12-09-2009, 06:50 PM
Czwarta trzydzieści. Powolutku otwieram powieki i próbuję sobie uświadomić, co za dzień dzisiaj mamy i czy aby do pracy nie trzeba wstawać. Chyba jednak nie! Dzisiaj wypada wolne. Zerkam przez otwarte okno na niebo i nie mam wątpliwości. Góry znów są dzisiaj mi pisane. Ostatnio mam wiele szczęścia z pogodą. Zostawiam smacznie jeszcze śpiącą żoneczkę w łóżku i czmycham na poranną toaletę. Po drodze robię pobudkę Michałowi i już razem snujemy się w przygotowaniach do wyjazdu. Kiedy nasza czworonożna pupilka zobaczyła spakowane plecaki, nie dała już sobie wyperswadować, żeby została w domu i pilnowała "pani". Zajęła honorowe miejsce w samochodzie i ze szczęściem malującym się na pysku ruszyła z nami. Jak królowie zajeżdżamy naszą dwudziestoletnią lukstorpedą na pusty jeszcze parking i Wisła Nowa Osada jest do naszej dyspozycji. Początek nie ciekawy. Trzeba asfalcikiem dojść do miejsca skąd rozpoczyna się szlak. Jedyną atrakcję stanowi nowo wybudowana skocznia narciarska, którą tym razem podziwiamy od dołu. Nigdy w życiu nie wylazłbym na tą "szubienicę". Docieramy na miejsce i tu mała konsternacja. Czyżby już skleroza tak bardzo mi dokuczała? Jestem pewny, że to tu. Tylko jakoś oznakowania wyparowały. Kichać oznakowania, grunt, że ścieżka do góry prowadzi. Jestem pewny tego, że dojdziemy do wyznaczonego na dzisiaj celu. Początek, jak zawsze. Niekończące się podejście. Dobrze, że niezbyt strome, to wszystkich potów z nas nie wycisnęło. Jedynie "Puma" na nic nie narzekała. Rekompensatą są coraz piękniejsze widoki, choć tą sielską atmosferę psują połacie pozbawionych drzewostanu terenów. Częsta to już praktyka w Beskidzie Śląskim, i moje oczy coraz gorzej te widoki znoszą. Tuż przed osiągnięciem pierwszego dzisiaj szczytu odnajduje się szlak. Wniosek z tego taki, że nie został on całkowicie zlikwidowany, a jedynie przeniesiono jego początek. Od tego momentu nasza droga pokrywa się już z oznaczeniem szlakowym. Tuż przed samym szczytem gwałtownie skręcamy w prawo trawersując zbocze, tym samym omijając sam wierzchołek "Czupla", który do zbyt atrakcyjnych nie należy. W podobnej scenerii mijają nam kolejne dwie godziny marszu.
[attachment=25833][attachment=25834][attachment=25835]
Przed nami ostre podejście na Przełęcz Salmopolską. Dobrych kilka kropel potu wsiąka w kamienie. Pierwszy dzisiaj postój i posiłek. Michał już mi nie dawał spokoju, tak mu w brzuchu burczało. Najchętniej cały zapas jedzenia wtrąbiłby już na samym początku. Gdzie mu się to wszystko mieści? Nie wiem. Fajnie się siedzi, jednak trzeba ruszać dalej. Podejście pod Malinów, to całkiem znośna droga w zalesionym terenie. Na wypłaszczeniu, roślinność się przerzedza i naszym oczętom ukazuje się porcja okolicznego krajobrazu. Nie wiedzieć nawet kiedy, przyklepujemy słupek szczytowy.
[attachment=25836][attachment=25837][attachment=25838][attachment=25839][attachment=25840]
Stąd zaczynamy pierwsze w dniu dzisiejszym krótkie zejście. Mniej więcej w jego połowie, skręcamy w prawo i znikamy ze szlakowych radarów. Przejście stu metrów wystarcza, aby dojść do jednej z największych, oficjalnych, podpowierzchniowych atrakcji beskidzkich. Do odwiedzenia tego miejsca zainspirowała mnie jedna z relacji, która ukazała się na naszym forum i prywatna korespondencja z jej autorem. To jedna z dwóch największych jaskiń w tym rejonie, które zostały dokładnie spenetrowane i opisane. Szczelina w ziemi jest dość duża, ale żeby tam zejść, trzeba dosięgnąć pierwszego stopnia drabinki, która prowadzi w otchłań jaskini, a do której bezpośredniego dostępu broni lita skała. Braki obycia w takich sytuacjach i moja niegramotność, nie pozwoliły wykonać mi tego zadania. Po kilku próbach dezerteruję w obawie, że więcej z tego może wyniknąć kłopotów, niż pożytku. Michał wcale nie był od mnie w tej materii lepszy, choć jest o ponad dwadzieścia lat młodszy i jest nieźle wygimnastykowany. Nie mieliśmy też niczego do przebrania, co pozwoliłoby nam na większą swobodę manewrową. Komicznie to wyglądało, kiedy dwóch dorosłych facetów kręciło się w kółko obok jednego otworu i nie mogło sobie z nim poradzić. Szkoda wielka, bo naprawdę miałem ochotę przezwyciężyć strach i chociaż zajrzeć w głąb pierwszego korytarza. No cóż, może innym razem. Jeżeli chcemy zdążyć przed zmrokiem na parking, to trzeba ruszać dalej.
