Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Właśnie na to liczyłem
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Te dodatkowe dni wolne od pracy, już od dawna miałem skrupulatnie zaplanowane. To miał być rodzinny wypad w rejon Beskidu Żywieckiego, na co najmniej dwa dni. Codziennie wspólnie śledziliśmy prognozy pogody. Niestety, nie wyglądało to zbyt różowo. Upały przeplatane ulewnymi deszczami i burzami. To nie jest wymarzona pogoda dla mojej żony. Zadeklarowała, że w ostateczności zrezygnuje. W końcu faktycznie zrezygnowała, ale z całkiem innego powodu. Zdrowie za szwankowało. W przed dzień wyjazdu ubył nam jeszcze jeden członek naszej ekipy. Michał, mój syn (dla tych, co jeszcze nie wiedzą), od dawna ma kłopoty z nadwrażliwością przegród nosowych. Pech chciał, że akurat teraz musiał się przeziębić i eksploatowany do granic możliwości nos w końcu zastrajkował potężnym krwotokiem, co zawsze kończy się kilkudniową rekonwalescencją. Długo nie mogliśmy podjąć decyzji, co począć z naszą ekspedycją. Szkoda było zmarnować na bezczynności te kilka dni wolnego, tym bardziej, że w końcu pogoda miała się ustabilizować i o wiele bardziej przyjaźnie traktować górskich wędrowców. Stanęło w końcu na tym, że zrezygnujemy z dwudniowego wypadu całą rodziną, na rzecz jednodniowej, tubylczej marszruty we dwoje. Czyli, ja, i moja córa, Karolina. To był ewidentnie jej pomysł. Nie chciała robić przykrości bratu, że ona będzie hasać dwa dni po kopczykach w rejonie, w którym jeszcze nie byli, a on nieborak męczyć się w tym czasie ze swoim nochalem. Dobra siostrzyczka - moja krew, nie chwaląc się. W zamian za to - co za bezinteresowność - zażądała, żebym zorganizował bardzo długi, wyczerpujący trekking. Och, jak ja ją kocham za to, między innymi oczywiście. I właśnie na to liczyłem, po moim romantycznym spacerze we dwoje, tylko z żoną, stęskniłem się trochę za wysiłkiem fizycznym i zapachem potu. Mój ukochany Beskid Śląski obfituje w tego rodzaju konfiguracje, więc nie miałem żadnego problemu z tym, żebym w 100%-ach zadowolił moją córuchnę.

We wtorek, piąta rano, oboje jesteśmy na nogach. Poranna toaleta mojej córce zajmuje o wiele więcej czasu niż mnie. No cóż, z podlotka, którym jeszcze do niedawna była, pełnoprawną kobietą się staje. Ale śniadanko, to już tatuś musiał zrobić. Podobno wtedy lepiej smakuje. Ciekaw jestem, czy to aby prawda, bo zawsze sam muszę sobie robić. Pałaszowanie wiktuałów poszło dość sprawnie, toteż szybciutko zaokrętowaliśmy się na naszej łajbie i wio do Wisły Nowa Osada. O tej porze, drogi jeszcze pustkami świecą, więc czterdzieści pięć minut, jakie zajęły nam dojazd, szybko zleciało. Cała przestrzeń parkingowa oczywiście tylko dla nas i wokół żywej duszy. Zmiana obuwia, sprawdzenie, czy wehikuł szczelnie zamknięty (ten model nie przewidywał jeszcze centralnego zamka) i na szlak.
[attachment=24226]
Ostro ruszyliśmy z kopyta. Podejście nie zbyt wymagające kondycyjnie, a jednak, proporcjonalnie do uzyskiwanej wysokości, mój animusz coraz bardziej słabnął. Ukradkiem spoglądałem w stronę Karoliny, dokonując powierzchownych oględzin jej wyglądu, szukając jednocześnie oznak zmęczenia, które mogłyby być usprawiedliwieniem dla moich braków kondycyjnych. Zauważyłem, że ona robi to samo, więc nie było tak źle. Na rozwidleniu żółtego i zielonego szlaku, zboczyliśmy na chwilę w ten drugi, żeby rzucić okiem na nową skocznię narciarską w Wiśle Malince. W sumie, nie wiele żeśmy zobaczyli, bo obiekt otoczony jest szczelnie przez płot siatkowy.
[attachment=24227]
Trochę zdegustowani, powróciliśmy na wcześniej upatrzone pozycje, czyli żółty szlak.
[attachment=24228][attachment=24229][attachment=24230][attachment=24231][attachment=24232]
Ten, mniej więcej po trzech godzinach drogi, miał nas zaprowadzić na Zielony Kopiec, z którego skręcając w prawo, już później zielonym szlakiem, dotrzeć mieliśmy na Baranią Górę. Pogoda dopisywała. Niebo zasnute chmurami na niskim pułapie, w kolorach od blado białego, aż po głęboki granat z niewielkimi prześwitami na słoneczną poświatę. Trochę duszno, ale nie parno, co mnie osobiście, by dobiło. Muszę przyznać, że kompanija z nas niezła. Tworzymy duet nie do pobicia. Wygłupom nie było końca. Kiedy oboje wpadniemy w trans, to z dużym prawdopodobieństwem możemy uchodzić za para nienormalnych. Jedynie piękne widoki Jeziora Czerniańskiego z górującym nad nim, odnowionym zameczkiem prezydenckim, rozpościerające się z siodła pomiędzy Cienkowem Niżnym a Pośrednim, przywracają nas na chwilę do rzeczywistości.
[attachment=24233][attachment=24234][attachment=24235][attachment=24236][attachment=24237][attachment=24238]
Po dwóch godzinach takiego cyrku, zmorzył nas głód. Rozsiedliśmy się zatem wygodnie na pniach drzew, które ktoś tutaj ściął, jakby specjalnie dla nas.
[attachment=24239]
Na przeciwko, ukośnie do szlaku, po prawej stronie spoglądała na nas Barania, zapraszając do odwiedzin. Byliśmy tak mocno zaabsorbowani dotychczasową zabawą, że nawet nie zauważyliśmy, iż w tym momencie niebo praktycznie było już całkiem granatowe. Ale nie padało.
