16-08-2009, 04:33 PM
Witam,
wszyscy chwalą się tym gdzie byli i co widzieli to i ja się pochwalę
Wycieczkę rozpoczęłam od zwiedzania Jaskiń. Rozpoczynając, od obijania głową skał w Mroźnej, poprzez Raptawicką, Mylną i kończąc na Smoczej.
Mroźna przebiegła sprawnie i śmiechowo - za mną szło młode małżeństwo z nosidełkiem - trochę było im ciasno gdzieniegdzie ale dali rade. Pod koniec tylko dzidzia miała już dość więc przyśpieszyliśmy tempo aby jak najszybciej wyjść. Z owego tunelu polazłam do Raptawickiej, powłaziłam we wszystkie dziury sądząc, że dojdę do kapliczki (o której wcześniej wiedziałam). Niestety okazało się, że tam gdzie podobno (uwierzyłam na słowo osobie trzeciej) nie da się wleźć jednak wleźć się dało :/. Rezultat zwiedzania Raptawickiej? Nijaki poza pierwszymi salami i korytarzykami.
P.S. Dzięki za troskę Panu, który pytał się czy ktoś wie o tym że "idziemy" w jaskinie. (pewnie że wiedział, ja wiedziałam
). Z Raptawickiej rzut beretem do Mylnej, aż grzech nie wstąpić. I tu ku mojemu wcześniejszemu przeczuciu Pani pyta, "była Pani już w tej Jaskini? mój towarzysz na to - No tak. Pani pyta - "to możemy iść z Panią? Mówię ok jeśli mają światełko. Towarzyszowi na stronie mówię - I takem czuła że nie będziemy tu sami
Wchodzimy, zapalamy światełka a Pani po 5 minutach mówi że się boi i że nie idzie, mówię świetnie, zostaje tylko jej syn - chłopak nie sprawiał problemu wiec poszliśmy dalej. W Mylnej jak to w Mylnej - mokro i ... nie uwierzycie ale ... Mylna się kurczy. No jakoś tak ciaśniej się zrobiło ( bo przecież to nie ja rosnę)
.
Rezultat zwiedzania mylnej? - parę guzów i mapa tatr pozostawiona przez turystów
Dalej poszliśmy do Smoczej, przyzna że pierwszy raz tam byłam i ... przyjemnie się szło
Idę, idę i idę i tak myśle może smoka gdzieś spotkam ... a tu ... kolejka
i to większa niż na Giewont. O Matulu sobie myślę, no ale nic jak przyszłam to i odstoję. Przełam i jak schodziłam już do Doliny to .... przypomniałam sobie co mnie ciągnie tak w te pagórki. Zielono, cicho i pięknie. Idealne miejsce do odpoczynku. 
Dalej szlaki poprowadziły na Kościelec. Rozpoczęło się z Kuźnic dołem do Murowańca ( i tu okazało się że w tym roku góry nie są dla mnie tak łaskawe jak kiedyś). Ludu co niemiara ale marząc już o Karbie, pokonując własne słabości poszłam dalej. W Murowańcu przystanek na herbatkę i dalej do mojego ukochanego Gąsiennicowego. Tu też chmara ludzi ale myśle se a co tam, przecież i tak jestem tu tylko ja. Dalej na Karb było już mniej chętnych, wdrapałam się, stanęłam i popatrzyłam i pomyślałam - o Matko jak tu piknie. Ma się wrażenie że cały świat jest u mych stóp. Dalej na Kościelec. Początkowo było ok, potem ruch wahadłowy i obowiązkowe odstanie swojego. Na górze trochę wiało, naokoło wszędzie Panowie nie dają rady zejść to nakładają kaski i na linach zjeżdżają
ogólnie mówiąc przyjemnie. Pogoda dopisała wiec można było spokojnie popaść w zadumę. Przy schodzeniu okazało się że moje kolana nie wytrzymują ale jakoś tam zeszłam do Murowańca i dalej dołem do Kuźnic.
Moje dalsze palny były związane z panoramą od Czerwonych do Kasprowego. W starciu pogoda was ja : 1:0 dla pogody. Ze względów bezpieczeństwa postanowiłam się zawrócić. Kontuzjowane kolano i śliski szlak mógły okazać się dla mnie trochę pechowy. Żal w sercu wynagrodziłam sobie gofrem z jagódkami
Dalej zaatakowałam Kasprowy, Przełęcz i Świnicę. Atak udany
Początkowo na Kasprowym był plan iść na Czerwone ale ostatecznie dałam się przekonać i poszliśmy w drugą stronę. Początek nie zapowiadał się ciekawie. Na Kasprowym mleko że nic nie widać. Poszliśmy dalej panując wcześniejsze zejście w przypadku złej pogody. Matka natura chciała chyba wynagrodzić mi wczorajsze rozczarowanie i tak dmuchnęła, że przepędziła chmury. Jak zapewne się domyślacie i wiecie szlak piękny, pusty i cichy. Do Przełęczy po drodze minęliśmy zaledwie parę osób. Przed podejście jeszcze chwila zastanowienia się czy dam radę zejść. Egoistycznie myśląc - co będzie to będzie - zaczęłam się wdrapywać. Do momentu pierwszych asekuracji skakał za mną jakich chłopak robiąc zdjęcia. Dziwnie się zachowywał więc zaczęłam się zastanawiać czy wszystko z nim w porządku? Uśmiechał się jakoś tak dziwnie i cały czas oglądał na mnie. Przy łańcuchach dziwny Pan wycofał się. Po godzinie marszu udało się wyjść. Na ostatniej asekuracji radziłam Panu na którym kamieniu powinien postawić nogę aby wejść po czym sama krzyczałam - hej podpowiedz jak wejść. No niestety moje nóżki zbyt króciutkie tu i ówdzie więc ... wciągnęłam się ...
. Weszłam i .... wtopa ... mówię do mojego towarzysza nie idź tam dalej bo tam jest przejście - na co mi jeden z piechurów - raczej ciężko tam z przejściem bo szlak się kończy
i tu spuszczę głowę bez komentarza
. Po kilkunastu minutach i spałaszowanej kanapce postanowiłam schodzić bo coś ciemne chmury nawiewało. No i okazało się że nie daje już rady, kolano i stopy odmówiły współpracy. Pomału, pomału z dupoślizgiem na prostym prostopadłym kamieniu zeszłam do Przełęczy. Krótki odpoczynek i dalej w dół do Murowańca. Oj ciężko było. W Murowańcu kolejny mały odpoczynek i dalej górą do Kuźnic. Wiedziałam że górą się fatalnie schodzi ale i tak tam polazłam nie wiedzieć czemu. Na dole nogi trzęsły się niesamowicie. Motto z wyprawy - Patrz, człowiek tak się zjebie na maksa ( w wolnym tłumaczeniu zmęczy) ale nawet nie jet zły sam na siebie że tak się męczy tylko następnego dnia idzie dalej"
Kolejny dzień spędziłam w Słowackim Raju. Połaziłam, po wspinałam, poślizgałam ( w trakcie padał deszcz na przemian ze słońcem) zadowolona dowlekłam się do schroniska i ścieżką rowerową zeszłam na dół. Wybrałam tą opcję ze względu na kontuzję sądząc że szlak będzie wyglądał trochę inaczej
hehe ja i moje myśli 
I na tym zakończyłam moją przygodę z Tatrami. Starcie nogi
asja - 1:0.
Wyjeżdżając wiedziałam że przyjadę tu za rok. Wiedziałam że ... gdziekolwiek będę wiatr będzie przypominał mi zapach Tatr ...
...
wszyscy chwalą się tym gdzie byli i co widzieli to i ja się pochwalę

Wycieczkę rozpoczęłam od zwiedzania Jaskiń. Rozpoczynając, od obijania głową skał w Mroźnej, poprzez Raptawicką, Mylną i kończąc na Smoczej.
Mroźna przebiegła sprawnie i śmiechowo - za mną szło młode małżeństwo z nosidełkiem - trochę było im ciasno gdzieniegdzie ale dali rade. Pod koniec tylko dzidzia miała już dość więc przyśpieszyliśmy tempo aby jak najszybciej wyjść. Z owego tunelu polazłam do Raptawickiej, powłaziłam we wszystkie dziury sądząc, że dojdę do kapliczki (o której wcześniej wiedziałam). Niestety okazało się, że tam gdzie podobno (uwierzyłam na słowo osobie trzeciej) nie da się wleźć jednak wleźć się dało :/. Rezultat zwiedzania Raptawickiej? Nijaki poza pierwszymi salami i korytarzykami.
P.S. Dzięki za troskę Panu, który pytał się czy ktoś wie o tym że "idziemy" w jaskinie. (pewnie że wiedział, ja wiedziałam
). Z Raptawickiej rzut beretem do Mylnej, aż grzech nie wstąpić. I tu ku mojemu wcześniejszemu przeczuciu Pani pyta, "była Pani już w tej Jaskini? mój towarzysz na to - No tak. Pani pyta - "to możemy iść z Panią? Mówię ok jeśli mają światełko. Towarzyszowi na stronie mówię - I takem czuła że nie będziemy tu sami
Wchodzimy, zapalamy światełka a Pani po 5 minutach mówi że się boi i że nie idzie, mówię świetnie, zostaje tylko jej syn - chłopak nie sprawiał problemu wiec poszliśmy dalej. W Mylnej jak to w Mylnej - mokro i ... nie uwierzycie ale ... Mylna się kurczy. No jakoś tak ciaśniej się zrobiło ( bo przecież to nie ja rosnę)
. Rezultat zwiedzania mylnej? - parę guzów i mapa tatr pozostawiona przez turystów

Dalej poszliśmy do Smoczej, przyzna że pierwszy raz tam byłam i ... przyjemnie się szło
Idę, idę i idę i tak myśle może smoka gdzieś spotkam ... a tu ... kolejka
i to większa niż na Giewont. O Matulu sobie myślę, no ale nic jak przyszłam to i odstoję. Przełam i jak schodziłam już do Doliny to .... przypomniałam sobie co mnie ciągnie tak w te pagórki. Zielono, cicho i pięknie. Idealne miejsce do odpoczynku. 