[attachment=25841][attachment=25842][attachment=25843][attachment=25844]
Tutaj już idzie gładko. Malinowska Skała, która jest kolejnym naszym "łupem", to jedno z niewielu miejsc w Beskidzie Śląskim, gdzie można stanąć na skraju wypiętrzenia skalnego i poczuć pustkę pod nogami. W miniaturze oczywiście. Trochę tłumnie się tam zrobiło, więc nie gościmy długo.
[attachment=25845][attachment=25846]
Do następnego szczytu, którym jest Zielony Kopiec, mamy tylko pół godziny drogi.
[attachment=25847][attachment=25848][attachment=25849]
Stąd rozpościerają się jedne z najpiękniejszych panoram widokowych w całej okolicy. Mglisty horyzont utrudnia nam trochę wypatrzenie Babiej Góry, ale wprawne oko daje radę. Teraz przed nami najmniej lubiany moment, czyli kilkugodzinne zejście w miarę płaskim terenem.
[attachment=25850][attachment=25851]
I właściwie na tym można by było zakończyć tą relację, gdyby nie jeden mrożący krew w żyłach epizod. Mogło się skończyć śmiercią jednego z uczestników wycieczki. Schodząc żółtym szlakiem, który stanowi dość szeroką ścieżkę górską, w pewnym momencie stanęliśmy jak wryci, zaskoczeni całą sytuacją. Nie wiedzieć skąd, ani jak, zupełnie niepostrzeżenie, między nogami naszego psiaka wiła się dorodna żmija. Szacunkowo gad mógł mieć około 70 cm długości, więc był naprawdę dorodny. Niczego nieświadoma "Puma" stała sobie razem z nami w miejscu i radośnie merdała ogonem. Na całe szczęście nie poruszyła się gwałtownie, jakby wiedziała, że to może ją kosztować życie. No i co najważniejsze, w ogóle jej nie zauważyła, co by skutkowało przytknięciem nosa do "koleżanki" w geście przywitania się z nią. Nawet nie chcę myśleć, jaki byłby tego finał. A tak, żmija spokojnie oddaliła się w pobliskie zarośla, nasza psina przeżyła, a my z Michałem głęboko odetchnęliśmy. Kiedy idziemy sami i napotykamy te sympatyczne skądinąd gady, z wielkim zainteresowaniem prowadzimy ich obserwację, wiedząc, że gdy nie są w stanie zagrożenia, nie atakują. Poza tym, wysokie cholewki butów skutecznie chronią przed ukąszeniem. Dalej już bez żadnych przygód zmordowani, ale i szczęśliwi, że mogliśmy kolejny dzień spędzić w górach, wracamy do domu.
[attachment=25833][attachment=25834][attachment=25835]
Przed nami ostre podejście na Przełęcz Salmopolską. Dobrych kilka kropel potu wsiąka w kamienie. Pierwszy dzisiaj postój i posiłek. Michał już mi nie dawał spokoju, tak mu w brzuchu burczało. Najchętniej cały zapas jedzenia wtrąbiłby już na samym początku. Gdzie mu się to wszystko mieści? Nie wiem. Fajnie się siedzi, jednak trzeba ruszać dalej. Podejście pod Malinów, to całkiem znośna droga w zalesionym terenie. Na wypłaszczeniu, roślinność się przerzedza i naszym oczętom ukazuje się porcja okolicznego krajobrazu. Nie wiedzieć nawet kiedy, przyklepujemy słupek szczytowy.
