10-08-2009, 02:23 PM
Kiedy planowaliśmy tą wyprawę wydawało się, że nie powinno być żadnych niespodzianek ani trudności. Ot, zwykłe dwa dni spędzone na penetrowaniu zakątków Beskidu Żywieckiego. Z daleka jednak od Babiej Góry i Pilska, na których to z całą pewnością natknęlibyśmy się na masę turystów. Tego chcieliśmy uniknąć. Potrzeba nam było ciszy i spokoju. Im bliżej jednak było wyznaczonego terminu wyjazdu, tym więcej zaczęło się przed nami piętrzyć trudności. Najpierw Marioli (moja żona) przypomniało się, że dokładnie w tym dniu Karolina (moja córka) ma wyznaczoną co półroczną wizytę kontrolną u kardiologa i szkoda było ją przekładać na inny termin. Później, Michał (mój syn), miał zarezerwowanych kilka dni na spędzenie ich ze swoją dziewczyną. I tak wyjazd się odwlekał. Na koniec jeszcze, kiedy plecaki były już prawie spakowane, wszystkie prognozy pogody zgodnie przewidywały kilka burzowych dni w okolicach, do których chcieliśmy dotrzeć. W tym czasie, jeszcze raz, na spokojnie, przeanalizowałem całą trasę i doszedłem do wniosku, że etap przewidziany na drugi i zarazem ostatni dzień wędrówki, może okazać się za długi i nie zdążymy na ostatnie połączenia, którymi mieliśmy wrócić do domu. Ponowna reorganizacja planów i dołożyłem jeszcze jeden dzień, dla bezpieczeństwa i wygody. Co to za przyjemność latać po górach z wywalonym językiem i ściśle przestrzegać rygoru czasowego. I tak dobrnęliśmy do czwartku, kiedy to już nic nie stanęło nam na przeszkodzie i zgodnie z najnowszą wersją planu o godzinie czwartej rano nastąpiła pobudka całego towarzystwa.
Dzień pierwszy!
Najpierw autobusem PKS-u do Bielska, w którym to mieliśmy godzinną przerwę w oczekiwaniu na pociąg do Zwardonia. Pomimo tego, że jechał z Katowic, na peronie zjawił się nawet przed czasem. Czyżby coś drgnęło w naszych Kolejach Państwowych? Stacja docelowa - Rycerka. Skrupulatnie odliczałem poszczególne przystanki, żeby nie przegapić tej mieściny. Wysiadka w pośpiechu i kolejny szok tego dnia. Dworcem okazała się być ruina malutkiego budynku, na którym jakimś cudem jeszcze obstał się napis z nazwą miejscowości. [attachment=24727]
Współczuję jednak tym, którzy tą stacje obrali jako wyjazdową z tego rejonu. Oprócz obdrapanych ścian, nic więcej się w środku nie znajduje. O rozkładzie jazdy, można zapomnieć. Nic, tylko cierpliwie czekać w nadziei, że oczekiwanie na przyjazd pociągu w interesującym nas kierunku, nie będzie przeciągało się w nieskończoność. Nas ten problem na szczęście nie dotyczył. Bardzo delikatna mżawka, która towarzyszyła nam przez cały czas przejazdu, teraz zaczęła się nasilać, co zmusiło nas do założenia kurtek przeciwdeszczowych. [attachment=24728]Czym prędzej odnaleźliśmy szlak i wyruszyli w drogę. Jak to zwykle na początku bywa, trochę mocno już sfatygowanego asfaltu, który wkrótce zaczął występować w szczątkowej wersji. Potem przekształcił się w betonowe płyty, aż w końcu, ku naszej uciesze, zniknął raz na zawsze. [attachment=24729]Kamienistą drogą powoli posuwaliśmy się naprzód. Zwracaliśmy baczną uwagę na oznakowanie szlaku, nie chcąc się zgubić już na samym początku wędrówki. Muszę przyznać, że nie trzeba było wytrzeszczać oczu, żeby dostrzec w oddali znaki. Buzie nam się nie zamykały, humory, pomimo kresowych opadów, wciąż jeszcze dopisywały. Mozolnie, ale równym tempem, pokonywaliśmy kolejne wzniesienia i robili sobie nadzieję na rychłe dotarcie do wyznaczonego na dzisiaj celu.
