28-06-2009, 08:54 PM
Korzystając z "pięknej" pogody - i możliwości (których ostatnio jest bardzo mało) sprzedania małego Śledzia rodzicom zrobiliśmy sobie małą górską wycieczkę we dwoje.
Planów było jak zwykle wiele. Na początku optowałem za Pradziadem, później nad kilkoma na raz sudeckimi szczytami z Korony Gór Polski. Wyszło nam nieco skromniej, ale i tak jesteśmy zadowoleni.
Po ósmej ruszyliśmy na zachód. Droga zaczęła się miło i wesoło (śpiewy i takie tam).
Co rusz przebijaliśmy się przez kolejne ulewy raczące już od pewnego czasu całą południową Polskę. Za autostradą, pomiędzy Strzelinem a Dzierżoniowem zaczęło coś nagle dudnić.
No cóż by to mogło być? Oczywiście złapaliśmy gumę. W strugach deszczu uporałem się ze złośliwym kołem i przy odkręconym na maxa ogrzewaniu ( bo mokry byłem jak szczur ) pokonaliśmy ostatnie kilometry. Po 3 godzinach jazdy zakotwiczyliśmy bolid na Przełęczy Walimskiej. Cóż od samego początku mieliśmy dobre "zraszanie". Chmury oferowały nam na zmianę mocny kapuśniaczek przerywany chwilowymi ulewami. Fakt, że po niecałej godzinie wyglądaliśmy jak gąbki nie zmieniał tego iż czuliśmy się świetnie i ciągle nam było wesoło. Góry Sowie przypadły nam bardzo do gustu mimo braku widoków i strug spływającej zewsząd wody.
Po około półtorej godziny, dotarliśmy na Wielką Sowę - 1015m n.p.m.
Tam od razu wbiliśmy do wieży widokowej, na której wierzchołek nie było wstępu (ze względu na niepogodę). Skorzystaliśmy jednak i wypiliśmy po kawce, oraz zaopatrzyliśmy się w kolejne górskie "trofea". Po kilkunastu minutach, kiedy wykręcaliśmy przemoknięte fatałachy, przestało padać. Zrobiło się przyjemnie ciepło a my korzystając z okazji porobiliśmy zdjęcia na dokumentację do KGP.
Na parking wróciliśmy niebieskim szlakiem (do góry szliśmy fioletowym i żółtym). Po drodze nie padało już praktycznie wcale. W niecałą godzinę dotarliśmy do samochodu gdzie wszystko, co mokre wylądowało w bagażniku.
W połowie drogi do domu zaczęło świecić słońce (ach ech :-/ ...)
Podsumowując - przemokliśmy, ale co tam - Góry Sowie, chociaż ugryźliśmy ich niewielki kawałek prezentują się uroczo.
Było bardzo fajnie i kolejny szczyt z korony został odhaczony.

Planów było jak zwykle wiele. Na początku optowałem za Pradziadem, później nad kilkoma na raz sudeckimi szczytami z Korony Gór Polski. Wyszło nam nieco skromniej, ale i tak jesteśmy zadowoleni.
Po ósmej ruszyliśmy na zachód. Droga zaczęła się miło i wesoło (śpiewy i takie tam).
Co rusz przebijaliśmy się przez kolejne ulewy raczące już od pewnego czasu całą południową Polskę. Za autostradą, pomiędzy Strzelinem a Dzierżoniowem zaczęło coś nagle dudnić.
No cóż by to mogło być? Oczywiście złapaliśmy gumę. W strugach deszczu uporałem się ze złośliwym kołem i przy odkręconym na maxa ogrzewaniu ( bo mokry byłem jak szczur ) pokonaliśmy ostatnie kilometry. Po 3 godzinach jazdy zakotwiczyliśmy bolid na Przełęczy Walimskiej. Cóż od samego początku mieliśmy dobre "zraszanie". Chmury oferowały nam na zmianę mocny kapuśniaczek przerywany chwilowymi ulewami. Fakt, że po niecałej godzinie wyglądaliśmy jak gąbki nie zmieniał tego iż czuliśmy się świetnie i ciągle nam było wesoło. Góry Sowie przypadły nam bardzo do gustu mimo braku widoków i strug spływającej zewsząd wody.
Po około półtorej godziny, dotarliśmy na Wielką Sowę - 1015m n.p.m.
Tam od razu wbiliśmy do wieży widokowej, na której wierzchołek nie było wstępu (ze względu na niepogodę). Skorzystaliśmy jednak i wypiliśmy po kawce, oraz zaopatrzyliśmy się w kolejne górskie "trofea". Po kilkunastu minutach, kiedy wykręcaliśmy przemoknięte fatałachy, przestało padać. Zrobiło się przyjemnie ciepło a my korzystając z okazji porobiliśmy zdjęcia na dokumentację do KGP.
Na parking wróciliśmy niebieskim szlakiem (do góry szliśmy fioletowym i żółtym). Po drodze nie padało już praktycznie wcale. W niecałą godzinę dotarliśmy do samochodu gdzie wszystko, co mokre wylądowało w bagażniku.
W połowie drogi do domu zaczęło świecić słońce (ach ech :-/ ...)
Podsumowując - przemokliśmy, ale co tam - Góry Sowie, chociaż ugryźliśmy ich niewielki kawałek prezentują się uroczo.
Było bardzo fajnie i kolejny szczyt z korony został odhaczony.

)


: