Budzik o czwartej nad ranem, Doktor wstać nie chce, z gór przenikliwym chłodem powiało, przez uchyloną płachtę namiotu... już piąta.
[...]
Dobra, czas ruszyć tyłki, gotować herbatę i w drogę póki ładnie jest. Godzinka niecała i spakowaliśmy nasz żółty domek. Trójka Polaków jeszcze leczy kaca w namiocie, więc żegnamy się i ruszamy ścieżyną przez polanę Czarnej Jaworowej w kierunku progu górnego piętra doliny. Po pięciu minutach ścieżka wyprowadza na dość wartki potok. Brzegów brak. Nic to, chyba nie ta ścieżka, próbujemy inną. Tą w końcu wbijamy się w 2,5-metrową kosówkę, którą po 20 metrach płynięcia i przedzierania się docieramy nad ten sam potok jakieś kilka metrów dalej.
Załamka, czyżbyśmy takie wielkie górołazy zbłądzili już na starcie. Nic to, pokornie wracamy i pytamy się wciąż jeszcze śpiących Polaków o drogę. Jeden z nich był tu kiedyś i z rozbrajającą pewnością twierdzi, że jedyna droga pod próg to po dnie wyschniętego potoku. Taaa, wyschniętego - on tu był w sierpniu, a mamy deszczowy lipiec. Nic to, buty od mokrych traw zaczynają już przemiękać, trzeba się przeprosić ze starym chlupotaniem i pokonać trasę w bród, częściowo po kamieniach, częściowo przewijając się przez kosówkę zwieszającą się do wody.
[
attachment=23616] [
attachment=23617]
Po pół godzinie takiego trekkingu w wersji hard chylę czoła przed Chałubińskim i spółką, którzy nie mieli przygotowanych wyciętych dróżek przez doliny. Próg zbliża się powoli, zaczynamy podejście po trawkach i piargach. Mijamy rodzinkę kozic, chyba nie spodziewały się tu ludzi.
[
attachment=23618]
Przed końcem progu staje przed nami dęba skalna 20-metrowa rynna, jedyna dostępna droga do góry. Opisana jako łatwa przy suchej skale, teraz ocieka wodą i lśni się namokniętymi porostami.
[
attachment=23619]
No cóż, trudno, rwiemy dalej. Doktor przeszedł trudności bez problemu. Mnie niestety 24-kg wór przygiął w dół i zawisło mi się na rękach, buty wyjechały. Aż głupio, trudności co najwyżej jedynkowe, a w dole jednak lufa i potok wali wodospadem. Com się naklął, żeby tego nieszczęsnego wora pokutnego jednak wtargać na górę.
Górne piętro doliny urocze - prezentuje ostatnie promienie słońca na szczytach - z dołu nachodzi mgła.
[
attachment=23620] [
attachment=23621] [
attachment=23622]
Ja wiem jedno - odwrotu nie ma, tą drogą nie zejdę, trzeba przejść do innej doliny przez przełęcz.
Po krótkim posiłku podejścia ciąg dalszy. Morenami wznosimy się ponad wysokość Śnieżnej Turni. Mijamy żleby spod Śnieżnej Przełęczy, Przełęczy Stolarczyka - robi się szaro mgliście, wręcz mrocznie. Tylko płat śniegu, a dalej ruchomy piarg. Czuję się jak pod Cirith Ungol. "Climb Hobbits climb..." Faktycznie, przed nami spiętrza się wąski żleb. Wyraźny dość, z grubsza zgadza się z opisem w czasopiśmie.
[
attachment=23623]
Nic to, idziemy. Robi się niefajnie, spod stóp jadą kilkudziesięciokilogramowe bambulce. Zachowujemy niewielki odstęp, co by nie rozpędzić takiego głaza na głowę kumpla.
[
attachment=23624]
W końcu docieramy do małego płata śniegu, a za nim ścianka. Cztery metry gładkiej ścianki z rysą. I to ma być 0+. Wygląda raczej na coś między 2 a 3. Nic to, może przeoczyli. Z trudem gramolimy się z worami na górę. Zaraz przełęcz. Hurra! Są trawki, można iść. Ale zaraz. Trawki kończą się podcięte kilkudziesięciometrowym progiem. Pod nami tylko śnieg w dolinie Jastrzębiej. Grań też dla nas niedostępna. Bez liny nie ma co ryzykować przechodzenia trzech turnic w stronę Kołowego Szczytu.