[attachment=24240]
Po drodze nie napotkaliśmy żadnych współtowarzyszy, a że szlak ten jest dość dziki, jak na beskidzkie warunki, to gęsty las, który nas w tym momencie otaczał i złowieszczy granat nieba, potęgowały grozę tego miejsca. Z Karoliny natychmiast uszło powietrze i przez długi czas w ogóle się nie odzywała, spoglądając tylko od czasu do czasu w górę, sprawdzając azymut chmur. Fakt, muszę przyznać, że niezbyt to przyjemny odcinek szlaku, szczególnie dla samotnego turysty. Sam byłem trochę skołowany tą sytuacją. Dziarsko suniemy ruchem posuwistym dalej. Ostatni raz szliśmy tędy dobrych kilka lat temu, ale udaje nam się rozpoznawać charakterystyczne szczegóły. To też, nie specjalnie zwracaliśmy uwagę na znaki, ufając swojej intuicji. Wszystko się zgadzało, co do joty. Droga, dotąd kamienisto piaskowa, zaczęła się powoli przeistaczać w błotnisto bagienną rynnę, co w sumie nie dziwiło, po tak obfitych opadach deszczu, jakie w ostatnim czasie nawiedziły te rejony.
[attachment=24241]
Dla nas, był to jednak problem. Miejscami, głębokość wodnistej mazi zdecydowanie przewyższała wysokość cholewek naszych butów. Jedynym ratunkiem, było wdrapywanie się na strome zbocze i przedzieranie wśród gęsto tu rosnących młodych świerków i czernicy. Nogi całe poodzierane, ale przynajmniej w butach sucho.
[attachment=24242][attachment=24243]
Kilkuset metrowy odcinek drogi, który przeszliśmy w ten sposób, zajął nam dobre pół godziny czasu. Tego nie było w planie. W planie, nie było również zakończenia szlaku po sforsowaniu tych niechcianych przeszkód. Konsternacja na całej linii. Droga nagle się urwała, jakby zapadła pod ziemie, a dalej już tylko dziewiczy las i gęste zarośla. Jasna cholera, nie zważając na obecność córki, zakląłem pod nosem. Sprawdziliśmy kilka razy, żadnego oznakowania. Zresztą, dokąd by miało prowadzić. Najgorsze w tym było to, że oboje byliśmy pewni, że poznajemy ten teren i dobrze idziemy. Nie było jednak wyjścia. Zarządziłem odwrót. Teraz już tak bardzo nie zważaliśmy na konwenanse związane z wyglądem naszego obuwia i nóg. Szlak zgubiliśmy dokładnie wtedy, kiedy podłoże zmieniło się z twardego na pływające. W tym właśnie miejscu, idealnie na przeciwko dotychczasowego szlaku, wiedzie wyraźnie zaznaczona zdradliwa ścieżka, a prawidłowy szlak odbija nieco w lewo, ledwie widocznym duktem leśnym. Teraz już było sucho i przyjemnie, tyle tylko, że dwie godziny w plecy, ze ściśle zaplanowanego czasu przejścia. Już nie może być mowy o pomyłkach, możemy tylko nadrabiać. Jak postanowili, tak zrobili. Zmieniając szlak z żółtego na zielony, udajemy się prosto w objęcia królowej. Po lewej, cały czas towarzyszy nam w oddali kontur majestatycznie górującej nad pozostałymi szczytami Babiej Góry.
[attachment=24244][attachment=24245]

cdn.
Nie ma to jak beskidzkie bezdroża Wink Równie ekscytujące warunki terenowe miałem kiedyś w Beskidzie Niskim
[attachment=24271]
Wspaniale to jest moja ulubiona trasa na barania ,niebieski szlak traktuje jako droge do schodzenia ,tylko ja przeważnie startuje z pod OSP wisła czarne i zaraz na jej budynkiem bez sZlaku wyrywam do góry i dochodzę do żółtego polecam wszystkim ,nie wiem co ta góra ma ale ja w ciagu roku odwiedzam wielo krotnie ,a najbardziej wspominam wejście zima z Paaulem gdzies jest relacja .Lapikus musimy sie kiedys zgrac i zrobic śląskie szwedanie po kopczykach jak to stach mówi Big Grin
Lapikusku, zaczynasz mi się podobać. ok Ciekawie się czyta Twoje relacyjki. Jęzor masz dobry. Trochę Ci zazdroszczę, że nie masz problemów wyrazowych jak ja. Ty potrafisz pisać tak, że nie trzeba chasać po Taterkach i też ma człek otwartą buzię ok
Do podnóża Baraniej Góry zeszło się już bez dodatkowych atrakcji. W momencie, kiedy wkracza się na teren rezerwatu Barania Góra, naszym oczom ukazuje się tragiczny i bardzo zasmucający widok. Setki, a może nawet i tysiące uschniętych drzew, położonych pokosem przez wiatry na opadających zboczach, straszą niczym wymarłe cmentarzysko. Straszliwie przygnębiający widok. Zasady funkcjonowania rezerwatu, nie pozwalają na to, żeby człowiek mógł wkroczyć tutaj z jakąkolwiek ingerencją.
[attachment=24277][attachment=24278]
Na przeciwległym zboczu, z kolei planowa wycinka hektarów lasu, zaatakowanego przez szkodniki. Tam, gdzie jeszcze dwadzieścia lat temu przechodziłem w otoczeniu gęstego lasu, teraz wieje pustką i straszy kikutami korzeni wystających z podłoża. Wiem, że na ich miejsce leśnicy sadzą nowe, bardziej odporne gatunki drzew, ale ja już się nie doczekam, żeby w ich cieniu ukoić swoje zmęczenie wędrówką.
[attachment=24279][attachment=24280][attachment=24281][attachment=24282]
Na szczycie meldujemy się po upływie ok. piętnastu minut i dopiero teraz napotykamy na niezbyt liczne towarzystwo. Żołądki ponownie dały o sobie znać, wiec zaspakajamy ich żądze i obowiązkowa, krótka sesja zdjęciowa na wieży widokowej. Delikatna, ale dość intensywna mżawka, zmusza nas do założenia kurtek. Po raz pierwszy od zakupu, mamy szanse je wypróbować.
[attachment=24283][attachment=24284]
Guzik z pętelkom. Opad był krótki i dalej nie wiemy, czego możemy się po nich spodziewać. Może innym razem. Od tego momentu mamy już tylko z górki. W dość szybkim tempie mijamy schronisko - hotel na Przysłupie, do którego nigdy nie zaglądam.
[attachment=24285][attachment=24286][attachment=24287]
Idący w przeciwnym kierunku turyści pytają tylko o jedno: czy leją tam piwo. Widać dla nich, to jedyna atrakcja pobytu w górach. Dla mnie natomiast, największa atrakcja dnia, była dopiero przede mną.
[attachment=24288]
Na krótkim, ale dość stromym zejściu z czerwonego szlaku na ścieżkę dydaktyczną wiodącą zakolami Czarnej Wisełki, napotykamy na grupkę młodych ludzi. Pierwszy raz w moje trzydziestoletniej karierze górołaza zobaczyłem coś takiego. Napotkani młodzieńcy opierali ciężar swojego ciała na całkowicie gołych stopach. Stawiali je płynnie i z gracją na wyostrzonych kamieniach, bez żadnego grymasu na twarzach, który mógłby zdradzać sprawiany im ból. Uśmiechali się przeuroczo i w najlepsze prowadzili konwersacje umilając sobie wędrówkę. I jaki tu ma sens kupowanie drogich butów, które i tak zazwyczaj są mało wygodne? Dość długo nie mogliśmy się otrząsnąć po tym widoku, ale kiedy doszliśmy do wniosku, że to pewnie pokuta zadana w konfesjonale za grzechy, trochę nas popuściło. Następny przystanek to schronisko na Stecówce. Niegdyś moje ulubione. Teraz nie mogę patrzeć na niego. Dach straszy pordzewiałą blachą, zamiast oryginalnego gontu, a obok murowana dobudówka, która pasuje tutaj, jak nie przymierzając krawat świni, nie obrażając tego poczciwego i inteligentnego stworzenia. Co za idioci wydają pozwolenia budowlane w takich przypadkach? Chętnie bym ich poznał i wyzwał od czci i wiary. No nic to, teraz odnajdujemy naszą ukrytą w zaciszu leśnym ławkę i spoglądając na przebytą drogę, uzupełniamy zapasy energii. Mamy jednak towarzystwo. Dosiadł się do nas malutki kotek. Biały w czarne łatki. Przyszedł towarzyszyć nam z własnym prowiantem. My, buły z kabanosami, a on, dającą jeszcze oznaki życia, myszkę. Muszę przyznać, że bardzo zgrabnie radził sobie z jej konsumpcją. Bez żadnej krępacji zaczął swoją ucztę od głowy, na ogonie skończywszy. Trochę nam krzywiło gębami i jakoś kęsy nie chciały się przełykać, ale z czasem przywykliśmy. Posileni i nieco zdegustowani makabrycznym spektaklem odnajdujemy czerwony szlak, bo przecież nie pójdziemy asfaltową autostradą, która wiedzie w tym samym kierunku, ale o wiele mniej komfortowymi warunkami, jak na górołaza. Po drodze baraszkujemy w moim ulubionym miejscu, gdzie zapach skały przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Zamiast Taterek, na razie.
[attachment=24289][attachment=24290][attachment=24291][attachment=24292][attachment=24293]
Z Przełęczy Kubalonki mieliśmy w planach wejść na żółty szlak, a dalej zielonym prosto do naszego auteczka. Tylko gdzie ten szlak? Po pierwszych dwóch znakach, za którymi poszliśmy, dalej nieljzia. Pełno nowych tras zjazdowych, przy budowie których zapomnieli o tych, co to jeszcze piechotą chodzą i znaki w pień wycięte. Kiedy mieliśmy już zamiar zawrócić, co nam się wcale nie uśmiechało, jakimś cudem, w gęstych zaroślach, Karolina dostrzegła małą plamkę na drzewie. Jeeeest, hura!!! To była nasza ostatnia deska ratunku. Dalej oznaczenia przebiegały już prawidłowo. I tak szczęśliwie dotarliśmy do zielonego, ostatniego już w tym dniu odcinka szlaku do przejścia.
[attachment=24294]
Dopiero tutaj zapoznaliśmy się z informacją, że żółty szlak, ze względu na przebudowę tras narciarskich, jest zamknięty dla turystów. Tylko dlaczego takiej informacji nie ma z drugiej strony? Banda! Totalnie zmęczeni, przeokropnie strudzeni, pełni wrażeń i nowych doświadczeń docieramy w końcu tam, skąd zaczynaliśmy rano naszą wędrówkę.
[attachment=24295][attachment=24296]
Właśnie przez całą drogę na to liczyłem.
Lapikusie, świetne relacje piszesz ! Smile a i wycieczka też super. Byłem w tamtych okolicach tylko raz i bardzo mi się podobało, na Baranią Górę czasu brakło ale kiedyś się to nadrobi.
Na tym progu wodnym na ostatnich zdjęciach mamy z gosia3kiem bardzo podobne fotki porobione Smile
No i Twoje wędrówki utwierdzają w przekonaniu, że i na Beskidzikich szlakach moze być ciekawie Smile
Ja na Baraniej Górze byłam tylko raz i to już ładnych parę lat temu, ale tak ciekawie opisałeś lapikusie*tą trasę,że jak tylko nadarzy mi się okazja, to znowu tam się wybioręSmile Życzę Ci jak najwięcej takich wędrówek, ale teraz już w pełnym składzieWink
lapikusie! Co ja moge powiedzieć! Zazdroszczę Karolinie takiego ojca! Nie ma lepszego sposobu na spędzenie czasu jak wspólna wędrówka!
Swietnie piszesz, potrafisz oddać przeżycia w treści relacji! I ciesze się, ze fotek nie szczędzisz Smile Mam nadzieje, ze kiedys bede miala okazje spotkać Cie na szlaku!
Myslę, ze wystarczającym dowodem dla Marioli, że świetnie się bawiliscie było to ze byliscie tacy brudni, ubłoceni i zmeczeni! clap
Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli do tej pory skomentować moją relację, za tak ciepłe i miłe słowa. Przepraszam jednocześnie za marną jakość zdjęć. Ale tak to jest, kiedy bierze się za fotografowanie zupełny ignorant w tej dziedzinie, a na dodatek dysponuje zupełnie amatorskim sprzętem. Całe szczęście, że istnieje kącik o fotografii, to będę miał okazję się podszkolić. Umyka mi również wiele istotnych szczegółów, o których dopiero w domu, przy okazji pisania relacji sobie przypominam, że miały miejsce, a na zdjęciach nie zostały uwidocznione. Powoli będę się tego wszystkiego uczył, a do tej pory musicie zadowolić się tym, czym dysponuję.
Tomturze!

Skrót, który Ty stosujesz, pewnie jest wymuszony miejscem, w którym parkujesz samochód. W ten sposób, schodząc niebieskim szlakiem, jesteś praktycznie na miejscu. W przeciwnym razie, gdybyś startowała z Wisły Nowa Osada, miałbyś niezły kawałek do przejścia asfaltem, a tego nie lubi żaden górołaz. Do spotkanie jestem przygotowany od samego początku, to już jest tylko kwestią dogadania się, co do jego okoliczności. Myślę, że już niedługo.

Stasiu napisał(a):
Trochę Ci zazdroszczę, że nie masz problemów wyrazowych jak ja.


Stasiu!

To som my po jednych piniondzach. Ja z kolei uwielbiam ten Twój konglomerat słów pochodzenia polskiego, w tłumaczeniu na czeski. Jest to jedyny i absolutnie niepowtarzalny na całym Forum styl, który stanowi swego rodzaju osobistą gwarę, przez Ciebie samego na potrzeby relacji skonstruowaną. Bardzo Cię proszę, nie próbuj tego zmieniać, bo zatracisz swoją tożsamość i chwała Ci za to.

Snieshka napisał(a):
Mam nadzieje, ze kiedys bede miala okazje spotkać Cie na szlaku!
Myslę, ze wystarczającym dowodem dla Marioli, że świetnie się bawiliscie było to ze byliscie tacy brudni, ubłoceni i zmeczeni! clap


Okazji do spotkania pewnie będzie jeszcze mnóstwo, tym bardziej, że jak zdążyłem się już przekonać, nie stronisz od beskidzkich pagórków, a to mój ulubiony teren do spędzania wolnego czasu.

O taaak....błotka żeśmy nanieśli trochę do domu. Sporo po drodze już jednak odpadło, to i efekt nie był już taki porażający. Natomiast satysfakcjonującego zmęczenia nie dało się już "ukryć". Chyba trochę tego wspólnie spędzonego czasu nam zazdrościła. Wszystko do nadrobienia. Za niedługo będzie następna okazja.

Wszystkich tych z Was, którym moje beskidzkie relacje, będą coś przypominały lub kojarzyły się z miło spędzonym czasem, serdecznie zapraszam do ponownego odwiedzenia tego uroczego zakątka polskich gór. Relaks, odpoczynek, ukojenie i wyśmienita zabawa gwarantowane - bez względu na pogodę!!!
ehhh Mariola ma fajnie że ma takiego Tatęok strasznie Wam zazdroszczę takiego rodzinnego łazikowaniaSmile

lapikusie, ciekawa relacja. piszesz w sposób niesamowicie wciągający, człowiek od razu się przenosi duchem w rejony w których Ty przebywałeś.
cóż, ten najdalszy z Beskidów (dla mnie) niewiele mam złażony... tak się jakoś składa, że zawsze kiedy chcę tam jechać to wypada coś innego. wstyd się przyznać, ale na Baraniej nawet nie byłamSad pocieszam się jednym - czym byłby górołaz bez górskich planówWink trzeba mieć miejsca, gdzie człowieka jeszcze nie było (bo a nuż się trafi wolny weekendBig Grin)

więc - kiedyś mnie tam zobacząBig Grin

gosia3ek napisał(a):
ehhh Mariola ma fajnie że ma takiego Tatęok strasznie Wam zazdroszczę takiego rodzinnego łazikowaniaSmile


cóż, ten najdalszy z Beskidów (dla mnie) niewiele mam złażony... tak się jakoś składa, że zawsze kiedy chcę tam jechać to wypada coś innego. wstyd się przyznać, ale na Baraniej nawet nie byłamSad pocieszam się jednym - czym byłby górołaz bez górskich planówWink trzeba mieć miejsca, gdzie człowieka jeszcze nie było (bo a nuż się trafi wolny weekendBig Grin)

więc - kiedyś mnie tam zobacząBig Grin


Gosia3ku!

Tak tylko gwoli wyjaśnienia sprostuję, że Mariola jest moją żoną, a córka ma na imię Karolina. Pewnie w tej mojej relacji tak to pogmatwałem, że trudno się rozeznać.

No kto, jak kto, ale Ty na pewno nie masz się czego wstydzić. Masz tyle gór zaliczonych ile ja białych plam na swojej mapie. Rodzinnego wędrowania też się z czasem "dorobisz", czego Ci serdecznie życzę!!!

Stron: 1 2
Przekierowanie