13-09-2009, 07:00 PM
To miał być weekend na pożegnanie wakacji. Wypad bez pośpiechu i bez szaleństw? no, ale Putin już samą swoją obecnością gwarantuje atrakcje ?. Toteż atrakcji nie brakło, ale i brakło.
Plan : wyjazd 11.09.2009 (nie, nie lecimy samolotem? ), noc w Zakopanem u kochanej babcinki ? chyba z czystej sympatii tam się zatrzymujemy, bo jest to dla nas coraz bardziej męczące.
5.30 w sobotę - pobudka . Putin o dziwo wstaje dość szybko , zmiatamy z talerzy śniadanie, doprowadzamy się do porządku i 6.25 wymarsz do Kuźnic ? 6.55 ? już jesteśmy przy szlaku, nie ma jeszcze biletowników , więc ruszamy na trasę na krzywy ryj ? kurcza jak się pędzi znajomymi ścieżkami ? Skupniów Upłaz bliski jak codzienna trasa do pracy? rozpogadza się. Wzdycham z bezwstydnym: Góry to nas lubią ? zawsze mamy śliczną pogodę. Spoglądamy na Kościelec, Świnicę ? niebo śliczne, choć resztki mgieł trochę psują widoczność. Tak ? to będzie piękny dzień.
9.00 ? Czarny Staw i drugie śniadanie ? buławy z pastą z tuńczyka i cebulką. Wdech i wydech, wdech i wydech jeszcze ze trzy razy i będziemy na szlaku sami
Nic z tego, pielgrzymki już zmierzają w tym samym kierunku co my ? Zawrat. Na szlaku dużo ludzi, ale pełna kultura , nie mogę się doczekać pierwszych podejść z łańcuchami, co chwilę łowię w kieszeni cukierki (tak porzuciłam batony, bo mi urosło
), raz dwa i już na przełęczy. Po raz kolejny mam nieodparte wrażenie, że im częściej tutaj jestem tym jest bliżej i łatwiej. Świecie słoneczko, chmury kotłują się i bardzo malowniczo przetaczają między szczytami . Z przełęczy po krótkim wypoczynku tylko my idziemy w stronę Świnicy. Reszta albo w dół do piątki, albo na Kozi? na Kozi w zasadzie to też pielgrzymi idą. Baaaaardzo popularny się zrobił. Kilka tygodni wcześniej też szły pielgrzymki.
Teraz zaczyna się trasa , którą dotąd nie szłam. Szybko zaczynają się łańcuchy i z małymi przerwami już do samego szczytu jest skupienie i spindranie. Powiem szczerze ? bałam się. Nie na szlaku, bałam się wcześniej przed trasą że wymięknę. Wspomnienie sprzed kilku lat, gdzie niefortunnie zawisłam w pewnym miejscu i jeden pan złapał mnie za nogę, żeby pomóc urosło do rozmiarów jakiegoś dramatu. Tymczasem trasa była dla mnie czystą przyjemnością ? bylam pewna, że z wiekiem wraz z kolagenem stracę i tak skromne ilości odwagi, ale nie ?. Jakiś spokój, w połączeniu z ostrożnością i pewnością dały mi kapitalne przeżycia na tej trasie. W ?dramatycznym? punkcie sprzed lat jednak trochę się zablokowałam. W jedną stronę dałam radę, jednak z powrotem poprosiłam o małą pomoc. Ale bez histerii ? wszystko pod kontrolą.