Dalej szlaki poprowadziły na Kościelec. Rozpoczęło się z Kuźnic dołem do Murowańca ( i tu okazało się że w tym roku góry nie są dla mnie tak łaskawe jak kiedyś). Ludu co niemiara ale marząc już o Karbie, pokonując własne słabości poszłam dalej. W Murowańcu przystanek na herbatkę i dalej do mojego ukochanego Gąsiennicowego. Tu też chmara ludzi ale myśle se a co tam, przecież i tak jestem tu tylko ja. Dalej na Karb było już mniej chętnych, wdrapałam się, stanęłam i popatrzyłam i pomyślałam - o Matko jak tu piknie. Ma się wrażenie że cały świat jest u mych stóp. Dalej na Kościelec. Początkowo było ok, potem ruch wahadłowy i obowiązkowe odstanie swojego. Na górze trochę wiało, naokoło wszędzie Panowie nie dają rady zejść to nakładają kaski i na linach zjeżdżają
ogólnie mówiąc przyjemnie. Pogoda dopisała wiec można było spokojnie popaść w zadumę. Przy schodzeniu okazało się że moje kolana nie wytrzymują ale jakoś tam zeszłam do Murowańca i dalej dołem do Kuźnic. Moje dalsze palny były związane z panoramą od Czerwonych do Kasprowego. W starciu pogoda was ja : 1:0 dla pogody. Ze względów bezpieczeństwa postanowiłam się zawrócić. Kontuzjowane kolano i śliski szlak mógły okazać się dla mnie trochę pechowy. Żal w sercu wynagrodziłam sobie gofrem z jagódkami

Dalej zaatakowałam Kasprowy, Przełęcz i Świnicę. Atak udany
Początkowo na Kasprowym był plan iść na Czerwone ale ostatecznie dałam się przekonać i poszliśmy w drugą stronę. Początek nie zapowiadał się ciekawie. Na Kasprowym mleko że nic nie widać. Poszliśmy dalej panując wcześniejsze zejście w przypadku złej pogody. Matka natura chciała chyba wynagrodzić mi wczorajsze rozczarowanie i tak dmuchnęła, że przepędziła chmury. Jak zapewne się domyślacie i wiecie szlak piękny, pusty i cichy. Do Przełęczy po drodze minęliśmy zaledwie parę osób. Przed podejście jeszcze chwila zastanowienia się czy dam radę zejść. Egoistycznie myśląc - co będzie to będzie - zaczęłam się wdrapywać. Do momentu pierwszych asekuracji skakał za mną jakich chłopak robiąc zdjęcia. Dziwnie się zachowywał więc zaczęłam się zastanawiać czy wszystko z nim w porządku? Uśmiechał się jakoś tak dziwnie i cały czas oglądał na mnie. Przy łańcuchach dziwny Pan wycofał się. Po godzinie marszu udało się wyjść. Na ostatniej asekuracji radziłam Panu na którym kamieniu powinien postawić nogę aby wejść po czym sama krzyczałam - hej podpowiedz jak wejść. No niestety moje nóżki zbyt króciutkie tu i ówdzie więc ... wciągnęłam się ...
. Weszłam i .... wtopa ... mówię do mojego towarzysza nie idź tam dalej bo tam jest przejście - na co mi jeden z piechurów - raczej ciężko tam z przejściem bo szlak się kończy
i tu spuszczę głowę bez komentarza
. Po kilkunastu minutach i spałaszowanej kanapce postanowiłam schodzić bo coś ciemne chmury nawiewało. No i okazało się że nie daje już rady, kolano i stopy odmówiły współpracy. Pomału, pomału z dupoślizgiem na prostym prostopadłym kamieniu zeszłam do Przełęczy. Krótki odpoczynek i dalej w dół do Murowańca. Oj ciężko było. W Murowańcu kolejny mały odpoczynek i dalej górą do Kuźnic. Wiedziałam że górą się fatalnie schodzi ale i tak tam polazłam nie wiedzieć czemu. Na dole nogi trzęsły się niesamowicie. Motto z wyprawy - Patrz, człowiek tak się zjebie na maksa ( w wolnym tłumaczeniu zmęczy) ale nawet nie jet zły sam na siebie że tak się męczy tylko następnego dnia idzie dalej"Kolejny dzień spędziłam w Słowackim Raju. Połaziłam, po wspinałam, poślizgałam ( w trakcie padał deszcz na przemian ze słońcem) zadowolona dowlekłam się do schroniska i ścieżką rowerową zeszłam na dół. Wybrałam tą opcję ze względu na kontuzję sądząc że szlak będzie wyglądał trochę inaczej
hehe ja i moje myśli 
I na tym zakończyłam moją przygodę z Tatrami. Starcie nogi
asja - 1:0.Wyjeżdżając wiedziałam że przyjadę tu za rok. Wiedziałam że ... gdziekolwiek będę wiatr będzie przypominał mi zapach Tatr ...
...