[attachment=24730][attachment=24731][attachment=24732]
Tak żeśmy się w dążeniu do niego zagalopowali, że nawet nikt nie zauważył, iż od jakiegoś momentu, nie stwierdziliśmy obecności oznakowania. Ścieżka do tej pory wiodła prze las i nigdzie nie było możliwości zboczenia z wytyczonego szlaku. A jednak, nawet na rozdrożu nie było ani śladu po znakach. Nowy, nieznany nikomu z nas teren, cóż było robić. Odwrót był jedynym rozsądnym wyjściem. Dobre pół godziny zajęło nam odnalezienie ostatniego oznakowania. No i fakt. Jak byk nakazywało ono skręt po skosie w prawo. Jednak wąska ścieżynka, która wiodła prosto w otchłań leśną, była ledwo zauważalna. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że może ona stanowić regularny szlak. Spojrzeliśmy badawczo po sobie i bez większego przekonania, ale pewni kierunku, ruszyliśmy przed siebie w nieznane.[attachment=24733]Deszcz nadal siąpił. Ścieżynka powoli zaczęła przeistaczać się w kamienisto błotną strużkę, coraz bardziej zarośniętą bujną roślinnością sięgająca ponad głowy. Najmniejszy nawet ruch powodował, że osiadłe do tej pory na liściach krople wody, spływały dokładnie na nasze ubrania i plecaki. Gąszcz był coraz intensywniejszy, a co gorsza, jego końca nie było widać. Nie wiem, jak długo to trwało, bo nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy, w tych warunkach spoglądać na zegarek i odmierzać czas. Kiedy w końcu wyszliśmy na zabłocona polankę, odetchnęliśmy z ulgą. Teraz już uparcie trzymamy się szlaku i podążamy za jego azymutem. Strome podejścia zaczynają się nasilać, zastępując dotychczasowe wzniesienia. Wchodzimy w strefę zewsząd otaczających nas gęstych mgieł. Widoczność praktycznie zerowa. Zrywa się przenikliwy i dokuczliwy wiatr. Brakuje już tylko wycia wilków i nawoływania duchów. Marzy nam się suchy pokoik w schronisku. Buty Michała zaczynają powoli nabierać wody. Moje i Karoliny, wytrzymały tę próbę. Ostre i długie podejście pozbawia nas sporej porcji energii. Jednak jego zwieńczenie zaskakuje nas wszystkich. Byliśmy zupełnie pewni, że będziemy kontynuować marszrutę dalej w góry, a tu niespodzianka. Skręcamy lekkim zakosem w lewo, obniżając znacznie wysokość. Sprawdzam na mapie to miejsce, analizuje układ poziomnic i wszystko się zgadza. Pojawiają się pierwsze zabudowania. Stare, drewniane chałupy, które pamiętają jeszcze czasy cysorza Franciszka. Ich stan jest już mocno nadwątlony. Poleczone czym się tylko da, przedstawiają opłakany widok. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że ludzie którzy w nich mieszkają klepią na przemian nędzę z biedą. Wieś nosi nazwę Młada Hora. Jest swoistą enklawą języka i obyczajów. Nie mając bezpośredniego kontaktu w pobliskimi przysiółkami, wytworzyła całkowicie odrębną gwarę, którą posługuje się do dnia dzisiejszego. Największa jednak niespodzianka znajduje się w samym centrum wsi, zaraz na przeciwko kapliczki. Jest to prywatne schronisko "Chyz u Bacy", któremu patronuje Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, działające na przedwojennych zasadach. Bacówka ta jednak nie ma nic wspólnego z typowym schroniskiem. Jest to wybudowana przed wojną w Milówce chata góralska, która w całości została przeniesiona wraz z całym sprzętem domowym w to właśnie miejsce. Służyła jako czteroklasowa szkoła podstawowa dla miejscowych dzieci. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zakończyła swoją działalność i od tego czasu funkcjonuje jako schronisko. Właściciel tego lokum, popularnie zwanym Bacą, z wykształcenia jest fizykiem, jednak jego zamiłowanie do gór zwyciężyło i już od kilkunastu lat szefuje w tym przybytku. Bardzo osobliwe to miejsce. Wchodzi się przez wąską sień do długiej izby, na środku której znajduje się tak samo długa drewniana ława. Po lewej stronie stoi mnóstwo sprzętów kuchennych, zarówno tych wiekowych, jak i bardziej współczesnych. Przy nich krzątają się ludzie, którzy aktualnie przebywają w środku. Przygotowują sobie posiłki, prowadzą rozmowy, czytają książki. Jednym słowem, sielska i rodzinna atmosfera. Jakby czas zatrzymał się sto lat temu. Każdy kto tutaj zawita, jest mile widziany i przyjmowany jak stary znajomy. Nie ma żadnego cennika, tylko wolne datki na prowadzenia schroniska. Za nocleg Baca liczy wedle uznania. W zależności od tego, kto jakie zrobił na nim wrażenie. Mięliśmy to szczęście poznać go osobiście. Wypytywał się o nasze planu na ten dzień, doradził którędy najlepiej iść i na koniec powiedział coś, czego tak do końca nie pojęliśmy, a on tylko prosił, żeby nie lekceważyć jego przestrogi. Brzmiała ona tak: "Tylko niech was diabeł nie skusi iść dzisiaj na Rycerzową Wieklą". Przypuszczalnie mogło to mieć coś wspólnego z panującą pogodą, ale o tym dane nam było przekonać się dopiero dnia następnego. W każdym bądź razie, brzmiało dość tajemniczo. Wrzuciwszy odpowiedni datek do puszki, podziękowawszy za gościnę ruszyliśmy dalej. Mrok zapadał coraz większy. Deszcz gęstniał, a humory powoli zaczęły siadać. Zmęczenie dawało się we znaki, pogoda robiła swoje. Przed nami ostatnie, najdłuższe podejście tego dnia. Jak na złość, deszcz staje się coraz intensywniejszy. Nie ma wyjścia. Zakładamy spodnie przeciwdeszczowe. Przy tej operacji pomagamy sobie wszyscy na wzajem. Poszło nawet dość sprawnie.[attachment=24734] [attachment=24735]W strugach spływającej po szlaku wodzie, brniemy dalej w górę. Mozolne to było podejście. W końcu jednak dochodzimy do pierwszego dzisiaj, oznakowanego z nazwy szczytu. Rycerzowa, była nasza. Widoków na rozległej polanie żadnych. Ledwo widzimy czubki butów. Obniżamy nieznacznie pułap, aby dojść do skrzyżowania się naszego dotychczasowego, czerwonego szlaku z niebieskim, którym mamy dojść już prosto do schroniska. Wyglądało bardzo niewinnie i tak też miało przebiegać. Niestety, dopiero teraz zaczęła się nasza największa tego dnia gehenna. Szlak, który biegnie poniżej szczytów głównej grani Wielkiej Rycerzowej, jest bardzo nieprzyjaznym w tych warunkach i budzącym grozę miejscem. W sumie płaskie przejście trawersujące strome zbocze, dwa razy obniża się pionowo w dól o kilkadziesiąt metrów. Podłoże jest tak śliskie, że z trudem utrzymujemy równowagę. Ujeżdżające kamienie i wszędobylskie błoto. To jednak było tylko preludium do następnych utrudnień. Drzew, które powala wiatr prosto w poprzek szlaku, praktycznie nikt nie usuwa. Jeżeli są niewielkich rozmiarów, nie ma większego problemu. Trafiliśmy jednak na takie, które ze względu na swoją dużą średnicę gęstego igliwia, nie dało się pokonać górą, obejście było niemożliwe, więc pozostało przeciskanie się dołem. Ściągnęliśmy plecaki. Na pierwszy ogień poszedł Michał. Kiedy udało mu się już przecisnąć pod konarem i znaleźć się na drugiej stronie, czekało go nie lada wyzwanie. Musiał łapać rzucane przeze mnie plecaki, które do lekkich nie należały. Innego sposobu nie było, żeby przytransportować je na druga stronę. Karolinie poszło najsprawniej, jest z nas najmniejsza. Najgorzej było ze mną. Sporo się nagimnastykowałem, żeby zgiąć moje zwyrodniałe stawy kolanowe w takim stopniu, żeby w kucki pokonać labirynt gałęzi i igliwia. Gdyby mi się to nie udało, czekałoby mnie pokonanie tej przeszkody czołganiem, a to w mokrym i błotnistym podłożu wcale mi się nie uśmiechało. Nastąpiła pełna mobilizacja i z niemałym trudem znalazłem się na drugiej stronie. Aura panująca w tym czasie zmieniała się jak w kalejdoskopie. Mgły, to opadały na nas jak grom z jasnego nieba, żeby za chwilę odsłonić kawałek gęsto zalesionej przestrzeni wokół nas. Pełni wiary i nadziei, że to już koniec utrudnień, mkniemy raźnie przed siebie. Nawet jedyny promyk świetlnej poświaty, jaki w tym dniu przebił się przez nieboskłon, nie był w stanie sprawić, żeby na naszych twarzach zawitał uśmiech, który towarzyszył nam rano. [attachment=24737]Według czasowego schematu, już dawno powinniśmy być gośćmi schroniska, do którego zmierzaliśmy. Nie dane nam było. Tego dnia mieliśmy wybitnego pecha. Okazało się, że szlak przecięty jest kilkoma trasami, którymi wozacy transportowali drewno z lasu. Rynny, jakie pozostały po tych czynnościach miały głębokie, pionowe brzegi i w całości wypełnione były jasnobrunatna mazią. W niektórych miejscach dochodziła ona do kilkudziesięciu centymetrów głębokości. W normalnych warunkach nakazałbym odwrót. Tutaj nie mieliśmy wyjścia. Krok za krokiem, powoli, penetrując kijami przed sobą teren w poszukiwaniu stałego grunt, stawialiśmy ostrożnie stopy we wskazanym miejscu. Nachylenie stoku podczas dwóch takich przejść, było tak duże, że przerażeni całą tą sytuacją modliliśmy w duchu, żeby nie uślizgnąć, bo skończyło by się to kilkunastometrowym zjazdem w kąpieli błotnej. Do tej pory nie wiem, jak z tymi wielkimi plecakami, zaopatrzeni tylko w jeden komplet kijów, nie doszło do takiej sytuacji. Chyba ktoś nad nami czuwał tego dnia.
[attachment=24736][attachment=24738][attachment=24739][attachment=24740]
W końcu jednak wychodzimy z lasu i naszym oczom ukazuje się skrawek zielonej hali, którym to widokiem cieszymy się jak małe dzieci. Nie bacząc na rozległe kałuże i przejmujący ból w plecach z grymasem uśmiechu na twarzy, tryumfalnie wkraczamy do schroniska. Deszcz przestaje padać, a chmury rozstępują się. Zapowiada się piękny dzionek. Ostatni odcinek trasy, który według czasu podanego na mapie powinno się przejść mniej więcej w godzinę i piętnaście minut, nam zajął dwie i pół godziny. Dopiero teraz opada z nas napięcie i adrenalina. Uświadamiamy sobie, że podczas dziewięciogodzinnej udręki, nie spotkaliśmy na szlaku żywej duszy. Spełniło się tym samym nasze marzenie, choć nieco inaczej to miało wyglądać. Meldunek, ciepły posiłek, kojący prysznic, kilka spojrzeń na rozległe widoki i toniemy w ramionach Orfeusza.
[attachment=24741][attachment=24742][attachment=24743][attachment=24744][attachment=24745]
cdn.
Dzień pierwszy!