[attachment=25836][attachment=25837][attachment=25838][attachment=25839][attachment=25840]
Stąd zaczynamy pierwsze w dniu dzisiejszym krótkie zejście. Mniej więcej w jego połowie, skręcamy w prawo i znikamy ze szlakowych radarów. Przejście stu metrów wystarcza, aby dojść do jednej z największych, oficjalnych, podpowierzchniowych atrakcji beskidzkich. Do odwiedzenia tego miejsca zainspirowała mnie jedna z relacji, która ukazała się na naszym forum i prywatna korespondencja z jej autorem. To jedna z dwóch największych jaskiń w tym rejonie, które zostały dokładnie spenetrowane i opisane. Szczelina w ziemi jest dość duża, ale żeby tam zejść, trzeba dosięgnąć pierwszego stopnia drabinki, która prowadzi w otchłań jaskini, a do której bezpośredniego dostępu broni lita skała. Braki obycia w takich sytuacjach i moja niegramotność, nie pozwoliły wykonać mi tego zadania. Po kilku próbach dezerteruję w obawie, że więcej z tego może wyniknąć kłopotów, niż pożytku. Michał wcale nie był od mnie w tej materii lepszy, choć jest o ponad dwadzieścia lat młodszy i jest nieźle wygimnastykowany. Nie mieliśmy też niczego do przebrania, co pozwoliłoby nam na większą swobodę manewrową. Komicznie to wyglądało, kiedy dwóch dorosłych facetów kręciło się w kółko obok jednego otworu i nie mogło sobie z nim poradzić. Szkoda wielka, bo naprawdę miałem ochotę przezwyciężyć strach i chociaż zajrzeć w głąb pierwszego korytarza. No cóż, może innym razem. Jeżeli chcemy zdążyć przed zmrokiem na parking, to trzeba ruszać dalej.
[attachment=25841][attachment=25842][attachment=25843][attachment=25844]
Tutaj już idzie gładko. Malinowska Skała, która jest kolejnym naszym "łupem", to jedno z niewielu miejsc w Beskidzie Śląskim, gdzie można stanąć na skraju wypiętrzenia skalnego i poczuć pustkę pod nogami. W miniaturze oczywiście. Trochę tłumnie się tam zrobiło, więc nie gościmy długo.
[attachment=25845][attachment=25846]
Do następnego szczytu, którym jest Zielony Kopiec, mamy tylko pół godziny drogi.
[attachment=25847][attachment=25848][attachment=25849]
Stąd rozpościerają się jedne z najpiękniejszych panoram widokowych w całej okolicy. Mglisty horyzont utrudnia nam trochę wypatrzenie Babiej Góry, ale wprawne oko daje radę. Teraz przed nami najmniej lubiany moment, czyli kilkugodzinne zejście w miarę płaskim terenem.
[attachment=25850][attachment=25851]
I właściwie na tym można by było zakończyć tą relację, gdyby nie jeden mrożący krew w żyłach epizod. Mogło się skończyć śmiercią jednego z uczestników wycieczki. Schodząc żółtym szlakiem, który stanowi dość szeroką ścieżkę górską, w pewnym momencie stanęliśmy jak wryci, zaskoczeni całą sytuacją. Nie wiedzieć skąd, ani jak, zupełnie niepostrzeżenie, między nogami naszego psiaka wiła się dorodna żmija. Szacunkowo gad mógł mieć około 70 cm długości, więc był naprawdę dorodny. Niczego nieświadoma "Puma" stała sobie razem z nami w miejscu i radośnie merdała ogonem. Na całe szczęście nie poruszyła się gwałtownie, jakby wiedziała, że to może ją kosztować życie. No i co najważniejsze, w ogóle jej nie zauważyła, co by skutkowało przytknięciem nosa do "koleżanki" w geście przywitania się z nią. Nawet nie chcę myśleć, jaki byłby tego finał. A tak, żmija spokojnie oddaliła się w pobliskie zarośla, nasza psina przeżyła, a my z Michałem głęboko odetchnęliśmy. Kiedy idziemy sami i napotykamy te sympatyczne skądinąd gady, z wielkim zainteresowaniem prowadzimy ich obserwację, wiedząc, że gdy nie są w stanie zagrożenia, nie atakują. Poza tym, wysokie cholewki butów skutecznie chronią przed ukąszeniem. Dalej już bez żadnych przygód zmordowani, ale i szczęśliwi, że mogliśmy kolejny dzień spędzić w górach, wracamy do domu.

fajnie to opisałeś, szkoda że mieszkam tak daleko i w Twoich rejonach byłem tylko raz. Cieszę się, że przygoda ze żmiją dobrze się skończyła
Szkoda tylko, że ten kornik robi spustoszenie wszędzie. Tam gdzie był przed dwiema laty gęsty las jest teraz goło.
, może przyszłym razem zaliczysz wescie do jaskini
