23-07-2009, 05:10 PM
Te dodatkowe dni wolne od pracy, już od dawna miałem skrupulatnie zaplanowane. To miał być rodzinny wypad w rejon Beskidu Żywieckiego, na co najmniej dwa dni. Codziennie wspólnie śledziliśmy prognozy pogody. Niestety, nie wyglądało to zbyt różowo. Upały przeplatane ulewnymi deszczami i burzami. To nie jest wymarzona pogoda dla mojej żony. Zadeklarowała, że w ostateczności zrezygnuje. W końcu faktycznie zrezygnowała, ale z całkiem innego powodu. Zdrowie za szwankowało. W przed dzień wyjazdu ubył nam jeszcze jeden członek naszej ekipy. Michał, mój syn (dla tych, co jeszcze nie wiedzą), od dawna ma kłopoty z nadwrażliwością przegród nosowych. Pech chciał, że akurat teraz musiał się przeziębić i eksploatowany do granic możliwości nos w końcu zastrajkował potężnym krwotokiem, co zawsze kończy się kilkudniową rekonwalescencją. Długo nie mogliśmy podjąć decyzji, co począć z naszą ekspedycją. Szkoda było zmarnować na bezczynności te kilka dni wolnego, tym bardziej, że w końcu pogoda miała się ustabilizować i o wiele bardziej przyjaźnie traktować górskich wędrowców. Stanęło w końcu na tym, że zrezygnujemy z dwudniowego wypadu całą rodziną, na rzecz jednodniowej, tubylczej marszruty we dwoje. Czyli, ja, i moja córa, Karolina. To był ewidentnie jej pomysł. Nie chciała robić przykrości bratu, że ona będzie hasać dwa dni po kopczykach w rejonie, w którym jeszcze nie byli, a on nieborak męczyć się w tym czasie ze swoim nochalem. Dobra siostrzyczka - moja krew, nie chwaląc się. W zamian za to - co za bezinteresowność - zażądała, żebym zorganizował bardzo długi, wyczerpujący trekking. Och, jak ja ją kocham za to, między innymi oczywiście. I właśnie na to liczyłem, po moim romantycznym spacerze we dwoje, tylko z żoną, stęskniłem się trochę za wysiłkiem fizycznym i zapachem potu. Mój ukochany Beskid Śląski obfituje w tego rodzaju konfiguracje, więc nie miałem żadnego problemu z tym, żebym w 100%-ach zadowolił moją córuchnę.
We wtorek, piąta rano, oboje jesteśmy na nogach. Poranna toaleta mojej córce zajmuje o wiele więcej czasu niż mnie. No cóż, z podlotka, którym jeszcze do niedawna była, pełnoprawną kobietą się staje. Ale śniadanko, to już tatuś musiał zrobić. Podobno wtedy lepiej smakuje. Ciekaw jestem, czy to aby prawda, bo zawsze sam muszę sobie robić. Pałaszowanie wiktuałów poszło dość sprawnie, toteż szybciutko zaokrętowaliśmy się na naszej łajbie i wio do Wisły Nowa Osada. O tej porze, drogi jeszcze pustkami świecą, więc czterdzieści pięć minut, jakie zajęły nam dojazd, szybko zleciało. Cała przestrzeń parkingowa oczywiście tylko dla nas i wokół żywej duszy. Zmiana obuwia, sprawdzenie, czy wehikuł szczelnie zamknięty (ten model nie przewidywał jeszcze centralnego zamka) i na szlak.
[attachment=24226]
Ostro ruszyliśmy z kopyta. Podejście nie zbyt wymagające kondycyjnie, a jednak, proporcjonalnie do uzyskiwanej wysokości, mój animusz coraz bardziej słabnął. Ukradkiem spoglądałem w stronę Karoliny, dokonując powierzchownych oględzin jej wyglądu, szukając jednocześnie oznak zmęczenia, które mogłyby być usprawiedliwieniem dla moich braków kondycyjnych. Zauważyłem, że ona robi to samo, więc nie było tak źle. Na rozwidleniu żółtego i zielonego szlaku, zboczyliśmy na chwilę w ten drugi, żeby rzucić okiem na nową skocznię narciarską w Wiśle Malince. W sumie, nie wiele żeśmy zobaczyli, bo obiekt otoczony jest szczelnie przez płot siatkowy.