Dygresja nr 1: Zaliczyłam karę na szlaku. Jeden wprawny górołaz schodząc przepuścił mnie. Żeby mu zrobić szybko miejsce idiotycznie chwyciłam kotwę gdzie stykają się dwa łańcuchy, jeden z nich wciąż trzymał Putin. Putin szarpnął podciągając się do góry, a mój palec poczuł co to szybki numerek z ogniwem. Nie odezwałam się ani słowem, choć czułam jak metal zdziera mi skórę z palca. Było mi wstyd przed tym obcym facetem, że tak głupio postąpiłam i zniosłam karę z godnością. Potem nawet nie zwracałam uwagi na zdartą skórę ? trzeba myśleć jak się poruszać, a nie litować nad kawałkiem naskórka, który przepadł z kretesem
Na szczycie byliśmy koło 12.00 Nawet się nacieszyliśmy widokami, obok słowacka ekipa paliła cygara, a dalej jakiś facet w okularach uważnie mi się przyglądał ? jakby się zastanawiał czy mnie zna. W momencie, gdy białe obłoki zaczęły się kotłować podejrzanie i szarzeć postanowiliśmy ruszać w dół ? tym razem w stronę Kasprowego. Ledwie opuściliśmy szczyt ? może 5 minut minęło ? zaczęło padać ? najpierw deszcz, później drobny grad. Natychmiast zrobiło się ślisko. I tu się zaczęło rozdziewiczanie nietkniętej deszczem na górskim szlaku margity. Natychmiast zwolniliśmy, w górę wciąż szły ekipy , tymczasem deszcz rozpadał się na dobre, a co jakiś czas grudki gradu waliły w nasze kurtki. Stosunkowo łatwa trasa stała się nagle mało przyjemna. Woda z łańcuchów wsiąkała w rękawiczki, skała była coraz bardziej śliska (dzięki Bogu buciki nie zawiodły). W okolicy Świnickiej przełęczy zrobiło się koszmarnie zimno. Moje getry już były mokre od frontu, z kurtek lała się woda, rękawiczki przemoknięte, paluchy fioletowe. Ale cóż zrobić ? idziemy dalej. Putin próbuje wspaniałomyślnie naprawić kije jednej dziewczynie, którą spotkaliśmy na szlaku. Udało się znaleźć usterkę, ale brakło narzędzi
Do Kasprowego dochodzimy przemoknięci, a na widok ludzi natychmiast postanawiamy ruszać dalej. Najkrótsza droga ? pod kolejką. Chwila na ogrzanie rąk i pędzimy w dół. Deszcz, wiatr, grad ? mało atrakcji? Słyszymy grzmoty, idzie burza, im jesteśmy niżej tym głośniej grzmi i tym mocniej leje. Putinowi szwankują kolana. A mnie woda z mokrych getrów spływa z klasą do butów. Poniżej Myślenickich Turni idę już z chlupoczącymi basenami w butach w których przybywa wody z każdą chwilą ? cały czas leje. Zaczynają dogorywać kurtki, plecaki już dawno padły w tej bitwie. Zaczynam myśleć, że zanim dojdę do Kuźnic woda z butów zacznie się wylewać, ewentualnie walnie mnie piorun, bo burza ewidentnie szła razem z nami. Największą ironią jest to, że z wierzchu buty nie puściły ? zdradziły mnie ukochane getry, które zadziałały jak rynna. Gdy dotarliśmy do naszego pokoju, z kurtek, plecaków, z butów, i wszystkiego co mieliśmy na sobie lała się woda ? 5 godzin w deszczu zrobiło swoje. Tym sposobem przyroda wybrała za nas. Niedziela miała być pod hasłem : Krzyżne. Niestety, nie było się w co ubrać. Wiadome było, że nic nie wyschnie do następnego dnia.Więc przespaliśmy spokojnie noc pijąc do poduszki żołądkową gorzką, a rano spakowaliśmy manele i jazda do domu.
To jedna z najfajniejszych wypraw na jakich byłam?. Moje lęki odpływają w siną dal?.
Dygresja nr 2: Wcinając fasolkę po bretońsku widzieliśmy jak śmigłowiec leciał w Tatry, jak się później okazało, burza zebrała plony... my już byliśmy bezpieczni w ciepłym SUCHYM pokoju
Dygresja nr 3 : Szkoda tylko, że wspomnienie wyprawy zepsuł telefon mamy, która nie chciała psuć mi humoru w górach i zadzwoniła dopiero dziś po obiedzie z wiadomością, że moja babcia ? Pani Dama umarła.