Szybka piłka. Coś tu śmierdzi, to nie może być Czarny Przechód. Wpakowaliśmy się w jakąś szczerbę w grani, trzeba zrobić wycofa. Ale zaraz, co z tą ścianką. W dół będzie trudniej. Doktor schodzi pierwszy - na lekko. Ja zrzucam po kolei wory, on wyłapuje, żeby za daleko nie poleciały. Dalej zejście idzie już sprawnie. Miny mamy średnie, przypadnie nam nocleg nad progiem doliny i następnego dnia próba przejścia może przez Śnieżną do Terinki.
Aż tu na śniegu pod nami widzimy samotnego człowieka. W pierwszym odruchu zaklaskałem i pomachałem do niego. Zatrzymał się przy kamieniu i czeka. Dopiero potem zreflektowałem się, że może kanar jaki. Eeee, kanary tak wysoko nie latają

Idziemy do niego. Okazuje się, że facet wybiera się na Baranie Rogi przez Przełęcz Stolarczyka. Usłyszawszy naszą opowieść, jednoznacznie stwierdził, że zmyliliśmy drogę. Trzeba było skręcić we wcześniejszy żleb po lewej, ukryty za załomem skalnym. Ten wyprowadza na Czarny Przechód. My byliśmy na znacznie trudniejszej Czarnej Przełęczy. Niechby szlag tych z redakcji czasopisma - pomylili północ z zachodem - kardynalny błąd, który może co bardziej ufnych dużo kosztować.
Pożegnawszy się z samotnym wędrowcem (zresztą poczytajcie sobie też
relację z jego wyprawy) ruszyliśmy już sprawnie na Czarny Przechód. Na przełęczy łatwo - jest droga zejściowa oraz widać banalne podejście na Kołowy.
[
attachment=23625]
Ja zaliczam mały zjazd kondycyjny, Doktor zaś po papierosku wali już do góry. Nic to, nie ma co się zastanawiać, wór idzie pod kamień, biorę aparat i wodę i za nim. Pod szczytem łapie mnie potworny głód. Było jednak zjeść na przełęczy. A Doktor tylko na papieroskach jedzie - dla mnie to nieodgadniona tajemnica, jak można się żywić dymem. Ale widać działa.
Na Kołowym mgła. Widoków żadnych. Kilka zdjęć robimy w celach dokumentacyjnych i schodzimy.
[
attachment=23626] [
attachment=23627]
Na Przechodzie, dorwawszy się do plecaka, opędzlowałem kabanosy, ser, chleb, czekoladę, izostara i herbatę. Lepiej, bo już się ciemno przed oczami robiło.
Po posiłku rozpoczynamy zejście. Przed nami mozolne trzy progi doliny. Pierwszy pokonujemy łatwo - ścieżką z lewej po piargu. Potem wypłaszczenie i długie pole śnieżne. Jak miło znów w raczkach popylać - nic spod nóg nie leci.
[
attachment=23628] [
attachment=23629] [
attachment=23630]
Idziemy tak aż pod Jakubowy Mur, skąd zejście w stronę drugiego progu. Widzimy też od razu nasz błąd. Ścieżka, częściowo pod śniegiem prowadzi po drugiej stronie kotła. Nic to, trudno. Po drodze jeszcze zaliczam mały upadek na śniegu, ale czekan po raz kolejny się sprawdza.
Doktor wiedziony jakimś siódmym zmysłem znajduje drogę wśród śliskich trawek, mokrych kamieni, potoczków i stromych prożków skalnych. Udaje nam się nie wyjechać i bezpieczny docieramy na dolne piętro Doliny Jastrzębiej. Przed nami potężna struga wodospadu spadająca już do kotła Zielonego Stawu Kieżmarskiego.
[
attachment=23631]
Zaczynają się też kopczyki. Stres odpuszcza, idziemy dobrą drogą. Dalej powietrzny trawers pod Czarną Granią - do doliny Dzikiej i nastęnie w dół żebrem do Stawu. Z radością witam łańcuchy.
[
attachment=23632] [
attachment=23647]
Plecak ciąży i ułatwienia po drodze się przydadzą. Schodzimy tak jeszcze jakiś czas i docieramy do schroniska. Doktor po znajomości załatwia dwuosobowy pokój. Jest piwo, jest kofola, obiad, można odpocząć. Z dumą spoglądamy na odległy Kołowy Szczyt - odsłonił się popołudniowo. Kiedyś trzeba tam wejść przy lepszych widokach.
cdn.