[attachment=24227]
Trochę zdegustowani, powróciliśmy na wcześniej upatrzone pozycje, czyli żółty szlak.
[attachment=24228][attachment=24229][attachment=24230][attachment=24231][attachment=24232]
Ten, mniej więcej po trzech godzinach drogi, miał nas zaprowadzić na Zielony Kopiec, z którego skręcając w prawo, już później zielonym szlakiem, dotrzeć mieliśmy na Baranią Górę. Pogoda dopisywała. Niebo zasnute chmurami na niskim pułapie, w kolorach od blado białego, aż po głęboki granat z niewielkimi prześwitami na słoneczną poświatę. Trochę duszno, ale nie parno, co mnie osobiście, by dobiło. Muszę przyznać, że kompanija z nas niezła. Tworzymy duet nie do pobicia. Wygłupom nie było końca. Kiedy oboje wpadniemy w trans, to z dużym prawdopodobieństwem możemy uchodzić za para nienormalnych. Jedynie piękne widoki Jeziora Czerniańskiego z górującym nad nim, odnowionym zameczkiem prezydenckim, rozpościerające się z siodła pomiędzy Cienkowem Niżnym a Pośrednim, przywracają nas na chwilę do rzeczywistości.
[attachment=24233][attachment=24234][attachment=24235][attachment=24236][attachment=24237][attachment=24238]
Po dwóch godzinach takiego cyrku, zmorzył nas głód. Rozsiedliśmy się zatem wygodnie na pniach drzew, które ktoś tutaj ściął, jakby specjalnie dla nas.
[attachment=24239]
Na przeciwko, ukośnie do szlaku, po prawej stronie spoglądała na nas Barania, zapraszając do odwiedzin. Byliśmy tak mocno zaabsorbowani dotychczasową zabawą, że nawet nie zauważyliśmy, iż w tym momencie niebo praktycznie było już całkiem granatowe. Ale nie padało.
[attachment=24240]
Po drodze nie napotkaliśmy żadnych współtowarzyszy, a że szlak ten jest dość dziki, jak na beskidzkie warunki, to gęsty las, który nas w tym momencie otaczał i złowieszczy granat nieba, potęgowały grozę tego miejsca. Z Karoliny natychmiast uszło powietrze i przez długi czas w ogóle się nie odzywała, spoglądając tylko od czasu do czasu w górę, sprawdzając azymut chmur. Fakt, muszę przyznać, że niezbyt to przyjemny odcinek szlaku, szczególnie dla samotnego turysty. Sam byłem trochę skołowany tą sytuacją. Dziarsko suniemy ruchem posuwistym dalej. Ostatni raz szliśmy tędy dobrych kilka lat temu, ale udaje nam się rozpoznawać charakterystyczne szczegóły. To też, nie specjalnie zwracaliśmy uwagę na znaki, ufając swojej intuicji. Wszystko się zgadzało, co do joty. Droga, dotąd kamienisto piaskowa, zaczęła się powoli przeistaczać w błotnisto bagienną rynnę, co w sumie nie dziwiło, po tak obfitych opadach deszczu, jakie w ostatnim czasie nawiedziły te rejony.
[attachment=24241]
Dla nas, był to jednak problem. Miejscami, głębokość wodnistej mazi zdecydowanie przewyższała wysokość cholewek naszych butów. Jedynym ratunkiem, było wdrapywanie się na strome zbocze i przedzieranie wśród gęsto tu rosnących młodych świerków i czernicy. Nogi całe poodzierane, ale przynajmniej w butach sucho.
[attachment=24242][attachment=24243]
Kilkuset metrowy odcinek drogi, który przeszliśmy w ten sposób, zajął nam dobre pół godziny czasu. Tego nie było w planie. W planie, nie było również zakończenia szlaku po sforsowaniu tych niechcianych przeszkód. Konsternacja na całej linii. Droga nagle się urwała, jakby zapadła pod ziemie, a dalej już tylko dziewiczy las i gęste zarośla. Jasna cholera, nie zważając na obecność córki, zakląłem pod nosem. Sprawdziliśmy kilka razy, żadnego oznakowania. Zresztą, dokąd by miało prowadzić. Najgorsze w tym było to, że oboje byliśmy pewni, że poznajemy ten teren i dobrze idziemy. Nie było jednak wyjścia. Zarządziłem odwrót. Teraz już tak bardzo nie zważaliśmy na konwenanse związane z wyglądem naszego obuwia i nóg. Szlak zgubiliśmy dokładnie wtedy, kiedy podłoże zmieniło się z twardego na pływające. W tym właśnie miejscu, idealnie na przeciwko dotychczasowego szlaku, wiedzie wyraźnie zaznaczona zdradliwa ścieżka, a prawidłowy szlak odbija nieco w lewo, ledwie widocznym duktem leśnym. Teraz już było sucho i przyjemnie, tyle tylko, że dwie godziny w plecy, ze ściśle zaplanowanego czasu przejścia. Już nie może być mowy o pomyłkach, możemy tylko nadrabiać. Jak postanowili, tak zrobili. Zmieniając szlak z żółtego na zielony, udajemy się prosto w objęcia królowej. Po lewej, cały czas towarzyszy nam w oddali kontur majestatycznie górującej nad pozostałymi szczytami Babiej Góry.