Fotki później, bo mi serwer nie puszcza i muszę je trochę pougniatać :
Plan : wyjazd 11.09.2009 (nie, nie lecimy samolotem? ), noc w Zakopanem u kochanej babcinki ? chyba z czystej sympatii tam się zatrzymujemy, bo jest to dla nas coraz bardziej męczące.
5.30 w sobotę - pobudka . Putin o dziwo wstaje dość szybko , zmiatamy z talerzy śniadanie, doprowadzamy się do porządku i 6.25 wymarsz do Kuźnic ? 6.55 ? już jesteśmy przy szlaku, nie ma jeszcze biletowników , więc ruszamy na trasę na krzywy ryj ? kurcza jak się pędzi znajomymi ścieżkami ? Skupniów Upłaz bliski jak codzienna trasa do pracy? rozpogadza się. Wzdycham z bezwstydnym: Góry to nas lubią ? zawsze mamy śliczną pogodę. Spoglądamy na Kościelec, Świnicę ? niebo śliczne, choć resztki mgieł trochę psują widoczność. Tak ? to będzie piękny dzień.
9.00 ? Czarny Staw i drugie śniadanie ? buławy z pastą z tuńczyka i cebulką. Wdech i wydech, wdech i wydech jeszcze ze trzy razy i będziemy na szlaku sami
Nic z tego, pielgrzymki już zmierzają w tym samym kierunku co my ? Zawrat. Na szlaku dużo ludzi, ale pełna kultura , nie mogę się doczekać pierwszych podejść z łańcuchami, co chwilę łowię w kieszeni cukierki (tak porzuciłam batony, bo mi urosło
), raz dwa i już na przełęczy. Po raz kolejny mam nieodparte wrażenie, że im częściej tutaj jestem tym jest bliżej i łatwiej. Świecie słoneczko, chmury kotłują się i bardzo malowniczo przetaczają między szczytami . Z przełęczy po krótkim wypoczynku tylko my idziemy w stronę Świnicy. Reszta albo w dół do piątki, albo na Kozi? na Kozi w zasadzie to też pielgrzymi idą. Baaaaardzo popularny się zrobił. Kilka tygodni wcześniej też szły pielgrzymki.Teraz zaczyna się trasa , którą dotąd nie szłam. Szybko zaczynają się łańcuchy i z małymi przerwami już do samego szczytu jest skupienie i spindranie. Powiem szczerze ? bałam się. Nie na szlaku, bałam się wcześniej przed trasą że wymięknę. Wspomnienie sprzed kilku lat, gdzie niefortunnie zawisłam w pewnym miejscu i jeden pan złapał mnie za nogę, żeby pomóc urosło do rozmiarów jakiegoś dramatu. Tymczasem trasa była dla mnie czystą przyjemnością ? bylam pewna, że z wiekiem wraz z kolagenem stracę i tak skromne ilości odwagi, ale nie ?. Jakiś spokój, w połączeniu z ostrożnością i pewnością dały mi kapitalne przeżycia na tej trasie. W ?dramatycznym? punkcie sprzed lat jednak trochę się zablokowałam. W jedną stronę dałam radę, jednak z powrotem poprosiłam o małą pomoc. Ale bez histerii ? wszystko pod kontrolą.
