsca na postój zoczamy Mallaidha.a potem już standardzik - piwo, wołowiec, byczenie na Rakoniu i powrót do domu z przerwą w sprawdzonej knajpie w nowym targu.
chwila refleksji - rohacze nie takie trudne są jak opowiadają... przereklamowane jednym słowem

a masa ludzi niestety skutecznie jest w stanie obrzydzić a nawet uniemożliwić górski wypoczynek. niby się nastawialiśmy że tak będzie, a jednak dało kość. cóż, następny raz będzie przy Madziornej pogodzie


... nie lubię ludzi w górach
Dziczyzna pierwsza klasa