[attachment=24244][attachment=24245]
cdn.
We wtorek, piąta rano, oboje jesteśmy na nogach. Poranna toaleta mojej córce zajmuje o wiele więcej czasu niż mnie. No cóż, z podlotka, którym jeszcze do niedawna była, pełnoprawną kobietą się staje. Ale śniadanko, to już tatuś musiał zrobić. Podobno wtedy lepiej smakuje. Ciekaw jestem, czy to aby prawda, bo zawsze sam muszę sobie robić. Pałaszowanie wiktuałów poszło dość sprawnie, toteż szybciutko zaokrętowaliśmy się na naszej łajbie i wio do Wisły Nowa Osada. O tej porze, drogi jeszcze pustkami świecą, więc czterdzieści pięć minut, jakie zajęły nam dojazd, szybko zleciało. Cała przestrzeń parkingowa oczywiście tylko dla nas i wokół żywej duszy. Zmiana obuwia, sprawdzenie, czy wehikuł szczelnie zamknięty (ten model nie przewidywał jeszcze centralnego zamka) i na szlak.
[attachment=24226]
Ostro ruszyliśmy z kopyta. Podejście nie zbyt wymagające kondycyjnie, a jednak, proporcjonalnie do uzyskiwanej wysokości, mój animusz coraz bardziej słabnął. Ukradkiem spoglądałem w stronę Karoliny, dokonując powierzchownych oględzin jej wyglądu, szukając jednocześnie oznak zmęczenia, które mogłyby być usprawiedliwieniem dla moich braków kondycyjnych. Zauważyłem, że ona robi to samo, więc nie było tak źle. Na rozwidleniu żółtego i zielonego szlaku, zboczyliśmy na chwilę w ten drugi, żeby rzucić okiem na nową skocznię narciarską w Wiśle Malince. W sumie, nie wiele żeśmy zobaczyli, bo obiekt otoczony jest szczelnie przez płot siatkowy.
[attachment=24227]
Trochę zdegustowani, powróciliśmy na wcześniej upatrzone pozycje, czyli żółty szlak.
[attachment=24228][attachment=24229][attachment=24230][attachment=24231][attachment=24232]
Ten, mniej więcej po trzech godzinach drogi, miał nas zaprowadzić na Zielony Kopiec, z którego skręcając w prawo, już później zielonym szlakiem, dotrzeć mieliśmy na Baranią Górę. Pogoda dopisywała. Niebo zasnute chmurami na niskim pułapie, w kolorach od blado białego, aż po głęboki granat z niewielkimi prześwitami na słoneczną poświatę. Trochę duszno, ale nie parno, co mnie osobiście, by dobiło. Muszę przyznać, że kompanija z nas niezła. Tworzymy duet nie do pobicia. Wygłupom nie było końca. Kiedy oboje wpadniemy w trans, to z dużym prawdopodobieństwem możemy uchodzić za para nienormalnych. Jedynie piękne widoki Jeziora Czerniańskiego z górującym nad nim, odnowionym zameczkiem prezydenckim, rozpościerające się z siodła pomiędzy Cienkowem Niżnym a Pośrednim, przywracają nas na chwilę do rzeczywistości.
[attachment=24233][attachment=24234][attachment=24235][attachment=24236][attachment=24237][attachment=24238]
Po dwóch godzinach takiego cyrku, zmorzył nas głód. Rozsiedliśmy się zatem wygodnie na pniach drzew, które ktoś tutaj ściął, jakby specjalnie dla nas.