Najpierw autobusem PKS-u do Bielska, w którym to mieliśmy godzinną przerwę w oczekiwaniu na pociąg do Zwardonia. Pomimo tego, że jechał z Katowic, na peronie zjawił się nawet przed czasem. Czyżby coś drgnęło w naszych Kolejach Państwowych? Stacja docelowa - Rycerka. Skrupulatnie odliczałem poszczególne przystanki, żeby nie przegapić tej mieściny. Wysiadka w pośpiechu i kolejny szok tego dnia. Dworcem okazała się być ruina malutkiego budynku, na którym jakimś cudem jeszcze obstał się napis z nazwą miejscowości. [attachment=24727]
Współczuję jednak tym, którzy tą stacje obrali jako wyjazdową z tego rejonu. Oprócz obdrapanych ścian, nic więcej się w środku nie znajduje. O rozkładzie jazdy, można zapomnieć. Nic, tylko cierpliwie czekać w nadziei, że oczekiwanie na przyjazd pociągu w interesującym nas kierunku, nie będzie przeciągało się w nieskończoność. Nas ten problem na szczęście nie dotyczył. Bardzo delikatna mżawka, która towarzyszyła nam przez cały czas przejazdu, teraz zaczęła się nasilać, co zmusiło nas do założenia kurtek przeciwdeszczowych. [attachment=24728]Czym prędzej odnaleźliśmy szlak i wyruszyli w drogę. Jak to zwykle na początku bywa, trochę mocno już sfatygowanego asfaltu, który wkrótce zaczął występować w szczątkowej wersji. Potem przekształcił się w betonowe płyty, aż w końcu, ku naszej uciesze, zniknął raz na zawsze. [attachment=24729]Kamienistą drogą powoli posuwaliśmy się naprzód. Zwracaliśmy baczną uwagę na oznakowanie szlaku, nie chcąc się zgubić już na samym początku wędrówki. Muszę przyznać, że nie trzeba było wytrzeszczać oczu, żeby dostrzec w oddali znaki. Buzie nam się nie zamykały, humory, pomimo kresowych opadów, wciąż jeszcze dopisywały. Mozolnie, ale równym tempem, pokonywaliśmy kolejne wzniesienia i robili sobie nadzieję na rychłe dotarcie do wyznaczonego na dzisiaj celu.
[attachment=24730][attachment=24731][attachment=24732]
Tak żeśmy się w dążeniu do niego zagalopowali, że nawet nikt nie zauważył, iż od jakiegoś momentu, nie stwierdziliśmy obecności oznakowania. Ścieżka do tej pory wiodła prze las i nigdzie nie było możliwości zboczenia z wytyczonego szlaku. A jednak, nawet na rozdrożu nie było ani śladu po znakach. Nowy, nieznany nikomu z nas teren, cóż było robić. Odwrót był jedynym rozsądnym wyjściem. Dobre pół godziny zajęło nam odnalezienie ostatniego oznakowania. No i fakt. Jak byk nakazywało ono skręt po skosie w prawo. Jednak wąska ścieżynka, która wiodła prosto w otchłań leśną, była ledwo zauważalna. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że może ona stanowić regularny szlak. Spojrzeliśmy badawczo po sobie i bez większego przekonania, ale pewni kierunku, ruszyliśmy przed siebie w nieznane.[attachment=24733]Deszcz nadal siąpił. Ścieżynka powoli zaczęła przeistaczać się w kamienisto błotną strużkę, coraz bardziej zarośniętą bujną roślinnością sięgająca ponad głowy. Najmniejszy nawet ruch powodował, że osiadłe do tej pory na liściach krople wody, spływały dokładnie na nasze ubrania i plecaki. Gąszcz był coraz intensywniejszy, a co gorsza, jego końca nie było widać. Nie wiem, jak długo to trwało, bo nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy, w tych warunkach spoglądać na zegarek i odmierzać czas. Kiedy w końcu wyszliśmy na zabłocona polankę, odetchnęliśmy z ulgą. Teraz już uparcie trzymamy się szlaku i podążamy za jego azymutem. Strome podejścia zaczynają się nasilać, zastępując dotychczasowe wzniesienia. Wchodzimy w strefę zewsząd otaczających nas gęstych mgieł. Widoczność praktycznie zerowa. Zrywa się przenikliwy i dokuczliwy wiatr. Brakuje już tylko wycia wilków i nawoływania duchów. Marzy nam się suchy pokoik w schronisku. Buty Michała zaczynają powoli nabierać wody. Moje i Karoliny, wytrzymały tę próbę. Ostre i długie podejście pozbawia nas sporej porcji energii. Jednak jego zwieńczenie zaskakuje nas wszystkich. Byliśmy zupełnie pewni, że będziemy kontynuować marszrutę dalej w góry, a tu niespodzianka. Skręcamy lekkim zakosem w lewo, obniżając znacznie wysokość. Sprawdzam na mapie to miejsce, analizuje układ poziomnic i wszystko się zgadza. Pojawiają się pierwsze zabudowania. Stare, drewniane chałupy, które pamiętają jeszcze czasy cysorza Franciszka. Ich stan jest już mocno nadwątlony. Poleczone czym się tylko da, przedstawiają opłakany widok. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że ludzie którzy w nich mieszkają klepią na przemian nędzę z biedą. Wieś nosi nazwę Młada Hora. Jest swoistą enklawą języka i obyczajów. Nie mając bezpośredniego kontaktu w pobliskimi przysiółkami, wytworzyła całkowicie odrębną gwarę, którą posługuje się do dnia dzisiejszego. Największa jednak niespodzianka znajduje się w samym centrum wsi, zaraz na przeciwko kapliczki. Jest to prywatne schronisko "Chyz u Bacy", któremu patronuje Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, działające na przedwojennych zasadach. Bacówka ta jednak nie ma nic wspólnego z typowym schroniskiem. Jest to wybudowana przed wojną w Milówce chata góralska, która w całości została przeniesiona wraz z całym sprzętem domowym w to właśnie miejsce. Służyła jako czteroklasowa szkoła podstawowa dla miejscowych dzieci. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zakończyła swoją działalność i od tego czasu funkcjonuje jako schronisko. Właściciel tego lokum, popularnie zwanym Bacą, z wykształcenia jest fizykiem, jednak jego zamiłowanie do gór zwyciężyło i już od kilkunastu lat szefuje w tym przybytku. Bardzo osobliwe to miejsce. Wchodzi się przez wąską sień do długiej izby, na środku której znajduje się tak samo długa drewniana ława. Po lewej stronie stoi mnóstwo sprzętów kuchennych, zarówno tych wiekowych, jak i bardziej współczesnych. Przy nich krzątają się ludzie, którzy aktualnie przebywają w środku. Przygotowują sobie posiłki, prowadzą rozmowy, czytają książki. Jednym słowem, sielska i rodzinna atmosfera. Jakby czas zatrzymał się sto lat temu. Każdy kto tutaj zawita, jest mile widziany i przyjmowany jak stary znajomy. Nie ma żadnego cennika, tylko wolne datki na prowadzenia schroniska. Za nocleg Baca liczy wedle uznania. W zależności od tego, kto jakie zrobił na nim wrażenie. Mięliśmy to szczęście poznać go osobiście. Wypytywał się o nasze planu na ten dzień, doradził którędy najlepiej iść i na koniec powiedział coś, czego tak do końca nie pojęliśmy, a on tylko prosił, żeby nie lekceważyć jego przestrogi. Brzmiała ona tak: "Tylko niech was diabeł nie skusi iść dzisiaj na Rycerzową Wieklą". Przypuszczalnie mogło to mieć coś wspólnego z panującą pogodą, ale o tym dane nam było przekonać się dopiero dnia następnego. W każdym bądź razie, brzmiało dość tajemniczo. Wrzuciwszy odpowiedni datek do puszki, podziękowawszy za gościnę ruszyliśmy dalej. Mrok zapadał coraz większy. Deszcz gęstniał, a humory powoli zaczęły siadać. Zmęczenie dawało się we znaki, pogoda robiła swoje. Przed nami ostatnie, najdłuższe podejście tego dnia. Jak na złość, deszcz staje się coraz intensywniejszy. Nie ma wyjścia. Zakładamy spodnie przeciwdeszczowe. Przy tej operacji pomagamy sobie wszyscy na wzajem. Poszło nawet dość sprawnie.[attachment=24734] [attachment=24735]W strugach spływającej po szlaku wodzie, brniemy dalej w górę. Mozolne to było podejście. W końcu jednak dochodzimy do pierwszego dzisiaj, oznakowanego z nazwy szczytu. Rycerzowa, była nasza. Widoków na rozległej polanie żadnych. Ledwo widzimy czubki butów. Obniżamy nieznacznie pułap, aby dojść do skrzyżowania się naszego dotychczasowego, czerwonego szlaku z niebieskim, którym mamy dojść już prosto do schroniska. Wyglądało bardzo niewinnie i tak też miało przebiegać. Niestety, dopiero teraz zaczęła się nasza największa tego dnia gehenna. Szlak, który biegnie poniżej szczytów głównej grani Wielkiej Rycerzowej, jest bardzo