Dygresja nr 1: Zaliczyłam karę na szlaku. Jeden wprawny górołaz schodząc przepuścił mnie. Żeby mu zrobić szybko miejsce idiotycznie chwyciłam kotwę gdzie stykają się dwa łańcuchy, jeden z nich wciąż trzymał Putin. Putin szarpnął podciągając się do góry, a mój palec poczuł co to szybki numerek z ogniwem. Nie odezwałam się ani słowem, choć czułam jak metal zdziera mi skórę z palca. Było mi wstyd przed tym obcym facetem, że tak głupio postąpiłam i zniosłam karę z godnością. Potem nawet nie zwracałam uwagi na zdartą skórę ? trzeba myśleć jak się poruszać, a nie litować nad kawałkiem naskórka, który przepadł z kretesem

Na szczycie byliśmy koło 12.00 Nawet się nacieszyliśmy widokami, obok słowacka ekipa paliła cygara, a dalej jakiś facet w okularach uważnie mi się przyglądał ? jakby się zastanawiał czy mnie zna. W momencie, gdy białe obłoki zaczęły się kotłować podejrzanie i szarzeć postanowiliśmy ruszać w dół ? tym razem w stronę Kasprowego. Ledwie opuściliśmy szczyt ? może 5 minut minęło ? zaczęło padać ? najpierw deszcz, później drobny grad. Natychmiast zrobiło się ślisko. I tu się zaczęło rozdziewiczanie nietkniętej deszczem na górskim szlaku margity. Natychmiast zwolniliśmy, w górę wciąż szły ekipy , tymczasem deszcz rozpadał się na dobre, a co jakiś czas grudki gradu waliły w nasze kurtki. Stosunkowo łatwa trasa stała się nagle mało przyjemna. Woda z łańcuchów wsiąkała w rękawiczki, skała była coraz bardziej śliska (dzięki Bogu buciki nie zawiodły). W okolicy Świnickiej przełęczy zrobiło się koszmarnie zimno. Moje getry już były mokre od frontu, z kurtek lała się woda, rękawiczki przemoknięte, paluchy fioletowe. Ale cóż zrobić ? idziemy dalej. Putin próbuje wspaniałomyślnie naprawić kije jednej dziewczynie, którą spotkaliśmy na szlaku. Udało się znaleźć usterkę, ale brakło narzędzi

Do Kasprowego dochodzimy przemoknięci, a na widok ludzi natychmiast postanawiamy ruszać dalej. Najkrótsza droga ? pod kolejką. Chwila na ogrzanie rąk i pędzimy w dół. Deszcz, wiatr, grad ? mało atrakcji? Słyszymy grzmoty, idzie burza, im jesteśmy niżej tym głośniej grzmi i tym mocniej leje. Putinowi szwankują kolana. A mnie woda z mokrych getrów spływa z klasą do butów. Poniżej Myślenickich Turni idę już z chlupoczącymi basenami w butach w których przybywa wody z każdą chwilą ? cały czas leje. Zaczynają dogorywać kurtki, plecaki już dawno padły w tej bitwie. Zaczynam myśleć, że zanim dojdę do Kuźnic woda z butów zacznie się wylewać, ewentualnie walnie mnie piorun, bo burza ewidentnie szła razem z nami. Największą ironią jest to, że z wierzchu buty nie puściły ? zdradziły mnie ukochane getry, które zadziałały jak rynna. Gdy dotarliśmy do naszego pokoju, z kurtek, plecaków, z butów, i wszystkiego co mieliśmy na sobie lała się woda ? 5 godzin w deszczu zrobiło swoje. Tym sposobem przyroda wybrała za nas. Niedziela miała być pod hasłem : Krzyżne. Niestety, nie było się w co ubrać. Wiadome było, że nic nie wyschnie do następnego dnia.Więc przespaliśmy spokojnie noc pijąc do poduszki żołądkową gorzką, a rano spakowaliśmy manele i jazda do domu.
To jedna z najfajniejszych wypraw na jakich byłam?. Moje lęki odpływają w siną dal?.
Dygresja nr 2: Wcinając fasolkę po bretońsku widzieliśmy jak śmigłowiec leciał w Tatry, jak się później okazało, burza zebrała plony... my już byliśmy bezpieczni w ciepłym SUCHYM pokoju
Dygresja nr 3 : Szkoda tylko, że wspomnienie wyprawy zepsuł telefon mamy, która nie chciała psuć mi humoru w górach i zadzwoniła dopiero dziś po obiedzie z wiadomością, że moja babcia ? Pani Dama umarła.
Fotki później, bo mi serwer nie puszcza i muszę je trochę pougniatać :


. Ja bym jednak w tych negatywnych uczuciach znalazł jedno pozytywne
).