[attachment=24239]
Na przeciwko, ukośnie do szlaku, po prawej stronie spoglądała na nas Barania, zapraszając do odwiedzin. Byliśmy tak mocno zaabsorbowani dotychczasową zabawą, że nawet nie zauważyliśmy, iż w tym momencie niebo praktycznie było już całkiem granatowe. Ale nie padało.
[attachment=24240]
Po drodze nie napotkaliśmy żadnych współtowarzyszy, a że szlak ten jest dość dziki, jak na beskidzkie warunki, to gęsty las, który nas w tym momencie otaczał i złowieszczy granat nieba, potęgowały grozę tego miejsca. Z Karoliny natychmiast uszło powietrze i przez długi czas w ogóle się nie odzywała, spoglądając tylko od czasu do czasu w górę, sprawdzając azymut chmur. Fakt, muszę przyznać, że niezbyt to przyjemny odcinek szlaku, szczególnie dla samotnego turysty. Sam byłem trochę skołowany tą sytuacją. Dziarsko suniemy ruchem posuwistym dalej. Ostatni raz szliśmy tędy dobrych kilka lat temu, ale udaje nam się rozpoznawać charakterystyczne szczegóły. To też, nie specjalnie zwracaliśmy uwagę na znaki, ufając swojej intuicji. Wszystko się zgadzało, co do joty. Droga, dotąd kamienisto piaskowa, zaczęła się powoli przeistaczać w błotnisto bagienną rynnę, co w sumie nie dziwiło, po tak obfitych opadach deszczu, jakie w ostatnim czasie nawiedziły te rejony.
[attachment=24241]
Dla nas, był to jednak problem. Miejscami, głębokość wodnistej mazi zdecydowanie przewyższała wysokość cholewek naszych butów. Jedynym ratunkiem, było wdrapywanie się na strome zbocze i przedzieranie wśród gęsto tu rosnących młodych świerków i czernicy. Nogi całe poodzierane, ale przynajmniej w butach sucho.
[attachment=24242][attachment=24243]
Kilkuset metrowy odcinek drogi, który przeszliśmy w ten sposób, zajął nam dobre pół godziny czasu. Tego nie było w planie. W planie, nie było również zakończenia szlaku po sforsowaniu tych niechcianych przeszkód. Konsternacja na całej linii. Droga nagle się urwała, jakby zapadła pod ziemie, a dalej już tylko dziewiczy las i gęste zarośla. Jasna cholera, nie zważając na obecność córki, zakląłem pod nosem. Sprawdziliśmy kilka razy, żadnego oznakowania. Zresztą, dokąd by miało prowadzić. Najgorsze w tym było to, że oboje byliśmy pewni, że poznajemy ten teren i dobrze idziemy. Nie było jednak wyjścia. Zarządziłem odwrót. Teraz już tak bardzo nie zważaliśmy na konwenanse związane z wyglądem naszego obuwia i nóg. Szlak zgubiliśmy dokładnie wtedy, kiedy podłoże zmieniło się z twardego na pływające. W tym właśnie miejscu, idealnie na przeciwko dotychczasowego szlaku, wiedzie wyraźnie zaznaczona zdradliwa ścieżka, a prawidłowy szlak odbija nieco w lewo, ledwie widocznym duktem leśnym. Teraz już było sucho i przyjemnie, tyle tylko, że dwie godziny w plecy, ze ściśle zaplanowanego czasu przejścia. Już nie może być mowy o pomyłkach, możemy tylko nadrabiać. Jak postanowili, tak zrobili. Zmieniając szlak z żółtego na zielony, udajemy się prosto w objęcia królowej. Po lewej, cały czas towarzyszy nam w oddali kontur majestatycznie górującej nad pozostałymi szczytami Babiej Góry.
[attachment=24244][attachment=24245]
cdn.
Równie ekscytujące warunki terenowe miałem kiedyś w Beskidzie Niskim
Ciekawie się czyta Twoje relacyjki. Jęzor masz dobry. Trochę Ci zazdroszczę, że nie masz problemów wyrazowych jak ja. Ty potrafisz pisać tak, że nie trzeba chasać po Taterkach i też ma człek otwartą buzię
a i wycieczka też super. Byłem w tamtych okolicach tylko raz i bardzo mi się podobało, na Baranią Górę czasu brakło ale kiedyś się to nadrobi. 
pocieszam się jednym - czym byłby górołaz bez górskich planów