nieprzyjaznym w tych warunkach i budzącym grozę miejscem. W sumie płaskie przejście trawersujące strome zbocze, dwa razy obniża się pionowo w dól o kilkadziesiąt metrów. Podłoże jest tak śliskie, że z trudem utrzymujemy równowagę. Ujeżdżające kamienie i wszędobylskie błoto. To jednak było tylko preludium do następnych utrudnień. Drzew, które powala wiatr prosto w poprzek szlaku, praktycznie nikt nie usuwa. Jeżeli są niewielkich rozmiarów, nie ma większego problemu. Trafiliśmy jednak na takie, które ze względu na swoją dużą średnicę gęstego igliwia, nie dało się pokonać górą, obejście było niemożliwe, więc pozostało przeciskanie się dołem. Ściągnęliśmy plecaki. Na pierwszy ogień poszedł Michał. Kiedy udało mu się już przecisnąć pod konarem i znaleźć się na drugiej stronie, czekało go nie lada wyzwanie. Musiał łapać rzucane przeze mnie plecaki, które do lekkich nie należały. Innego sposobu nie było, żeby przytransportować je na druga stronę. Karolinie poszło najsprawniej, jest z nas najmniejsza. Najgorzej było ze mną. Sporo się nagimnastykowałem, żeby zgiąć moje zwyrodniałe stawy kolanowe w takim stopniu, żeby w kucki pokonać labirynt gałęzi i igliwia. Gdyby mi się to nie udało, czekałoby mnie pokonanie tej przeszkody czołganiem, a to w mokrym i błotnistym podłożu wcale mi się nie uśmiechało. Nastąpiła pełna mobilizacja i z niemałym trudem znalazłem się na drugiej stronie. Aura panująca w tym czasie zmieniała się jak w kalejdoskopie. Mgły, to opadały na nas jak grom z jasnego nieba, żeby za chwilę odsłonić kawałek gęsto zalesionej przestrzeni wokół nas. Pełni wiary i nadziei, że to już koniec utrudnień, mkniemy raźnie przed siebie. Nawet jedyny promyk świetlnej poświaty, jaki w tym dniu przebił się przez nieboskłon, nie był w stanie sprawić, żeby na naszych twarzach zawitał uśmiech, który towarzyszył nam rano. [attachment=24737]Według czasowego schematu, już dawno powinniśmy być gośćmi schroniska, do którego zmierzaliśmy. Nie dane nam było. Tego dnia mieliśmy wybitnego pecha. Okazało się, że szlak przecięty jest kilkoma trasami, którymi wozacy transportowali drewno z lasu. Rynny, jakie pozostały po tych czynnościach miały głębokie, pionowe brzegi i w całości wypełnione były jasnobrunatna mazią. W niektórych miejscach dochodziła ona do kilkudziesięciu centymetrów głębokości. W normalnych warunkach nakazałbym odwrót. Tutaj nie mieliśmy wyjścia. Krok za krokiem, powoli, penetrując kijami przed sobą teren w poszukiwaniu stałego grunt, stawialiśmy ostrożnie stopy we wskazanym miejscu. Nachylenie stoku podczas dwóch takich przejść, było tak duże, że przerażeni całą tą sytuacją modliliśmy w duchu, żeby nie uślizgnąć, bo skończyło by się to kilkunastometrowym zjazdem w kąpieli błotnej. Do tej pory nie wiem, jak z tymi wielkimi plecakami, zaopatrzeni tylko w jeden komplet kijów, nie doszło do takiej sytuacji. Chyba ktoś nad nami czuwał tego dnia.
[attachment=24736][attachment=24738][attachment=24739][attachment=24740]
W końcu jednak wychodzimy z lasu i naszym oczom ukazuje się skrawek zielonej hali, którym to widokiem cieszymy się jak małe dzieci. Nie bacząc na rozległe kałuże i przejmujący ból w plecach z grymasem uśmiechu na twarzy, tryumfalnie wkraczamy do schroniska. Deszcz przestaje padać, a chmury rozstępują się. Zapowiada się piękny dzionek. Ostatni odcinek trasy, który według czasu podanego na mapie powinno się przejść mniej więcej w godzinę i piętnaście minut, nam zajął dwie i pół godziny. Dopiero teraz opada z nas napięcie i adrenalina. Uświadamiamy sobie, że podczas dziewięciogodzinnej udręki, nie spotkaliśmy na szlaku żywej duszy. Spełniło się tym samym nasze marzenie, choć nieco inaczej to miało wyglądać. Meldunek, ciepły posiłek, kojący prysznic, kilka spojrzeń na rozległe widoki i toniemy w ramionach Orfeusza.
[attachment=24741][attachment=24742][attachment=24743][attachment=24744][attachment=24745]
cdn.


